Rękopis znaleziony w Saragossie/Dzień pięćdziesiąty drugi

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Potocki
Tytuł Rękopis znaleziony w Saragossie
Redaktor Jan Nepomucen Bobrowicz
Data wydania 1847
Wydawnictwo Księgarnia Zagraniczna (Librairie étrangère)
Drukarz F. A. Brockhaus
Miejsce wyd. Lipsk
Tłumacz Edmund Chojecki
Tytuł orygin. Manuscrit trouvé à Saragosse
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tom V
Pobierz jako: Pobierz Cały tom V jako ePub Pobierz Cały tom V jako PDF Pobierz Cały tom V jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rękopis znaleziony w Saragossie, dzień 52. Nagranie LibriVox w wykonaniu Niny Brown.
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
DZIEŃ PIĘĆDZIESIĄTY DRUGI.

Zebraliśmy się o zwykłej godzinie i stary naczelnik ulegając niecierpliwości swoich słuchaczów, pośpieszył się z dalszym ciągiem opowiadania, które on, a raczej Busqueros, wyprawiał przed kawalerem Toledem. Mówiłem więc, że jak tylko Cornandez stawił się o naznaczonej godzinie, pielgrzym tak dalej jął mu rozpowiadać.

DALSZY CIĄG HISTORYI POTĘPIONEGO PIELGRZYMA.

— Pudełko moje było próżnem, cukierki wszystkie zjedzone, ale spojrzenia nasze zdawały się chcieć ożywiać przygasłe nasze zapały. Zbrodnicze wspomnienia ożywiły nasze umysły. Tak to zwykle zbrodnie zagłuszają uczucia natury. Pani Santarez, cała oddana rozkoszy, zapomniała że ojciec jej jęczał w więzieniu i że wyrok śmierci może był już na niego podpisany. Ja tem mniej o nim myślałem, gdy szczególna okoliczność, którą opowiem, zwróciła nań moją uwagę.
Pewnego wieczora, wszedł do mnie jakiś nieznajomy owinięty w szeroki płaszcz. Przeląkłem się go nieco, tem bardziej że twarz swą ukrywał pod maską. Tajemniczy człowiek, prosił mnie abym usiadł i uczyniwszy to samo, rzekł: «Señor, zdajesz się być przyjacielem pani Santarez. Pragnę więc szczerze i otwarcie z tobą pomówić. Sprawa jest ważną i nieradbym załatwiać jej z kobietą. Pani Santarez zaufała wietrznikowi nazwanemu Don Krzysztof Sporadoz. Dziś siedzi on w więzieniu, razem z Señorem Goranezem, ojcem twojej gospodyni. Szaleniec ten myślał że posiada tajemnice niektórych pierwszych dygnitarzów, ale mylił się, ja to posiadam ją w zupełności. Wyjawię ci ją w kilku słowach: Od dziś za tydzień w pół godziny po zachodzie słońca, przejdę przed waszemi drzwiami i trzy razy wymówię nazwisko uwięzionego: Goranez, Goranez, Goranez. Za trzecim razem, wręczysz mi kiesę z trzema tysiącami pistolów. Señor Goranez nie siedzi już w segowskiej wieży ale został przewiezionym do innego więzienia. Los jego ma być rozstrzygniętym przed połową tejże samej nocy. Oto jest wszystko co miałem ci powiedzieć.» To mówiąc zamaskowany człowiek wstał i odszedł.
Wiedziałem, a raczej domyślałem się że pani Santarez nie miała żadnych zasobów pieniężnych, postanowiłem więc uciec się do łaski Don Beliala. Uwiadomiłem moją gospodynię że Don Krzysztof wpadł w podejrzenie i nie mógł więcej u niej bywać, ale że ja miałem znajomych w ministeryum wojny i spodziewałem się szczęśliwego skutku moich zamiarów. Nadzieja ocalenia życia jej ojcu, napełniła panią Santarez najżywszą radością. Dodała wdzięczność do wszystkich uczuć jakiemi już była ku mnie przejętą. Wdzięczność jej dla mnie zdała się odtąd mniej zbrodniczą. Tak ważne dobrodziejstwo zupełnie ją uniewinniało. Nowe rozkosze zajęły nam wszystkie chwile.
Wyrwałem się im na jedną noc, ażeby pójść do Don Beliala. «Czekałem cię — rzekł do mnie — wiedziałem że skrupuły twoje krótko będą trwały i że nie pomyślisz nawet o wyrzutach. Wszyscy synowie Adama ulepieni są z jednej gliny, ale nie spodziewałem się żebyś tak wcześnie nasycił się rozkoszami, jakich nigdy nie doznawali sami nawet królowie tej małej kuli, którzy nie znali moich cukierków.»
«Niestety! Señor Belialu — odpowiedziałem — prawdę mówisz pod pewnym względem, ale wyznam ci szczerze że zaczynam się już nudzić, i zdaje mi się że gdyby się wszystko skończyło, doznałbym pewnej ulgi.»
«Pomimo to — rzekł Don Belial — przyszedłeś do mnie po trzy tysiące pistolów, któremi chcesz okupić wolność Señora Goraneza. Zapewne nie wiesz, że skoro tylko ten zostanie uniewinnionym, natychmiast sprowadzi do swego domu córkę i wnuczki i że oddawna przeznaczył obie w małżeństwo dwom młodym urzędnikom z jego biura. Ujrzysz w objęciach tych szczęśliwych małżonków dwa zachwycające stworzenia, które poświęciły ci pierwsze uczucia i za całą nagrodę, żądały tylko pewny udział w rozkoszy, jakich ty byłeś dla nich ogniskiem. Bardziej natchnione spółubieganiem aniżeli zazdrością, każda z nich znajdowała najwyższą nagrodę w szczęściu jakiego była przyczyną i oddychała bez zawiści tem które sprawiałeś drugiej. Matka ich świadomsza, ale niemniej namiętna, dzięki moim cukierkom, bez zazdrości poglądała na szczęście córek. Po takich chwilach, cóż poczniesz z resztą twego życia? Pójdzieszże szukać uprawnionych rozkoszy małżeństwa, lub wzdychać do uczuć zalotnicy, która nie przyrzecze ci cienia nawet rozkoszy, jakich żaden śmiertelnik przed tobą nie doznał.» — Tu Don Belial, zmienił nagle kierunek rozmowy i rzekł: — «Ale może że masz słuszność. Ojciec pani Santarez jest niewinnym i wolność jego od ciebie zależy. Rozkosz z wypełnienia dobrego uczynku powinna wszystkie inne przewyższać.»
«Don Belialu — rzekłem — bardzo zimno mówisz o dobrych uczynkach, ale natomiast bardzo gorąco o rozkoszach które ostatecznie są grzechami. Myślałby kto że chcesz moją duszę i mógłbym mniemać że jesteś.....»
Don Belial nie dał mi dokończyć. «Jestem — rzekł — jednym z głównych członków potężnego stowarzyszenia, które założyło sobie za cel uszczęśliwianie ludzi i wyleczanie ich z nierozsądnych przesądów, jakie wysysają z mlekiem ich matek a które potem w poprzek stają wszystkim ich żądaniom. Wydaliśmy już wiele mądrych książek, gdzie jak najoczywiściej dowodzimy, że miłość samego siebie jest zasadą wszystkich czynów ludzkich i że łagodna litość, przywiązanie dzieci do rodziców, namiętna i tkliwa miłość, łaskawość w królach są tylko hipokryzyą samolubstwa. Jeżeli więc miłość samego siebie jest główną sprężyną naszych postępków, zaspokojeniem naszych żądz, powinna być zatem koniecznym jej celem. Znali to dobrze prawodawcy i dla tego tak napisali prawa żeby można je podchodzić, omijać, z czego też ludzie nie zaniedbują korzystać.»
«Jakto, Don Belialu — przerwałem — czyliż nie uważasz słuszność i niesłuszność za rzeczywiste przymioty?»
«Są to — odrzekł — przymioty względne. Dokładnie to zrozumiesz za pomocą apologu, słuchaj tylko z uwagą:
Maleńkie owady czołgały się po wierzchołkach wysokiego zielska, jeden z nich rzekł do drugich: «Patrzcie na tego tygrysa obok nas rozciągniętego. Jestto najłagodniejsze zwierze, nigdy nas nie zaczepia; tymczasem przeciwnie baran jestto dziki zwierz, który gdyby tu przyszedł, natychmiast by nas pożarł, wraz z zielskiem służącem nam za schronienie, ale tygrys jest sprawiedliwy i pomściłby się naszej śmierci.»
— Z tego możesz wnieść mój młody przyjacielu, że wszystkie pojęcia o słusznem i niesłusznem, złem i dobrem są względnemi, nigdy zaś absolutnemi, czyli ogólnemi. Zgadzam się z tobą że jest pewne niedołężne zadowolenie, przywiązane do tego co nazywacie dobremi uczynkami. Znajdziesz je niezawodnie ocalając niewinnie oskarżonego Goraneza. Nie powinieneś na chwilę się wahać, jeżeli znudziła cię już jego rodzina. Zastanów się, masz na to dość czasu. Masz wręczyć pieniądze w sobotę, w pół godziny po zachodzie słońca. Przybądź tu w nocy z piątku na sobotę, trzy tysiące pistolów będzie czekać na ciebie, tymczasem żegnam cię, przyjm na drogę to pudełko z cukierkami.»
Wróciłem do domu i przez drogę zjadłem kilka cukierków. Pani Santarez i jej córki jeszcze nie spały, czekały na mnie. Chciałem mówić o nieszczęśliwym więźniu, ale nie dano mi na to czasu. Pocóż mam wyjawiać tak bezwstydne zbrodnie? Dowiedz się, że rozpuściwszy cugle wyuzdanym żądzom, straciliśmy miarę czasu i nierachowaliśmy dni. O więźniu zupełnie zapomniano.
Sobotni dzień chylił się już ku końcowi. Słońce zachodzące za chmury, zdawało mi się rzucać po niebie krwawe odbłyski, gwałtowne błyskawice przejmowały mnie trwogą, usiłowałem przypomnieć sobie ostatnią rozmowę z Don Belialem. Nagle usłyszałem ponury, grobowy głos po trzykroć powtarzający: «Goranez! Goranez! Goranez!» — «Sprawiedliwe nieba! — krzyknęła pani Santarez — jestże to duch nieba lub piekieł, który do mnie przemawia i oznajmia mi o śmierci mego biednego ojca?» Straciłem przytomność. Odzyskawszy ją, pobiegłem drogą ku Manzanaresowi chcąc po raz ostatni błagać litości Don Beliala. Zbiry zatrzymały mnie i zaprowadziły na nieznajomą ulicę, do domu równie mi nieznanego, ale w którym wkrótce poznałem więzienie. Okuto mnie w łańcuchy i wrzucono do ciemnego lochu. Posłyszałem obok siebie brzęk łańcuchów. «Czy to młody Herwas?» zapytał towarzysz mojej niedoli.
«Tak jest — odpowiedziałem — jestem Herwas i poznaję po głosie że mówię z Don Krzysztofem Sporadoz. Czy wiesz co o Goranezie? czy on był niewinnym?»
«Jak najniewinniejszym — odparł Don Krzysztof — ale oskarżyciel jego, zastawił nań tak sztuczną zasadzkę, że mógł go według upodobania zgubić albo ocalić. Żądał od niego trzech tysięcy pistolów. Goranez nie mógł nigdzie ich dostać i przed chwilą udusił się w więzieniu. Mnie także dano do wyboru podobną śmierć albo też wieczne więzienie w zamku Laroche, na brzegach Afryki. Wybrałem to ostatnie w nadziei że za pierwszą sposobnością umknę i wtedy przejdę na wiarę mahometańską. Co zaś do ciebie mój przyjacielu, wkrótce wezną cię na tortury, ażeby zapytać cię o rzeczy o których niemasz żadnego wyobrażenia. Mieszkałeś razem z panią Santarez, domyślają się więc że jesteś spółwinowajcą jej ojca.»
Wystaw sobie człowieka, którego duch i ciało zniewieściały w rozkoszach, nagle zagrożonego okropnościami długich męczarni. Zdawało mi się że już doznaję boleści tortury. Włosy mi powstały na głowie, trwoga zdjęła moje członki, które nie słuchały już mego rozkazu ale mimowolnych drgań konwulsyjnych.
Odźwierny, wszedł do więzienia po Sporadoza, który odchodząc rzucił mi sztylet. Nie miałem siły podnieść go a cóż dopiero gdyby przyszło nim się przebić. Rozpacz moja do tego stopnia dobiegła, że sama śmierć nie byłaby mogła jej uspokoić.
«Ach Belialu! — zawołałem — Belialu, wiem dobrze kim jesteś a jednak cię przyzywam.»
«Staję na twoje wezwanie — krzyknął duch nieczysty. — Weź ten sztylet, dobądź krwi z palca i podpisz ten papier który ci tu podaję.»
«O aniele mój stróżu — zawołałem — więc już zupełnie mnie opuściłeś?»
«Zapóźno go przyzywasz,» wrzasnął szatan zgrzytając zębami i buchając płomieniem. To mówiąc wpoił mi szponę w czoło.
Uczułem ognistą boleść i zemdlałem a raczej myślałem żem zemdlał, w istocie jednak byłem w zachwyceniu. Nagłe światło olśniło więzienie. Złotoskrzydły Cherub, pokazał mi zwierciadło i rzekł: «Widzisz na twojem czole przewrócone Tau. Jest to znak potępienia. Dojrzysz go na czołach innych grzeszników, sprowadzisz dwunastu na drogę zbawienia i wtedy sam na nią powrócisz. Przywdzij ten ubiór pielgrzyma i chodź za mną!»
Obudziłem się, czyli raczej myślałem że się budzę i w istocie nie znalazłem się już w więzieniu ale na drodze do Galicyi. Strój ten miałem na sobie.
Wkrótce spostrzegłem czeredę pielgrzymów idących do świętego Jakóba z Kompostelli. Złączyłem się z niemi i obeszłem wszystkie miejsca święte w Hiszpanji. Chciałem przejść do Włoch i odwiedzić Loreto. Byłem wtedy w Asturyi, obróciłem więc drogę przez Madryt, gdzie chciałem wynaleźć dom pani Santarez, ale napróżno, chociaż dokładnie poznałem sąsiednie domy. Ten obłęd, dowiódł mi że byłem jeszcze pod władzą szatana. Nieśmiałem dalej przedsiębrać moich poszukiwań.
Zwiedziłem kilka kościołów, poczem udałem się do Buen-Retiro. Nikogo nie zastałem w ogrodzie, prócz człowieka siedzącego na oddalonej ławce. Wielki krzyż maltański wyszyty na jego płaszczu, oznajmiał mi że należał do starszyzny tego zakonu. Zdawał się dumać, siedział nawet jak nieruchomy, pogrążony w marzeniach.
Zbliżywszy się do niego, zdało mi się że widzę pod jego nogami przepaść, w której twarz jego odbijała się przewrotnie, jako zdarza się siędzącym nad wodą. Przepaść jednak pełną była ognia.
Postąpiłem kilka kroków, znikło mi złudzenie optyczne, ale przypatrzywszy się nieznajomemu, spostrzegłem że miał na czole przewrócone Tau, znak potępienia, jaki Cherub był mi pokazał w zwierciedle, na mojem własnem czole. —
Gdy cygan domawiał tych słów, jeden z jego bandy, przyszedł zdawać mu sprawę z dziennych czynności, musiał więc rozłączyć się z nami.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Jan Nepomucen Bobrowicz, Jan Potocki i tłumacza: Edmund Chojecki.