R. H. Inżynier/Akt III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bruno Winawer
Tytuł R. H. Inżynier
Podtytuł Komedja w 3-ch aktach
Wydawca Spółka Nakładowa „Odrodzenie“
Data wydania 1922
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


AKT III.
Ten sam salonik przy ulicy Wspólnej, który tak dziwnym kształtem przypomina pokój Heysta w sanatorjum. Mieści się tu teraz biuro, i to wielkie biuro Towarzystwa Akcyjnego „MENSSANA (zarządzający Inżynier Ryszard Heyst). Zdaje się, że nietylko wygląd wewnętrzny, ale wprost powietrze zmieniło się do nie poznania. Biurko, telefon, maszyny do pisania, kopjały, mapy na ścianach, papiery, księgi handlowe, kasa ogniotrwała, drewniane „szczoty“. Prócz tego duża otomana na której sypia Ryszard Heyst w chwilach wolnych od denerwującej pracy. Na jednej ze ścian plan okolic Warszawy z wielkimi napisami: Mokotów, Ochota, Zosinów, Salomeja Duża. Słychać ustawiczny brzęk telefonu i stukot maszyny do pisania, przy której pracuje panna Ryps (roli prawie niema). Słowem: atmosfera denerwująca, hałas właściwy urzędom paszportowym, biurom okrętowym itp.

POWSINOWSKI (bardzo elegancki z kwiatkiem w butonierce, siedzi na fotelu i opowiada. Heyst słucha, ale co chwila biedz musi do telefonu, albo do panny Rypsówny, która mu znosi papiery do podpisu).
HEYST. Słucham tedy, kochany kolego Powsinowski (uderza go w kolano). Jak zdrowie?
POWSINOWSKI (otwiera usta — telefon).
HEYST. Znów? To tak ciągle (przy telefonie). „Spółka Udziałowa „MENSSANA“. Tak Heyst. Tak, tak. Dyrektor Heyst. Ile chcą? Ile miljonów? Panie czy to jest cena, czy to odległość Saturna od słońca? Cena. Dobrze kupić, oczywiście kupić. Dać ile żądają... (Wraca). Więc jakże wam się powodzi?
POWSINOWSKI (otwiera usta). A...

(Telefon)

HEYST. Żeby was djabli... (do telefonu) „MENSSANA“... Jak się ta miejscowość nazywa? Paluch? Kupić? Naturalnie — mnie stać na dziesięć paluchów. Panie. Cement? Dwadzieścia tysięcy beczek. Za dużo? To kupujemy trzydzieści tysięcy. Serjo, serjo. Ja zawsze mówię serjo, panie. Panno Ryps! Niech pani pisze (głośniejsze stukanie maszyny). Cementownia w Wysokiej. Zamawiam 30 tysięcy beczek cementu, Portland, loco Warszawa, termin półroczny. Dwa egzemplarze, oba mi pani przyniesie. Cościeto mówili?
POWSINOWSKI. O...

(Telefon).

HEYST (grozi pięścią telefonowi). Cicho kanaljo jedna! I to tak przez cały dzień. Od rana bez przerwy. Są ludzie którzy w tem widzą cel życia. Pamiętajcie Powsinowski, jakeśmy to sobie siedzieli w zakładzie. Cisza, spokój, nirwana. Ptasie mleko mi wtedy nie smakowało. Gdzie te czasy.
POWSINOWSKI (wzdycha). Wy przynajmniej robicie majątek, pieniądze, porastacie w pierze.

HEYST. A tak, bogacę się, powiadam wam, ile ja już głupstw narobiłem żeby ten majątek stracić, żeby go się pozbyć, kupuję cement, puste place, stare cegły, podkłady kolejowe, makuchy, wapno, drut, oliwę nicejską, szpilki do włosów — nic, idzie wszystko idzie! Rośnie, olbrzymieje. Cyfry, od których mnie, obeznanemu z teorją liczb w głowie się mąci. Stara Leokadja musiała chyba zaczarować te swoje Lilpopy. Jestem coraz zamożniejszy.
(Telefon)

Oszaleć można (krzyczy na telefon). Cicho tam. Dosyć. Widzieliście. — Istny dom ludzi normalnych. Eee (wyłącza kontakt telefonu). Na dzisiaj dość. Wakacje. (Do Powsinowskiego). Więc jakże wam się wiedzie kolego (uderza go jowialnie w kolano), jak tam refleks patelarny?
POWSINOWSKI. Niestety jak widzicie — jest. (Wzdycha). Próbowałem się do waszej rady zastosować, bo rzeczywiście urząd mnie męczy, a starsza linja rodu odmawia poparcia, ale cóż — ja nie umię udawać nikt mi nie wierzy.
HEYST. Co wy mówicie? (kołatanie maszyną). Panno Ryps, niech mi pani wyświadczy pewną przysługę. Niech pani sobie kupi natychmiast na koszt firmy „MENSSANA“, której mam zaszczyt być dyrektorem administracyjnym, samochód 40 H. P. i niech pani jedzie razem z tą piekielną maszyną do Wilanowa.
RYPS. Dziękuję panu dyrektorowi, nie jeżdżę samochodem, ja się boję.
HEYST. Masz! To niech pani idzie pisać do gabinetu. Grzechotanie tej mitraljezy do szału mnie doprowadza... Przepraszam.

(Panienka bierze papiery i wychodzi)

HEYST (kładzie się na otomanie). Uf! chwila ciszy. A tom się urządził. Siadajcie tu przy mnie Powsinowski. Mówcie, tylko nie o akcjach, walutach, metrach kwadratowych, robociznach... Więc co?
POWSINOWSKI. Przyszedłem do was kochany kolego, jako do specjalisty w tej sprawie po poradę.
HEYST. No?
POWSINOWSKI. Nie umiem udawać warjata. Chciałbym a nie potrafię.
HEYST. Zdumiewające.
POWSINOWSKI. Widocznie nie mam odpowiedniego talentu. Obmyślam sobie naprzykład taką rzecz: memorjał o uzdrowieniu waluty...
HEYST. Jest.
POWSINOWSKI. Zaraz czekajcie. Proponuję w tym memorjałe państwowy monopol nazwiskowy...
HEYST. Jakto?
POWSINOWSKI. Skarb skupuje wszystkie dźwięczniejsze przymiotniki. Powsinowski, Szepietowski, Omtadralski, klasyfikuje i sprzedaje indywidjum, któreby chciały zmienić nazwisko. Pierwsza kategorja kosztuje tysiąc marek w złocie. Ostatnia: Dyndalski, Rypalski, Fikalski i Klepacki — pięćdziesiąt...
HEYST. Brawo!
POWSINOWSKI. Dalej. Skupujemy wszystkie znoszone zużyte nazwiska, wyranżerowane: Akwamaryno, Wąchockier, Wyczesany — wywozimy je do krajów, gdzie nie było dotąd przymusu meldunkowego — Tybet, Oceanja, wybrzeże Słoniowej kości — i tam sprzedajemy tubylcom po cenach hurtownych...
HEYST (ściska go w milczeniu za rękę). Winszuję. Jabym sam nic lepszego nie wymyślił.
POWSINOWSKI. Prawda? Przepisuję ten memorjał na maszynie, składam władzy wyższej w nadzieji, że mi dadzą urlop bezterminowy. Wiecie jaki jest skutek?
HEYST.?
POWSINOWSKI. Awans. Dostaję awans. Mianują mnie człowiekiem specjalnej komisji. Z pensją nadetatową 300 tysięcy marek. Co tu robić? Radźcie?
HEYST. Hm. Kochany Benedykcie — ja mam pewną wprawę w udawaniu warjata wśród okoliczności zwykłych. Ale jak się robi warjata na urzędzie — nie wiem. To trudna sprawa.
POWSINOWSKI. Heyst. Przyjacielu. Ratujcie. Przecież ja tam nie mogę wśród interesantów i petentów młodego życia marnować. Co rano skoro świt, o dziesiątej gromadzi się, przed moim stołem zbiegowisko sapiących, kaszlących, zziajanych ludzi. Jakieś historje mnie opowiadają niesamowite; matka się urodziła w Stryju, ojciec się urodził w Dzerweniszkach, syn był zameldowany jako córka i chce jechać do Zagrzebia. Tymczasem lato jest na świecie, lipy pachną, wróble na dachach ćwirkają. A przedemną — na prawo sznur ludzi, na lewo sznur ludzi, na wprost sznur ludzi. Gdzie spojrzę spocone twarze, wyciągi, podania, petycje, wszystko dokądś się wybiera, czegoś chce, o coś się dopomina, wydziela woń plantacji serów rokforckich. — Czy ja mogę w takim „Milieu“ wytrzymać?
HEYST. Wiecie? mam myśl. Spróbujcie tak zwanego strejku włoskiego. Może was wyrzucą.
POWSINOWSKI. Próbowałem. Pana co się urodził w Tomaszowie posyłam po metrykę do Kalisza. Ministrowi koleji nie pozwalam jechać do Gdańska wodą. Izydorowi Kohn wpisuję do paszportu rysopis kardynała Rampolli.
HEYST. No i co?
POWSINOWSKI. Nic. Awans. Mam opinję wzorowego urzędnika. Takie rzeczy robię, że mnie samemu chwilami włosy dęba na głowie stają. Nic — Awans. Ja już jestem starszym referentem. Jak tak dalej pójdzie to mi dadzą dożywotnią posadę szefa departamentu — bez zmiany na grzywnę. Radźcie.
HEYST. Hm! dziwne. Ze mną jest wręcz odwrotnie. Nie awansuję i mam opinję fatalną.
POWSINOWSKI. Jakto? Przepraszam ale nie rozumię.
HEYST. Robię jak sami widzicie majątek, prowadzę olbrzymie przedsiębiorstwo: Spółka Akcyjna Budowy Zakładów dla chorych nerwowo „MENSSANA“. Nawet tę nazwę ja wymyśliłem, a to jest w tych wypadkach najtrudniejsze,
POWSINOWSKI. I?
HEYST. Ciągle jakieś takie nieuchwytne coś — rozumiecie jakaś nieufność jakieś podejrzenie...
POWSINOWSKI. A Pani Mary?
HEYST. Mary jest moją żoną. Żona ma zawsze męża za pomylonego. To byłoby zrozumiałe, ale otoczenie, Pistjan, Dordoński, teściowa...
POWSINOWSKI. Brysia? Brysia też?
HEYST. Brysia też.
POWSINOWSKI. Dziwny jest świat, jednemu szydła nie chcą, drugiemu brzytwy golą, a trzeci sam w nie wpada. Ilebym ja dał za to, żeby mnie starsza linja rodu Powsinowskich otoczyła lekką nieufnością, lekką opieką i wysłała gdzie w odludne miejsce, na trawkę. Rozumiecie? Strzyżone aleje drzew, zamiast niegolonych interesantów, kalafjory zamiast Izydorów...
HEYST. Hola! Kalafjory? Proszę mi tego nie tykać. To z mojego repertuaru.
RYPS. (W chodzi z księgą podaje Heystowi papiery do podpisu).

HEYST. (Pisze i sprawdza). Wysoka — dobrze. Fajtaś i Cięcieliński — dobrze. Macierzan i Dzbanuszek — dobrze...
(Powsinowski przy każdem nazwisku rusza ramionami oburzony)

Gołębikier i Parasol — bon. Więc wyście to wszystko chcieli odsprzedać murzynom?
POWSINOWSKI. Musimy mieć eksport! Równowaga ekonomiczna tego wymaga.
HEYST. Ekonomiczna? Świetnie. Już wiem. Kochany Benedykcie, drogi przyjacielu. Mam, nie widzę dla was innego wyjścia z sytuacji! Powinniście zmienić rodzaj zajęcia. Chwileczka: Panno Ryps niech pani siada i klekoce.

(Ryps siada przy maszynie)

HEYST (dyktuje). Plenipotencja. Upoważniam niniejszem pana Benedykta Powsinowskiego, zamieszkałego przy ul. ?...
POWSINOWSKI... Okólnik II A — Ale...
HEYST. Zaraz... Okólnik II A, do zastępowania mnie podczas godzin objadowych (od 1-ej do 3-ej) we wszystkich czynnościach moich...
POWSINOWSKI. Dajcie spokój.
HEYST. ...majątkowych, urzędowych, osobistych. Pan Powsinowski ma prawo zawierania i rozwiązywania umów, składania piśmiennych, ustnych i telefonicznych wyjaśnień, uznawania dłużników moich za upadłych...
POWSINOWSKI. Nie! co znowu! Upadłych? Dlaczego?
HEYST. Nie przerywać... odbierania pieniędzy i wyroków, tudzież kończenia moich spraw polubownie. Wszystko, co pan Powsinowski w granicach tej plenipotencji t. j. od 1-ej do 3-ej postanowi, to za dobre przyjmuję i wszelkich z tego powodu sporów się zrzekam. Ma pani, doskonale (podpisuje do R.). Zawiadomić kogo należy... Tak, ten egzemplarz jest dla was.

(Ryps wychodzi)

POWSINOWSKI. (Obraca kartkę w rękach). Co to ma być? Wy sobie żartujecie z człowieka stojącego nad grobem.
HEYST. Dobrze jest, ani mru — mru! Siadajcie tu przy biurku. Tak, będzie wam wygodniej. Lecę na pocztę w sprawach osobistych. Nareszcie się z tego kieratu na dwie godziny wyprzągłem. Do widzenia!
POWSINOWSKI. Ależ moi drodzy! Heyst! Nie zostawiajcie mnie tu samego. Przecież ja o niczem pojęcia niemam.
HEYST. Właśnie o to chodzi. Doskonale. (Włącza kontakt telefonu, zaciera ręcę). O! już dzwoni. Już się zaczyna. (Do telefonu). Tak! Pan Powsinowski mnie zastępuje. Udzieliłem mu plenipotencji... (chwila ciszy — znów dzwonienie). „Pan Powsinowski ma pełnomocnictwo“ — idę.
POWSINOWSKI. Powiedzcie mi przynajmniej co ja mam robić?
HEYST. Wszystko jedno! Addio!
POWSINOWSKI. Na litość Boga jak się to przedsięwzięcie nazywa, którem zarządzam?
HEYST (już przy drzwiach) „MENSSANA“ budujemy wielkie zakłady w Mokotowie (z radością). Telefon dzwoni. (Ucieka).
POWSINOWSKI. Heyst, zaraz, (do telefonu) „Menssana“. — Djabli nadali, Powsinowski... kto? Niech pan sylabizuje. Cegła... Co mnie obchodzi cegła, panie życie mi obrzydło, a pan mi mówi o cegle. Co pan ma robić? Na pańskim miejscu zmieniłbył nazwisko i tańczył shimmy. Jakto warjat panie? Ja mam plenipotencję. Każe pan natychmiast wszystko sprzedać? Przenosimy się gdzieindziej. Żeby mi żadnej cegły nie było. Rozumie pan? Ja pana nauczę, z kim pan ma do czynienia!

(Biega wzburzony po pokoju. Ryps wchodzi z papierami).

RYPS. Goldfinger i Abramowicz... Futryny.
POWSINOWSKI. Futryny? Sprzedać. Poco komu futryn na taki upał?... Pani sama powinna wiedzieć, że futryna nie daje szczęścia.

(wpada Dordoński — zziajany, nieprzytomny).

DORDOŃSKI. Gdzie ten człowiek jest? Dzwonię od godziny — telefon wyłączony. Co to ma być? Gdzie Heyst?
POWSINOWSKI. Poszedł na miasto.
DORDOŃSKI. Na miasto? W takiej chwili. Tu się decyduje sprawa terenów w Paluchu, każda minuta — to miljony. Jak on śmiał się ruszyć, panie, ten człowiek ma fijoła.
POWSINOWSKI. Pan będzie się łaskaw liczyć ze słowami. Pan Heyst jest moim przyjacielem i kolegą. Spędziliśmy razem kilka miesięcy w zakładzie. Jeżeli on ma fijoła, to i ja mam fijoła. O co chodzi?
DORDOŃSKI. Tereny w Paluchu.
POWSINOWSKI. Sprzedać.
DORDOŃSKI. Jakto sprzedać, panie?
POWSINOWSKI. Wszystko sprzedać, panie. Ja mam plenipotencję.
DORDOŃSKI. Jezus Marja. Pan? (czyta papier). Przecież to musi być poświadczone u rejenta.
POWSINOWSKI. Będzie. Odpowiadam za wszystko. Paluch sprzedać, cegiełki sprzedać. Futryny sprzedać nie trzeba.
DORDOŃSKI. Panie, przecież roboty są już zaczęte. Miljony, dlaczego pan się wyzbywa placów i materjaiów budowlanych?
POWSINOWSKI. Bo mi nie są potrzebne. Żegnam.
DORDOŃSKI. Jak pan to sobie wyobraża? Co ma być dalej? Umowy, kontrakty, robotnicy? Przecież nie będziemy sanatorjum budowali w powietrzu?
POWSINOWSKI. W powietrzu? (Myśli głęboko). Nie, w powietrzu nie!
DORDOŃSKI.. Więc gdzie?
POWSINOWSKI. W Stryju.
DORDOŃSKI. W jakim Stryju?
POWSINOWSKI. Znajdzie pan ten wyraz w słowniku geograficznym. Pan wybaczy — ale ważne sprawy... Proszę mnie nie nudzić.
DORDOŃSKI. Dom warjatów.
POWSINOWSKI. Nie „Dom warjatów “, tylko „Menssana“. Proszę tytułu nie przekręcać. Addio.

(Dordoński i Ryps wychodzą)

Bardzo przyjemne zajęcie.

(Ryps wraca z biletem wizytowym)

POWSINOWSKI (czyta). Ewa Heyst. Nie znam tej damy. Prosić.
(W korytarzu lekki harmider. Jest to zwykle „zderzenie“ pani Gabrjeli — tym razem z Ewą Heyst. Po chwili wchodzi Ewa, osoba żywa, elegancka, bardzo skłonna do śmiechu w miejscach najbardziej niespodziewanych. Ewa — pierwsza żona Ryszarda Heysta, mówi nieco z poznańska, zwrotami niemieckiemi. Nie znać na niej smutku kobiety przedwcześnie owdowiałej):
EWA. Och! To kto inny.
POWSINOWSKI. Nie, pani, to ja. Powsinowski, nota bene Benedykt.
EWA. Co mam zrobić z Powsinowskim? Mnie potrzebny Heyst, nieprawdaż, Richard.
POWSINOWSKI. Richard? Wyszedł. Pani jest cudzoziemką?
EWA. Iii... nie (śmieje się). Z Grudziądza. Cały świat mnie tu trzyma za cudzoziemkę. Czemu — nic nie wiem, nieprawdaż?
POWSINOWSKI. Z Grudziądza? Coś mi się przypomina. Pani jest kobietą z Grudziądza?
EWA. Tak, żona pani Ewa Heyst. Jak się to mówi — Heystowa. Richarda żona.
POWSINOWSKI. Nie, żona nie! ja znam żonę Ryszarda Heysta. Pani się myli.
EWA. Ja się nie mylę. Ja mam dowód (wyjmuje jakieś papiery z torby).
POWSINOWSKI. No to dobrze. To niech pani siada.
EWA. Poco. Kiedy ja chcę mówić z mężem, z Riszardem, nieprawdaż?
POWSINOWSKI. Wszystko jedno. Niech pani mówi ze mną. Jestem jego plenipotentem (pokazuje swój dokument). Zastępuję go w godzinach obiadowych.
EWA (śmieje się). W obiadowych? — dobrze. Ale nie w tych sprawach, w tych sprawach pan go nie może zastąpić. Wykluczone.
POWSINOWSKI. Pani mnie obraża, dlaczego? Już go w ważniejszych spraw ach zastępowałem. O co chodzi? Proszę.
EWA. Dobrze, proszę pana, to tak nie może być. Ten człowiek ma podwójną żonę.
POWSINOWSKI. Szczęściarz. Jakto podwójną, proszę pani. Niech pani siada na fotelu.
EWA. Doppelehe:
POWSINOWSKI. Dopeleje? Co to znaczy?
EWA. On ma albo dwie żony odrazu, albo żadnej.
POWSINOWSKI. To musi być szalenie przykra sytuacja. Nic nie rozumiem. Niech pani siada na kozetce.
EWA. Widzi pan, sprawa leży tak. Myśmy się rozwiedli w roku dziewiętnaście set i szesnaście.
POWSINOWSKI. Mam nadzieję, po Narodzeniu Chrystusa?
EWA. Grubo, otóż rozwód został sądownie wypowiedziany (wyjmuje małą książeczkę z torby — kodeks kieszonkowy) na gruncie paragrafu piętnaście siedemdziesiąt B. G. B. który powiada: Ein Ehegatte, der in Geisteskrankheit verfallen ist...
POWSINOWSKI Ferfallen, nie daj Boże, pani, ja się tem wyróżniam, że po niemiecku nic nie rozumiem.
EWA. Krótko mówiąc, on dostał rozwód, bo miał... tego... (gest).
POWSINOWSKI Pajączka?
EWA. Jawohl. Pajączka. Tymczasem ja też wyszłam zamąż za niejakiego pana Fingerhut, adwokata...
POWSINOWSKI, Aha. To jakaś bardzo skomplikowana historja. Pani pozwoli, że wyłączę telefon (wyłącza kontakt, siada przy niej). Cóż tedy ów Mindergut?
EWA. Fingerhut, Naparstek, Adwokat z Łodzi. On już nie żyje.
POWSINOWSKI. No, widzi pani poco pani wychodziła za adwokata? Taki człowiek albo umiera, albo żyje — a zawsze niepotrzebnie. To pani jest wdowa.
EWA. Wdowa.
POWSINOWSKI. To niech pani siada na kanapie. Bardzo ładna historja. Ogromnie zajmująco pani opowiada. Strasznie mi się ta rzecz podoba.
EWA. Nie!
POWSINOWSKI. Nie? nie, to nie. Przepraszam...
EWA. Bo, widzi pan, co mi tu piszą z biura Argus (Diskretion Ehrensache): Ryszard Heyst ożenił się po raz drugi z panną Mary Pistjan, córką znanego psychjatry profesora Jana Pistjana...
POWSINOWSKI. To prawda, sam byłem na ślubie. Wspaniałe tualety... Kościółek jest naprzeciwko.
EWA. Otóż — proszę pana. Czy pan profesor Pistjan żyje?
POWSINOWSKI. Dziękuję pani, owszem żyje.
EWA. Więc sprawa leży tak, Przecież ja się na tem znam, jako wdowa po adwokacie. Jeżeli pan profesor Pistjan, psychjatra wydał swoją córkę, Mary, za Richarda, to on widocznie nie jest taki warjat, a jeżeli Richard nie jest warjat, to rozwód — nie giltuje i jest ungiltig. Jestem nadal żoną mojego męża, on powinien być karany za bigamię, poczem wraca do mnie, a nowa żona nie ma żadnych praw.
POWSINOWSKI (myśli). Tak, pani ma rację. Sprawa jest jasna. Pani powinna do niego napisać.
EWA. Ja do niego pisałam osiemnaście razy. On każdy list wcale nie czyta, odsyła w kopercie, a zamiast odpowiedzi dostaję co miesiąc te pieniądze (wyrzuca z torby plikę pieniędzy). Tu się uzbierało marek polskich 2,600.000 i niemieckich 900.000.
POWSINOWSKI. Wie pani, chociaż to mój przyjaciel, ale to jednak porządny człowiek. Tu jest ze cztery miljony z dużym ogonkiem.
EWA. Kiedy ja gwiżdżę na pieniądze, Fingerhut...
POWSINOWSKI. Nie mówmy, proszę pani, Fingerhut. Nie podoba mi się to słowo.
EWA. Ależ on się tak nazywał.
POWSINOWSKI. On się tak nazywał, bo umarł przedwcześnie. Gdyby doczekał mojej reformy, nazywałby się conajmniej Powsinowski, mnieby wywłaszczono, a on by sobie to kupił na licytacji.
EWA. Dobrze. Otóż Moryc...
POWSINOWSKI. Moryc mu było? Na to nie mam żadnej rady.
EWA. On pracował jako radca przy stoczni w Gdańsku. I z domu był bogaty. On mi wogóle zostawił trzydzieści miljonów w Reichsmark — w markach niemieckich.
POWSINOWSKI. Fjjju!
EWA. Co to znaczy fjjju?
POWSINOWSKI. Proszę pani, jeżeli rzecz się tak ma, to co pani zależy właściwie na moim przyjacielu Heyście?
EWA (śmieje się). Mam do niego prawo. Pieniądze zwracam (odsuwa banknoty), a przychodzę po męża.
POWSINOWSKI. Więc to jest do zwrotu? Proszę pani (pisze), tu jest kwitek. Co się tyczy męża — Firma nasza żałuje, ale go chwilowo wydać okazicielce nie może, poszedł bowiem na pocztę... Co się stało?
EWA, Jessas. Ta kobieta!! (jednym susem jest przy drzwiach balkonowych. Albowiem wchodzi z korytarza pani Gabrjela z jakiemiś solidnemi narzędziami w rękach: szczotka owinięta ściereczką. szufelka, trzepaczka).
GABRJELA (mruczy groźnie i ściska rękojeść szczotki).
POWSINOWSKI. Pani Brysia kochana, złota, promienna pani Brysia (całuje ją z impetem po rękach, z których wylatuje natychmiast szczotka, trzepaczka i szufelka).
GABRJELA (ponuro, ale łagodnie). Ta osoba ma stąd wyjść. Nie pozwolę. Pod moim dachem nie pozwolę. Niesłychane rzeczy w domu obywatelskim. Taki despekt, na moje stare lata, w salonie? Czy to gdzie tak bywa u ludzi?
POWSINOWSKI. Pani jest w błędzie, jasnooka pani Brysiu. To poprostu, pierwsza żona Ryszarda, pani Ewa, która zwróciła się do nas, do firmy, w pewnym interesie, nie cierpiącym zwłoki.
GABRJELA. Zwłoki? Ja wiem, o jakie zwłoki tu chodzi. Czy to on mi pierwszy raz takie rzeczy robi? Trzydzieści lat jestem z nim zamężna, panie.
POWSINOWSKI. Omyłka, łaskawa pani. Różanopalca pani Gabrjelo, fatalna, zasadnicza, fenomenalna omyłka. Pani Ewa niema nic wspólnego z czcigodnym Jasiem (pisze coś na biurku pośpiesznie).
GABRJELA. Niema nic. Teraz pana też przekabacili. Pan też przeciwko mnie? Ewa. Ja coś wiem o tej Ewie. Liściki na niebieskim papierze, perfumowane, widziałam te liściki.
EWA. Boże, Boże, Jessas. Panie Powsinowski.
GABRJELA. Powsinowski. Pana też potrafili na swoje kopyto przerobić mądrale. Wstyd, panie, taki porządny, taki szykowny człowiek. Wstyd.
POWSINOWSKI. Ja zawsze z panią, pani Brysiu. Ale teraz pani jest na fałszywym tropie. Widzi pani ten dokument? Tu jest wydrukowane czarne na białem, z kim mąż panią zdradza. Proszę, o Apolonja — pralnia bielizny. Aurelja — fabryka gorsetów. Leontyna — pracownia sukien. Matylda — szwalnia mechaniczna... Proszę.
GABRJELA. Dawaj pan to.
POWSINOWSKI. Tu są adresy poświadczone w Magistracie. Bednarska, Foksal, plac Kercelego. Ja zawsze o pani myślę, pani Gabrjelo. Jak pani mogła o mnie zwątpić?

(Gabrjela chwyta „dokument“ i wychodzi pośpiesznie).

Nie lubię zwarjowanych kobiet. Jakiem prawem odchodzi od rozumu istota, która się do niego nigdy nie zbliżała. Ale — do rzeczy. Niech pani siada. Tu na krześle, na pufie.
EWA (drży jeszcze z przerażenia). Ja... nie mogę... idę... Ta niewiasta, ta straszna niewiasta. Ona dybała na moje życie już w przedpokoju.
POWSINOWSKI. To była tylko pani Pistjanowa. A jeszcze jest córka, Dordoński i profesor. Widzi pani, jakie pani grożą niebezpieczeństwa u boku Ryszarda Heysta? Cóż z tego, że pani ma rację, kiedy tamci ludzie mają temperament? Zresztą — o co chodzi? O męża? Prawda? Niech pani siada na fotelu. Zaraz sprawę załatwimy po amerykańsku.
EWA. Dziękuję, idę. Nie mam pretensji, fercichtuję. Jadę curück kurjerem do Gdańska.
POWSINOWSKI. Hola! Madame! nie można stawać w pół drogi, rzecz trzeba załatwić radykalnie i ostatecznie. Mąż? — ja. Był Heyst, był Fingerhut, może być i Powsinowski.
EWA (śmieje się). Proszę pana. So was. Takie coś.
POWSINOWSKI. Mam na imię Benedykt, innych przeszkód nie widzę. Dlaczego jeden człowiek może mieć dwie żony, kiedy inny człowiek niema wcale żony. Gdzie tu logika? Pani ucieka?
EWA. Ja myślę. Pan sobie stroi kpinki. Zum Lachen (już przy drzwiach).
POWSINOWSKI. Nie, pani. To propozycja poważna. Odprowadzam panią do tramwaju. Nikt tak nie umie umieścić kobiety w tramwaju jak ja (we drzwiach Dordoński, Pistjan, Mary). Pardon, wychodzę ale wracam. Ważne sprawy rodzinne. Młodsza linja Powsinowskich zaczyna się żenić. (Roztrąca tamtych i wybiega za Ewą).
DORDOŃSKI, (Ma tekę wypchaną papierami, które ciągle wyjmuje, przewraca, znów chowa. Ręce mu drżą z oburzenia. Jest szalenie zdenerwowany). Masz? Widzisz? Słyszysz co się wyrabia? A telefon znów wyłączyli. O!!!
PISTJAN. No, tak, masz rację. To nie są objawy pocieszające. Jak sądzisz Mary?
DORDOŃSKI. To są objawy irytujące, deprymujące i wystarczające. Najpierw kontraktuje place w Mokotowie, w Rakowcu, Paluchu, a kiedy wreszcie przychodzi co do czego, mianuje swoim zastępcą pierwszego lepszego z ulicy, ten sprzedaje wszystko na łeb na szyję, każe staremu poczciwemu Hufnalowi tańczyć shimmy...
MARY. (Bez przekonania). Pan Powsinowski, nie był przecie pierwszym lepszym. To jego kolega. To starodawny pacjent papy... Pachyineningitis...
PISTJAN. Ale uleczona całkowicie. To jeden ze zdolniejszych urzędników w Ministerjum.
DORDOŃSKI. Nic mnie nie obchodzi. Umywam ręce. Może to teraz taki zwyczaj, że szaleńcy budują sanatorja dla warjatów. Idea jest nawet piękna: Sami sobie. Ale ja w tem palców maczać nie chcę, muszę wiedzieć z kim mam do czynienia. Byłem radcą prawnym u nafciarzy, byłem radcą prawnym w teatrach, ale nie mogę być radcą prawnym u furjatów. (Rzuca papiery).
PISTJAN. Widzisz, Meruś, co prawda to prawda. Ja bo wciąż mam pewne obawy, niby to tak, a właściwie nie... On tam ciągle coś pisze, skrobie, ukrywa... Widzisz taki Powsinowski. Zupełnie co innego. Ma najlepszą opinję. Przełożeni są nim po prostu zachwyceni. A ten...
MARY. Ryszard pracuje naukowo.
PISTJAN. Hm. Wierzysz w tę jego pracę. Jakieś, cyfry, całki, logarytmy...
DORDOŃSKI. A już szczyt wszystkiego to ta plenipotencja. Pomijam, że jest niewłaściwie sporządzona. Ale daje nieznanemu człowiekowi plein pouvoir — i to w godzinach objadowych. Dziesięć minut przed pierwszą, jeden wszystko kupuje a dziesięć minut po pierwszej drugi wszystko sprzedaje. Co najgorsze, oni na tem zarobili sześćdziesiąt miljonów.
PISTJAN. Jakto?
DORDOŃSKI. No! jak kazali staremu Hufnaglowi tańczyć shimmy, to się rozeszła wśród żydów pogłoska, że amerykanie chcą w tym Paluchu założyć ogród-miasto. Jeszczem nie zdążył jednej transakcji załatwić — już mi przynieśli sześćdziesiąt miljonów odstępnego.
MARY. Widzi papa, jak on dobrze interesy prowadzi.
PISTJAN. To znowu nie on, to Powsinowski.
MARY. A kto mianował Powsinowskiego, kto go wybrał?
PISTJAN. Moje dziecko, cóż to za dowód? Nie robię porównań, ale ślepa kura też na ziarno trafia.
DORDOŃSKI. Naturalnie. I panią sobie wybrał, ale czego to dowodzi? Każą mi w ciągu kwadransa przenieść cały zakład z Mokotowa do Stryja. Szukam tego — Stryja w Słowniku Larousse’a — niema. Rozpytuję ludzi. Zbieram informacje, ...co się okazuje? To jest idealna, świetnie na tego rodzaju uzdrowisko wybrana miejscowość, komunikacja, dowóz, robotnik, budulec...
MARY. A widzi mecenas! aha...
DORDOŃSKI. Co widzę. Nic nie widzę. Tak nie można. Trzeba najpierw zwołać sesję, radę nadzorczą, ogłosić w pismach pierwszy termin, drugi termin, okólnik — porządnie, systematycznie...
MARY. A tymczasem place pójdą w górę, komunikację przerwą, robotnik razem z budulcem zdrożeją.
DORDOŃSKI. Może, ale tak właśnie postępują ludzie normalni, a nie pomyleni. Iii — co ja tu będę czas tracił. Proszę o dymisję. (Heyst wtacza się do pokoju, obładowany, jak juczne zwierzę, broszurkami, jednakowego rozmiaru i koloru. Wszystkie kieszenie niemi wypchał, dźwiga je pod pachą, trzyma w rękach. Wyraz twarzy niezwykle radosny).
HEYST. Dzień dobry!
OBECNI (mrukliwie). Dobry.
HEYST. Wracam z poczty. Zwycięstwo. Żono ucałuj męża, papo, weź w ramiona zięcia. Mecenasie, uściskaj klijenta. Wydrukowali!.
PISTJAN. O czem mówisz, Rysiu? Co wydrukowali?
HEYST. Moją pracę o teorji liczb! Ja myślałem, że oni mi rękopis zwracają. Biegnę na pocztę, staję zawstydzony w ogonku, pokazuję z rumieńcem na twarzy swój kwitek panience i patrzcie państwo — odbitki! Widzisz Mary? Odbitki z „Archives néerlandaises“. Najpoważniejszy kwartalnik matematyczny w Europie. Poczciwe holendry, kochane, złote holendry. Mecenas nie wie jak brzmi holenderski hymn narodowy?
DORDOŃSKI. Eee...
HEYST. (Pisze coś na biurku na swoich broszurkach). To dla ciebie Mary. To dla kochanego papy doktora, to dla mecenasa. No cóż panowie? Nie jestem widać taki znowu — „mente captus“ kiedy mi rozprawy matematyczne w najgłośniejszym czasopiśmie świata drukują? Co?
PISTJAN. (Przerzuca broszurkę). „O liczbach nieparzystych“. Hm... no tak... (patrzy na Dordońskiego. Pauza). Owszem...
DORDOŃSKI (wybucha). A właśnie, że nie owszem. Parzyste czy nieparzyste to mi wszystko jedno. Ja tu nie gram w cetno i licho. Są kontr — dowody i znajdzie je pan na biurku. (Wychodzi ostentacyjnie).
PISTJAN. Ależ Adasiu! Tak nie można. Stopniowo. Drogą perswazji. (Wychodzi również). Drogą suggestji...
HEYST. Dowody? na biurku? Drogą suggestji? E! (rusza ramionami). Mary przeczytaj książeczkę. Dzieło ma piętnaście stronnic druku. Ale starczy ci do końca życia. Tam jest kilka trudniejszych wykładników i wektory urojone...
MARY. Dziękuję ci za wektory urojone. Jako żona, mam jednak prawo więcej od ciebie wymagać.
HEYST. Mianowicie, albo naprzykład?
MARY. Mój drogi. Co my dwoje właściwie za małżeństwo tworzymy?
HEYST. Bardzo przykładne. O ile taka rzecz jak małżeństwo wogóle może być przykładne.
MARY. Tak. Pewnie. Ja gram foot-ball w Agrykoli, a ty piszesz te bzdury.
HEYST. Bzdury? Oddaj!
MARY. Czy my tworzymy jaki dom? stadło? Czy my żyjemy z ludźmi? Czy my bywamy gdzie?
HEYST. Proszę, proszę, tu jest kalendarzyk terminowy. (Bierze z biurka). Dnia 18 b. m. „Trubadur“, dnia 20 raut u Kopystowskich.
MARY. Tak! tylko, że na „Trubadurze“ zasnąłeś w loży zwracając powszechną uwagę.
HEYST. Bo ja nie lubię włoskiej muzyki. Już na lepszych operach sypiałem.
MARY. ...a na raucie u Kopystowskich przypiąłeś szpilką od kapelusza starą Bretnalową do otomany tak, że się kobieta przez cały wieczór ruszyć nie mogła, a kiedy wreszcie zrozumiała o co chodzi i zaczęła wołać o pomoc, to z przestrachu otworzyła za szeroko usta i zgubiła sztuczną szczękę.
HEYST. A cóż ja jestem winien? że baba otwiera usta za szeroko. Powinna ich wogóle nie otwierać bo mnie nudzi, to jędza i plotkarka.
MARY (ciągle dalej). Wszystkie te fakty uszłyby bezkarnie człowiekowi — powiedzmy zwyczajnemu. Trubadur jest doprawdy nudny, a starą Bretnalową, kiedy gadać zacznie, nietylko do otomany, ale do żyrandola śmiało możnaby przymocować...
HEYST. Widzisz Mary my się zgadzamy, nawet w drobiazgach.
MARY. Za pozwoleniem: jest ale w danym wypadku właśnie dlatego, że to o ciebie chodzi Ryszardzie, te same fakty budzą w ludziach pewne podejrzenie, pewne supozycje...
HEYST, Aha! czy być może! znów są podejrzenia — i znów są supozycie!
MARY. A tak są! Jesteśmy izolowani, odcięci od świata. Żebyś ty był widział, jak się wtedy na raucie, po tym skandalu, Zacierkowska uśmiechała, jak mnie ściskała ze współczuciem za rękę.
HEYST. Nic nie poradzę na to, że się Zacierkowska uśmiecha. Mógłbym utartym zwyczajem wyzwać jej męża na pojedynek, ale gdybym to stare pudło kulami podziurawił Zacierkowska uśmiechałaby się w dwójnasób od ucha do ucha!
MARY. ja cię nie namawiam na pojedynek Ryszardzie, jeszcze czego brakowało! Żebyś zaczął strzelać do ludzi! już i tak Bóg wie co sobie opowiadają.
HEYST. Niech sobie opowiadają, od Napoleona do Lloyd-George‘a, o każdym sobie coś opowiadają, a to niema jednak nic do rzeczy. Co mnie obchodzi, że ten i ów ma mnie za warjata?
MARY. Tu nie chodzi o ciebie ani o mnie. Zapomniałeś, że my możemy mieć dzieci?
HEYST. Żadne możemy, na pewno będziemy mieli i to sześcioro. I wszystkie, wszystkie zajmą na złość najwyższe stanowiska na drabinie społecznej. Synów pchniemy na ambasadorów, a córki wydamy poprostu za śpiewaków operowych. Dixi.
MARY. Ryszardzie proszę cię nie żartuj! Mogłabym sobie wreszcie, tak, jak i ty lekceważyć opinję obcych ludzi, ale — najbliżsi, papa — Dordoński.
HEYST. A cóż papa z Dordońskim mają mi do zarzucenia.
MARY. Dordoński — radca prawny z wielu towarzystw, mecenas — powiada, że twój sposób prowadzenia interesów... świadczy...
HEYST. Co mój sposób prowadzenia interesów? Odziedziczyłem po starej Leokadji taką kasetkę, a teraz mam taką kasę ogniotrwałą i na strychu dwa kosze od bielizny napełnione banknotami. To leszcze źle?
MARY. No tak! ale...
HEYST. Znów ale?
MARY. Papa powiada, że to przypadek...
HEYST. Przypadek? (zaciera ręce). Zobaczymy. Umyślnie, żeby ich przekonać pozwoliłem sobie na pewien eksperyment naukowy (śmieje się). Mianowałem moim jeneralnym zastępcą Powsinowskiego. Dałem mu plein pou voir. Niech tu sobie popracuje ze dwie godziny dziennie, a zobaczymy co z tego wyniknie.
MARY (po pauzie). już wynikło, przejrzyj te papiery (gest w stronę biurka). Zarobił sześćdziesiąt miljonów (wzdycha głęboko i przecierając oczy wychodzi).
HEYST. (Oszołomiony) He? (Przerzuca dokumenty na biurku). (Powsinowski — kapelusz laseczka. Ogromnie jest zaszofowany i chłodzi się chusteczką).
POWSINOWSKI. Zmachałem się, ale jestem, wracam na dyżur. Urlop trwał dłużej niż przypuszczałem. Ale to nic. Nie moja wina. Trudności komunikacyjne. Najpierw szedł tramwaj osiemnaście i trzy czwarte, później dwa i pół, wreszcie nadjechał zupełnie dziecinny wózek, w którym kobiety dorosłej, umieścić nie miałem serca. Przepraszam... Jestem. Panowie! posiedzenie trwa dalej. — Bardzo miłe zajęcie.
HEYST. (Patrzy nań z wyrzutem). Człowieku! człowieku! coś ty mi narobił!
POWSINOWSKI. Wiem zrujnowałem się doszczętnie. Odpowiadam za wszystko całym majątkiem ruchomym. A mam przy sobie stodwadzieścia Dytków w gotowiźnie i trzystasześćdziesiąt marek miesięcznej pensji. Trudno, puściłem się z torbami — furda. Nie należy się przywiązywać do rzeczy materjalnych.
HEYST. Jestem tego samego zdania!
POWSINOWSKI. Bardzo słusznie! Pomyśl sobie jakie majątki ludzie potracili w Rosji. Pieniądz to fikcja, szczęście — to nie papier. Nie rób mi wyrzutów drogi przyjacielu!
HEYST. Jakże ci nie mam robić wyrzutów Benedykcie? Zostawiam cię tu w najlepszej wierze, w przekonaniu, że nie masz o rzeczy pojęcia co się dzieje? Nadużywasz mego zaufania. Zarabiasz przez dziesięć minut sześćdziesiąt miljonów.
POWSINOWSKI. Ja? To niemożliwe!
HEYST. Tu są dowody! Pytam się czy tak postępuje przyjaciel? Chciałem, żebyś im wykazał wreszcie, kogo we mnie mają i co mi zawdzięczają, do czego może doprowadzić przedsiębiorstwo. Człowiek lekkomyślny, — a ty robisz świetne interesy.
POWSINOWSKI. (Mruga oczyma). Ja? Jakim cudem?
HEYST. Kazałeś staremu Hufnaglowi tańczyć shimmy, izraelita wyciągnął stąd wniosek, że amerykanie kupują place, w dwadzieścia minut później, sprzedaliśmy tereny w Paluchu, z zyskiem pięćdziesiąt dziewięć miljonów ośmset siedmdziesiątdziewięć tysięcy.
POWSINOWSKI. (Wzdycha). A to jeszcze nie wszystko.
HEYST. Po co?
POWSINOWSKI. Bo prócz tego wpłynęło w gotówce marek polskich dwa miljony sześćset tysięcy i niemieckich dziewięćset tysięcy.
HEYST. Skąd?
POWSINOWSKI. Z Grudziądza a właściwie z Gdańska.
HEYST. Co to ma znaczyć?
POWSINOWSKI. Była tu pewna dama. Owszem, owszem tip — top, smart, very smart, ale right.
HEYST. Kto?
POWSINOWSKI. Pani Ewa Heyst, twoja pierwsza żona? Nieboszczyk Fingerhut umarł, ona gwiżdże na pieniądze, prosi o męża, chce ci wytoczyć proces o dwużeństwo.
HEYST. Co ty pleciesz człowieku!
POWSINOWSKI. Nie ja tylko ona! Jakieś świadectwa, paragrafy, komplikacje...
HEYST. Ależ ona nie ma najmniejszego prawa.
POWSINOWSKI. To nic, że nie ma prawa. Gdyby miała prawo, to by nie było o czem gadać, a tak — proces byłby szalenie senzacyjny. Świadkowie i rzeczoznawcy, wywiady, dodatki, depesze do pism zagranicznych. — Na szczęście rzecz się stała w godzinach objadowych. Ja tu jestem, pieniądze zainkasowałem — kwit wydałem i z damą się żenię.
HEYST. Oszalałeś?
POWSINOWSKI. Owszem, ale to jej nie przeszkadza. Mieszka w Bristolu, ślub za sześć tygodni. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu. Zresztą gdybyś nawet miał przeciwko temu to mi wszystko jedno. Mam plenipotencję, wstępuję w twoje prawa.
HEYST. (Po pauzie). Kochany Benedykcie. Kapituluję. Jeżeli tak po napoleońsku, rozstrzygają kwestję szaleni, to ludzie normalni powinni im pozazdrościć.
POWSINOWSKI. Tak zwana normalność — to wogóle moim zdaniem — najprzykrzejszy gatunek choroby umysłowej. Hallo! co to? (w przedpokoju słychać od dłuższej chwili brzęk dzwonka telefonicznego, jakaś bieganina, głosy... Wreszcie wpada Pistjan, za nim panna Ryps i po chwili Mary).
PISTJAN. Panie Powsinowski.
POWSINOWSKI. Profesorze!
PISTJAN. Co pan uczynił z Brysią? Panna Ryps mi mówi, że to pański pomysł, gdzie pan ją posłał? Telefonują mi z miasta, że policja aresztowała ją na Marszałkowskiej. Pobiła jakąś kobietę.
POWSINOWSKI. W samej rzeczy, profesorze, Apolonję — mechaniczna pralnia bielizny — wiadomości profesorze są nieco spóźnione i nieaktualne. Proszę mi wierzyć, że ja czuwam nad wszystkiem. Odpowiadam za wszystko i nic się złego stać nie może.
PISTJAN. Ależ na Boga...
POWSINOWSKI. Przepraszam. Oddział centurionów, który aresztował panią Gabrjeię spotkałem na rogu Wielkiej, pokazuję legitymację urzędniczą, płacę Apolonji odszkodowanie, ręczę za wszystko, uwalniam szanowną magnifikę z rąk oprawców i posyłam ją niezwłocznie na Mokotowską 1, szóste piętro, stróż wskaże!
PISTJAN. Panie! Ja tam lecę. Ona tam znów jakąś kobietę poturbuje.
POWSINOWSKI. To niemożliwe, tam są o tej porze sami mężczyźni. To jest klub metodystów. Zresztą — owszem. Mogę ją tu natychmiast przywieść. Panno Ryps proszę mi zamówić samochód na koszt firmy. Jako urzędnik jeżdżę tramwajem, ale jako plenipotent podróżuję autem (wychodzi). Chwileczka! (do telefonu). „Proszę Sejm“ Klub sprawozdawców. Panowie! Powsinowski mówi. Gdyby mi kto w międzyczasie ofiarował tekę ministerjum pracy, jestem u Metodystów. Żegnam. (Wychodzi).

(Panna Ryps drepce za nim). — (Chwila pauzy).

HEYST. (Uderza pięścią w biurko). I on rzeczywiście uwalnia Brysię, robi miljony, żeni się z moją pierwszą żoną, pokazuje legitymację i budzi powszechny respekt. Mój eksperyment zrobił fiasco — kapituluję.
PISTJAN. Mój drogi chłopcze, jeszcze nie wszystko stracone. Skoro tylko sam dochodzisz do wniosku, że twój system nerwowy wymaga radykalnej kuracji, to przy odrobinie dobrej woli...
HEYST. Dosyć, wykazałem dobrej woli, wydobyłem kasetki z podłogi, drukowałem pracę matematyczną, prowadziłem przedsiębiorstwo...
PISTJAN. Sam widzisz, że to nie wielka sztuka.
HEYST. Potroiłem kapitał zakładowy, rozwiązywałem zadania konikowe... nie ma rady. Zacierkowska się uśmiecha, własna żona mi nie ufa.
MARY. Ryszardzie.
HEYST. Istnieje dwieście tysięcy sposobów na to, żeby wykazać człowiekowi, że ma bzika. Wymyślono w tym celu metodę Freuda, metodę Piltza, metodę Krepelina, Strusia Kieliszka, Franaszka, Hersego, Dombali, Żmigrydera, Hardinga, Szyfmana, Izadory Duncan i Ryszarda Straussa. Ale nie ma ani jednego sposobu, ani jednego, żeby przekonać ludzi o tem, że ktoś ma klepki w porządku. Co ja mam robić kochany teściu? wymyśleć perpetuum mobile?
PISTJAN. Przedewszystkiem nie unoś się, jest to objaw lekkiej histeroepilepsji w połączeniu z ekspansywną parafrenją.
HEYST. ...eurytmją, kinofobją i minoplastyką. Wiem słyszałem, Powsinowski, Brysia, Dordoński, wszyscy sobie żyją wesolutko, tylko mnie się czepiają jakieś rzeczowniki łacińskie. Dosyć.
PISTJAN. Chcesz się poddać kuracji.
HEYST. Nie! Postanowiliśmy tu z Mary, że będziemy mieli sześcioro dzieci (zbliża się do niej). Najpierw syna — otóż — papo — obaj wierzymy w atawizm. Jeżeli zatem syn, o którym mowa, po dojściu do pełnoletności nie zda egzaminów, z odznaczeniem i nie zostanie prezesem ministrów, poddaję się. Dobrze Mary? (Całuje ją w rękę). Zgoda?
MARY. Znów mnie hypnotyzujesz wzrokiem? (uśmiecha się).
PISTJAN. (Patrzy na nich ...po pauzie). Prezes Ministrów? — i czegoż to dowodzi?

(KURTYNA)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bruno Winawer.