Rewolucya w Pitcairn

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Rewolucya w Pitcairn
Pochodzenie Humoreski
Data wydania 1923
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Tytuł orygin. The Great Revolution In Pitcairn
Źródło Skany na commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rewolucya w Pitcairn.

Lat temu mniej więcej sto załoga brytańskiego statku Bounty zbuntowała się i wysadziwszy kapitana wraz z oficerami na pełnem morzu, owładnęła okrętem, poczem pożeglowała na południe, aby zaopatrzywszy się u rodowitych mieszkańców Tahiti w kobiety, zwrócić się w stronę bezludnych skał w środku Oceanu Spokojnego, noszących nazwę Pitcairn; tam, zabrawszy z statku wszystko, co tylko mogło się na coś przydać, zniszczyli go i osiedlili się na wybrzeżu.
Pitcairn leży tak dalece z drogi płynącym skąd i dokądkolwiek okrętom, że często mija lat kilka, zanim się jakaś flaga ukaże na widnokręgu. Uchodziła ona zawsze za wyspę niezamieszkałą, to też w roku 1808, w którym pewien statek po raz pierwszy od długiego czasu zarzucił u jej brzegów kotwicę, kapitan tegoż zdziwił się niepomału, znajdując miejscowość zaludnioną.
Jakkolwiek między zbuntowanymi przyszło do krwawych waśni, tak że niedługo zostało ich przy życiu dwóch tylko czy trzech, reszta zaś wytłukła się wzajemnie, stało się to jednak dopiero po przyjściu na świat pewnej liczby dzieci. Tym sposobem ludność wyspy wynosiła w roku 1808 dwadzieścia i siedm dusz. John Adams, głowa rokoszu, należał do liczby pozostałych przy życiu, przeżył też jeszcze niejeden rok jako wódz i patryarcha gminy. Z buntownika i mordercy stał się pobożnym chrześcijaninem i kaznodzieją a jego mały ludek, złożony z dwudziestu siedmiu głów, był z całą pewnością jednym z najbogobojniejszych i najczystszych w całem chrześcijaństwie. Adams wywiesił był oddawna flagę Wielkiej Brytanii i ogłosił swą wyspę jako przynależność korony brytańskiej.
Dziś liczy ludność wyspy dusz dziewięćdziesiąt: szesnastu mężczyzn, dziewiętnaście kobiet, dwudziestu pięciu chłopców i trzydzieści dziewcząt, wszystko potomstwo rokoszan, wszyscy noszący ich rodowe imiona, wszyscy mówiący językiem angielskim, wyłącznie angielskim.
Wyspa sterczy nad morzem stromo i wysoko. Długość jej wynosi około trzech czwartych mili angielskiej, szerokość zaś miejscami pół mili. Uprawne grunta poprzydzielano poszczególnym rodzinom zgodnie z powziętem przed laty postanowieniem. Żyje tam trochę zwierząt: kóz, świń, drobiu, kotów, nie ma tylko psów i grubszego bydła. Jedyny kościół służy jednocześnie za ratusz, szkołę i halę odczytową. Przez dwie czy trzy generacye tytuł wielkorządcy brzmiał: „Naczelnik i najwyższy zawiadowca, podwładny jej królewskiej mości królowej Wielkiej Brytanii.” Władzy jego urzędu przysługiwało: ustanawianie praw i przestrzeganie tychże. Dostojeństwo to było wybieralnem. Każdy osobnik, który ukończył lat szesnaście, posiadał tu czynne prawo wyborcze bez względu na płeć.
Ludność trudniła się uprawą roli i rybołowstwem. Jedynym dla niej wypoczynkiem była służba boża. Nie istniał tu natomiast handel ani pieniądze. Strój i sposób życia były nader pierwotne, prawa — prostoty dziecięcej. Życie tych ludzi biegło w głębokiej ciszy sabatu, zdala od światowego zgiełku i trosk, w zupełnej niefrasobliwości i niewiedzy tego, co wstrząsa potężnemi mocarstwami, leżącemi zdala od ich bezgranicznego oceanu.
Raz na trzy, cztery lata zawijał do ich brzegów statek, przywożąc przedawnione już wieści o krwawych wojnach, niszczących zarazach, o obalonych tronach i upadłych dynastyach, poczem zamieniwszy z nimi mydło i nieco odzieży na dostarczone przez nich artykuły żywności, odpływał, zostawiając mieszkańców w ciszy ich pobożnego, sennego żywota.
Dnia 8. września zeszłego roku odwiedził admirał Harsey, nadkomendant brytańskiej floty Oceanu Spokojnego wyspę Pitcairn i wyraził się o niej w raporcie, złożonym admiralicyi, jak następuje:
„Mieszkańcy wysepki mają groch, rzepę, marchew, kapustę, nieco kukurudzy, ananasy, figi, pomarańcze, cytryny i orzechy kokosowe. Odzież dostają w zamian za żywność od przybijających statków. Na wyspie nie ma żadnych źródeł; jednakże raz w miesiąc pada deszcz, tak że ostatecznie wody mają podostatkiem, chociaż zdarzało im się niekiedy w poprzednich latach ucierpieć od suszy. Użycie gorących napojów, po za celami leczniczymi, jest tutaj nieznane a pijanego człowieka nie widziano na wyspie nigdy.
„Z potrzebami mieszkańców wyspy najłatwiej się zapoznać przy zamianie produktów spożywczych na przedmioty, przywożone im przez statki. Są niemi: flanela, jedwab, sukno, płótno, płytkie trzewiki, grzebienie, mydło. Daje się tu również uczuć brak map i tabliczek szyfrowych dla dziatwy szkolnej, pożądane zaś są wielce wszelkiego rodzaju narzędzia. Podarowałem im z naszych zapasów flagę angielską do wywieszania na powitanie przypływających statków, oraz piłę, czemu Wasza Lordowska Mość nie odmówi zapewne swojej aprobaty. Skoro wiadomość o ubóstwie tej małej dalekiej kolonii dojdzie uszu szczodrych mieszkańców Anglii, sądzę, że samotna osada nie będzie potrzebowała długo czekać na wsparcie...
„Służba boża odbywa się tutaj o godzinie dziesiątej minut 30 przed południem i o trzeciej po południu w budynku, wzniesionym na ten cel przez Johna Adamsa, który też w nim do samej śmierci, to jest do roku 1829, funkcjonował. Msze odprawiane bywają ściśle podług liturgii kościoła anglikańskiego. Mister Szymon Young obrany został pastorem przez ludność, która go wielce poważa. Co środę przypada godzina czytania biblii, na której każdy może być obecnym wedle swojej możności i woli. Podobnież raz na miesiąc w pierwszy piątek zbierają się wszyscy na wspólną modlitwę. W każdej rodzinie najpierwszą rzeczą zrana i ostatnią wieczorem jest modlitwa. Przed i po każdym posiłku również modlitwa. Religijność tych wyspiarzy wzbudzić musi istotnie wysokie poszanowanie. Przed ludem, dla którego najwyższą radością i rozkoszą modlitwa i śpiewanie psalmów, zadowolonym, czynnym i wolnym występków, trapiących inne zbiorowiska ludzkie, przed takim ludem słusznie należy schylić głowę.”
W tem miejscu atoli napotykamy w raporcie admirała zdanie, które mu się zapewne niechcący z pod pióra wymknęło, nie naprowadzając go wcale na myśl, iżby z niego miano wysnuwać jakieś wnioski, a zwłaszcza przypuszczenie, że tkwić w niem mogą wróżby dziejowej tragedyi. Zdanie to brzmi: „Obcy przybysz, Amerykanin, zjawił się od niedawna na wyspie; wątpliwej wartości nabytek.”
Wątpliwy! — zaiste — nabytek. Kapitan Ormsby, przybywszy na statku „Hornet” w jakieś cztery miesiące po wizycie admirała do brzegów wyspy, dowiedział się przy tej okazyi o całym szeregu faktów, charakteryzujących owego Amerykanina więcej niż dostatecznie.
Spróbujemy je odtworzyć po porządku metodą historyczną.
Nazwisko rzeczonego Amerykanina brzmiało: Butterworth Stavely.
Natychmiast po zaznajomieniu się z wszystkimi wyspiarzami — a starczyło mu na to oczywiście dni kilka — począł się chwytać wszelkich sztuczek celem wślizgnięcia się w ich łaski. Zdobył też wnet nadzwyczajną powagę i popularność. Przedewszystkiem porzucił swój zupełnie światowy tryb życia i stał się człowiekiem na wskróś religijnym. Rozczytywał się ciągle w biblii, to znowu się modlił, śpiewał psalmy lub w jakikolwiek inny zwracający uwagę sposób kołatał do nieba o łaskę, czynił zaś to wszystko tak wytrwale i z taką żarliwością, że nikt mu w tych rzeczach dorównać nie był w stanie.
Skoro tylko jednak osądził, że chwila stosowna nadeszła, dalejże siać niezadowolenie w łonie małego narodku. Od samego mianowicie początku celem jego sprytnie obmyślanych zabiegów, zrazu okrywanym naturalnie jak najściślej, było obalenie istniejącego rządu. Stosował do tego względem rozmaitych osób rozmaite środeczki. Wśród jednych tedy niecił malkontencyę, zwracając uwagę na krótkość niedzielnej służby bożej, twierdząc, że powinno się jej poświęcać nie dwie ale trzy godziny. Niektórzy byli już przedtem tego mniemania, porozumieli się więc teraz, by wspólnemi siłami rzecz przeprowadzić. W kobiety znowuż zdołał wmówić, że w zbiorowych modlitwach niedość wydatne przypada im miejsce, — co powołało do życia drugą partyę niezadowolonych. Żadnym środkiem nie pogardzając w swoich wichrzycielskich machinacyach, zniżał się nawet do nieletnich dzieci, aby rozdmuchać w niewinnych ich serduszkach przedwczesną malkontencyę z tytułu, że — jak wyszperał — zbyt pobieżne nauki niedzielne traktowały jakoby, po macoszemu najmłodszą generacyę. Trzecia partya niezadowolonych.
Jako głowa wszystkich tych trzech partyi mając się obecnie za największego w łonie gminy potentata, osądził, że może się ważyć na nowy krok naprzód, krokiem zaś tym było ni mniej, ni więcej, jak tylko postawienie w stan oskarżenia samego naczelnika gminy, Jamesa Russel Nickoy, męża pełnego zdolności i charakteru, przytem posiadacza znacznego majątku. Miał on dom własny, w którym znajdował się salon, trzy i pół akra dobrej ziemi i jedyną na wyspie łódź rybacką. Nieszczęście chciało, że skarga ta przypadła w dość stosownym czasie. Jednem z najstarszych i najprzedniejszych praw na wyspie było prawo nietykalności domowego ogniska. Zostawało ono w wysokiem poszanowaniu i było uważane za palladium narodowej wolności. Otóż zdarzyło się było lat temu ze trzydzieści, iż przed sędziego dostała się sprawa z tej właśnie dziedziny. Mianowicie kura, będąca własnością Elżbiety Young, podówczas pięćdziesięcioośmioletniej córki Johna Milla, jednego z rebelantów załogi Bounty, wtargnęła pewnego czwartku miesiąca października na grunt, należący do Chrystyana (29-letniego wnuka Fletchera Christiana, także jednego z rokoszan), który to Chrystyan kurę uśmiercił. Podług prawa Chrystyanowi wolno było zabitą kurę zatrzymać dla siebie na własność, lub jeśliby zechciał, zwrócić ją pierwotnej właścicielce w zamian za odszkodowanie, równające się wysokości spustoszeń, zrządzonych na jego terenach przez intruza. Sąd zaciągnął był do protokołu, że rzeczony Chrystyan gotów jest zwrócić kurę rzeczonej Elżbiecie Young, przyczem wszelako rości sobie pretensyę do odszkodowania za poniesione straty w formie jednego buszla „Yam.” Elżbiecie Young pretensya ta wydała się nazbyt wygórowaną, ponieważ zaś nie można było w żaden sposób przywieźć stron spornych do zgody, więc sprawa Chrystyana znalazła się u sędziego. Przegrawszy o tyle, że przysądzono mu tylko pół miary „Yam”, apelował. Proces wlókł się całemi latami, przechodząc przez różne instancye, które obniżały coraz więcej surowość pierwotnego wyroku. Nakoniec sprawa dostała się przed najwyższy trybunał, gdzie zalegała lat dwadzieścia, nie mogąc doczekać się rozstrzygnięcia. Zeszłego roku zapadła wreszcie ostateczna uchwała, przywracająca moc pierwotnemu wyrokowi z przed lat trzydziestu, a Chrystyan przyjął obecnie wyrok z zadowoleniem zupełnem. Stavely jednak, który przysłuchiwał się rozprawie, szepnął do ucha jemu i jego prawnemu doradcy, aby dla samej tylko formy, na dowód, że odnośne prawo rzeczywiście istnieje, zażądał okazania rękopismu tegoż. Żądanie to wydało się trochę dziwacznem, ale ostatecznie uzasadnionem i trybunał, przychyliwszy się doń, wyprawił posłańca do magistratu z poleceniem, aby przyniósł manuskrypt. Atoli wysłany wrócił niedługo z niczem, oświadczając, iż rękopis owego prawa zginął z archiwum bez śladu. Zaczem trybunał widział się zmuszonym unieważnić ostatnią bwoją[1] uchwałą, jako opartą na prawie nieistniejącem.
Powstało ogromne wzburzenie. Po całej wyspie gruchnęła wieść, że palladium wolności przepadło; Mówiono, że zostało zniszczone sposobem zdradzieckim. Nim zbiegło pół godziny, cały narodek zgromadził się w sali sądowej, to znaczy w kościele. Za sprawą Stavely'ego wniesiono skargę przeciwko głowie gminy. Ten z całą godnością swego dostojeństwa stawił czoło dopustowi losu. Nie spierał się ani tłómaczył, oznajmił tylko swym oskarżycielom krótko i węzłowato, że nie miał nic do czynienia z manuskryptem zawieruszonej ustawy, że trzymał akta państwowego archiwum w tej samej skrzyni na świece, w jakiej mieściło się od początku, krótko mówiąc, że zaginięciu czy też zniszczeniu dokumentu wcale nie jest winien.
Nic mu to jednak nie pomogło. Obwiniono go o zdradę stanu i złożono z urzędu; nadto wszystkie jego dobra uległy konfiskacie.
Najidyotyczniejszym w całej tej opłakanej chryi był argument, użyty przeciw niemu przez jego wrogów, którzy mu zarzucili, że zniszczył rozmyślnie owo pismo na korzyść Chrystyana, dlatego, że Chrystyan był jego kuzynem!... Tymczasem w całej kolonii jeden tylko Stavely nie był niczyim kuzynem, boć przecie wszyscy ci ludzie byli potomkami zaledwie pół tuzina mężczyzn, ich pierwsze dzieci żeniły się między sobą i dały życie wnukom rokoszan, które znowu pomiędzy sobą zawierały związki, tak samo ich potomstwo, tak że obecnie wszyscy bez wyjątku byli tam sobie krewnymi. W ogóle stosunki pokrewieństwa są tam w całem słowa znaczeniu osobliwe. I tak naprzykład kiedy pewien cudzoziemiec zagadnął jednego z wyspiarzy:
— Mówisz pan o tej młodej kobiecie jako o swojej kuzynce, tymczasem przed chwilą nazwałeś ją pan swoją ciotką? — Tamten objaśnił go:
— Ano bo tak! Ona jest też i moją ciotką, ale swoją drogą moją kuzynką. Jest także moją przyrodnią siostrą, moją synowicą, moją kuzynką czwartego stopnia, moją kuzynką trzydziestego trzeciego i dwudziestego siódmego, moją ciocią babcią, wdową po moim szwagrze, a najbliższego tygodnia zostanie także moją żoną.
Oto dlaczego zarzut nepotyzmu, uczyniony głowie gminy, nie wytrzymywał krytyki. Czy jednak był słuszny czy niesłuszny — Stavely został następcą złożonego z urzędu. Pałając niepohamowaną żądzą reform, wziął się oczywiście co rychlej do dzieła. W niedługim stosunkowo czasie wszyscy mieszkańcy ulegli szałowi modlitwy. Druga poranna modlitwa niedzielna, trwająca wszystkiego małe pół godzinki a której treścią były błagania o dobro świata całego, dalej o dobro narodu a wreszcie o dobro własnego gniazda, otrzymała półtoragodzinną rozciągłość i pomieściła w sobie żarliwe prośby o pożytek wszelkich możliwych narodów na obu półkulach. Wszyscy się tem zachwycali, jak również rozszerzeniem dotychczasowego trzygodzinnego kazania na godzin sześć. Narodek zebrał się, aby gorąco podziękować swemu nowemu przywódcy. Stare prawo, zabraniające gotować w dzień sabatu, zostało o tyle poprawionem, że zabroniono także i jeść. W końcu postanowiono naukę niedzielną odbywać także i w dnie powszednie. Radości ogółu nie było wobec tych wszystkich reform końca. W niedługim czasie nowy przywódca stał się narodowem bożyszczem.
Teraz wydało się temu człowiekowi, że nadeszła chwila stosowna do uczynienia nowego kroku naprzód. Zaczął bardzo ostrożnie zrazu podburzać przeciw Anglii opinię publiczną. Biorąc na bok jednego po drugim co znamienitszych obywateli, omawiał z nimi rzecz w cztery oczy. W krótce począł występować głośniej i śmielej, dowodząc, że naród ma obowiązek względem samego siebie, względem swego honoru i swoich wielkich tradycyj, dźwignąć się w całej swej potędze i zerwać uciskające go jarzmo angielskie.
Prości wyspiarze odpowiadali:
— Nie czujemy żadnego ucisku... I co tu właściwie ma cisnąć?... Anglia przysyła co trzy, cztery lata okręt z mydłem, odzieżą i innemi rzeczami, które nam są potrzebne i które przyjmujemy z wdzięcznością — ale nie cięży nam wcale... Pozwala nam przecie kroczyć spokojnie naszą drogą.
— Pozwala wam kroczyć waszą drogą?... Otóż tak zawsze czuje i gada każdy niewolnik!... Słowa te najlepszem są świadectwem, jak nizkoście upadli, jak głębokoście ugrzęźli w waszem poniżeniu, jakeście zezwierzęcieli w poniewierce długoletniej tyranii!... Jakto?!... zamarłaż do szczętu męzka dusza w piersiach waszych?... Niczemże dla was wolność?... Czy wam rzeczywiście wystarcza być tylko przyczepką obcego, niezawisłego imperyum, gdy macie wszelką możność wznieść się do zajęcia należącego się wam poczestnego miejsca w rzędzie wielkiej rodziny ludów?!... Wielcy, wolni, oświeceni, niezawiśli, nie na łasce obcego mocarstwa ale jako panowie własnej doli, jako głos, jako siła w wielkiej radzie bratnich wam ludów, rządzących światem!... oto do czego dążyć powinniście.
Przemówienia tego rodzaju poczęły wywierać stopniowo swój skutek. Obywatele poczęli zwolna coraz dotkliwiej odczuwać ciężar angielskiego jarzma. Nie wiedzieli wprawdzie dokładnie, gdzie i jak ono ich gniecie, nabrali jednak przekonania, że gniecie. Poczęli naprzód szemrać, potem jęczeć, wreszcie burzyć się w ucisku krępujących ich pęt, tęskniąc coraz goręcej do jutrzenki oswobodzenia. Znienawidzili flagę angielską, symbol swego narodowego poniżenia, i odwracając od niej oczy, gdy przechodzili mimo ratusza, spuszczali je, zgrzytając przytem zębami. Pewnego rana nawet znaleziono ją obok drąga, na którym była wywieszona, rzuconą w błoto i nie znalazła się ręka, coby ją stamtąd podniosła. I stało się, co prędzej czy później stać się musiało, kilku najwybitniejszych obywateli zwróciło się do przywódcy wyspiarskiego społeczeństwa z oświadczeniem:
— Nie potrafimy dłużej znosić tej tyranii straszliwej, powiedz nam, jak się od niej uwolnić?
— Przez zamach stanu.
— Jak?
— Przez zamach stanu!... Znaczy: wszyscy się według moich wskazówek przygotują, ja zaś, jako prawnie wybrana głowa ludu, ogłoszę w odpowiedniej chwili tegoż niezawisłość i zdejmę zeń obowiązek dotrzymania przysięgi wierności, złożonej jakiemukolwiek obcemu mocarstwu.
— Wydaje się to dość proste i nie takie znów trudne do przeprowadzenia. Czemuż nie mielibyśmy tego zrobić? Ale co potem?
— Potem przedsięweźmie się wszelkie środki obrony. Po proklamacyi praw wojennych postawi się armię i marynarkę na stopie wojennej i ogłosi niezawisłe cesarstwo.
Śmiały ten program spodobał się naiwnym wyspiarzom. Rzekli:
— To wielkie! To wspaniałe! Ale czy Anglia nie zechce się sprzeciwić?
— Niech tylko spróbuje!... Te skały to Gibraltar!
— Prawda. Tylko że to cesarstwo... Nam nie potrzeba ani cesarza ani cesarstwa...
— Wam potrzeba, moi kochani, jednośc i[2][3] Spojrzcie na Niemcy! na Włochy!... One są zjednoczone!... Zjednoczenie to wszystko! Ono dopiero nadaje wartość narodowej egzystencyi, ono wytwarza postęp! Potrzeba nam armii stałej i marynarki. Oczywiście ustanowi się podatki. Wszystkie te rzeczy, razem wzięte, składają się w rezultacie na wielkość. Jedność i wielkość! — czegoż wam trzeba więcej? Zaprawdę! po jednem tylko cesarstwie spodziewać się możecie tych zdobyczy!...
Tak tedy dnia 8. grudnia wyspa Pitcairn proklamowaną została jako wolne i niezawisłe państwo. Tegoż samego dnia odbyła się koronacya Butterwortha I. cesarzem wyspy Pittcairn[4] wśród wielkiej radości całego narodu i uroczystych obchodów. Cały naród — z wyjątkiem czternastu osób, przeważnie małych dzieci — przedefilował z sztandarami i muzyką, gęsiego, przed tronem swego pana i władcy, rozwinąwszy się w pochód długości dobrych stóp dziewięćdziesięciu. Czegoś podobnego nie pamiętano dotąd w dziejach wyspy. Zapałowi nie było granic.
Teraz wszakże poczęły się szybko sypać jedna za drugą cesarskie reformy. Stworzono szlachtę; mianowano ministra marynarki a łódź rybacka, skonfiskowana byłemu namiestnikowi angielskiej tyranii, awansowała na mocy odręcznego pisma jego cesarskiej mości na statek liniowy; nastąpiła nominacya ministra wojny, któremu poruczono zorganizowanie armii stałej. Z kolei minister skarbu otrzymał rozkaz skreślenia projektu podatkowego, oraz wdrożenia z obcemi mocarstwami pertraktacyj, mających unormować stosunki handlowe i pozawierać odnośne układy. W ślad zatem poszły nominacye całego szeregu jenerałów, admirałów, szambelanów, marszałków nadwornych i innych dygnitarzy.
Nominacye te wyczerpały jednak wkrótce cały materyał w ludziach, jaki na wyspie był do rozporządzenia. Wielki książę de Galili, minister wojny, żalił się, że wszyscy szesnastu dorosłych mężczyzn w państwie zostali oficerami sztabowymi, wskutek czego nie ma absolutnie kim zapełnić szeregów i postawić armię stałą pod bronią. Podobne skargi dawały się również słyszeć z ust markiza de Ararat, ministra marynarki, który oświadczył, że gotów się ostatecznie i podjąć sterowania państwowym okrętem, byle jednak miał do pomocy chociaż ze dwóch majtków przy wiosłach.
Cesarz zrobił wobec tego wszystkiego co było najlepszego w podobnych warunkach do zrobienia i zabrawszy matkom wszystkich chłopców powyżej lat dziesięciu, wpakował ich w szeregi armii. Utworzyło to korpus, złożony z siedmnastu chłopa pod dowództwem jednego jenerałlajtnanta i dwóch jenerałmajorów. Spodobało się naturalnie bardzo ministrowi wojny, kiedy się ujrzał naraz w posiadaniu poważnej siły zbrojnej, ale natomiast usposobiło wrogo wszystkie matki w cesarstwie. Poczęły też głośno wykrzykiwać, że jeźli najdrożsi ich sercu legną kiedykolwiek w krwawych mogiłach ofiar morderczej wojny, to nikt inny, jak tylko on, Butterworth I., nie będzie za to odpowiedzialny. Niektóre bardziej rozżalone niewiasty poczęły nawet czatować na władcę i mimo czujności przybocznej gwardyi cesarskiej obrzuciły przejrzałemi figami koronowaną głowę pomazańca.
Z powodu niedostatecznego materyału w ludziach stało się rzeczą niezbędną zażądać od jeneralnego dyrektora poczt, księcia de Bethany, aby objął dodatkowo w szeregach marynarki służbę przy wiośle, podobnież od jednego z szlachty, urzędnika nieco niższej rangi, nadsędziego wicehrabi Canaan. Zatruło to wszakże jadem niezadowolenia serce księcia de Bethany, czyniąc zeń skrytego konspiratora — skutek, który cesarz przewidział, któremu wszakże zapobiedz nie był w stanie.
Wewnętrzne sprawy cesarstwa potoczyły się jednakowoż niedługo jeszcze gorszym torem. Pewnego dnia mianowicie cesarz podniósł niejaką Nancy Peters do stanu parów i zaraz nazajutrz ożenił się z nią, pomimo że gabinet zalecał mu ze względów państwowych małżeństwo z Ermeliną, najstarszą bratanicą prymasa de Betleem. Wypadek ten pociągnął za sobą niezadowolenie potężnej partyi: kościoła. Nowa cesarzowa pozyskała sobie wprawdzie przychylność i poparcie dwóch trzecich z trzydziestu sześciu dorosłych białogłów, zamianowawszy je damami dworu. Ale za jednym zamachem porobiła sobie śmiertelne nieprzyjaciółki z pozostałych dwunastu. Rodziny dam dworu poczęły się jednak również niebawem burzyć, żadna z nich bowiem nie chciała od tego czasu pilnować gospodarstwa. Dwanaście pokrzywdzonych obywatelek zaś z oburzeniem odrzuciło uczynioną im propozycyę zajęcia się kuchnią dworską, tak że cesarzowa była zmuszoną zażądać od hrabiny Jerycho i innych wysokiego urodzenia dam dworu, aby nosiły wodę, zamiatały i spełniały inne roboty domowe, co i w tej także części damskiego świata niemało napsuło krwi.
Wszyscy wszakże poczęli się jednogłośnie uskarżać, że podatki, zaprowadzone dla pokrycia kosztów utrzymania armii, marynarki i innych urządzeń cesarskich, są ciężarem nie do zniesienia i że naród zejdzie przez nie w niedługim czasie na dziady. Odpowiedź cesarza: — „Spójrzcie na Niemców, na Włochów!... czyż wyście od nich lepsi?... A czyliż za to nie macie niezawisłości?” — nie zadawalniała ich już.
Odpowiadali:
— Niezawisłością się nie pożywi, a my zaczynamy przymierać z głodu. Pola leżą odłogiem. Wszystko, co żyje, służy w wojsku albo przy marynarce, piastuje różne urzędy, paraduje w uniformach, nic w gruncie rzeczy nie robiąc, ale też i nie mając co jeść, bo i jakże, skoro nikt ziemi nie uprawia.
— Spójrzcie na Niemcy! na Italię!... Znajdziecie tam to samo. Taką już jest niezawisłość i niema na to żadnego innego środka. Inaczej się jej nie osiągnie.
Tak mówił cesarz za każdym razem.
Szemrzący wszakże odpowiadali również jednakowo:
— Nie jesteśmy już w stanie podołać podatkom. To przechodzi nasze siły...
Na dobitek gabinet wystąpił z projektem pożyczki narodowej w wysokości 45 dolarów, po pół dolara na głowę. Słyszał mianowicie, że tego rodzaju środki ratunkowe są w podobnych wypadkach w zwyczaju. Dalej zaprojektował także cła przywozowe i wywozowe a w końcu emitowanie państwowych obligacyj kredytowych i banknotów, płatnych w obrębie lat pięćdziesięciu w figach i kapuście głowiastej. Rząd był zdania, że armii, marynarce i w ogóle ruchowi całej maszyny państwowej zagraża utknięcie i jeżeli się celem zaradzenia złemu czegoś zaraz nie przedsięweźmie, bankructwo państwa stanie się nieuniknionem, w następstwie — rewolucya. Cesarz postanowił tedy użycie środków, jakie dotychczas na wyspie Pitcairn nie miały jeszcze nigdy miejsca. W cesarskich szatach, na czele armii, udał się w niedzielę rano do kościoła i kazał ministrowi skarbu urządzić na poczekaniu kwestę.
Stało się to ową przysłowiową kroplą, która przepełnia puhar. Najpierw podniósł się jeden z obywateli, zaraz po nim drugi i zaprotestowali obadwaj przeciw temu jawnemu rabunkowi. Bezpośredniem wszakże następstwem odmowy jednego i drugiego była natychmiastowa konfiskata majątku malkontentów. Surowość ta przejęła takim strachem resztę niezadowolonych, że kwesta potoczyła się dalej wśród ciszy ponurej i złowieszczej. Oddalając się na czele swych wojsk, zawołał cesarz do poddanych:
— Ja wam pokażę, kto tu panem!
Kilka osób odpowiedziało okrzykiem:
— Precz z niezawisłością!
Uwięziono krzyczących niezwłocznie i wśród płaczu ich rodzin i przyjaciół uprowadzono ich pod strażą.
Równocześnie jednak, jakby go prorok wywróżył, pojawił się na widowni — socyalny demokrata! i kiedy cesarz wsiadał u wrót kościoła do złoconego ręcznego wózka, pełniącego w cesarstwie rolę galowej karety, socyalista wymierzył w dworski wehikuł piętnaście czy szesnaście kamieni, ale z tak specjalnie socyaldemokratyczną niezręcznością, że za każdym razem chybił.
Tejże nocy ogólne oburzenie doprowadziło do wybuchu. Naród podniósł się jak jeden mąż, pomimo że czterdziestu siedmiu rewolucjonistów zaliczało się do płci żeńskiej. Piechota rzuciła o ziemię widły od siana, artylerya cisnęła precz kokosowe orzechy wszelkich kalibrów, marynarka również podniosła bunt, poczem pojmano cesarza w jego pałacu i związano mu ręce i nogi.
Rzekł wtedy:
— Wyzwoliłem was z ucisku tyranii, dźwignąłem was z waszego poniżenia i uczyniłem narodem między narodami; dałem wam silny i pewny rząd centralny, obdarzyłem was największem z dóbr tego świata — niezawisłością! Oto wszystko, com dla was uczynił — w nagrodę zaś za to spotyka mnie z waszej strony najczarniejsza w świecie niewdzięczność i nienawiść, urąganie i te hańbiące pęta!... Weźcie mnie, zróbcie ze mną, co wola wasza. Chętnie zdejmę z bark moich to nazbyt zaiste ciężkie bremię[5]. Dla was na siebie je wziąłem — dla was je z siebie składam. Niech zgaśnie imperatorski blask mego dla dobra narodu panowania, skoro ład, będący mojem dziełem, przez was obrócony w niwecz, leży oto u nóg waszych zdeptany i opluty, jak tego sami chcieliście.
Jednogłośnie skazał naród cesarza i socyaldemokratę na dożywotnie wykluczenie z gminy zgrupowanej dokoła kościoła lub na dożywotnie również ciężkie roboty w charakterze galerników na łodzi rybackiej — co będą woleli.
Najbliższego dnia naród zgromadził się ponownie, zawiesił napowrót flagę angielską na żerdzi, wprowadził z powrotem na ojczystą ziemię wielkobrytańską tyranię, redukując zarazem stan szlachecki do jego pierwotnej liczby, poczem skupił całą swoją uwagę na spustoszonych i zaniedbanych polach, na wskrzeszeniu starych, pożytecznych rzemiosł i starej, nieprzesadzonej, pokrzepiającej serca nabożności. Ekscesarz zwrócił zaginiony rękopis prawa domowego, przyznając się, że to on sam go był świsnął, wszakże nie aby na sławę czyjąś rzucić cień, lecz w interesie swoich rozległych planów politycznych. Dawny naczelnik narodu odzyskał swoją godność i swój skonfiskowany majątek.
Po dojrzałym namyśle ekscesarz i socyalny demokrata przenieśli dożywotnie wykluczenie z gminy kościelnej nad ciężkie roboty na galerach „z dopuszczeniom do służby bożej”, jak opiewał wyrok. Narodek, wnosząc z tego, że skazanych rozum opuścił, postanowił ich wziąć pod klucz, co się też i stało.
Taką to jest szczegółowa historya „wątpliwego nabytku” wyspy Pitcairn w osobie czasowego jej władcy Butterwortha.


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – swoją.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – jedności.
  3. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; brak wykrzyknika.
  4. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Pitcairn.
  5. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – brzemię.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.