Ragnarök/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ragnarök
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Wydanie trzecie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. Poznań
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Gdy się zjawili we dwóch w Warszawie, hrabia ordynat doznał tak miłej niespodzianki na widok pierworodnego i marnotrawnego syna, że wedle ewangelicznego wzoru, zamiast klątwy, zabił tłustego cielca. O wygnaniu do Mehecza nie było mowy. Andzio też zaraz rezon odzyskał, opowiedział szczerze awanturę i był na tyle sprawiedliwy, że pod niebiosa wynosił takt, miarę i spryt Niemirycza w rozplataniu sprawy.
Musiał szeroko się rozgadać, bo gdy wieczorem Niemirycz się zameldował z sprawozdaniem i rachunkami, hrabia mu bardzo serdecznie podziękował i żadnych rachunków przyjąć nie chciał.
— Oszczędność pan zrobił, nie ja. To są pańskie, nie moje pieniądze. Ale co dalej będzie? Zbuntował mi pan syna. Chciałem go wysłać do matki i rodzeństwa w Biarritz — oświadczył mi kategorycznie, że chce podróżować dwa lata, po całym świecie i nie inaczej jak z panem.
Niemirycz, jak zwykle, milczał, tylko zamiast w oczy mówiącego, patrzał w ziemię.
— Mogę na pana liczyć? Daję najwyższy dowód mego zaufania i uznania, powierzając panu syna. Powtórzył mi pańskie teorje i zapatrywania, i chociaż wiem, że spotkam się z piorunami ciotki, jedźcie. Odwieź mi go pan... człowiekiem.
— Panie hrabio, jabym prosił o zwłokę.
— Jak długą?
— Nie wiem. Mam parę bardzo ważnych spraw w toku. Muszę je załatwić.
— Rozumie się. Musi pan przygotować sobie zastępcę, ale w zasadzie rzecz postanowiona. Tymczasem Andrzej będzie ze mną. Postaram się go zająć, obznajmić z interesami. No, załatwiliśmy najważniejsze, możemy przejść na kolację.
Spożyli ją we trzech we wspaniałej jadalni i przegawędzili bardzo serdecznie do dziesiątej. Gdy Niemirycz szedł przez podwórze do swego mieszkania, ujrzał światełko w oknie i domyślił się, że ksiądz Michał na niego czeka.
Jakoż ksiądz, rozlokowany przy stole, odmawiał brewiarz i, nie przerywając go, dobrodusznie do wchodzącego się uśmiechnął. Niemirycz wyjął z skrzynki list z stemplem wiedeńskim i przeczytał go chciwie.
Ksiądz pierwszy skończył i patrzał na niego.
Niemirycz list włożył do kieszeni i wesoło spytał:
— Ksiądz nie pyta, z czem wróciłem?
— A poco? Toć widać ci duszę jasno z oczu i śmiejesz się. Zdrowo ci, spokojnie, dobrze. A widzisz! Śmiejesz się. Tobie bardzo śmiechu brakło. Trzeba swoje odeśmiać. A wiesz, ja tu codzień bywałem. Stróż mnie wpuszcza. Choć, wiesz, ja coś ci zabrałem. Nie wytrzymałem. Stały tam, wiesz, w kącie, dwie pary butów, no i wiesz, trzy dni się wahałem i wziąłem. Wiesz, tam było na Solcu pięcioro ludzi bosych. Nie mogli zarabiać, bo bosi... Uważasz, myślę: dam tymczasem, a potem odkupię, może mi jakie pieniądze kapną. Ale dotąd zebrałem tylko pięć złotych. Nie gniewasz się? Ja wiem, ludzie szczęśliwi nie mogą się gniewać. Zresztą, pamiętasz, jakeśmy to kiedyś mówili: są i będą bosi, póki są tacy, co mają po trzy pary butów. To nawet ty mówiłeś.
— Pamiętani i niech ksiądz nie myśli o restytucji. Ale czy ksiądz widział naraz tyle pieniędzy?
Sięgnął do kieszeni i wysypał na stół sporą kupkę złota.
Ksiądz począł głową kiwać i uśmiechać się:
— Oj, oj! tego tu pewnie więcej, niż sto rubli?
— Tysiąc trzysta.
— I wszystko naprawdę twoje?
— Moje. Dostałem gratyfikację od hrabiego.
— No i naco ci one?
— Ksiądz pewnie znajduje, że powinienem wam oddać.
— No, widzisz, jeśliś komu co winien, to oddaj, jeśli masz własne obowiązki, to zachowaj. Zawsze ja trochę dostanę?
— Żebyż ksiądz to wsparcie i ratunek udzielał chociaż dobrym i nieszczęśliwym, a nie gałganom i złym...
— Ano, widzisz, zły to najnieszczęśliwszy. Dobremu i u ludzi śmielej i z Panem Jezusem on w zgodzie. Z dobrym każdy rad być, a zły to prawdziwie biedny. A zresztą, jak bogaty zły, to jego wina, ale nędzarz jak zły, to trzeba mu wybaczyć i bardzo się litować. Może my bylibyśmy gorsi od niego... oj, pewnie gorsi! Ja ci powiem, że kiedym nie głodny, to mi jakby wstyd, żem kogoś objadł. Są i bogaci dobrzy, są miłosierni, ale zawsze ile przejedzonych, tyle niedojedzonych idzie spać. Naprawdę, człowiekowi niewiele trzeba. To tylko wymyślenie djabelskie zbytek.
— Wedle tego, to ksiądz ma prawo do tych wszystkich pieniędzy, bom syty, odziany, zdrów, nie mam długów ani rodziny, mam zarobek i dach.
— No, pewnie. Tyś sam tak dowodził.
— Więc mi ksiądz nic nie zostawi?
— Może ta, którą kochasz, uboga jest, to daj jej... — pomyślał i zawahał się: — to daj połowę.
— Nie, bogatsza jest ode mnie.
— To źle. Trzeba, żebyś i jej pilnował. Nie daj wydawać wiecej na siebie, niż co niezbędne. To, widzisz, wtedy będzie i wesoła, i zdrowa, i kochająca. Miłość tem zamożniejsza, im więcej daje, a przytem to najlepszy interes.
— Świetny, daje bajeczne procenta wdzięczności! — zaśmiał się szyderczo Niemirycz.
— Nie szydź. — Ksiądz się obejrzał po kątach. — Nie szydź. Niczego mi tak nie strach, jak szydzenia. Zdaje mi się, że zły duch przyleci i zachichocze. Boję się szyderstwa. Tego to pewnie nawet Pan Jezus się bał. Już lepiej klnij, bluźnij, ale nie szydź. A przytem, dając z miłości, sobie się daje, swej duszy czyni uciechę. Jeśli dając myślisz o wdzięczności, to pożyczasz jak lichwiarz. Ty daj, wszystko oddaj, myśl, jak jeszcze więcej dawać, z siebie czerp, a o resztę się nie troszcz. Żadna wdzięczność ci nie zastąpi wesela duszy twej miłującej.
— Jednakże wszystkiego księdzu nie dam. Muszę zostawić dla siebie.
Rozsunął złoto na dwie części. Ksiądz śledził jego rękę, a gdy młody człowiek mniejszą część sprzątnął do szuflady, westchnął.
— Jeszcze źle? — uśmiechnął się Niemirycz.
— Myślałem, że oddasz wszystko. Ano, ty lepiej wiesz, ile ci trzeba. Ja zaraz to odniosę.
— Zaraz? Toć noc. Ograbią, księdza nad Wisłą.
— Jakże czekać do rana! Myślisz, noc i teraz? Toć mróz, głód cięższy, tyle czarnych godzin, tyle czarnych myśli. Nie godzi się. Pójdę.
Zdjął z wieszadła płaszcz swój zimowy, niegdyś czarny, obecnie oliwkowy, niegdyś watowany, obecnie dziurami podszyty i, ubierając się powoli, rzekł wreszcie:
— A może i rację masz, że gotów jeden zabrać, coby dla wielu starczyło. Takiego to gdzieindziej nazywają kapitalistą, ale nad Wisłą to się nazywa zbój! Trochę mi niepewnie, ale ty chyba ze mną pójdziesz.
— Mam masę roboty. Niech ksiądz odłoży do jutra.
— Nie, nie można. Zimowa noc! No, to już pójdę sobie z Panem Jezusem tylko. Dobranoc. Dziękuję ci.
Zaczął szukać kapelusza, laski, wzdychać, postękiwać, aż wreszcie Niemirycz roześmiał się i rzekł:
— No, idę już, idę, bo widzę, że ksiądz się nigdy sam nie zbierze.
Gdy wychodzili, ksiądz spytał:
— A masz ty z sobą parę groszy? Bo to widzisz, bardzo się zdać mogą. Bo to widzisz, my do Emmaus idziemy, pana Jezusa spotkamy pewnie. W chwale nie przyjdzie, ale nagi, głodny, zziębnięty. Co Mu dasz?
Niemirycz wziął z szuflady część złota i wyszli. Noc była istotnie straszna, zimna, wietrzna, dżdżysta. Na ulicach było już, jak zwykle po północy, pusto. Snuły się ulicznice, hulaki, pijacy, czasami przemykał ktoś do apteki. Miasto spało, czuwała tylko rozpusta, głód, zbrodnia i niedola. Niedaleko, na bocznej ulicy, ksiądz zatrzymał dwie nieszczęsne dziewczyny, drżące z zimna pod parasolem, w oczekiwaniu niecnego zarobku. Wsunął jednej i drugiej po parę rubli.
— Idźcie do domu, niebożęta. Macie, weźcie, idźcie do domu, zaśnijcie spokojnie.
Dziewczyny zgłupiały na razie, potem jedna porwała datek i bez słowa umknęła w czarną głąb. Druga zatrzymała się chwilę i starała się uśmiechnąc zsiniałemi od zimna ustami.
— Kumedja! Ot, kochany warjat! A może i ty co dorzucisz? — zwróciła się do Niemirycza.
Podał jej złote pięć rubli.
— I ty także tak za nic?
— Owszem, za twą jutrzejszą noc spokojną.
— A gdzie ty mieszkasz? Przecie nie z tym czarnym?
— Z nim. Dobranoc.
Minęli ją. Natknęli się nieco dalej na bójkę przy szynku. Drab jakiś okładał pięściami i nogami chuderlawego chłopaka. Kilku pijaków przyglądało się scenie, śmiejąc się i dowcipkując brutalnie.
— To mularze, najbiedniejsi o tej porze — szepnął ksiądz. Wszedł śmiało w światło latarni i spytał jednego z gapiących się:
— Zaco to chłopak obrywa?
— A tobie co do tego? — warknął zuchwale zagadnięty. Ale drugi obejrzał się na intruza i tonem poufałym zawołał:
— To nasz! Czyś ślepy? Dawno jegomości nie było widać. A to Jaskulak pierze swego chłopca, bo go do domu wołał i skamlał. Jaskulak, będzie, jużeś go poznaczył na długi czas. A przyniósł nam ksiądz cokolwiek?
— A jakże, ale z tem do domu trzeba.
Chwycił bijącego za ramię, i aż się zdziwił Niemirycz, jaką miał siłę w niepozornem ciele, jaki głos doniosły i stanowczy.
— Jaskulak, do domu, a żywo!
Zaciekły drab odwrócił się i nie patrząc uderzył księdza w piersi. Ale wtem sam dostał od któregoś z kolegów w kark i ostrzeżenie:
— Psia krew, patrz, kogo walisz!
Opamiętał się, osłupiał, a ksiądz rzekł burkliwie:
— Wal, wal, trafisz dobrze. Przewrócę się i potem czekaj, żebym zmartwychwstał i przyniósł ci cokolwiek. Głupi jesteś!
Homeryczny wybuch śmiechu pochwalił tę uwagę. Jaskulak też się rozpogodził.
— Bo ksiądz mnie ścisnął, jak polikus, a to szczenię wszystką krew mi przewróciło we wnętrzu.
„Szczenię“ leżało w błocie chodnika jak nieżywe.
— Przetrąciłeś krzynę na mocno — ktoś zauważył, butem trącając chłopaka.
— Teraz go bierz na ręce i nieś! — rzekł gniewnie ksiądz.
— Niech zdycha!
— Bierz, mówię ci! Będziemy tu wszyscy marzli i z tobą marudzili. Bierz i prowadź nas do domu. Hrabia, karety mu trzeba; będą wszyscy na ciebie czekać.
— Bierz, Jaskulak, nam też pilno księdza dostać! Chcesz policajów na kark sprowadzić? — burknął któryś z kolegów.
Drab, klnąc, wziął chłopca na ręce. Ksiądz ruszył za nim. Gdy Niemirycz się przyłączył do gromady, dwóch szepnęło coś, zastąpili mu drogę, ręce mieli w kieszeniach.
— A ty czego?
— A do was, z księdzem — odparł spokojnie. A potem przyjrzał się uważnie jednemu i dodał:
— Jużeś mnie zapomniał, Kacperku?
— Dalibóg, pan Niemirycz. Ot, psia noc, tylko co człek swego adwokata nie dźgnął. Moje uszanowanie panu. Człowiek bo nie przywykł swoich ludzi w takim przyodziewku widywać.
— A ten drugi to kto?
— To jeszcze frajer, u mnie na nauce, Lampa. Przyślep się dobrze temu panu, Lampa, i nie rusz, bo jak się zawalisz kiedy po szyję, wykręci cię z Pawiaka.
— A Franusię masz? — spytał Niemirycz.
— Mam i na ulicę jej nie wyprawiam, jak to inni czynią. Zobaczy pan: dama, bankierska utrzymanka.
Pochód przystanał. Pod parkanem siedziało dwoje dzieci; ksiądz już nad niemi stał i rozpytywał się. Starszy chłopak, może siedmiolatek, wybełkotał wreszcie, że rano wyszli na miasto żebrać, bo matka leży chora, a siostrzyczka umarła; że uzbierali dużo miedziaków, ale ich spotkał „Franek“, wybił, odebrał wszystko i zagroził, że jeśli powiedzą, to ich zarżnie.
Któryś z pijanych zdecydował, że Franek sprytna bestja i śmiali się wszyscy. Ale ksiądz się zaperzył.
— Głupstwa gadacie! Nie wolno od biedniejszego brać, nie wolno, mówię wam i powtarzam. W łeb to sobię włóżcie, w ten zakuty. Grabić biedniejszego, to wstyd, to hańba! Chodźcie, dzieciątka, pójdziemy do mamy.
— To i nocy nie starczy, żeby ksiądz wszystkich obszedł — powstał niecierpliwy pomruk.
Ksiądz przystanął.
— O toście rozumnie rzekli. Niechże połowa prowadzi pana Niemirycza, a reszta ze mną idzie. Zabierz i dzieci, bo to daleko, a ty młodszy.
Niemirycz w duchu się roześmiał, jak prędko ksiądz ten manewr wymyślił i uskutecznił, żeby połowę swej trzódki zepchnąć na koszt towarzysza. Ledwie rzekł, już z rutyną starego feldmarszałka gromadkę rozdzielił i zniknął ze swą połową w zaułku.
Niemirycz miał czterech drabów i dwoje dzieci. Na szczęście, dwóch mularzy mieszkało w jednej kamienicy. Z nimi więc poszedł, zostawiając dzieci w bramie, pod opieką Kacperka i Lampy.
Mularze, bez zajęcia od jesieni, mieszkali w jednej suterenie. Siedemnaścioro ludzi różnej płci i wieku dusiło się w tej izbie zimnej, wilgotnej, ogrzanej tylko oddechem tych istot. Draby, gospodarze, ledwie wprowadzili Niemirycza, pijani, głodni, zziębnięci, wnet popadali na barłogi i posnęli. A z tych pościeli cuchnących, uczynionych z śmiecia i gałganów, wstały widma w łachmanach: kobiety, żony i matki. Jedna kaszląca, straszna wyniszczeniem, miała siedmioro dzieci i starą matkę ślepą. Druga z różą w twarzy i rękami w ranach od prania, brzemienna, miała czworo drobiazgu i głuchoniemą siostrę. Z tych siedemnastu istot pracowali dwaj mularze, ale od jesieni zarobek się urwał. Dwóch chłopców pracowało latem nad Wisłą, ale teraz, bosi byli, źle odziani, leżeli chorzy. Pracowała jedna dziewczyna, prostytutka, ale ta rzadko kiedy jaki grosz przyniosła. Miała kochanka, ten wszystko zabierał, chyba coś przed nim ukryła, ukradła, i bił ją, gdy się wyrwała do domu. Suchotnica chodziła do szorowania podłóg, ale zapadała często i zarobek rzadko się trafiał. Druga zarabiała praniem, ale z powodu ran na twarzy lękali się ludzie bieliznę jej dawać i już od paru tygodni prała tylko chodniki, najmniej płatne, a najcięższe w robocie.
Malutka lampa stała na framudze okna; mroku tej izby nie rozjaśniała, czyniła go jeszcze groźniejszym. Sprzętów tu nie było, oprócz barłogów i balji, i stąpić nie było gdzie, bo i na ziemi spali ludzie.
Niemirycz usiadł na krawędzi jednego barłogu, słuchał, patrzał. Kobiety opowiadały monotonnie, apatycznie. Na barłogach rysowały się bezładnie głowy, nogi, ręce, kłęby ciał, gałgany. Oddechy były świszczące, przerywane kaszlem, czkawką, jękiem, stękaniem... Ruszały się te ciała i kurczyły, dręczone zimnem, gorączką, głodem, robactwem. Zaduch dławił płuca, groza straszna tłoczyła duszę. Komorne, węgiel, chleb, lekarstwo, szmata cała i czysta... Niemirycz rachował, liczył, dał ile mógł, a gdy kobiety zaczęły błogosławić i dziękować, gdy wdzięczne były za jałmużnę, zdjął go wstyd, upokorzenie, jakby wyrzut sumienia całego społeczeństwa za tę nędzę, to upodlenie, tę nagość i zwyrodnienie miljonów. I wychodząc, czuł, że go dławi w gardle, szumi w uszach; gdzieś zdała idzie głos szumiący jak morze: „Kainie, coś uczynił z bratem twoim?“
Pod bramą zastał swoich dwóch drabów i dzieci. Kacperek rzeki:
— Wziąłem na spytki tego smarkacza. To sieroty po Grajcarku, wie pan?
— Nic, nie wiem.
— To ten, co to utłukł tę starą na Granicznej, będzie temu ze trzy lata. To jego zesłali i w drodze zmarł, a to się po nim zostało: troje starszych, a czwarte się ulęgło, jak już pod kluczem siedział. No, prowadź mały, bo ziąb.
Poszli. Draby spotykali znajomych, zamieniali czasem sygnał, parę słów, wreszcie jakaś paczka uprowadziła Lampę, któremu Niemirycz dał pięć rubli.
— Daj mu pan mały guzik — zdecydował Kacperek niech zaniesie żonie. On także mularz.
Lampa przyjął datek bez słowa podzięki, ponuro rzucił okiem na Niemirycza i odszedł.
— Jadowita bestja — mruknął Kacperek — i głupi. Nic z niego nie będzie porządnego, rzeźnik! Zakłuje kiedy jakiegoś opasłego wieprza i skończy, jak Grajcarek. To ciężkie jest i nie ma humoru. Ot frajda: z wieprza ukroić sadła, wydrzeć żywcem szczecinę, żeby kwiczał, ot frajda! Okraść sto razy i nie dać się złapać, to sztuka, a rznąć — głupota!
— Tu mama! — odezwał się chłopczyk, stając u drzwi walącej się rudery.
— Wstąpię i ja — rzekł Kacperek. — Ciekawym, czemu ta Zośka od Grajcarka tak na psy zeszła? Znałem ją, gładka była dziewczyna.
— To nieślubni byli?
— Nie. On ją z wojska przywiózł, aż z Odessy.
Dzieci poszły prosto do drewnianej oficyny, po schodach jak drabina, aż na strych. Światło błyskało przez szczelinę drzwi. Weszli. Była to klitka z desek, wiatr po niej hulał, chybotał płomykiem lampki. Był tam też tylko barłóg, stolik, a raczej deska na cegłach; po kątach kupy śmieci i zimny, żelazny piecyk. Na barłogu siedziała kobieta, w męskim surducie na koszuli, z masą złotych, potarganych włosów wokoło twarzy bladej i bardzo pięknej. Siedziała z nogami podwiniętemi i jednostajnym ruchem rąk zwijała na kłębek czarną włóczkę. Przed nią leżał wpół nagi trup kilkoletniej dziewczynki. Pod piecem, owinięta w starą końską derę, spała dziewczynka najstarszą, może dziewięcioletnia. Na skrzyp drzwi, zerwała się i rzuciła do dzieci.
— Przynieśliście co? — spytała i wnet cofnęła się na widok wchodzących mężczyzn. W oczach jej mignęła zgroza, strach, jakby to dziecko znało już wszystkie występki, przeszło najstraszniejsze napaści. Kobieta podniosła też oczy, jakieś dziwne, zamglone i spytała:
— Macie list od Wicka?
Nikt jej nie odpowiedział. Stali obadwaj, filozof i złodziej, jednaką grozą oniemiali, skamieniali. Po chwili Kacperek wyszeptał jakby z szacunkiem, on, co nic nie szanował:
— Obłąkana! Aaa! — i głową pokręcił. A potem się otrząsnął, obejrzał i rzekł:
— Niech pan tu poczeka. Ja przyniosę chleba i węgla.
Zniknął. Niemirycz poszedł do dziewczynki. Wtulona w najciaśniejszy kąt, skuliła się na ziemi, otuliła się derką.
— Oj, panie, ja się boję! Panie, nie ruszcie mnie! — zaczęła szlochać.
Porwał go okropny żal, bezmierna litość.
— Nie bój się, dziecko, ja ci krzywdy nie zrobię. Nie bój się. Dzieci spotkałem i przyszedłem, żeby wam pomóc. Kiedyż siostrzyczka umarła?
— Wczoraj.
— A mama dawno tak chora?
— Ona nie chora, ona tylko pamięć straciła i nic nie rozumie.
— Od dawna?
— Od tego dnia, jak tatka wzięła policja w nocy. To wtedy strasznie krzyczała, i tak mocno głową biła o ścianę. Walentowa mówi, że pamięć sobie odbiła. Ale ona dobra, ona nigdy się nie gniewa.
— Józiu, jeść! — ozwały się dzieci.
— Jakże żyjecie? — spytał Niemirycz.
— Bo ja wiem, jak? Mama robi na drutach rękawiczki, Walentowa je sprzedaje. Mama ciągle robi, bo jak nie ma roboty, to śpiewa i wtedy straszno nam bardzo. Dzieci czasem coś przyniosą. Walentowie dadzą... urwała i zaczęła płakać.
— Coś długo Wicka nie widać. A obiecał, że wróci. Daleko mnie odjechał — rzekła bezdźwięcznie kobieta. — I mama nie odpisuje. Pewnie sama przyjedzie.
W tej chwili wszedł Kacperek, jakiś uśmiechnięty, i, mrugając triumfalnie, pokazał Niemiryczowi pół bochenka chleba i koszyk węgla.
— Macie, bąki, żryjcie. Rozpal, mała, ogień. A co, panie, galantom ściągnął i w mig! To nazywa się porządna robota, nie żadna fuszerka. Teraz niech pan daje na trumnę i na koszta. Zaraz tu idzie stróżka, co się niemi opiekuje. Widzi mi się, że macher baba.
Ciężkie kroki rozległy się za przepierzeniem. Do klitki wzeszła kobieta niewielka, szczupła, o ruchliwych, niewyraźnych oczach i czarnych włosach, wyzierających z pod czepeczka. Obejrzała bystro i badawczo gości, ale wzrok jej umykał przed spojrzeniem Niemirycza.
— Kłaniam się panom. Bóg zapłać za miłosierne serce dla sierot! Matka Najświętsza wynagrodzi! Ja ile sił im pomagam, ale sama jestem w mizernym stanie. Mąż był woźnym, spadł z etatu, musi być stróżem. Bardzo nam ciężko, dzielimy się z uboższymi kawałkiem chleba, jak Pan Jezus przykazał. Żeby nie łaska pana gospodarza, tobyśmy nie dali rady, ale on ma litościwą duszę... Już trzeci kwartał na komorne czeka.
— Kto jest gospodarzem? — spytał Kacperek.
— Pan Majkowski.
— Aha, ten gruby młynarz? Nie spadnie mu kałdun, jak za tę klitkę nic nie weźmie. I tak ludzie w niej mieszkać nie powinni, bo to skład na stare worki, a nie ludzkie pomieszczenie. Ot, ten pan da wam pieniądze na pochów, przyodziewek i strawę, a ja będę naglądał, żeby im krzywdy nie było, bo to sieroty po moim znajomym.
Kobieta spojrzała na niego z ukosa i zwróciła się do Niemirycza:
— Mój już był i w parafji, i w magistracie, i u stolarza. Będzie kosztowało dziesięć rubli wszystko. W parafji to nawet wstyd miał, że to nieślubne.
Niemirycz podał dziesięć rubli. Haczykowate chude palce kobiety chwyciły chciwie pieniądz. Obejrzała się wtedy na trupa.
Dzieci, otrzymawszy chleb, wgramoliły się na łóżko, przykucnęły przy zmarłej, jadły, a młodszy tkał w rozwarte usta trupa kęsy chleba. Matka patrzała na to bezmyślnie, dzieci jakby z podziwem, że Andzia, tyle dni głodna, do chleba nie ożyje. Józia, od chwili wejścia Walentowej, patrzała na nią i milczała. Stróżka jakby jej nie uważała. Oburzyła się na głupotę dzieci i odpędziła je, a potem, ocierając nos i oczy, zaczęła żałośnie:
— Niebożątko! Takie było śliczne, takie rozumne, tak mnie kochało. Jaż byłam przy urodzeniu i trzeba mi je w trumnę kłaść.
— Toście akuszerka? — spytał Kacperek.
— Wedle możności i sił ludziom służę. A wedle wiktu i przyodziewku jak pan postanowi? — zwróciła się znowu do Niemirycza.
— Oto trzy ruble na pierwsze potrzeby. Zaraz trzeba ich wszystkich ciepłą strawą posilić. Potem starsza dziewczynka da już sobie sama rady. Przynieście im cokolwiek do jedzenia zaraz.
— Zaraz ja się tu zakrzątnę. Niech pan będzie spokojny, wszystko będzie spełnione. Józiu, ja zaraz wrócę, rozpal ogień w piecyku. Nieboszczkę wyniosę do drugiej, pustej komórki. Niech Bóg panu wynagrodzi.
Gdy się schyliła do trupa, obłąkana spojrzała na nią i powtórzyła swoje:
— Może Wicek wieść jaką przysłał. Długo czekam.
— Pisał do fabryki, żeby mu przysłali czarnych rękawiczek. Odpisali, że niema.
— Jakto niema? Ja zaraz zrobię.
I ożywiona, coraz prędzej zwijała czarną przędzę.
— Dobra dla ciebie Walentowa? — spytał Niemirycz dziewczynki po chwili, gdy stróżka wyszła.
— Dobra — odparła zcicha.
— Nie bije cię, nie krzywdzi, nie posyła na ulicę?
— Nie.
— Słuchaj, a gospodarz był tu kiedy u was? — spytał nagle Kacperek.
Dziecko chwilę milczało.
— Nie — rzekło wreszcie.
Mężczyźni spojrzeli na siebie. Niemirycz przetarł oczy dłonią, a potem patrzał bezradnie po tej izbie, po barłogu, po skulonej u piecyka drobnej postaci dziewczynki, po złotych włosach obłąkanej, po bezmyślnych, szarych twarzach dzieci, żujących chleb, i jakby stęknięcie ciężkie wybiegło mu na usta.
— Chodźmy — rzekł Kacperek. — Już tu pan, ani nikt więcej nie poradzi.
— Ta wiedźma zgubi to dziecko — szepnął machinalnie Niemirycz.
Drab zaśmiał się cynicznie.
— Bogaty może sobie na wszystko pozwolić. Niech płaci. Nasze dziewczyny na to są. Co tam! Chodźmy!
Niemirycz położył rękę na głowie dziewczynki.
— Ja tu jutro wrócę, nie bój się — rzekł, wychodząc.
Na dole, u stróża, załatwił sprawę komornego. Obiecał nadal rodziną się opiekować — i odeszli.
— Teraz pan musi do mnie wstąpić — rzekł Kacperek. — Nie, żebym w ręce patrzał, ale żeby też pan zobaczył, jak żyje sprytny facet. To niedaleko.
Istotnie, o parę ulic i zakrętów, weszli do wielkiej kamienicy, w drugie podwórze, na trzecie piętro. Drab na schodach zaświecił świeczką woskową, drzwi otworzył swoim kluczem, i zaraz namacał i zapalił lampkę. Izba była duża i z pewną pretensją umeblowana. Dalej widać było drugi pokój, w którym stały łóżka.
— Cały lokal! — zauważył Niemirycz.
— Tu, po prawdzie, to zameldowana matka: Agnieszka Sadowska, z własnych funduszów. Ona ma, panie, dobry fach, jest kabalarką. Jak ona łgać umie, to pycha, panie! A przy niej mieszka Franciszka Bąkówna, jej służąca, to jest moja Franusia. Niech pan siądzie. Wezmę klucze z pod poduszki u starej i wypijemy fejn sznapy!
— Nie budź, daj pokój. Wypalę papierosa i pójdę. Późno.
Spojrzał na zegarek. Kacperek się roześmiał.
— Sikora pańska warta trzy grosze. Jak który brach ją, panu kiedy uchwyci, to sparzy palce.
— Miałem lepszy, sprzedałem, wtedy, wiesz... na kaucję dla tego, co to z tobą razem wyszedł z ula, Rochowski.
— Dotąd na koźle w sałacie. I dobrze, że go pan pchnął w inną stronę. Nie miał sprytu do roboty. Byłby do śmierci fuszer. Do roboty, panie, trzeba gustu, ochoty, sprytu i ryzyka. To jak na polowaniu; kto idzie szukać zwierzyny, żeby ją zjeść, to wałkoń. Ja, panie, idę polować, żeby polować; ja idę syty i wyspany, i na grubego zwierza. Aj, taka bankierska kasa, taki dyrektorski portfel, takie kamuszki u magnata, takie sreberko u fabrycznego pana, ot, panie, zwierzyna! Takiemu wziąć, to frajda! Myśli pan, ojciec był kamerdynerem u takiego hrabiego, co aktorki w szampanie kąpał i w klubie setki tysięcy przepuszczał. Zachorował ojciec, oddali go do szpitala, nas było siedmioro, ja najmłodszy. W szpitalu wyjęli jedno oko. Hrabia już do służby nie chciał przyjąć, bo brzydki. Został woźnym. W rok potem wypłynęło drugie oko — skończyło się. Matka łaziła do hrabiego; dał raz trzy ruble, za drugim razem kazał za drzwi wyrzucić. Łaziła do tego banku, gdzie woźnym był; odsyłał jeden do drugiego, mydlili, obiecywali, wreszcie powiedzieli, że wedle ustawy nic mu się nie należy, bo za krótko służył. Łaziła po różnych znajomych hrabiego, po księdzach, po tych hrabinach dobroczynnych: dał każdy coś odczepnego. Całkiem umrzeć z głodu nie można było, ale i żyć nie było jak. Tak wreszcie ojciec domacał się raz w nocy klamki w oknie, pasek zamotał i tak w nocy, cicho, z sobą skończył. To jak, go pochowali i zabrali do cna z izby wszystko, matka mówi do nas: „Idźcie na ulicę i róbcie co chcecie. Ja już nic nie poradzę, nie wiem gdzie iść!“ Tak my i poszli. Ja miałem wtedy lat pięć.
— I gdzież oni są, reszta? — spytał Niemirycz.
— Nie wiem. Dziewczęta pewnie się posprzedawały, toż były i najstarsze. Chłopcy poginęli bez śladu. Ja, żem mały był, tom do matki wracał, to policja odsyłała.
— I jakżeś żył?
— Ano, pókim słaby był i głupi, prosiłem, służyłem, znosiłem, milczałem, a potem tak się pokierowałem, że teraz ludzie mnie się boją i brzydzą się... Dlaczego pan mnie się nie boi, dlaczego ten ksiądz nie brzydzi się nami? Bo wam nie wstyd. Dlaczego ja nie zabiorę panu tego palta, wie pan? Bom ja u pana w mieszkaniu był, i wiem, że panu ono potrzebne, bo pan ma jedno. I ja widziałem, jak po tym pańskim surducie moje wszy chodziły, kiedy pan do mnie na Pawiak przyszedł, i nie brzydzący się na pryczy siedział, i tak sprawę badał, jakbym panu miał sto rubli za obronę zapłacić. A pan się tylko wszów nabrał, a bronił jak brata. Śmieje się pan — toć wiadomo, że pan mnie nie pochwala, a wie pan dlaczego? Bo pana rynsztok i suterena nie wychowały, Ale i tak chciałbym ja, żeby pan prawo pisał — nasze prawo.
— Nigdybym nie uczynił prawem zabieranie cudzej własności, bo z tegoby powstał gwałt słabszego. Wyobraź sobie, że gdyby twój ojciec, będąc zamożnym, został kaleką z wami ośmiorgiem do utrzymania, a ktoś go ograbił. Byłby to kryminał. A czy ty, biorąc, zawsze jesteś pewnym, że za tym bogatym nie weźmiesz i grosza biedniejszych? Na świecie wszystko jest tak splątane, że majchrem tego nie rozplatać.
— Więc czem?
Niemirycz patrzał zamyślony w płomień lampki. Wielki, beznadziejny smętek był w jego oczach; przeniósł je na twarz draba i z głębi piersi westchnął:
— Nie wiem. Nie widzę rady — rzekł głucho.
— Aha, to ja mądrzejszy od pana! — zaśmiał się Kacperek, wydobywając z za cholewy pęk wytrychów i nóż. Położył to wszystko na stole i rzekł:
— To i to.
Niemirycz wstał i głową potrząsnął:
— Już to było! Wszystko było. I co z tego? Róźnie się krzywdziciele, bogacze, pany i możni nazywali. Wypasali się i byli rznięci, a na ich miejsce ci głodni się wypasali, i tak samo ssali słabszych, głupszych, biedniejszych. Wszystko było, ale równości, zgody, sytości w miarę, zadowolenia nie było nigdy i nie może być, bo z wszystkich stworzeń człowiek najłapczywszy i człowiek się nie zmieni.
— Idzie już pan? Odprowadzę — rzekł uprzejmie Kacperek, biorąc lampę i czapkę.
Gdy byli na dole, Niemirycz chciał go pożegnać, ale drab odprowadził go do pierwszej lepiej oświetlonej ulicy i tam dopiero zniknął. Wicher z śniegiem szalał ciągle nad miastem. Noc zimowa nie miała końca. Gdy Niemirycz dotarł do domu, był zupełnie fizycznie i moralnie wyczerpany. Rzucił się w fotel i długą chwilę tak siedział w ciemności. Potem się opanował, zapalił lampę, otworzył szufladę biurka i wpatrzył się w jej głąb. Leżała tam wielka fotografja Willi, jej list i reszta złota, dar hrabiego. Na te trzy przedmioty patrzał młody człowiek, ale widział rynsztoki, czarne nory nędzy i występku, spasione, wyuzdane twarze bogaczy, płową głowę dziewczynki Grajcarka... I wreszcie te obrazy poczęły się mieszać, łączyć w jakiś potworny chaos, aż zakrył dłońmi oczy i zacisnął zęby, żeby z udręczenia nie jęczeć, żeby nic nie widzieć, żeby nie myśleć...
Nazajutrz wieczorem ksiądz Michał nie zastał Niemirycza. Wyjechał gdzieś w pilnej sprawie sądowej. Na miejscu, gdzie ksiądz czytał brewiarz, leżała garstka złota i kartka: „Oddaję wszystko. Wasza prawda. Nie chcę nic zatrzymać dla siebie, nie mam prawa. Polecam Wam sieroty po Grajcarku. Idźcie tam zaraz, pilno! Kacperek wskaże.“


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.