Przejdź do zawartości

Różne drogi (Zapolska, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Różne drogi
Pochodzenie Przez moje okno
Wydawca „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o.o.
Data wyd. 1922
Druk Drukarnia Udziałowa
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


RÓŻNE DROGI.



 Przywykłam już patrzeć na ulicę i czytać w niej, jak w otwartej książce.
 Czasem — o, bardzo rzadko! — przesuwają się po trotuarze małżeńskie pary. Idą — nie wiem, dokąd. Może na spacer, może w odwiedziny, może obejrzeć kamienicę, którą mają kupić, a może powracają z jakiegoś zakładu zastawniczego, dokąd zanieśli obrączki i sześć herbacianych łyżeczek, owiniętych w jakiś stary dziennik. Nie wiem, dokąd idą i o to mniejsza. Ja tylko patrzę, jak oni idą obok siebie i gdy tak długo wpatrzę się w znikającą już w oddali parę, — przychodzi mi na myśl Nietzsche.
 On powiedział kiedyś, mówiąc o małżeństwie: „Zastanów się, czy będziesz miał o czem mówić z tą kobietą do końca swego życia“...
 Mówić!
 Jak głęboka, jak wielka, jak niezaprzeczona prawda leży w zdaniu tego myśliciela! On nie pyta męża — czy będzie miał dość siły do pocałunków, uścisków, dość pieniędzy do kupowania strojów, dość urody do utrzymania na uwięzi artystycznych aspiracyj kobiety, dość brutalnej a zwycięskiej energji do zatriumfowania nad jej nerwami — lecz pyta — czy będziesz miał o czem mówić z tą kobietą, do końca dni swoich! I patrzę na te pary małżeńskie, idące obok siebie — patrzę przez moje okno i widzę, że tych dwoje ludzi milczy najczęściej — że oni już do siebie nie mówią, że oni nie mają sobie nic do powiedzenia.

............................................

 Tych dwoje — mężczyzna i kobieta — złączonych na życie całe i przykutych do jednej taczki małżeńskiej instytucji, przestali mówić z sobą. A może oni nigdy nie mówili? Oni tylko rozmawiali i może jeszcze rozmawiają lub pomówią w jakiejś sprawie interesującej ich, jako dwoje wspólników życiowych. Pomówią szybko, wymawiając konieczne frazesy i milkną znowu idąc do swych zajęć lub zabaw. Pomówią lub porozmawiają grzecznie albo mniej grzecznie. Czasem gwałtowna dyskusja się wywiąże, lecz nie będzie to różnica zapatrywań lub wymiana ich poglądów i myśli. Bynajmniej — dyskusja taka wywiążę się z faktów realnych, prawie nigdy w dziedzinę abstrakcji nie zbaczających.
 I po takiej „scenie“ milczenie zalega znów „wnętrze“ domu, w którym tych dwoje przybywa. Oni są obok siebie, ale się nie znają, nigdy nie szarpie nimi ciekawość sondowania myśli, rozwijania się duszy, ukształtowania się poglądów. Gdy pójdę myślą za nimi do wnętrza ich domów, słyszę ciszę — ciszę, której dla mnie nie przerywa nawet turkot pogawędki banalnej lub chwilowej kłótni. O szarej godzinie — kobieta owinięta szalem siedzi samotna i rozmawia ze swemi wspomnieniami; zbudzony z poobiedniej drzemki mąż leży z otwartemi oczyma na sofie w swoim gabinecie i puszczając kłęby dymu, mówi sam ze swemi myślami.
 A owe zimowe wieczory — gdy lampa zapłonie świetlanym kręgiem, owe zimowe wieczory, gdy dzwonią na ulicy sanki, a w pomieszkaniu zapanuje tęsknota za uciekającą chwilą. Jeżeli w pomieszkaniu są dzieci — rozmowa rodziców koncentruje się dokoła tych małych. Jeżeli jednak tych dzieci jeszcze niema, albo już niema, ci ludzie najczęściej nie mówią, bo mówić się oduczyli, bo ich ja duchowe zamknęło się przed nimi i skryło się w głębi ich duszy.
 A te długie noce, w półcieniu błękitnej lampy, w których najlepiej, najłatwiej, spowiada się przyciszonym głosem z zawodów lub błędnych dróg, na które zboczyć może duch lub serce, ten cały szept, pełen znaczących słów, urwanych zdań, lub nagle przechodzący w całą nawałnicę myśli, wyrzuconych gorączkowo w chwili wielkiej, bezgranicznej szczerości! Te wszystkie chwile — to są momenty, w których mówią kobieta z mężczyzną — mówią tak, jak rozumiał Nietzsche, tak, jak mówić powinni ci, którzy idą nie tylko obok siebie, ale — i ze sobą.

............................................

 Najczęściej pierwszy przestaje mówić z kobietą mężczyzna. W pierwszych dniach, z ciekawości, tak, jak dziecko, które bada wnętrze zabawki, tak i on bada, co też ta kobieta ma wewnątrz swej moralnej istoty. Lecz prędko przestaje go interesować. Nie analizuje, nie stara się zrozumieć, że duch kobiety nadzwyczaj subtelny i złożony, przemienia się często jak woda, która nabiera barwy od koloru nieba i srebrzy się blaskiem księżyca, lub mieni purpurą zachodzącego słońca.
 I mężczyzna nie mówi już teraz z kobietą, pomimo, że ona dłużej trwa w pragnieniu i chęci spowiadania się i odkrywania swych myśli. Nawzajem pragnie znać tę istotę, którą teraz ma widzieć przy sobie zawsze, o każdej porze. Lecz oto książka zamknięta. Mężczyzna drapuje się w godność i powagę i on, obeznany z wszelkiemi tajnikami życia, uczuwa pewien rodzaj grzecznej litości dla duszy swej towarzyszki. Kobieta czasem nie chce ustąpić. Dobywa się rozpaczliwie do duszy mężczyzny. Otwórz! ja chcę poznać, kim jesteś ty, który według ustanowionego zwyczaju jesteś odemnie wyższy, lepszy, bardziej oświecony... Nawzajem, patrz, kim ja jestem. Oto stan mej duszy, oto moje pojęcia, oto moje zasady, oto grunt, na którym pragnę budować nasze wspólne życie!...
 Tak woła kobieta — ale oto mężczyzna uśmiecha się pobłażliwie. Tak, tak — masz rację, rób, co chcesz, tylko proszę cię, nie wdzieraj się w moje tajemnice. Ja chcę, ja mogę pozostać panem moich myśli. — Skoro muszę znosić, że bierzesz mój papier listowy i moją wodę kolońską, — nie chcę pozwolić, ażebyś zabierała mi moje myśli. — Proszę cię o to! Zresztą ty mnie nie zrozumiesz!
 Kobieta ustępuje, cofa się i dusza jej zamyka się, jak kwiat pod brutalnem dotknięciem szorstkiej dłoni. Zaczyna wtedy marzyć. O szarej godzinie siedzi z przymkniętemi oczyma i ma w twarzy wyraz zastygającego życia. Niektóre rzeczywiście stygną i martwieją, inne chodzą po świecie niezadowolone, jakby wiecznie coś niosły ze sobą poza wachlarzem szablonu. I wtedy z jawiazjawia się często „ten trzeci“ — ten, z którym można mówić, ten, który mówi, lecz mowa jego służy za pretekst, pod którym knują się inne dążenia, inne pragnienia, inne myśli. Drogą duszy on skrada się do pocałunku i często kobieta ginie z obawy, ażeby nie stracić owej drugiej istoty, z którą mówić może, czyni ofiarę ze siebie, bo lęka się milczenia, tej pustki, tego chodzenia samopas po drogach duszy, boi się, że nikt nie spyta jej, gdy zamyślona patrzy .przedprzed siebie:
 — O czem myślisz?... powiedz!...

............................................

 Mężczyzna w późniejszym wieku zaczyna także odczuwać potrzebę głębszej rozmowy, innej, aniżeli ta, jaką daje towarzystwo męskie przy ćwiartce kawioru, szklaneczce porteru w pokoju do śniadań, lub przed bufetem w handelku! Mimowoli dusza jego zaczyna zwracać się do owego „wnętrza“ doku i on chciałby ogrzać się chwilami w cieple dobrych słów, wymówionych łagodnym kobiecym głosem. Czuje, rozumie, że w życiu aż kłębi się od myśli, od tematów, od błyskawic zagadkowych, że w nim samym dzieją się cudowne zmiany, wrażenia rozterki, walki, trwogi i nadzieje, które zastanawiać go zaczynają. Zaczyna tęsknić za tą wieczorną ciszą — podczas której myśl błękitnieje, zbliża się, przybiera formę, staje się ptakiem, motylem, który sam nam do ręki przychodzi. Zwraca się więc do niej, do kobiety i pragnie z nią zacząć... mówić, lecz ta kobieta, za długo czekała, za długo milczała... Ona już teraz nie ma nic do powiedzenia, bo jedno z dwojga — albo — nauczyła się żyć sama ze swoją myślą, albo inny już mówił z nią w takich cichych, błękitnych chwilach. I mężczyzna spotyka martwy, obojętny głaz — rodzaj grobowca zamkniętego zazdrośnie, o który zaczyna dusza jego obijać się rozpaczliwie, pragnąc dowiedzieć się, co całe lata w grobowiec ten składały. Czasem — oboje, mężczyzna i kobieta skłuci, zranieni długą wędrówką życiową, schodzą się przy świetle wieczornej lampy i porozumiawszy się, sądzą, że „mówić“ ze sobą potrafią. I jest to chyba największa melancholja, najsmutniejszy wysiłek, do jakiego oni starają się zmusić swoje dusze, które uparcie odwracają się, otulając skrzydłami długoletniego milczenia. Zapóźno!.. tych dwoje nie może już mówić ze sobą i nie ma o czem, bo przeszli obok siebie, ale... nie ze sobą!

............................................

 W grobowcach królewskich w Saint Denis są całe setki kamiennych sarkofagów, na których leżą parami męskie i kobiece postacie. — Są to małżeńskie pary zgasłych władców — i gdy promień słońca przez kolorowe szyby wysokich gotyckich okien opromieni te milczące i nieruchome postacie całą barwą szafiru — dziwne wrażenie ogarnia patrzącego. Tych dwoje na swej kamiennej pościeli spoczywa obok siebie na wieki już całe. Nic ich nie rozłączy. Rozpadną się w gruzy razem — będą jedną wielką ruinąruiną. A przecież, choć tak skazani na wspólne wieczne istnienie — ten mężczyzna, ta kobieta stanowią dwa odrębne światy i każde z nich szeroko rozwartemi kamiennemi źrenicami patrzy przed siebie, odgraniczając się tym wzrokiem, tym egoistycznym wyrazem twarzy od swego towarzyszatowarzysza. I choć jeden promień słoneczny jednaką tęczą zabarwił ich twarze — to przecież między nimi nic wspólnego nie istnieje, oni wiecznie, nieubłaganie, surowo patrzeć będą w inny punkt, na którym nigdy ich wzrok się nie zbiegnie, bo dusza każdego poszła inną ścieżką, inną samotną drogą.
 Gdy patrzę „przez moje okno“ na idące pary, przypomina mi się cała moc kamiennych par, śpiących w królewskich grobowcach w Saint Denis. Złote słońce jesienne padło na ich twarze z gotyckich okien kościoła. Lecz i tu i tam nie wywołało wspólnego promienia w tych czterech źrenicach, wpatrzonych przed siebie. Bo ci żywi milczą, tak samo odosobnieni, pogrążeni każde w swoim światku, jak ci na sarkofagach złożeni. Ci żywi nie mówią ze sobą, bo schodząc się, nie zapytali się wspólnie:
 — Czy będziemy o czem mieli mówić ze sobą do końca dni naszych?...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.