Ramułtowie/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Ramułtowie
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Drukarz Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
IV.

Salonik, z którego wymknął się Oleś, stał przez chwilkę pusty.., potém otworzyły się drzwi w lewo i weszła siwowłosa staruszka, miłéj pięknéj jeszcze i uspokojonéj twarzy, ubrana z wielkiém staraniem, ale czarno. Z nią razem szła słusznego dosyć wzrostu, piękna, zamyślonego oblicza panienka, równie wykwintnie a zarazem z prostotą i smakiem ubrana. W rysach jéj, mimo młodości, ślady wewnętrznych walk i cierpień skrytych, jakaś zaduma nad przyszłością, coś dziwnie smutnego panowało. Uśmiech miała wdzięczny ale nie młodzieńczy — więcéj w nim było politowania niż wesela, dobroci i pobłażania niż radości. Czarne oczy przysłonione rzęsami długiemi miały tenże wyraz nieuleczonéj melancholii. Na czole, ustach, w postacie całéj, może przedwczesna powaga czyniła ją trochę starszą niżeli była w istocie. Mimo to dziecinna prawie prostota i naiwność przeglądała przez zasłony smutku i obłoki melancholii. Dwie te postacie obok siebie, starość wdzięczna i święta, młodość smutna i majestatyczna, stanowiły gruppę, na któréj musiałoby się każde oko jak nad zagadką zatrzymać... Młodego wesela trochę w twarzy staruszki równie dziwiło jak powaga przedwczesna w dziewczęciu. Staruszką była babka, pani starościna — panienką Hanna córka pana Aleksandra... Obejrzały się wchodząc po salonie, w którym się gości znaleźć spodziewały, i starościna odezwała się z trochą niezadowolenia:
— Już go nie ma! tylko co słyszałam głos... Znowu gdzieś się wymknął... Wczoraj dopiero podobno nad rankiem powrócił — teraz znowu już go niema... Ktoś go pochwycił — a — to nieznośna rzecz doprawdy...
Siadła staruszka.
— Niechże się babcia nie gniewa — odezwała się wnuczka: ojciec ma tyle, tyle rzeczy do zrobienia... Widziałam wchodzącego Dołęgę, poszli z nim razem pewno po jakie sprawunki.
— Ja się nie gniewam moje dziecko, bo na tego poczciwego Olesia niepodobna się pogniewać, tylko mi go brak. Pana Maryana Dołęgę byłabym też z przyjemnością widziała, bo to bardzo usłużny człowiek i w mieście się bez niego obejść trudno... a tu mi tak prysnęli.
— Pewnie wkrótce powrócą...
Staruszka spuściła głowę jakoś smutnie, Hanna rozglądając się w sprzętach przechadzała po pokoju... Służący wszedł oznajmując jakaś panią, która — nie chciała mu nazwiska powiedzieć.
— Cóż to znowu jest? spytała babcia... to może jaka żebraczka?...
Służący się rozśmiał.
— A! gdzież tam, proszę jaśnie pani! przyjechała powozem...
Hanna dała znak głową, aby prosił. W tejże chwili ze śmiechem głośnym, wpadła mała, zwinna, strojna ślicznie, zgrabna i miluchna jejmość, która wprost do kolan babci przypadła...
— A! babcia tu! babcia kochana!... co za szczęście... I całowała ją po rękach! a potém Hannie się rzuciła na szyję ściskając ją, śmiejąc się — podskakując..
Pomimo téj trzpiotowatości nie była to młodziuchna dzieweczka, ale kobiecina, któréjby znawca nie dał więcéj nad lat dwadzieścia kilka, choć metryka mówiła już o trzydziestu. Jak większa część blondynek, zachowała cudownie świeżość, rysy, ruchy, całą powierzchowność pierwszéj młodości, tylko troszeczkę pełniejsze formy zdradzały lata... Wyraz nawet okrągluchnéj twarzyczki, niebieskich oczu, różowych wydatnych ustek, przypominał więcéj aniołki mitologiczne niż niewiastę i wdowę, którą była pani Lelia z Ramułtów Matuska, siostra pana Sylwana.
— Że babcia tu, to nic dziwnego, bo chora, a ma starego doktora któremu ufa i przyjechała się poradzić, rzekła starościna; — ale że ty tu moja Lelciu... to dziw nad dziwami! Co ty tu robisz?
— Ja? moja babciu droga? ja — mam téż tu kogoś co był mi do zdrowia i życia potrzebny — westchnęła spytana.
— Kogóż! co? jak? czy wybierasz się znowu w święty stan...
— A! nie! nie! nie! śmiejąc się odparła Lelia — uchowaj Boże! Czyż pani starościna nie zgaduje o kim mówię?
Spojrzała ukradkiem na Hannę, stojącą przy niéj, po któréj licu w téj chwili przepłynął rumieniec jak błyskawica i znikł.
— A jakże ja to zgadnąć mogę? zawołała starościna.
— Brat mój od kilku lat tu mieszka — rzekła Lelia ciszéj, udało się nam wyrobić mu pozwolenie... a nawet więcéj niż to, bo zajęcie i pracę. Przyjechałam się z nim zobaczyć.
Starościna zmilczała... Spojrzała na Hannę, spuściła głowę, zamruczała coś niewyraźnego...
— Siadaj, proszę.
Obie z Hanną pomieściły się na kozetce na przeciw fotelu babuni i wzięły za ręce... spoglądając na siebie ciekawie.
— Hanna mi się nic nie zmieniła, tylko jeszcze spoważniała, mówiła Lelcia, powiedziałabym prawie posmutniała...
— A ty zawsze wyglądasz na trzpiota, którym nie jesteś — dodała Hanna. Ktoby cię nie znał, pomyślałby żeś najszczęśliwsza istota na świecie...
— A nie jestem ani wesołą ani szczęśliwą, ty wiesz droga Hanno — mówiła Lelia — tylko przed światem wywieszam ten szyld fałszywy, aby pod nim skryć kontrabandę nieuleczonego smutku i zwątpienia...
Po co ludzie mają wiedzieć co się w mojém sercu dzieje, ażeby sobie żarty z niego stroili?
Gdyby nie to — ciągnęła daléj — żem wdowa, żem sama na świecie, że mi lata płyną szeleszcząc skrzydłami nietoperzowemi nad głową, zwiastując smutną starość z kabałą i mopsem na kolanach, gdyby nie mój własny, los brataby już wystarczał na osmucenie méj duszy...
Na to wspomnienie brata, babunia zrobiła minkę zakłopotaną i smutną. Hanna się znowu zarumieniła poprawiając strój aby ukryć pomieszanie — obie zamilkły. Dopiero po długiém milczeniu, starościna szepnęła:
— No — a cóż się z panem Sylwanem dzieje?
— Pracuje. Na tobym ani ja, ani on się pewnie nie skarżył, mówiła Lelia — lecz praca to z dnia na dzień, a jutro niepewne... Chociaż dziś się jéj dorobił, jutro stracić ją może, każdego dnia intryga mu grozi wypchnięciem znowu na tułactwo... Tu przybyszów nie lubią, a panowie Niemcy radziby się ich pozbyć, byle pozór najmniejszy do pozbycia się znaleźli...
Lelia urwała spuszczając głowę.
— Ale co bardzo dziwne, bardzo — że wypadkiem znalazł się tu razem ze swoim przyrodnim bratem... excusez du peu, panem hrabią Ramułtem, dodała z przyciskiem.
A! a! z tymi — przerwała starościna, których rodzina pono was nigdy znać nie chciała... No, a jakże są z sobą teraz?
— Doskonale z nim; co się tycze hrabinéj matki, ta Sylwana ignoruje. Bracia są z sobą jak bracia... Herman ma być dobry chłopak... chociaż pieszczotami mamy, wychowaniem i dostatkami w niwecz popsuty... Jedynaczek, ładny chłopiec... a w dwudziestu kilku leciach już tak życiem znudzony, tak mu się wszystko przejadło... aż śmieszny.
O! będziecie go tu państwo pewnie mieli, bo Sylwan mi mówił, że wczoraj u niego na wieczerzy był p. Aleksander, gwałtem go porwano i nie puszczono do rana...
— A tak! odezwała staruszka. Oleś jest słaby, zawsze się da wciągnąć.
— Więc to u niego był ojciec? szepnęła Hanna i głowę spuściła.
— Z hrabiną się także pewno panie poznacie; co do mnie, mówiła Lelia, cisnąć się tam nie myślę. Nie rada ona Sylwanowi, nie mogę i ja tam bywać. Nie chciałabym jéj ogadywać, bo się to może wydać z mojéj strony odwetem złośliwym, ale — całą gębą hrabina galicyjska... Próżna, dumna, mało wykształcona, elegantka, arystokratka... Francuzka i Niemka więcéj niż Polka... słowem najnieznośniejsza baba pod słońcem... która mimo swych lat pięćdziesięciu starannie tynkowanych, jeszczeby się chętnie za mąż wydała, gdyby znalazła pretendenta...
Nic nie robi tylko się stroi... szczebiocze... wieczorem gra, a rozpada się nad swym ukochanym gagatkiem.
Staruszka pogroziła na nosie Lelii.
— Widzisz jaka ty jesteś złośliwa... odmalowałaś ją karykaturalnie — a powinnaś była wiele przebaczyć, choćby dla tego, że syna tak kocha.
— I tak go psuje! dorzuciła Lelia — moja babciu! Nieznośna baba!
Hanna się uśmiechnęła.
— Ale très comme il faut?
— Jak najbardziéj comme il faut, nawet jest damą gwiazdzistego krzyża... i bywała na dworze — rozśmiała się Lelia. Mówi w salonie o wszystkiem o czém się w salonach mówić zwykło, z wielkim talentem, aby się nie wyrwać z niedorzecznością — a nie umie nic... Czytają za nią, uczą się, dowcipkują drudzy; ona gotową naukę, lekturę i dowcip chwytać jak zgotowane potrawy przy obiedzie, i tém żyje.
— Jaka ty jesteś złośliwa! powtórzyła babcia śmiejąc się — pfe! moja Lelciu, powinnabyś się wyspowiadać.
— Cóż potém kiedy jutro znowu, gdy śmieszność znajdę, nie wytrzymam, bym się z niéj nie śmiała, zawołała Lelia.
— No! to już ja tego nie chcę... wstając odezwała się babcia. Jednakże mam zaległe modlitewki, pójdę za ciebie Pana Boga przepraszać, a wy z Hanną, coście się tak dawno niewidziały szczebioczcie.
Pocałowała w głowę Lelię.
— Tylko mi Hanny nie psuj!
— Moja babciu, Hanny nikt nie popsuje, prędzéj ona kogo poprawi — odezwała się Lelia całując w rękę babunię.
Przyjaciółki po wyjściu jéj uściskały się znowu, a Lelia popatrzała na Hannę długo i zawołała:
— Tyś mi jeszcze wyładniała — ale, jakżeś się zrobiła poważna! pfe! udajesz starą! to się nie godzi.
— Czuję się tak... westchnęła Hanna; a chwilami chciałabym być jeszcze starszą, ażeby od uciążliwych obowiązków młodości się uwolnić!
— Moja Hanko! cóż też ty wygadujesz! Jeszczem jak żyję nie słyszała o uciążliwych obowiązkach młodości, musisz mi je wytłómaczyć.
— Tyś tak domyślna, że je odgadniesz — zaśmiała się smutnie Hanna. Trzeba się stroić, chodzić, pokazywać, być wesołą kiedy się niechce, tańcować i bawić się gdy się czuje smutną: nie sąż to uciążliwe obowiązki młodości? Na wsi jeszcze się prędzéj od nich można uwolnić, ale w mieście?
— Na długoście przybyły do miasta?
— Ja nic nie wiem, i babcia nie mówi jak zabawić myśli, jest pełna tajemnic na ten raz... Skarży się, że chora, że jéj tutejszy stary doktór M. najszczęśliwiéj pomaga... ale...
Hanna zniżyła głos i spojrzała na Lelię.
— Rozumiem, poczęła przyjaciółka — mają jakieś projekta dla ciebie — albo chcieliby, żeby się im nastręczyły.
— Być może, mówiła Hanna, ciężę ojcu, ciężę kochanéj babci, chcieliby się mnie pozbyć co prędzéj... Rozumiem i wierzę, iż pragną mojego szczęścia — tylko nie pojmuję, żeby go tak na gościńcu szukać można...
Spuściwszy głowę, jakiś czas Hanna i Lelia, która usiłowała nadaremnie coś z jéj oczu wyczytać, chodziły po salce... obie dosyć posępne.
— A ty czy długo tu być myślisz? zapytała Hanna.
— Mówiłam ci, jestem dla brata... pobędę aby się z nim nacieszyć, a razem muszę mu zapewnić szczątki majątku, który mi się udało dla niego ocalić. Jak to potrwa długo, doprawdy oznaczyć nie mogę... radabym póki wy jesteście, nie wyjechać...
Rozmowa tak przerywana trwała jakoś się nie klejąc. Hanna była widocznie nie swoja, pytania na ustach jéj zamierały, w ożywionéj mowie nagle coś zdawało się wstrzymywać jéj dokończenie. Dopiero siadłszy na kanapce w kątku, gdy po cichutku z sobą szeptać zaczęły — pewne, że nikt ich nie dosłyszy, ożywiły się i zapomniały tak, że nie postrzegły nawet, gdy pan Aleksander wśliznął się cicho i stanął przed niemi.
Zobaczywszy go Lelia z okrzykiem wstała z kanapki. Łysy adonis już pochwycił białą jéj rączkę i wyciskał na niéj rumianych warg swych pieczęci, oczy i policzki śmiały mu się z radości... Zapomniał nawet owego strachu, z którego się spowiadał przed Dołęga, cały przejęty rozkoszą widzenia swéj ślicznéj Lelki, do któréj tak nieszczęśliwą miał słabość. Patrzał jéj w oczy, a okrągła twarz jego, po dobrém śniadaniu, pod wrażeniem czaru niewieściego i dobrego wina, nabierała wyrazu starożytnego Satyra, który Nimfę zastał w kąpieli. Nie spojrzał nawet na rumieniącą się za niego Hannę.
— O! jakże, jakże mi pani moja cudownie wyglądasz! zawołał głośno... co za świeżość! jakie czarujące wdzięki! Jakżem rad, że panią tu widzę!... Śliczności moje!
Lelia śmiała się do rozpuku i to jakoś wielkie zapały Olesia obracało w żart na szczęście.
— Pani wie, mówił, że ja byłem, jestem i będę do zgonu jéj adoratorem...
— Nic o tém nie wiedziałam, śmiejąc się odpowiedziała Lelia — lecz od dziś dnia zapisuję go na listę i wciągam do szeregów... Tylko pomnij pan, że to ciężkie wkłada obowiązki!
Na komplementa te weszła, głos posłyszawszy, babcia.
— O! o! wołała ode drzwi, już Oleś w adoracyach dla Lelki... A! stary, stary, że też ty się nigdy nie poprawisz!
Odskoczył pan Aleksander trochę zmięszany, biegnąc całować ręce staruszki, która mu dała klapsa.
— Pfe! cóż to za bałamut z asana! całą noc na hulance, cały ranek gdzieś lata, a teraz zastaję w umizgach do wdówki. Na pokutęby cię zasadzić należało... Gdzieżeś był?
— Babciu dobrodziejko — zaczął się tłómaczyć Junosza: wczoraj mnie Ramułt pochwycił — dobre jakieś serdeczne chłopczysko, drzwi na klucz pozamykali i nie było sposobu wyjść.
Babka głową kiwała.
— A tobie w to graj.
— Dziś chodziliśmy z Dołęgą po — po sprawunki... Co się tycze przywitania dawnéj naszéj sąsiadki, w tém grzechu nie widzę...
Jeszcze się tłómaczył, gdy służący wszedł oznajmując hrabiego Ramułta. Usłyszawszy to nazwisko, Lelia chciała się wycofać z Hanną, babka nie puściła, Oleś wyszedł ku drzwiom na przyjęcie gościa, poprawiając trochę włosów rozpierzchłych po łysinie.
— Ty go znasz? zapytała Hanna Lelii.
— Widziałam go z daleka tylko, choć niby mój brat przyrodni, nie był ciekaw mnie poznać bliżéj, jam też nie śpieszyła. On jest hrabią Ramułtem, a ja i Sylwan proste sobie biedaki.
Domawiała tych słów po cichu, gdy wyświeżony i wyelegantowany młodzieniec, w paliowych rękawiczkach, z głową świeżo od fryzyera, w surduciku leżącym jak ulany, w lakierowanych bucikach, ukazał się w progu z pańską pogardliwie-grzeczną minką, znudzonego swą wielkością człowieka.
Przywitali się po wczorajszéj znajomości u wieczerzy, jak starzy przyjaciele z serdecznym dla wszystkich Olesiem, który natychmiast przedstawił starościnéj, swéj córce i... nie wiedząc co ma uczynić z Lelią rzekł:
— Państwo zapewne znajomi...
Lelia odwróciła się szybko — Herman począł się jéj przypatrywać zdziwiony, jakby po raz pierwszy z blizka ją zobaczył, i zmieszany rzekł:
— Wszak pani jest siostrą brata Sylwana... a zatém i moją...
Lelia nic nie odpowiedziała.
— Miło mi, że mogę się jéj przedstawiać.
Po tém szybkiém intermezzo, począł rozmawiać Herman ze staruszką, ale oczu z siostry przyrodniéj i Hanny nie spuszczał. Hanna ani nań spojrzała prawie.
Spędziwszy kilka chwil około starościnéj, widocznie chciał Herman zbliżyć się do młodych pań, lecz Oleś swą niezmierną grzecznością pokrzyżował jego zamiary... Z pierwszą wizytą niepodobna było bawić długo... Ramułt mając zaledwie czas przemówić kilka słów do Hanny, która mu bardzo zimno na nie odpowiedziała... ukłonił się i począł żegnać.
— Pani starościna pozwoli, rzekł, aby jéj matka moja złożyła uszanowanie. Jest to jéj gorącém życzeniem...
Wymieniono jeszcze kilka słów grzecznych i na tém skończyła się ceremonialna wizyta. Oleś odprowadzał go aż do sieni i słychać było długie ich wesołe śmiechy.
— Bardzo ładny chłopak! odezwała się staruszka do Lelii i Hanny; nie prawdaż?
— A no — lalka, tylko już bez rumieńca i świeżości — poczęła wdówka; — żal mi tego braciszka... jakoś mu źle z oczu patrzy, choć ma ładne oczy...
— Trzebaby go widzieć przy wieczerzy w kawalerskiem towarzystwie — przerwał Oleś, który wszedł na te wyrazy; c’est le convive le plus aimable, le plus animé qu’on puisse imaginer.
Przymiot ten zwykle mało przez kobiety ceniony, nie podniósł go podobno w ich oczach; spojrzały po sobie i zamilkły.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.