Rękopis znaleziony w Saragossie/Dzień trzydziesty piąty

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Rękopis znaleziony w Saragossie
Redaktor Jan Nepomucen Bobrowicz
Data wydania 1847
Wydawnictwo Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Edmund Chojecki
Tytuł orygin. Manuscrit trouvé à Saragosse
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom IV
Pobierz jako: Pobierz Cały tom IV jako ePub Pobierz Cały tom IV jako PDF Pobierz Cały tom IV jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rękopis znaleziony w Saragossie, dzień 35. Nagranie LibriVox w wykonaniu Niny Brown.
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
DZIEŃ TRZYDZIESTY PIĄTY.

Wsiedliśmy na konie, zapuściliśmy się znowu w góry i po godzinnym pochodzie, spostrzegliśmy Żyda wiecznego tułacza. Zajął zwykłe miejsce i temi słowy opowiadał dalej swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI ŻYDA WIECZNEGO TUŁACZA.

Następnej nocy, szanowny Cheremon przyjął nas ze zwykłą mu dobrocią i tak zaczął mówić: «Obfitość przedmiotów, jakie wczoraj wam wykładałem, nie pozwoliła mi mówić o powszechnie przyjętym przez nas dogmacie, który jednak większej jeszcze wziętości używa pomiędzy Grekami z powodu rozgłosu jaki mu nadał Plato. Chcę wam mówić o wierze w słowo czyli w mądrość Boską, którą my nazywamy raz «Mander», to znowu «Meth» lub też czasami «Thot», to jest przekonaniem.
Jest jeszcze inny dogmat o którym muszę was uwiadomić a który wprowadził jeden z trzech Thotów, nazwany Trismegistą czyli trzykroć wielkim, ponieważ pojmował Bóstwo jako podzielone na trzy wielkie potęgi, mianowicie na samego Boga któremu nadał nazwisko ojca, następnie na słowo i ducha.
Te są nasze dogmata. Co do zasad, są one równie czyste, zwłaszcza dla nas kapłanów. Wykonywanie cnoty, post, modlitwa, powinny składać tryb naszego życia.
Pokarmy roślinne które pożywamy, nie zapalają w nas krwi i z większą łatwością pozwalają nam pokonywać nasze namiętności. Kapłani Apisa, wystrzegają się wszelkich stosunków z kobietami.
Taką jest dziś nasza religia. Oddala się ona od dawnej w wielu ważnych punktach, zwłaszcza we względzie metampsykosy, która dziś mało ma zwolenników, chociaż przed siedmiąset laty gdy Pytagoras zwiedzał nasz kraj, była powszechnie przyjętą. Nasza dawna mitologia często także wspomina o bogach planetarnych, inaczej nazywanych rządcami, wszelako dziś zaledwie niektórzy wróżbici horoskopów trzymają się tej nauki.
Mówiłem wam już że religie, jak wszystkie inne rzeczy, zmieniają się na świecie.
Pozostaje mi objaśnić wam nasze święte tajemnice, wkrótce o wszystkiem się dowiecie. Naprzód, bądźcie przekonani, że gdybyście nawet do nich należeli, nie bylibyście mędrszymi co do początków naszej mitologji. Otwórzcie historyka Herodota, on należał do naszych tajemnic i za każdym krokiem szczyci się tem, a jednak czynił poszukiwania nad pochodzeniem Bogów greckich, jak taki któryby nie miał w tym względzie jaśniejszych pojęć od reszty ludzi. To co on nazywa świętą mową, nie miało żadnej styczności z historyą. Były to, jak Rzymianie nazywali, «turpi loquentia» czyli bezwstydne mowy. Każdy nowy adept zwykle musi wysłuchać opowiadania obrażającego ogólnie przyjętą przystojność. W Eleusis mówią mu o Bunbie który przyjmował u siebie Ceres, we Frygji zaś o miłostkach Bachusa. W Egipcie, wierzymy że ta bezwstydność jest godłem oznaczającem nikczemność istoty materyi, i więcej nic w tej wierze nie wiemy.
Pewien znakomity konsularny mąż, nazwiskiem Cycero, w ostatnich czasach, napisał książkę o naturze bogów. Wyznaje tam że nie wie zkąd Italia przyjęła swoją wiarę, a jednak był wieszczkiem a tem samem wiedzącym o wszystkich tajemnicach religji rzymskiej. Niewiadomość przebijająca się we wszystkich dziełach pisarzów wtajemniczonych, dowodzi wam że nic nie skorzystalibyście na poznaniu tajemnic naszej wiary. Wszystkie one sięgają nader odległej epoki. Możecie widzieć uroczysty pochód Ozyrysa na płaskorzeźbie Ozymandyasa. Cześć Apisa i Mnewisa, wprowadził do Egiptu Keachus przed trzema tysiącami lat.
Wtajemniczenie nie rzuca żadnego światła ani na początek wiary, ani na historyę bogów, ani nawet na myśl w godłach ukrytą, jednakże zaprowadzenie tajemnic potrzebnem było dla rodzaju ludzkiego. Człowiek mający sobie ważne winy do zarzucenia, lub który zmazał swe ręce zabójstwem, staje przed kapłanami tajemnie, wyznaje winy i odchodzi oczyszczony za pośrednictwem wody. Przed ustanowieniem tego zbawiennego obrzędu, towarzystwo odpychało od siebie ludzi nie mogących przystępować do ołtarzów a którzy następnie z rozpaczy stawali się rozbójnikami.
W tajemnicach Mithry, podają adeptowi chleb i wino i ucztę tę nazywają Eucharystyą. Grzesznik pogodzony z Bogiem zaczyna nowe życie, uczciwsze od tego jakie dotąd prowadził.»
Tu przerwałem Żydowi, czyniąc mu uwagę że zdawało mi się jakoby Eucharystya wyłącznie należała do religji chrześcijańskiej. Naówczas Velasquez zabrał głos i rzekł: «Przebacz mi ale słowa Żyda wiecznego tułacza zgadzają się zupełnie z tem co sam czytałem w pismach Ś. Justyna męczennika, który dodaje nawet, że złe duchy tylko, mogły wprzódy wprowadzić obrzęd do jakiego sami chrześcijanie mają wyłączne prawo. Racz więc Señor żydzie, mówić dalej.»
Żyd wieczny tułacz tak dalej ciągnął swoje opowiadanie.
«Tajemnice — rzekł Cheremon — mają jeszcze jedną uroczystość wszystkim wspólną. Gdy Bóg jaki umrze, grzebią go, płaczą nad nim przez kilka dni, poczem Bóg z wielką wszystkich radością zmartwychwstaje. Niektórzy utrzymują że godło to wyobraża słońce, ale pospolicie widzą w niem ziarna powierzone ziemi.
Oto jest wszystko mój młody izraelito, dodał kapłan, co ci mogę powiedzieć o naszych dogmatach i obrzędach. Widzisz więc że wcale nie jesteśmy bałwochwalcami, jak to nam wasi prorocy często zarzucali, ale wyznam ci że sądzę iż ani moja ani twoja religia nie wystarcza już dla ludzkości. Rzuciwszy wzrok do koła, wszędy spostrzegamy jakąś niespokojność i popęd do nowości.
W Palestynie, lud tłumem wychodzi na puszczę ażeby słuchać nowego proroka który chrzci wodą z Jordanu. Tu znowu widzicie therapeutów czyli uzdrowicielów Magów, którzy do naszej, mieszają wiarę Persów. Młody Apollonius, przechodzi z miasta do miasta z swemi jasnemi włosami i udaje Pytagoresa; kuglarze podają się za kapłanów Izydy; porzucono już dawną cześć bogini, opustoszały jej świątynie i kadzidła przestały dymić na jej ołtarzach.» —
Gdy Żyd wieczny tułacz kończył te słowa, spostrzegł że zbliżaliśmy się do miejsca noclegu i przepadł gdzieś w wąwozie.
Wziąłem na stronę księcia Velasqueza i rzekłem mu: «Pozwól abym zapytał cię: co myślisz o rzeczach które nam Żyd wieczny tułacz opowiada? Mniemam że nienależy nam wszystkiego słuchać, większa bowiem część tych rzeczy sprzeciwia się wierze jaką wyznajemy.»
«Señor Alfonsie — odparł Velasquez — to uczucie pobożności przynosi ci zaszczyt w oczach każdego myślącego człowieka. Wiara moja, śmiem to utrzymywać, jest bardziej oświeconą od twojej, chociaż równie gorącą i czystą. Najlepszy tego dowód masz w moim systemie o którym kilkakrotnie ci wspominałem, a który jest tylko szeregiem uwag nad Bóstwem i jego nieskończoną mądrością. Sądzę zatem Señor Alfonsie że to czego ja spokojnie słucham, możesz także słyszyć z czystem sumieniem.»
Odpowiedź ta Velasqueza uspokoiła mnie zupełnie, wieczorem zaś cygan mając wolny czas, tak dalej jął opowiadać swoje przygody.

DALSZY CIĄG HISTORYI NACZELNIKA CYGANÓW.
Młody Soarez, opowiedziawszy mi smutną swoją przygodę w ogrodzie Buen-Retiro, nie mógł oprzeć się ogarniającemu go snowi, zostawiłem go więc w spokoju; ale następnej nocy, gdy znowu przyszedłem czuwać przy nim, prosiłem go aby względem dalszych wydarzeń raczył zadowolić moją ciekawość, co też uczynił w tych słowach:
DALSZY CIĄG HISTORYI LOPEZA SOAREZ.

Ciągle byłem przepełniony miłością dla Inezy i, jak możesz domyślić się, oburzeniem przeciw Busquerowi. Pomimo to jednak, nazajutrz razem z wazą, zjawił się nieznośny natręt. Zaspokoiwszy pierwszy głód, rzekł: «Pojmuję, Señor Don Lopez, że w twoim wieku niemasz ochoty do małżeństwa, ale przyznam że dziwnem wydało mi się z twojej strony, pokładanie za wymówkę młodej dziewczynie, obawę gniewu twego pradziada Inniga Soarez, który przebywszy wiele mórz założył dom handlowy w Kadyxie. Twoje szczęście Don Lopez, że przecie naprawiłem jakoś całą rzecz.»
«Señor Don Roque — odpowiedziałem — racz przydać jeszcze jedną przysługę do tych jakie mi wyświadczyłeś: nie chodź dziś wieczorem do Buen-Retiro. Jestem przekonany że piękna Ineza wcale tam nie przyjdzie, jeżeli zaś ją zastanę, bezwątpienia nie będzie chciała słowa do mnie przemówić. Jednakowoż, muszę usiąść na tej samej ławce na której wczora ją widziałem, opłakiwać tam moje nieszczęście i narzekać do woli.»
Don Roque przybrał zagniewaną postać i rzekł: «Słowa jakie Señor Don Lopez do mnie wyrzekłeś mają w sobie coś nader obrażającego i mogą naprowadzić mnie na myśl, że poświęcenie moje nie miało szczęścia przypadnięcia ci do smaku. Wprawdzie, mógłbym wygodnie pozwolić ci samemu narzekać i opłakiwać twoje nieszczęścia, ale z drugiej strony, piękna Ineza mogłaby nadejść, a jeżeli mnie tam niebędzie, kto w ówczas naprawi twoje niedorzeczności? Nie, Señor Don Lopez, zbyt jestem wylanym na twoje usługi ażebym miał ci być w tem posłusznym.»
Don Roque, wyszedł natychmiast po obiedzie, ja zaś przeczekałem upał i udałem się drogą ku Buen-Retiro, ale wprzódy nie omieszkałem skryć się na jakiś czas w moim sklepiku. Busqueros zjawił się niebawem, poszedł mnie szukać do Buen-Retiro i nieznalazłszy swego amfitryona, wrócił i udał się, jak sądziłem, drogą do Prado. Naówczas opuściłem moją kryjówkę i poszedłem w te same miejsca w których doznałem już tyle roskoszy i zmartwień. Usiadłem na wczorajszej ławce i zacząłem gorzko płakać.
Nagle uczułem że ktoś uderzył mnie w ramię. Mniemałem że to był Busqueros i odwróciłem się z gniewem, gdy w tem spostrzegłem Inezę, uśmiechającą się z anielskim wdziękiem. Usiadła obok mnie, kazała oddalić się swojej towarzysze i tak zaczęła mówić: «Kochany Soarez, rozgniewałam się wczoraj na ciebie gdyż nie zrozumiałam dla czego mówiłeś mi o twoim dziadzie i pradziadzie, ale zasięgnąwszy bliższych wiadomości, dowiedziałam się że już prawie od wieku dom wasz nie chce mieć żadnych stosunków z naszym i to dla nader błahych jak utrzymują powodów. Jeżeli jednak z twojej strony zachodzą trudności i mnie na nich nie zbywa. Mój ojciec oddawna już rozrządził mną i lęka się abym nie przedsięwzięła zamiarów małżeńskich, przeciwnych jego widokom. Dla tego zabrania mi często wychodzić i bywać w Prado a nawet w teatrze. Czasami tylko, gwałtowna potrzeba odetchnięcia świeżem powietrzem zmusza go że pozwala mi przyjeżdżać tu z moją ochmistrzynią i to dla tego, że mało kto tu przychodzi, może więc być o mnie zupełnie spokojnym. Przyszłym moim małżonkiem jest pewien magnat neapolitański, nazwiskiem książe Santa-Maura. Zdaje mi się że pan ten pragnie tylko mego majątku dla podratowania swego. Zawsze czułam nieprzezwyciężony wstręt do tego związku i uczucie to powiększyło się jeszcze od chwili gdy cię poznałam. Mój ojciec jestto człowiek nieugiętego sposobu myślenia, wszelako pani d’Avaloz, jego najmłodsza siostra, ma wielką nad nim władzę. Kochana ta ciotka nader jest do mnie przywiązaną, niecierpi zaś neapolitańskiego księcia. Mówiłam jej o tobie, pragnie cię poznać, odprowadź mnie więc do mego powozu a przy bramie ogrodowej znajdziesz jednego ze służących pani d’Avaloz, który cię do niej zawiedzie.»
Mowa ta zachwycającej Inezy, przepełniła mnie radością i tysiące czarownych nadziei ogarnęło moją duszę. Odprowadziłem Inezę do karety, poczem udałem się do jej ciotki. Miałem szczęście podobania się pani d’Avaloz, wracałem do niej następnych dni o tej samej godzinie i zawsze zastawałem u niej piękną jej siostrzenicę.
Szczęście moje trwało przez sześć dni. Siódmego, dowiedziałem się o przybyciu księcia Santa-Maura. Pani d’Avaloz kazała mi nie tracić odwagi, służąca zaś z jej domu, tajemniczo oddała mi list następującej treści:

«Ineza Moro do Lopeza Soarez.

Nienawistny człowiek, któremu mnie przeznaczono, przybył do Madrytu; orszak jego, cały nasz dom zapełnia. Pozwolono mi oddalić się w głąb mieszkania z którego okno wychodzi na uliczkę Augustyanów. Okno nie jest zbyt wysokiem, będziem więc mogli parę chwil z sobą pomówić. Muszę zawiadomić cię o niektórych rzeczach ważnych dla naszego szczęścia. Przyjdź jak tylko noc zapadnie.»
Otrzymałem ten list o piątej, słońce zachodziło o dziewiątej, pozostawało mi więc jeszcze cztery godzin z któremi nie wiedziałem co począć. Postanowiłem udać się do Buen-Retiro. Widok tych miejsc pogrążał mnie zawsze w słodkich marzeniach, na których, sam niewiedząc kiedy, spędzałem długie godziny. Już przeszedłem się był kilka razy po ogrodzie gdy zdaleka spostrzegłem wchodzącego Busquera. Z początku chciałem wdrapać się na stojący w pobliżu sękaty dąb, ale nie czując się dość na siłach, zlazłem na ziemię, usiadłem na ławce i śmiało oczekiwałem nieprzyjaciela.
Don Roque, zadowolony z siebie jak zawsze, zbliżył się do mnie ze zwykłą poufałością i rzekł: «No cóż, Señor Don Lopez? zdaje mi się że piękna Ineza Moro, zmiękczy nareszcie twego pradziada Inniga Soareza który przebywszy wiele mórz, założył dom handlowy w Kadyxie. Nie odpowiadasz mi Señor Don Lopez, dobrze więc, ponieważ chcesz milczeć, usiędę obok ciebie i opowiem ci moją historyę w której znajdziesz niektóre zadziwiające zdarzenia.»
Postanowiłem spokojnie wycierpieć mego natręta aż do zachodu słońca, zostawiłem mu przeto wszelką wolność i Don Roque zaczął w te słowa:

HISTORYA DON ROQUE BUSQUERA.

Jestem jedynym synem Don Błażeja Busquera, najmłodszego syna najmłodszego brata innego Busquera, który także pochodził z młodszej linji. Mój ojciec miał zaszczyt służenia królowi przez trzydzieści lat jako alfier czyli podofficer w pułku piechoty, widząc jednakże że pomimo uporczywości nigdy nie do służy się stopnia podporucznika, porzucił służbę i zamieszkał w mieścinie Allezuellos, gdzie ożenił się z młodą szlachcianką której wuj, kanonik, zostawił był sześćset piastrów dożywotniego dochodu. Jestem jedynym owocem tego związku który nie trwał długo, ojciec bowiem odumarł mnie właśnie gdy kończyłem ósmy rok życia.
Tak zostałem na opiece mojej matki która jednak nie wiele o mnie dbała, i będąc zapewne przekonaną że dzieci potrzebowały wiele ruchu, od rana do wieczora pozwalała mi biegać po ulicy wcale się o mnie nie troszcząc. Innym dzieciom mego wieku nie pozwalano wychodzić kiedy chciały, ja więc odwiedzałem je jak najczęściej. Rodzice ich przyzwyczaili się do moich odwiedzin i w końcu wcale na mnie nie zważali. Tym sposobem nabrałem zwyczaju o każdej godzinie wchodzenia do każdego domu naszej mieściny.
Z umysłem dziwnie skłonnym do spostrzegania, ciekawie uważałem najmniejsze szczegóły gospodarstwa naszych mieszczan i opowiadałem je potem mojej matce, która przysłuchiwała się z wielkiem upodobaniem. Muszę nawet wyznać że jej to mądrym radom winien jestem ów szczęśliwy talent mieszania się do cudzych spraw, choć często nie widzę w tem żadnej dla siebie korzyści. Był także czas w którym myślałem że sprawię wielką przyjemność mojej matce, jeżeli będę uwiadamiał sąsiadów o tem co u nas się dzieje. Skoro więc kto ją odwiedził lub rozmawiała z kimkolwiek, natychmiast biegłem o wszystkiem uwiadomić całe miasto. Wszelako rozgłos ten jej czynności wcale nie przypadł jej do smaku i niebawem porządne oćwiczenie nauczyło mnie, że należało tylko przynosić nowiny nie zaś wynosić je z domu.
Po upływie pewnego czasu, spostrzegłem że sąsiedzi powszechnie kryli się przedemną. Mocno mnie to ubodło i przeszkody jakie mi stawiano tem więcej rozjątrzyły moją ciekawość. Wynajdowałem tysiące sposobów aby tylko módz zajrzeć wewnątrz ich mieszkań, cienkie zaś budowy z jakich składała się nasza mieścina, sprzyjały moim zamiarom. Sufity były z desek źle spojonych, nocami więc dostawałem się na poddasza, wierciłem świdrem dziury, i tak nieraz wysłuchałem nie jedną ważną domową tajemnicę. Naówczas biegłem do mojej matki, opowiadałem jej wszystko, ona zaś powtarzała nowiny przed sąsiadami, ale zawsze przed każdym z osobna.
Domyślano się że ja przynosiłem mojej matce te wiadomości, z każdym dniem coraz bardziej mnie niecierpiano, wszystkie domy były dla mnie zamknięte, ale wszystkie szpary pootwierane; wtedy skulony gdzieś na poddaszu, przebywałem śród moich współobywateli obywając się bez ich zaproszenia, przyjmowali mnie pomimowolnie i wbrew ich chęciom, zamieszkiwałem ich domy nakształt szczura. Drugi wspólny przymiot miałem z tem zwierzęciem, że zakradałem się do spiżarń i wedle możności, napoczynałem zapasy.
Doszedłszy ośmnastu lat, matka moja oświadczyła mi że czas był abym obrał sobie jakie powołanie. Od dawna uczyniłem już wybór. Postanowiłem zostać prawnikiem, aby tym sposobem zyskać sposobność poznania tajników rodzin i mieszania się do ich spraw. Pochwalono mój zamiar i odesłano mnie na nauki do Salamanki.
Cóż to za różnica między wielkiem miastem a mieściną w której po raz pierwszy ujrzałem światło dzienne. Cóż to za szerokie pole dla mojej ciekawości, ale zarazem jaka większość przeszkód. Domy były o kilku piętrach, szczelnie na noc pozamykane i jak gdyby na złość dla mnie, mieszkańcy drugich i trzecich piątr otwierali na noc okna dla świeżego powietrza. Poznałem za pierwszym rzutem oka, że sam niczego nie dokonam i że potrzeba było dobrać sobie towarzyszów godnych do wspierania mnie w tak niebezpiecznych przedsięwzięciach.
Zacząłem uczęszczać na kursa prawne i przez ten czas badałem charaktery moich spółuczniów ażeby zbyt lekkomyślnie nie zmarnować zaufania. Nareszcie znalazłem czterech o których sądziłem że posiadali żądane przymioty, zebrałem ich więc i z początku chodziliśmy tylko hałasując trocha po ulicach, nareszcie gdy osądziłem że byli dostatecznie przygotowani, rzekłem do nich: «Drodzy przyjaciele, czy nie podziwiacie śmiałości z jaką mieszkańcy tego miasta przez całe noce zostawują otwarte okna. Cóż więc, czyli dla tego że wznieśli się o dwadzieścia stóp nad nasze głowy, mają mieć prawo strojenia drwinek z uczniów uniwersytetu? Sen ich krzywdzi nas, a spokojność dolega. Postanowiłem naprzód zbadać co się u nich dzieje, następnie pokazać im do czego jesteśmy zdolni.»
Słowa te przyjęto z oklaskami, chociaż nie wiedziano jeszcze jakie są moje zamiary. Wtedy wytłumaczyłem się jaśniej: «Kochani przyjaciele, rzekłem, naprzód trzeba postarać się o drabinę przynajmniej na piętnaście stóp wysoką. Trzech z was zawinąwszy się w płaszcze, będzie mogło nieść ją z łatwością, powinni tylko spokojnie postępować jak gdyby szli jeden za drugim, wybierać stronę ulicy mniej oświeconą i trzymać drabinę od ściany. Gdy będziem chcieli użyć drabiny, oprzemy ją o okno, i podczas gdy jeden z nas wdrapie się aż do wygodnego obejrzenia mieszkania, drudzy rozstawią się w pewnej odległości dla czuwania nad powszechnem bezpieczeństwem. Powziąwszy raz wiadomości o tem co się dzieje w górnych krainach, zastanowimy się nad dalszem postępowaniem.»
Zgodzono się jednomyślnie na mój zamiar, kazałem sporządzić lekką ale mocną drabinę, i jak tylko była skończoną, natychmiast wzięliśmy się do dzieła. Wybrałem dom przyzwoitej powierzchowności i którego okna nie były bardzo wysokie. Przystawiłem drabinę i wlazłem tak aby tylko głowę moją można było spostrzedz z wnętrza mieszkania.
Księżyc jasno oświecał cały pokój, pomimo to w pierwszej chwili nic nie mogłem rozpoznać, wkrótce jednak spostrzegłem w łóżku człowieka który wpatrywał się we mnie błędnemi oczyma. Bojaźń jak się zdawało odjęła mu mowę, po chwili jednak odzyskał ją i rzekł: «Straszliwa i krwawa głowo przestań mnie ścigać i nie wyrzucaj mi mimowolnego morderstwa.» —
Gdy Don Roque domawiał tych słów, zdało mi się że słońce chyliło się ku zachodowi, niemając zaś z sobą zegarka, zapytałem go o godzinę.
To zapytanie obruszyło nieco Busquera, zmarszczył czoło i rzekł: «Mniemam, Don Lopez Soarez, że gdy przyzwoity człowiek ma zaszczyt opowiadania ci swojej historyi, wtedy nie należy przerywać mu w najbardziej zajmującem miejscu, chyba chcesz mu dać poznać, że jest, co my hiszpanie nazywamy, «Pesado» czyli nudziarzem. Nie myślę aby podobny zarzut mógł się do mnie stosować i dla tego ciągnę moją rzecz dalej.»
— Widząc że sprawiłem wrażenie krwawej i straszliwej głowy, nadałem rysom mojej twarzy jak można najokropniejszy wyraz. Mój nieznajomy, nie mógł wytrzymać, wyskoczył z łóżka i uciekł z pokoju. Wszelako nie był sam. Młoda jakaś kobieta obudziła się, wyciągnęła z pod kołdry dwa śnieżne ramiona, i spostrzegłszy mnie wstała, zamknęła drzwi na klucz, poczem dała mi znak abym wszedł. Drabina była nieco za krótką, wsparłem się więc na ozdobach architektonicznych i postawiwszy śmiało nogę, wskoczyłem do pokoju. Młoda kobieta, przypatrzywszy mi się bliżej, poznała swoją omyłkę, ja także spostrzegłem że niebyłem tym na którego czekano. Tymczasem kazała mi usiąść, okryła się szalem i usiadłszy o kilka kroków odemnie rzekła: «Muszę panu wyznać że czekałam na jednego z moich krewnych z którym miałam pomówić o pewnych sprawach dotyczących naszej rodziny, i pojmujesz pan że jeżeli miał wejść oknem zapewne nie byłby tego uczynił bez nader ważnych powodów. Co zaś do pana, niemam zaszczytu znać go i nie rozumiem przyczyny dla której przychodzisz do mnie w godzinie niewłaściwej do oddawania odwiedzin?»
«Nie miałem zamiaru — odrzekłem — wejścia do pani pokoju ale chciałem tylko wznieść moją głowę do wysokości okna aby się dowiedzieć jak to mieszkanie wygląda.» Naówczas uwiadomiłem gospodynię o moich upodobaniach, zajęciach, młodości i o spółce jaką zawarłem z czterema towarzyszami którzy mieli dopomagać mi w przedsięwzięciach.
Młoda kobieta słuchała mnie z wielką uwagą, poczem rzekła: «Opowiadanie pana, wraca mu mój szacunek. Masz pan słuszność, nic nie ma w świecie przyjemniejszego jak wiedzieć co się dzieje u drugich. Od pierwszych lat mego życia, zawsze miałam to przekonanie. Teraz, niepodobna mi dłużej tu pana zatrzymywać, ale spodziewam się że nie poraz ostatni go widzę.»
«Zanim pani obudziłaś się — rzekłem — małżonek twój uczynił mi zaszczyt wzięcia mojej twarzy za krwawą i straszliwą głowę, która przychodziła wyrzucać mu mimowolne morderstwo. Racz więc pani z kolei uczynić mi zaszczyt opowiedzenia mi tych okoliczności.»
«Pochwalam tę ciekawość — odrzekła — przyjdź więc pan jutro o godzinie piątej wieczorem, do wielkiego ogrodu. Zastaniesz mnie tam z jedną z moich przyjaciołek. Teraz żegnam pana.»
Młoda kobieta, z niepospolitą grzecznością odprowadziła mnie do okna, zlazłem po drabinie i połączyłem się z moimi towarzyszami, którym wiernie wszystko opowiedziałem. Nazajutrz, o godzinie piątej wieczorem, udałem się do wielkiego ogrodu. —
Gdy tak Busqueros mówił, zdało mi się że słońce zupełnie już zachodziło, zniecierpliwiony więc rzekłem: «Señor Don Roque, zaręczam ci że ważna sprawa nie pozwala mi dłużej pozostać, sądzę przeto że będziesz mógł z wszelką łatwością skończyć twoją historyę za pierwszym razem gdy zechcesz uczynić mi zaszczyt przyjścia do mnie na obiad.»
Busqueros, przybrał tym razem jeszcze więcej zagniewaną postać i rzekł: «Wyraźnie przekonywam się Señor Don Lopez, że chcesz mnie obrazić; w takim razie lepiej uczynisz mówiąc mi otwarcie, że uważasz mnie za bezwstydnego gadułę i nudziarza; ale nie — Señor Don Lopez, nie mogę przypuścić abyś miał tak źle o mnie trzymać, prowadzę więc dalej moje opowiadanie.»
— Zastałem już w wielkim ogrodzie wczorajszą moją znajomą z jedną z jej przyjaciołek, wysoką, młodą i wcale nie brzydką kobietą. Usiedliśmy na ławce i młoda kobieta pragnąc abym ją bliżej poznał, tak zaczęła opowiadać szczegóły swego życia.

HISTORYA FRASQUETY SALERO.

Jestem najmłodszą córką zacnego wojskowego, który tak dalece zasłużył się krajowi, że po jego śmierci przyznano całkowity żołd jego żonie. Moja matka, będąc rodem z Salamanki, wróciła do rodzinnego miasta z moją siostrą, nazwiskiem Dorotą, i ze mną którą nazywano w ówczas Frasquetą. Posiadała była niegdyś mały dom w oddalonej części miasta, kazała go wyporządzić zewnątrz i wewnątrz, osiadłyśmy w nim i żyłyśmy z oszczędnością odpowiadającą zupełnie skromnej powierzchowności naszego mieszkania.
Moja matka nie pozwalała nam uczęszczać ani do teatru, ani na walki byków lub publiczne przechadzki. Sama też nie bywała u nikogo i nie przyjmowała żadnych odwiedzin. Niemając przeto żadnej zabawy, prawie całe dnie przepędzałam w oknie. Będąc z natury nader skłonną do grzeczności, skoro tylko jaki porządnie ubrany męzczyzna przechodził przez naszą ulicę, wnet ścigałam go wzrokiem lub spoglądałam na niego tak, ażeby myślał że obudził we mnie pewne zajęcie. Przechodzący zwykle nie byli nieczułymi na te oznaki grzeczności. Niektórzy składali mi głębokie ukłony, inni rzucali na mnie podobne memu wejrzenia, wszyscy zaś prawie wracali na naszą ulicę, jedynie aby mnie raz jeszcze ujrzeć. Gdy moja matka czasami spostrzegała te obroty wnet wołała na mnie: «Frasqueta! Frasqueta! co tam dokazujesz? bądź skromną i poważną jak twoja siostra, inaczej nigdy nie znajdziesz męża.» Moja matka myliła się, gdyż moja siostra dotąd jeszcze jest panną, ja zaś już przeszło od roku mam męża.
Nasza ulica była bardzo pustą i rzadko kiedy miałam przyjemność widzenia przechodzących, których powierzchowność mogłaby zwrócić moją uwagę. Wszelako pewna okoliczność sprzyjała moim zamiarom. Tuż pod naszemi oknami, stała kamienna ławka pod ogromnem drzewem, tak że chcący mnie widzieć, mogli bezpiecznie na niej usiąść nie wzbudzając żadnego podejrzenia.
Pewnego dnia, jakiś młody człowiek, daleko wykwintniej ubrany od tych których dotąd widziałam, usiadł na ławce, wyjął książkę z kieszeni i zaczął czytać, atoli skoro tylko mnie spostrzegł, porzucił czytanie i odtąd oczu ze mnie nie spuścił. Nieznajomy powracał następnych dni i pewnego razu zbliżył się do mego okna, jak gdyby chciał czegoś szukać i rzekł: «Czy pani nic nie upuściłaś?» Odpowiedziałam mu że nie.
«Tem gorzej — przerwał — gdybyś pani bowiem była upuściła ten krzyżyk który nosisz na szyi, byłbym go podniósł i z radością zabrał z sobą do domu. Posiadając cośkolwiek co do ciebie pani należało, byłbym sobie wyobraził że niejestem ci tak obojętnym jak inni ludzie którzy siadają na tej ławce. Wrażenie jakie pani sprawiłaś na mojem sercu, może zasługuje abyś mnie trocha odróżniła od tłumu.» W tej chwili weszła moja matka, nie mogłam więc nic odpowiedzieć, ale odwiązałam zręcznie krzyżyk i upuściłam go na ulicę.
Nad wieczorem, spostrzegłam dwie panie ze służącym w bogatej liberyi. Usiadły na ławce, zdjęły mantyle, naówczas jedna z nich dobyła kawałek papieru, rozwinęła go, wyjęła mały krzyżyk złoty i rzuciła na mnie nieco złośliwe spojrzenie. Byłam przekonaną że młody człowiek poświęcił tej kobiecie, pierwszy dowód mojej życzliwości, gwałtowny gniew mnie opanował, tak że przez całą noc nie zmrużyłam oka. Nazajutrz, obłudnik znowu usiadł na ławce i z wielkiem zadziwieniem spostrzegłam że dobył z kieszeni kawałek papieru, rozwinął, wyjął krzyżyk i zaczął go całować.
Nad wieczorem, ujrzałam dwóch służących, ubranych podobnie jak wczoraj. Przynieśli stół, nakryli go, poczem odeszli i wrócili z lodami, oranżadą, czekuladą, ciastami i innemi łakotkami. Wkrótce pokazały się te same dwie panie, zasiadły na ławce i kazały podać sobie przyniesione rzeczy.
Moja matka i siostra, które nigdy nie wyglądały oknem, nie mogły tym razem oprzeć się ciekawości, zwłaszcza słysząc brzęk talerzy i szklanek. Jedna z tych kobiet spostrzegłszy je w oknie i znalazłszy postać mojej siostry ujmującą, zaprosiła je do podwieczorku, dodając tylko, aby raczyły kazać wynieść kilka krzeseł.
Moja matka chętnie przyjęła zaprosiny, kazała wynieść krzesła na ulicę, my zaś poprawiwszy nieco nasze ubrania, poszłyśmy podziękować pani która okazała się dla nas tak grzeczną. Zbliżywszy się do niej, spostrzegłam że bardzo była podobną do mego młodego nieznajomego i wniosłam że musiała być jego siostrą, że zapewne brat mówił jej o mnie, dał jej mój krzyżyk i że dobra siostra przyszła wczoraj pod nasze okna jedynie aby mnie zobaczyć. Wkrótce spostrzeżono że brakowało łyżek, wyprawiono więc moją siostrę; po chwili zabrakło serwet, matka moja chciała mnie posłać, ale młoda dama mrugnęła na mnie i odpowiedziałam że nie potrafię ich znaleźć, i matka moja musiała pójść sama. Skoro tylko odeszła, rzekłam do nieznajomej: «Zdaje mi się że pani masz brata, nadzwyczaj do niej podobnego.»
«Bynajmniej — odpowiedziała — tym bratem o którym pani mówisz jestem ja sam, ale posłuchaj mnie z uwagą. Mam drugiego brata nazwiskiem książe San-Lugar, ja zaś wkrótce mam zostać księciem d’Arcos, gdyż zaślubiam dziedziczkę tego tytułu. Nienawidzę mojej małżonki, wszelako gdybym nie przystał na ten związek, powstały by w mojej rodzinie okropne sceny, do których nie mam najmniejszego pociągu. Niemogąc rozrządzać moją ręką wedle własnej skłonności, postanowiłem zachować serce dla kogoś bardziej godnego miłości aniżeli księżniczka d’Arcos. Nie sądź pani przeto abym chciał mówić o rzeczach ubliżających twojej sławie, ale ani pani ani ja nie porzucamy Hiszpanji, przypadek może nas połączyć, w razie zaś gdyby nam go zabrakło, potrafię wynaleźć inne sposoby. Matka twoja wkrótce powróci, racz pani tymczasem przyjąć ten dyamentowy pierścień na dowód że nieskłamałem mówiąc o mojem urodzeniu. Zaklinam cię pani, nieodmawiaj tego upominku, który radbym aby wiecznie przypominał mnie twojej pamięci.»
Matka moja wychowywała mnie w surowych zasadach, wiedziałam że nienależało od nieznajomych przyjmować podarunków, ale pewne uwagi, jakie uczyniłam naówczas a które teraz sobie przypominam, spowodowały że wzięłam pierścień. Moja matka tymczasem powróciła z serwetami i moja siostra z łyżkami. Nieznajoma pani była nader uprzedzającą tego wieczoru i wszyscy rozeszli się zadowoleni jedni z drugich. Nazajutrz równie jak następnych dni, powabny młodzieniec nie pokazał się więcej pod memi oknami. Zapewne pojechał zaślubić księżniczkę d’Arcos.
Pierwszej niedzieli, po tym wypadku, pomyślałam że prędzej czy później odkryją u mnie pierścień, będąc więc w kościele udałam że znalazłam go pod nogami i pokazałam mojej matce, która rzekła że bezwątpienia musiał to być kawałek szkła oprawny w tombak, zaleciła mi jednak abym go schowała do kieszeni. Jubiler mieszkał w naszem sąsiedztwie, pokazano mu pierścień; ocenił go na ośm tysięcy pistolów. Cena tak znaczna uszczęśliwiła moją matkę, namawiała mnie zatem abym go ofiarowała ś. Antoniemu Padewskiemu jako szczególnemu opiekunowi naszej rodziny, lub też sprzedała na posag dla nas obojga. «Przebacz mi droga mamo, — odpowiedziałam — ale naprzód wypada ogłosić że znalazłyśmy pierścień, niewymieniając jego wartości. Jeżeli prawdziwy posiadacz zjawi się, oddamy mu zgubę, w przeciwnym zaś razie moja siostra, równie jak ś. Antoni Padewski, niemają doń żadnego prawa, ja bowiem znalazłam pierścień i do mnie on wyłącznie należy.»
Moja matka nic mi na to nie odrzekła.
Ogłoszono w Salamance uwiadomienie o znalezionym pierścieniu, zachowano tajemnicę o jego wartości i jak możesz łatwo odgadnąć, nikt się nie zgłosił.
Młodzieniec od którego otrzymałam tak kosztowny podarunek, sprawił żywe wrażenie na mojem sercu i przez ośm dni wcale nie pokazywałam się w oknie. Poźniej jednak wróciłam do dawnego zwyczaju, i jak przedtem, całe dnie przepędzałam wyglądając na ulicę.
Kamienną ławkę na której młody książe siadywał, zajmował naówczas jakiś tłusty jegomość, zawsze jednostajny i spokojny. Spostrzegł mnie w oknie i zdało mi się że wcale go ten widok nie cieszył. Odwrócił się, ale widać że i wtedy niepokoiłam go, gdyż chociaż mnie nie widział, często obracał się z niespokojnością. Wkrótce odszedł, dając mi uczuć wzrokiem całe oburzenie jakie go na mój widok przejmowało, ale nazajutrz powrócił i powtórzył te same dziwactwa. Nakoniec dopóty się kręcił i obracał, aż wreszcie zażądał mojej ręki.
Moja matka z radością przyjęła jego oświadczenia i rozkazała mi dać mu przychylną odpowiedź. Byłam posłuszną. Zamieniłam nazwisko moje Frasquety Salero na Dony Franciszki Cornandez i wprowadziłam się do domu w którym widziałeś mnie pan wczora. Zostawszy żoną Don Cornandeza, zajęłam się wyłącznie jego szczęściem. Niestety, zamiary moje zbyt mi się powiodły. Po trzech miesięcach pożycia, znalazłam go szczęśliwszym niżeli chciałam i co gorsza, wpoiłam w niego przekonanie że on także mnie uszczęśliwiał.
Wyraz takowego zadowolenia, wcale nie przypadał mu do twarzy, nadto odstręczał mnie od niego i coraz bardziej niecierpliwił. Na szczęście błogi ten stan trwał nie długo.
Pewnego dnia, Cornandez wychodząc z domu, spostrzegł małego chłopca który trzymał papier w ręku i zdawał się szukać kogoś. Chcąc go wydźwignąć z kłopotu, wziął od niego list i przeczytał napis: «Do zachwycającej Frasquety.» Cornandez skrzywił się tak że mały poseł uciekł ze strachu, poczem zaniósł do siebie szacowny ten dowód i przeczytał co następuje:
«Możeż to być żeby ani moje bogactwa, ani moje męztwo, ani nazwisko nie zwróciły na siebie twojej uwagi. Jestem gotów na wszelkie wydatki, wszelkie czyny, wszelkie przedsięwzięcia aby tylko zyskać choć jedno twoje spojrzenie. Ci którzy obiecali usłużyć mi, zawiedli mnie bez wątpienia, gdyż nie otrzymałem od ciebie żadnego znaku porozumienia. Wszelako tym razem, postanowiłem użyć wrodzonej mi śmiałości; odtąd nic mnie już nie zatrzyma, gdyż skoro chodzi o namiętność, gwałtowny mój sposób myślenia w samym początku nie zna ani miary ani wędzidła. Lękam jednej tylko rzeczy, to jest twojej obojętności.

Hrabia Penna-Flor.»
Wyrazy tego listu rozproszyły natychmiast całe szczęście jakiego kosztował mój małżonek. Stał się niespokojnym, podejrzliwym, niepozwalał mi wychodzić, chyba z jedną z naszych sąsiadek, którą polubił dla przykładnej jej pobożności.

Jednakowoż Cornandez nie śmiał wspominać mi o swoich męczarniach, niewiedział bowiem jak daleko rzeczy zaszły z hrabią Penna-Flor, ani też czyli wiedziałam co o jego ku mnie zapałach. Niebawem tysiączne okoliczności coraz bardziej zwiększały jego niespokojność. Pewnego razu, znalazł drabinkę opartą o mur ogrodowy, drugi raz jakiś nieznajomy wkradł się cichaczem do domu. Tymczasem pod mojemi oknami brzmiały ciągłe serenady i muzyka tak znienawidzona przez zazdrośników. Nareszcie hrabia Penna-Flor nieco się uspokoił. Pewnego dnia, udałam się z moją nabożną sąsiadką do Prado, gdzie zabawiłyśmy dość poźno i prawie same chodziłyśmy po głównej alei. Hrabia zbliżył się do nas, wyraźnie oświadczył mi swoją namiętność, dodał że musi być kochanym lub zginąć, nareszcie porwał mnie za rękę i sama nie wiem czego ten szaleniec niebyłby się dopuścił, gdybyśmy nie zaczęły z całych sił krzyczeć.
Wróciłyśmy do domu w najżywszej niespokojności. Nabożna sąsiadka oznajmiła memu mężowi, że za żadne skarby nie chce ze mną wychodzić i że szkoda była że niemiałam brata któryby mógł obronić mnie przeciw natarczywości hrabiego, kiedy własny mąż tak mało troszczył się o moją spokojność; że wprawdzie religia zabraniała zemsty, że jednak cześć tkliwej i wiernej żony zasługiwała na większą opiekę i że nakoniec hrabia Penna-Flor zapewne dla tego tak postępował, ponieważ wiedział o niedołężności Don Cornandeza.
Mój mąż, następnej nocy, wracając ciasną uliczką którą często przychodził do domu, spostrzegł dwóch ludzi z których jeden uderzał w mur szpadą niezmiernej długości, drugi zaś mówił mu: «Wyśmienicie, Señor Don Ramiro, jeżeli tak będziesz sobie poczynał z zacnym hrabią Penna-Flor, nie długo będzie on postrachem braci i mężów.» Nienawistne nazwisko Penna-Flor, zwróciło uwagę Cornandeza, przyczaił się w kącie i słuchał dalej z uwagą. «Kochany przyjacielu — odpowiedział człowiek z długą szpadą — nie trudno by mi było położyć koniec miłosnym wyprawom hrabiego Penna-Flor. Nie pragnę wcale go zabić, ale tylko nauczyć aby tu więcej nie powracał. Nie napróżno nazywają Don Ramira Caramanza, pierwszym pojedynkarzem w Hiszpanji, lękam się tylko skutków mego pojedynku. Gdybym mógł dostać gdzie sto dublonów, pojechałbym przepędzić jakiś czas na wyspach.»
Dwaj przyjaciele, długo jeszcze rozmawiali o tym samym przedmiocie, nareszcie mieli już odejść, gdy mój mąż wyszedł z kryjówki, zbliżył się do nich i rzekł: «Mości panowie, jestem jednym z tych małżonków którym hrabia Penna-Flor zakłóca szczęście domowe. Gdybyście byli mieli zamiar zgładzenia go z tego świata, nie byłbym mięszał się do waszej rozmowy, ale ponieważ chcecie mu dać tylko małą naukę, z przyjemnością ofiaruję wam sto dublonów których potrzebujecie dla udania się na wyspy. Raczcie tu zaczekać, zaraz wam przyniosę pieniądze.» W istocie, wyrzekłszy te słowa, poszedł do domu i powrócił ze stoma dublonami, które wręczył straszliwemu Don Ramirowi Caramanza.
We dwa dni potem, wieczorem, usłyszeliśmy gwałtowne stukanie do naszego domu. Otworzono i ujrzeliśmy urzędnika sądowego z dwoma alguazilami. Urzędnik w te słowa odezwał się do mego męża: «Przez wzgląd na pana, przyszliśmy tu w nocy, pragnąc aby nasz widok nie zaszkodził pańskiej sławie i nie przestraszył sąsiadów. Idzie tu o hrabiego Penna-Flor, którego wczora zamordowano. Dowiedzieliśmy się z listu, który jak mówią wypadł z kieszeni jednego z morderców, że poświęciłeś pan sto dublonów w celu zachęcenia ich do zbrodni i ułatwienia im ucieczki.» Mój mąż odpowiedział z przytomnością umysłu o którą nigdy niebyłabym go poradziła. Nigdy w życiu nie widziałem hrabiego Penna-Flor. Dwóch ludzi wcale mi nieznanych, przyszło do mnie wczoraj z wexlem na sto dublonów, który przeszłego roku wystawiłem w Madrycie, musiałem go więc zapłacić. Jeżeli pan żądasz, natychmiast pójdę po wexel.»
Urzędnik dobył listu z kieszeni i rzekł: «Czytaj pan, jutro odpływamy na St. Domingo z dublonami poczciwego Cornandeza.»
«Prawda — odparł mój mąż — są to zapewne owe dublony za wexel. Wystawiłem go na okaziciela, niemiałem więc prawa odmawiać wypłaty ani też dopytywać się o nazwisko z nim przychodzącego.»
«Należę do sądu kryminalnego — rzekł urzędnik i nie powinienem mieszać się do spraw handlowych. — Żegnam cię Señor Cornandez, przebacz żeśmy cię niespokoili.»
Jak to panu już mówiłam, zdziwiła mnie ta nadzwyczajna przytomność umysłu mego małżonka, chociaż nieraz już uważałam że objawiał prawdziwy genjusz ile razy chodziło o jego własną korzyść lub nietykalność osoby. Po pierwszym przestrachu, zapytałem kochanego Cornandeza czyli w istocie kazał zamordować hrabiego Penna-Flor? Z początku zapierał się, nareszcie przyznał że dał sto dublonów zbirowi Caramanzy, wszelako nie za zabicie ale tylko za upuszczenie mu trocha zbyt gwałtownej krwi, że jednak myśl o przyczynieniu się do morderstwa ciężyła mu na sumieniu i że postanowił odprawić pielgrzymkę do Ś. Jakóba z Kompostelli lub może i dalej, aby tylko pozyskać więcej odpustów.
Wyznanie to mego męża, poprzedziło że tak powiem najbardziej zadziwiające i najnadzwyczajniejsze wypadki, odtąd bowiem każdej prawie nocy pokazywało mu się jakieś straszliwe zjawisko i zakłócało spokój już i tak nadwerężonego sumienia. Nieszczęśliwe dublony, zawsze wychodziły na plac. Czasami, śród ciemności, słyszano ponury głos wymawiający te słowa: «Oddam ci twoje sto dublonów,» poczem następował brzęk jak gdyby kto liczył pieniądze.
Pewnego wieczora, służąca spostrzegła w kącie beczułkę napełnioną dublonami, włożyła w nią rękę, ale znalazła tylko kupę suchych liści które nam wraz z beczułką przyniosła.
Nazajutrz wieczorem, mój mąż przechodząc przez pokój słabo oświecony promieniem księżyca, ujrzał w kącie głowę ludzką na półmisku; przestraszony uciekł z pokoju i opowiedział mi cały wypadek. Poszłam sama i znalazłem drewnianą głowę od jego peruki którą przypadkiem postawiono na miedniczce od golenia brody. Niechcąc wieść z nim sporów i pragnąc zarazem utrzymywać w nim tę ciągłą niespokojność, zaczęłam przeraźliwie krzyczeć, i upewniłam go żem także widziała krwawą i straszliwą głowę.
Odtąd ta sama głowa, pokazywała się prawie wszystkim mieszkańcom naszego domu i tak dalece przerażała mego męża, że lękałam się o jego rozum. Nie potrzebuję panu mówić że wszystkie te zjawiska były mego wynalazku. Hrabia Penna-Flor był, jak to mówią, osobą moralną, wymarzoną dla niepokojenia Cornandeza i wyleczenia go z dotychczasowego stanu własnego zadowolenia. Urzędnicy sprawiedliwości, równie jak zbiry byli służącymi księcia d’Arcos, który natychmiast po ślubie przybył do Salamanki.
Tej nocy, postanowiłam nowym sposobem przestraszyć mego męża, nie wątpiłam bowiem że natychmiast ucieknie z pokoju do swojej modlitewni, wtedy miałam zamiar zamknąć drzwi na klucz i oknem wpuścić do siebie księcia. Nie obawiałam się aby mój mąż go spostrzegł, chociaż drabina była przystawioną do ściany, gdyż każdego wieczora, pilnie zamykaliśmy dom, klucz zaś chowałam pod poduszkę. Nagle zjawiłeś się pan w oknie, mąż mój znowu był przekonanym że głowa hrabiego Penna-Flor przychodzi wymawiać mu dane sto dublonów. Nareszcie pozostaje mi napomknąć kilka słów o tej nabożnej i przykładnej sąsiadce, która wzbudziła w moim mężu tak nieograniczone zaufanie. Niestety! ta sąsiadka którą widziałeś razem ze mną wchodzącą, jestto sam książe, przebrany w niewieście suknie; tak jest, sam książe, który mnie kocha nad życie, może dla tego że dotąd nie jest jeszcze pewnym mojej wzajemności. —
Na tych słowach, Frasqueta skończyła swoje opowiadanie, książe zaś zbliżył się do mnie i rzekł: «Señor Busqueros, nie darmo ci zaufaliśmy, idzie tu o przyspieszenie wyjazdu Cornandeza, chcemy nadto aby nie poprzestał na pielgrzymce ale ażeby przez jakiś czas odpokutował w którem ze świętych miejsc. Do tego potrzebuję ciebie i czterech uczniów którzy zostają pod twemi rozkazami. Wytłumaczę ci mój zamiar.» —
Gdy Busqueros domawiał tych słów, spostrzegłem z przestrachem że słońce już zaszło i że mogłem opoźnić się na schadzkę naznaczoną mi przez zachwycającą Inezę. Przerwałem mu więc dalszy ciąg i zaklinałem aby raczył odłożyć na jutro uwiadomienie mnie o zamiarach księcia d’Arcos. Busqueros odpowiedział mi ze zwykłem zuchwalstwem, wtedy nie mogąc już powściągnąć gniewu, zawołałem: « Niegodziwy natręcie, wydrzyj więc to życie które mi zatruwasz, albo broń twego!»
To mówiąc dobyłem szpady i zmusiłem mego przeciwnika że to samo uczynił.
Ponieważ mój ojciec nigdy nie pozwalał mi dobywać szpady, nie wiedziałem więc jak sobie z nią poczynać. Naprzód zaczęłem obracać młyńca, który z początku zdziwił Don Busquera. Wkrótce jednak przeciwnik mój złożył się z niepospolitą zręcznością i przeszył mi rękę a nawet zranił w ramię. Szpada wypadła mi z ręki, upadłem zalany krwią, wszelako najbardziej dręczyła mnie niemożność stawienia się na umówioną godzinę i dowiedzenia się rzeczy o których piękna Ineza chciała mnie uwiadomić. —
Gdy cygan doszedł był do tego miejsca, odwołano go dla spraw hordy. Po jego odejściu, Velasquez rzekł smutnie: «Przewidywałem że historye cygana będą ciągle wysuwać się jedna z drugiej. Frasqueta Salero, opowiedziała swoją historyę Busquerowi, ten Lopezowi Soarez, który znowu opowiedział ją cyganowi. Spodziewam się że nakoniec powie nam co się stało z piękną Inezą, jeżeli jednak jeszcze wetknie jaką nową historyę, pogniewam się z nim jako Soarez pogniewał się z Busquerem. Sądzę atoli że nasz opowiadacz dziś już do nas nie powróci.»
W istocie cygan nie pokazał się więcej i niebawem rozeszliśmy się na spoczynek.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jan Nepomucen Bobrowicz, Jan Potocki i tłumacza: Edmund Chojecki.