Puszcze polskie/Skarbiec nieprzebrany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Puszcze polskie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1936
Drukarz Biblioteka Polska w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator wielu autorów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


ROZDZIAŁ DRUGI
SKARBIEC NIEPRZEBRANY

Mało znamy państw i narodów, posiadających tyle bogactw naturalnych, jak Polska, zawdzięczająca je swym puszczom. Niezliczone i, przy mądrej gospodarce, niewyczerpane kryje ona zasoby. Puszcze nasze oddawien-dawna słynęły z pierwszorzędnego budulca okrętowego. Znaleziono stare — z wieku XIV podobno pochodzące dokumenty, stwierdzające wywóz drzewa masztowego przez Gdańsk morzem do dalekiej Flandrji, Anglji i Hiszpanji, do krajów, szczycących się najlepszymi w owym czasie żeglarzami. Otton Hedeman w swej niezmiernie zajmującej pracy „Dawna puszcza i wody“ (Wilno 1934) przytacza szereg gatunków ówczesnego okrętowego towaru drzewnego: makszty (maszty), szpiry, bukszpreje, brusy i kłody, wyrabiane w puszczach naszych. Różne gatunki drzew składają się na cały ogromny do dnia dzisiejszego zasięg lasów, porwanych już na strzępy, lecz stanowiących resztki dawnej puszczy. Dzika, niedostępna, broniąca naszych granic i ukrywająca Polskę średniowieczną, miała ona w swych ciemnych głębiach nieprzezwyciężone przez człowieka gąszcze, zwały starych drzew, zawiłe labirynty haszcz, przeciętych tam — rzeką, tu moczarem lub bagniskiem. Zwierz nawet unikał tych miejsc zdradliwych, a cóż dopiero człowiek lub liczniejszy oddział zbrojny?! Jednak i dziś jeszcze puszcze polskie, szczególnie wschodnie i północne, stanowią ważne tereny obronne dla państwa naszego, gdyż skrócają front i pozwalają obsadzić zagrożone granice nieznacznemi stosunkowo siłami.
Sosny, świerki, dęby, graby, jesiony, brzozy, olchy i osiki zrzadka lipy i nieliczne już okazy cisów, zwarte lub pomieszane ze sobą w zależności w pierwszym rzędzie od składu i budowy gleby, tworzą ogromne połacie puszcz. Białowieska wraz z Szereszewską, Ladzką i Świsłocką obejmuje 14 2626 hektarów, Augustowska 107 653 hektary, Knyszyńska 58 302 hektary, Zielona czyli Kurpiowska — 185 725 hektarów. Nazwy niektórych miejscowości świadczą o dawnej przewadze zanikających obecnie gatunków drzew. Mówią o tem niezliczone: Cisówki, Lipówki, Jesionki, Grabowe i t. p.
Od niepamiętnych czasów ludność puszczańska trudniła się bartnictwem, potażnictwem, smolarstwem, zbieraniem i suszeniem grzybów i jagód, rybołówstwem i — łowiectwem sportowem, podlegającem prawu lub bezprawnem, rabunkowem — kłusownictwem. W puszczy Zielonej w piaskach, przeciętych warstwami torfowisk, osadnicy znajdywali i przerabiali na żelazo rudę darniową i poszukiwali „złota północy“ — bursztynów. Gdybyśmy posiadali mapę rozpowszechnienia puszczy w Polsce od czasów Mieszka do w. XV-go, to porównawszy ją z istniejącemi obecnie mapami, zrozumielibyśmy jakie zniszczenia poczyniono w jej potężnem ciele. Obecnie widzimy ją pociętą na odrębne kompleksy — w zachodniej części, na Pomorzu niemal całkowicie wytrzebioną, jak również i w granicach centralnych województw. Połacie ziemi ornej wdzierają się już głębokiemi „bielami“ w głąb puszczy, a i w ośrodku jej widnieją rozległe nieraz polany. Na zanik puszczy wpływały walka o pole i wykorzystanie zasobów drewna. Pierwotny osadnik-rolnik uważał puszczę za swego wroga, więc walczył z nią siekierą i ogniem, aby zdobyć sobie zagon, wypad na szeroki świat i stałą z nim przez życie wymaganą łączność.
W Archiwach Akt Dawnych w Wilnie znajduje się, jak podaje Hedeman, opis trzebienia puszczy przez osadników, pozostawiony przez M. Stryjkowskiego z w. XVI-go. Wyrąb cienkich drzew i wycięcie krzaków puszczańskich odbywały się koło św. Piotra i Pawła, a zwaliska okrywano słomą i pozostawiano do wiosny, poczem palono. Na takich „calinach“ udawały się wspaniałe zazwyczaj urodzaje. — „Mniemałbyś“, mówi Stryjkowski, „że tu się urodziła Cerera. Żyto wyrasta tak gęsto i zbite, że koń zaledwie przedrzeć się może, a z jednego ziarna trzydzieści niekiedy kłosów wybuja do takiej wysokości, że, jeżdżąc na koniu, nie zejrzysz z niego.“ Tępienie lasu postępowało szybko naprzód, ponieważ osadnicy, nie stosując żadnych nawozów, szybko wyjaławiali zdobyte role i szukali nowych gruntów, wyrąbując i z dymem puszczając coraz to większe połacie puszczy. Głębokie i niezabliźniające się rany zadały jej też liczne, toczące się w niej wojny, nierozwaga ludzka, a czasem — mściwość, chętnie posługująca się „czerwonym kurem“, pożerającym całe bory, że aż tam i sam znikły bez śladu i tylko w archiwach sądowych pozostała o nich pamięć pełna skargi i żalu, albo też rolnik na bezleśnej od dziadów już i pradziadów równinie natrafił lemieszem na pokraczne, skamieniałe pnie, co niby kości dawno poległych olbrzymów przetrwały wieki pod zwałami gliny i narzutami piasku. Od w. XVIII-go rozpoczęła się gospodarka leśna — najczęściej, niestety — bezplanowa i rabunkowa. Głębokie rany zadane zostały puszczom naszym przez Szwedów w w. XVII-ym i przez Niemców po rozbiorze Polski i upadku Napoleona. Rany te zabliźniać się poczęły szybko na mocarnem ciele puszcz, lecz wkrótce potem nastały burzliwe czasy powstań, bitew i pościgów, gdy to puszcze, kryjące w swej opiekuńczej roztoczy oddziały wiernych swej ojczyźnie Polaków, ucierpiały straszliwie.
Rosjanie, zagarnąwszy Litwę, Polesie, Wołyń, Podole i Królestwo Kongresowe, jęli gospodarzyć na swoją modłę niszczycielską, chociaż już w połowie w. XIX-go rozlegać się zaczęły głosy w obronie puszcz — tego bogactwa zagarniętego kraju. Co do puszczy Białowieskiej odegrało tu pierwszorzędną rolę zamiłowanie carów i wielkich książąt do polowań na grubego zwierza, ukrytego w ostępach puszczańskich. Wprowadzono niebawem ochronę lasów i zwierzostanu, co przetrwała aż do wielkiej wojny światowej roku 1914—18. Bitwy, staczane na terenach Suwalszczyzny, Grodzieńszczyzny i Polesia, o czem do dzisiejszego dnia świadczą ślady wypalonych niegdyś lasów, obszerne poręby, okopy i zasieki, najeżone drutem kolczastym — zadały puszczy ciosy straszliwe. Odwrót wojsk rosyjskich, a szczególnie okupacja Polski przez armję niemiecką zagrażały w pewnych okresach wprost bytowi naszych puszcz. W dobie wojny pozycyjnej, rezerwy znajdujące się na tyłach armji linjowej, przemianowywano niejednokrotnie na drwali. Pod ich siekierami padały potężne, sędziwe olbrzymy leśne; wybudowane tartaki w Hajnówce i puszczy Augustowskiej przerabiały piony dębów, sosen, świerków i jesionów na różne gatunki towaru drzewnego, kolejki wąskotorowe podwoziły kloce, belki i podkłady do stacyj węzłowych, skąd zrabowane nam drzewo wysyłano do Niemiec. Ogromne przestrzenie leśne — ogołocono z drzew lecz mimo to pod opieką naszych leśników bory i grondy dźwignęły się już z grobu niemal i zasklepiają zadane im rany. Zdołałyby one były uczynić to pewno wcześniej, gdyby nie rabunkowy plan niemieckiej eksploatacji. Pozostawił on bowiem po sobie niezliczone zwaliska odpadków, w których rozwinęły się w niesłychanej ilości owady szkodliwe, jak sówka i kornik, a szerzone przez nie zniszczenie groziło większem niebezpieczeństwem, niż nawet pociski, las koszące, rabunkowe siekiery i zaniecony ogień niemiecki.
W dawnych czasach zwracano już uwagę na eksploatację nietylko samego drzewa, ale i innych produktów, jak potaż, smoła, dziegieć, maź i węgiel drzewny. Różne istniały rzemiosła leśne i ludność puszczańska za pewne przywileje obowiązana była dostarczać dziedzicom lub starostom ustaloną normę kłód, belek, korzeni smolnych, dranic, klepek, niecek lipowych, garnków glinianych, łyka, miodu, potażu, smoły, dziegciu i mazi kołowej. Budnicy, czyli „majstrowie potaszni“ produkowali z popiołu drzewnego dwa gatunki potażu, znajdującego popyt w Niemczech: „szmelcug“ i „popiół próchniasty“. Potażu używano do bielenia płócien, fabrykacji mydła, porcelany i farb. W weku XVI-ym nie mieliśmy konkurentów na rynku potażowym zagranicznym. W tymże wieku Niemiec Hanus otrzymał od Zygmunta Starego dzierżawę w puszczach królewskich na wyrób wańczosów, klepek i potażu, a jego budnicy proceder ten uprawiali w puszczy zaniemeńskiej i obecnej augustowskiej.
Teraz zniknął bez śladu, odszedłszy w cień minionych wieków, przemysł rudny, dostarczający dobrego żelaza, jak również i potażnictwo. Na ich miejscu powyrastały smolarnie retortowe i terpentyniarnie, spotykane w granicach naszych północnych i wschodnich puszcz. Jeden tylko rodzaj ubocznego przemysłu leśnego od zamierzchłych czasów przed-Mieszkowych przetrwał tam i sam. Jest to bartnictwo, ten prasłowiański przemysł puszczański. Przy pierwszych już spotkaniach Słowian z obcokrajowcami powstał zapewne handel zamienny woskiem, miodem i bursztynem — temi czysto słowiańskiemi towarami. Wosk sprzedawano „kamieniami“, miód przaśny i kwaśny — kadziami. Istnieją dane, że już w wieku XIII-ym kupcy z Nowogrodu Ruskiego umieli wosk fałszować. W tym celu oblewali oni zwykłe kamienie woskiem, oszukując nabywców na wadze, lub też fabrykowali „ersatz“ z mieszaniny wosku, smoły, tłuszczu wołowego, mąki, białej gliny. Dla kontrolowania tego niezmiernie ważnego handlu ustalono urząd „ekonomów woskowych“, którzy pieczętowali stożkowate „kamienie“ wosku, gwarantując czystość produktu. Miód i wosk stanowiły niezbędny produkt użytku codziennego. Możemy je śmiało nazwać cukrem i... „elektrycznością“ średniowiecza. Poza pewnemi korzeniami, sokiem klonowym i brzozowym, owocami i jagodami, miodu używano jako jedynej słodyczy. Wosk oświetlał domy naszych dalekich przodków i jarzył się na ołtarzach świątyń. Już w wieku XIII-ym miód i wosk nasz znane były w Europie zachodniej. Całe osady bartników powstały w puszczach, wytwarzając odrębne obyczaje i formy życia zbiorowego, a to znów, jako prawo zwyczajowe, ogarnął statut Kazimierza Wielkiego w r. 1347.
Pszczelnictwo pierwotne najbardziej rozwinęło się w puszczy nadnarwiańskiej, gdzie je uprawiali Mazurzy. Według Winiarza, ówczesne puszcze, należące do królów, biskupów, klasztorów i szlachty, dzielono na „bory“ i oddawano je osadnikom dla zakładania barci. Płacili oni za to „nastawę“ lub „kiść“, czyli daninę w miodzie, wosku albo pieniądzach. Wspólne interesy, walka z dwunożnymi rabusiami, z niedźwiedziem i kuną zmusiły bartników do połączenia się w związki i ustalenia osobnego prawa bartnego. Znane są dwa jego wydania: jedno z r. 1559-go, drugie — z 1616-go. Związki bartnicze mianowały się „gminem bartnym“ lub „rzecząpospolitą bartną“. Osobliwa to była „rzeczpospolita“, rządzona w pierwszym rzędzie przez „starostę miodowego“, a potem przez „starostę bartnego“ — urzędnika starostwa królewskiego. Bartnicy dla uzyskania „boru“ musieli się wykazywać pochodzeniem od rodziców ślubnych, dobrą sławą rodziny i osobistą oraz zobowiązywać się nadto do opłacania daniny i uczestniczenia w sądach. Bór należał jednocześnie do męża i żony i takie równouprawnienie kobiety w puszczy jest zjawiskiem niezmiernie znamiennem. Każdy bór miał swój herb, przypominający stare znaki runiczne. Herbami temi bartnicy potwierdzali w urzędzie bartnym i w starostwie wszystkie dokumenty, wymagające ich podpisów. Po modlitwie, przed świtem jeszcze, rozpoczynał nowy bartnik „dziać“ drzewo na barć. Nie łatwa to była robota! Należało za pomocą „leziwa“ wdrapać się na wysoką, gładką sosnę i, usiadłszy na wąskiej ławeczce, uwiązanej do sznura, bartnicą dłubać pion. Przedtem już żona bartnika ustawiała gdzieś pod lipą nowy „śniat“ — pieniek wydrążony z przynętą na „świepioty“ — dzikie pszczoły. Gdy rój osiadł w śniacie, bartnik „kleczbił“ pszczoły w głowie nowej barci. Kopę a nieraz i więcej takich barci zakładał bartnik w swoim borze i strzegł go przed złym człowiekiem, kuną, niedźwiedziem, żołną i dzięciołem, chodząc na czaty, „ogacając“ otwór barci chrustem, aby ptaki nie płoszyły pszczół; przeciwko niedźwiedziowi najeżał pion ostremi hakami, lub zawieszał „samobitnie“, strącające kudłatego rabusia na ziemię, i kolebki, z których bury niecnota wypadał na ostre kołki, ginąc od nich lub od siekiery zaczajonego wpobliżu bartnika. Gdy pszczoły „potworzyły“ dużo złocistego a cennego „lipcu“, bartnik podbierał miód, „podmietał“ barć i „łaźbił“ pszczoły. Czynił to pilnie, aby zabezpieczyć je na zimę przed głodem i mrozem. Rzadko posługiwał się wprawny bartnik „wąklicą“ z „podkurem“ i sitkiem, bo go pszczoły nie żądliły, jakgdyby wiedząc, że dzieli się z niemi sprawiedliwie. Płaciły mu daninę miodem za bezpieczeństwo i spokój tak samo, jak on znów woskiem i miodem oddawał „nastawę“ od każdej „rączki“ miodu i od każdej kopy kamieni wosku, jak płacił dziedzicowi „kunne“ za prawo posiadania flinty do bicia zwinnego drapieżcy. Wytłoczywszy i sklarowawszy miód, „szmelcował“, we „wrąby“ i „kamienie“ fasonował wosk i sprzedawał swój towar właścicielowi boru lub kupcom-Żydom, a potem, jak o tem mówi znawca ludu Z. Gloger, mawiał z pogodnym uśmiechem na opasłej twarzy:
— To moje żniwo i pszenica, bo u nas w puszczy jeno piaski szczere i innej pszenicy ze swego plonu nie mamy!...
Cicha to, słoneczna, radosna acz trudna praca — bartnictwo! Zrzadka tylko zakłóca ją ptak-szkodnik, czworonożny rabuś lub choroba pszczela, gdy to, nie zwlekając, należy „spuścić“, ściąć drzewo z zarażoną barcią, uśmiercić rój i okurzyć cały „stan“ i rynsztunek bartny. Jednak nikt nie poznałby spokojnego zawsze i małomównego pszczelarza, gdy gdzieś w jego borze lub u sąsiada pojawiał się zły człowiek, podcinający więzy i podbierający miód z barci. Wtedy to, zrobiwszy zasadzkę i przyłapawszy go na „ocznej winie“, bartnik obezwładniał rabusia, krępując mu ręce i nogi „leziwem“, i zwoływał sąd bartny — szybki i surowy, a prawem królewskiem potwierdzony. W obecności sędziego wysłuchiwano oskarżyciela i oskarżonego, gdy zaś przestępstwo zostało udowodnione, każdy z bartników dotykał powrozu, co była milczącym wyrokiem, po którym mocne, „osmygane“ leziwo, przerywało pasmo życia zbrodniarza. Wrazie wyłamania się kogokolwiek z bractwa bartniczego poza prawo jego i zwyczaj, człowiek ten zostawał „wywołany“ z puszczy. Oznaczało to wykluczenie go z „gminu“ i pozbawienie praw obywatela „rzeczypospolitej bartnej“. Mieli dawni pszczelarze i pasiecznicy swoje przesądy, talizmany, „odczyny od uroków“, swoich patronów i własne modlitwy, nieraz bardzo dziwne, znali też leki na pszczoły, godziny i dnie na „podłazy“ i na „twórz“ — a wszystko, niby stare świerki, brodatemi porostami siwemi okryte, pleśnią wieków przeżarte, szemrzące starczym głosem pogańskiej słowiańszczyzny — tajemniczej, jak owa „gawędź“ roju pszczelego, odurzonego jałowcowym ostrym dymem podkuru.
Miód — owa „pszenica“ bartna, zlany do „rączek“ — kadzi 10½-garncowych, poznaczonych znakiem boru i starosty bartnego płynął potem Narwią, Bugiem, Wisłą do Gdańska, Królewca, Szczecina — a Niemnem — do Rygi: wraz z „rączkami“ wysyłano „wrąby“ lub „kamienie“ wosku, również zaopatrzone w borowe herby bartnika, starosty, a nawet właściciela puszczy na potwierdzenie czystości towaru. Wielce bowiem dbano o niego, bo przecież uznawano go za pieniądz, daninę i najcelniejszy towar eksportowy.
W puszczy północnej, szczególnie zaś na ziemiach Prusów, gdzie rozsiedli się Mazurzy, oraz w Kurpiowskiej czyli Myszynieckiej od czasu, gdy wdarł się w ostępy lud bartny, rozpoczęło się zdobywanie „złota północy“. Pokłady bursztynu na ziemiach Polski współczesnej ciągną się od granicy Prus Wschodnich, od Pełty na Myszyniec i na Ostrołękę. Jest to pas długi na 42 km i szeroki do 24-ch, stanowiący odnogę tak zwanego „bursztynowego wybrzeża“ Bałtyku, z ośrodkiem najobfitszym w Palmincken. W trzeciorzędowych warstwach zalegają tam mniejsze i większe kawały kopalnianej żywicy, co wyciekła niegdyś z chorego lub skaleczonego drzewa „Pinus succinifera“. Uczeni twierdzą, że po bursztyn bałtycki przybywali przed wiekami Egipcjanie i Fenicjanie. Osadnicy puszczańscy wydobywają bursztyn z ziemi, na której rosło przed współczesnym okresem geologicznym drzewo żywiczne, i znajdują mniejsze lub większe kawałki bursztynu. Czasem trafi im się duży „głąb“ kopalnianej żywicy, a w nim pogrążone owady, liście i kwiaty, które żyły i kwitły przed setkami tysięcy lub i miljonów lat; najcenniejsze są tak zwane „łzy bursztynowe“, na miarę orzecha włoskiego, złociste, przeźroczyste a najtwardsze, niepękające pod naciskiem rylca tokarza. Istnieje cała skala odcieni bursztynu — od najjaśniejszych złotych do zielonych i najciemniejszych — brunatnych i czerwonych. Jasne i przeźroczyste gatunki używane są do wyrobu paciorków, bransolet, cygarniczek, cybuchów i t. d. Ciemne i mętne idą do fabryk lakierów, drobne kawałki podlegają stopieniu i sprasowaniu, poczem nadają się do różnych, tańszych jednak wyrobów. Nadbałtycki i nasz puszczański bursztyn po wydobyciu go z ziemi odbywa daleką podróż. Surowiec i wyroby z niego są pożądanym towarem na całej ziemi; znany on był we wszystkich epokach historycznych i w dobie przeddziejowej.
„Złoto północy“ — w którem skrzepł promień słoneczny — owiane legendą, urokiem mistyki i magji, od niepamiętnych czasów głosi wszędzie sławę dalekich puszcz słowiańskich, przeglądających się w siwych falach Bałtyku i w zwierciadłach dawno zamarłych jezior — tych ostatnich śladów lodowca, który po długiem tu panowaniu cofnął się w mroźną głąb tajemniczej krainy Hyperborejów.
Skarby puszczy pomnażało nieprzebrane rybne bogactwo jej wód. Rybołówstwo odbywało się bądź z pomocą ości o czterech lub ośmiu zębach, którą kłuto śpiącą rybę z łodzi przy świetle płonących kaganków i łuczywa, bądź też niewodów, częściej zaś pospolitych „wiersz“ — plecionych koszów, wrzucanych do rzek puszczańskich i jezior. W miarę tego, jak puszcza się zaludniała, wody jej pociągały ku sobie rybaków; pod tym względem na pierwszem miejscu wymienić należy jeziora Augustowskie, gdzie ujrzano niebawem różne sieci i inny przemyślny sprzęt rybacki, w Polsce oddawna używany. Toń tych jezior rozległych i cichych, gdzie wśród zarośli dennych ukryła się jakaś sędziwa tajemnica, z łaskawością dobrotliwą spotkała Polaków i po dziś-dzień oddaje im resztki swych bogactw rybnych i swoją siłę do dźwigania tratw i łodzi. Nawet „dziwożony“ — boginki wodne nie szkodziły nigdy Mazurom puszczańskim, może dlatego, że nie kosili oni łąk zielem „słodyczki“ porosłych i nie płoszyli duchów wodnych i leśnych czarownem kwieciem dzwonków liljowych, ani drażniącą nozdrza czemierzycą. Dobrze się żyło z łaski puszczy, która dawała — jak pisał Wincenty Pol:

„Ryby, grzyby i wędliny —
Liny dorodne, huk zwierzyny
I kęs chleba w czoła pocie —
A na pański stół łakocie
Lipce stare, łosie chrapy
I niedźwiedzie łapy“.


DAWNE ŁOWISKA

Na progu dziejów historycznych Polski, ciemna, tajemnicza puszcza okrywała cały niemal jej obszar. Roiło się w niej od zwierza wszelakiego i ptactwa łownego. Jadźwingowie, przebiegający część puszczy zabużańskiej, wierzyli podobno w życie pozagrobowe i w powrót na łowy do rodzinnej kniei, co była dla nich owemi „błogosławionemi terenami myśliwskiemi“, o których mówią stare gadki czerwonoskórych myśliwców z drugiej półkuli. — Wierzenia te dowodzą obfitości zwierzyny w puszczy.
Mazurzy, posuwając się za Bug i Narew, zetknęli się ze zwierzyną i w pościgu za nią, w walce z turem, żubrem i niedźwiedziem wyrobili w sobie ducha wojowniczego, zuchwałego i odpornego. Stara pieśń cechuje dobitnie hardość i bitność tego szczepu polskiego:

Szarszan zadrzewiały
Z poszew opadały
Kijec granowity
Harkabuz nabity.
Zstępuj mu z gościńca
Rzuca się do kijca,
Potym z harkabuza
Wnet poprawi guza.

Ci sami Mazurzy, od których w późniejszych czasach odbiegły dwie gałęzie — Kurpie i Podlasianie, pierwsi poznali i spenetrowali puszcze, oni to — wytknęli drogi królom, książętom mazowieckim i znakomitym panom, którzy lubowali się w wielkich łowach, oni to umieli tropić i osaczać grubą zwierzynę, wabić drobniejszą, „zkwielać“ ptactwo — od dzikiego, czujnego sokoła białozora do głupiej siewki i wrzaskliwej przepiórki. Tropiciele mazurscy i kurpiowscy, prowadzili Jagiełłę, Zygmunta i Batorego na łowy, oni też szli na „osoczników“, znając wszystkie grządy, przebiegi, przesmyki i łęgi. Sztukę czytania w wielkiej księdze natury przechowali Mazurzy po dzień dzisiejszy i dlatego to obrońcy puszczy — leśniczowie i gajowi mają z nimi kłopotów coniemiara. Dla panów przekształciły się obyczaje, prawa i sposoby łowieckie, — dla Mazurów kłusowników pozostały niezmienne; u nich bowiem dziś jak przed wiekami o wszystkiem stanowi bystre, celne oko i — śmiałość.
Oddawiendawna polowano w puszczy miotami. Gdy wytropioną zwierzynę spędzano przełają do jednego z uroczysk lub do błotnistej kotliny, — „osocznicy“ otaczali to miejsce mocną siecią. Jakie to były sieci, o tem wspomina w swoim poemacie Tomasz Bielawski: „Król Batory, na straży siecią trzeciomilną otoczywszy, zwierzynę bierał nieomylną...“
Najpożądańszą zdobycz stanowiły tur i żubr. W puszczach zaniemeńskich — także „betsy“ — zapewne renifer, który z biegiem czasu przekoczował na tundrę północnej Europy; po nich dopiero następowały niedźwiedzie i to — o ile miały siwe na karku kłaki, a także łosie, byle o rosochach najrozłożystszych. W średniowieczu strzelano do grubego zwierza z łuków i kusz ręcznych, wspierano je na rohatynie, lub kłuto krótkim oszczepem o szerokiem ostrzu. Jeden z kniaziów mazowieckich Janusz — jak i Olelkowicze, lubił potykać się z żubrem i niedźwiedziem, mając w garści kordelas lub topór, którym tak zręcznie łupał czaszki, że „nie zdały się już ni do ozdoby w komnacie.“ W nowszych czasach używano broni palnej i pod jej wpływem zanikła właściwie rycerska zabawa potyczek w pojedynkę z rozwścieczonym zwierzem. Doszło do tego, że nawet niewiasty rozmiłowały się w uciesze myśliwskiej — jak naprzykład, brzydka, jak ciężki grzech śmiertelny, Marja Józefa, małżonka Augusta III. Siedząc w krytej, specjalnie dla pary królewskiej, zbudowanej trybunie, raczyła własnoręcznie ubić ze dwadzieścia żubrów i to najzacniejszych. Była to wstrętna rzeź napędzonej zwierzyny, ulubione zajęcie saskiego dworu. Za panowania Jagiellonów, sławne karty zapisało łowiectwo polskie — królowie tej zasłużonej dynastji osaczali knieję ludźmi i puszczali psy łowcze. Zwierz szczuty pędził przesmykami naoślep, natrafiając na straże z zaczajonymi myśliwymi. Koronowani łowcy: Zygmunt August, Stefan Batory i Władysław IV, trzymali sfory najlepszych psów ułożonych, medjolanów, chadzając z niemi na „czarną zwierzynę“ — dziki i „osadzone“ kłując oszczepem. Tych ogarów za łowów Władysława Jagiełły zastępowali stanowniczowie — Mazurzy. Węszyli oni tury „rzadko-krajne“ i żubry, odnajdywali na śniegu i bagnach ślady ich kopyt, po kłakach turzycy, kądzieli i usmolu wychodzili na trop i prowadzili za sobą dostojnych łowców. Mazurzy również umieli „podchodzić“ małe, dzikie koniki na nęciskach i ustronnych polanach, chwytali je w czarnym lesie liściastym, zastawiając na nie „stępy“, zasieki i pętle. Niedźwiedzie zazwyczaj brano w barłogach, wypędzając je z legowisk, i „wspierając“ gonione zwierzęta na rohatynach. Wszystek gruby zwierz poczytywano za osobistą i wyłączną własność pańską, a więc króla w dohrach koronnych, biskupa — w duchownych, szlachty rodowej — w jej włościach. Mimo to najbardziej nawet poszukiwana zwierzyna — tury i dziki koń — nie była snadź dostatecznie chroniona, gdyż resztki jej znikają w w. XVII-ym. Dzikie konie puszczańskie, czy może zdziczałe, cisawe, śmigłe koniki Litwinów, a może Jadźwingów zostały chwytane żywcem, stanowniczy, czyli tropiciel, obeznany z przechodami tych zwierząt, niezwykle się cenił. Królowie darowywali schwytane koniki znakomitym rycerzom, biskupom a nawet posłom cudzoziemskim. Tura brano obławą, zapędzając do miotu i dopiero potem kierując go na stanowisko, strażę ukoronowanego myśliwego, który bądź wychodził naprzeciwko z oszczepem bądź wypuszczał w potężnego zwierza ostrą strzałę. Było to niebezpieczne polowanie pełne wrażeń i przygód, gdyż osaczony tur, widząc wroga, atakował go zawsze, więc zdarzało się nieraz, że „nosił“ łowca na swoich potężnych rogach. Byki te wyginęły w puszczach już w XVII w., wiadomo, że ostatnia turzyca zakończyła żywot w r. 1627. Pozostały jednak ścisłe ich opisy, a nawet rysunki. J. Rostafiński twierdzi, że tur był zupełnie podobny do wołu podolskiego i węgierskiego, oraz do byków andaluzyjskich, wypuszczanych na arenę cyrków; rasy te bowiem od udomowionych turów pochodzą. Opis tura zawdzięczamy Zygmuntowi Herbersteinowi, posłowi cesarza Ferdynanda. Przypada on na r. 1549, a pod rysunkiem tura w języku łacińskim umieszczone zostały następujące pouczające objaśnienia: „Ursus jestem, po polsku — tur, po niemiecku aurox. Nieuki bizonta nazwisko mi dali.“
Poseł cesarski mógł opisać tura bardzo szczegółowo, gdyż młody Zygmunt August podarował mu zabite przez siebie zwierzę. Rezydujący w Polsce nuncjusze papiescy: Rugieri, Comendoni i inni, pisząc o łowach w Polsce, odróżniają tura od żubra, a jeden z nich Muccente widział nawet oba te gatunki w zwierzyńcu Zygmunta III. Najdłużej przechowały się tury na Mazowszu, szczególnie zaś w puszczy Jaktorowskiej, gdzie wygasły dopiero za panowania Władysława IV-go, a w kronikach tego czasu starannie zapisano smutną datę i podano statystykę ostatnich okazów. O tych potężnych i pięknych zwierzętach pozostały wspomnienia w postaci nazw: Turówka, Turza Góra i Turja, spotykane pod Augustowem, w Wielkopolsce, w Małopolsce Wschodniej i na Polesiu. Było to zwierzę mniejszej od żubra tuszy i nie miało tak groźnego i ponurego wyglądu. Tomasz Bielawski w swoim wiekopomnym „Myśliwcu“, wydanym w Krakowie w r. 1595-ym tak pisze:

„Tur, wół polski, jakiego wszystkie ziemne kraje
Nie mają, ten na puszczy Wiślickiej przestaje.
Też je pasą, jest straża, wielkie te zwierzęta
Król polski strzelbą bierze w swe podobne święta“.

Takie łowy bywały niezwykłem świętem łowieckiem, godnem królewskiej strzelby, gdyż zwinność turów i ich wściekła furja czyniły ten rodzaj polowania niebezpiecznym, wymagającym niezwykłej odwagi, siły — no i zimnej krwi. Krewniak tura i jego godny współzawodnik w dawnem życiu łowieckiem, żubr przetrwał aż do dnia dzisiejszego, ale o nim będzie mowa nieco później, w opisie ojczyzny jego, puszczy Białowieskiej. Bielawski wymienia w swych rymach i bawoła, co jest „zwierz pospolity“ — ale nie wiemy, czy oprócz turów były jeszcze zdziczałe, samotne byki, czy też jakiś swoisty gatunek bawołów dzikich. W Historji naturalnej Królestwa Polskiego, ułożonej w r. 1783 przez Remigjusza Ładowskiego, czytamy o tych bawołach, na które polowano jeszcze w końcu XVIII-go wieku, że „po wielu miejscach w Polsce rozmnażają się i chowają je wraz z trzodami“.
Za królewską zwierzynę uważano też łosie i rysie. Zdobywano je „przełają“, gdy setki obławników pędziło tych odludków z mateczników niedostępnych. Łosie, pospolite niegdyś na Litwie i w Polsce, przetrwały u nas do końca w. XVIII-go. Za czasów wielkiego księcia Konstantego zabito ostatnią klępę w lasach moszniańskich koło Pruszkowa. W w. XIX-ym sprowadzono do Polski łosie z Rosji północnej i gatunek ten znalazł dla siebie dogodne pielesze na moczarach poleskich i w bagnistych uroczyskach puszczańskich. Polska odrodzona posiada te piękne zwierzęta, wszędzie już ochraniane w rezerwatach prywatnych i państwowych. Jelenie, sarny, daniele stanowiły pospolitszą zwierzynę, dostępną szaraczkowej niemal szlachcie, o ile posiadała szmat lasu wpobliżu puszczy, gdzie nikt, poza królem i jego gośćmi, polować nie śmiał pod groźbą ciężkich kar, to też wieńce i poroża zdobiły dawne dwory. Inne też zwierzęta zamieszkiwały ostępy puszczańskie: rosomaki, borsuki, kuny, sobole, bobry, popielice, tchórze, lisy i zające, a na skraju czarnych lasów i w haszczach wokół moczarów — świeciły „lampy“ wilcze, chociaż tego drapieżcę ścigali nietylko wielcy panowie, ale i drobni włodyki, a nawet kmiecie, siedzący na roli, bartnicy, „tworzący“ w puszczy, pasterze na łąkach podleśnych, ba! — budnicy częstokroć i potażnicy. Królowie i królewięta polowali wyłącznie na grubego, raczej — najgrubszego zwierza i tylko może Kazimierz Jagiellończyk ubijał lub chwytał w sidła i sieci sobole, bobry i kuny, szczycąc się swym „torłopem“ — szubą sobolową, używaną na łowach. Długosz, wychowawca dzieci jego, zapisał, że król „nabiwszy w puszczach wielką moc zwierzyny, porozsyłał ją w darze biskupom, panom, senatorom, kapitule, wszechnicy naukowej i rajcom krakowskim“. Z tego też sądzić można o obfitości zwierza w puszczy. Zresztą sam fakt istnienia w dawnej Polsce „pieniądza futrzanego“ świadczy o tem więcej niż przekonywująco. Przypomnijmy sobie, że płacono daniny „łebkami“ lub „mordkami“ kun i popielic; były też „kuny“ i „grzywny“, czyli skórki kunie pojedyńcze lub uwiązane „w grzywy“.
Polowano również na ptactwo przeważnie „przyprawami“, czyli sieciami i sidłami, mającemi różne nazwy: podolska, brózdy, dziwocza, brożek, włóczek, mrzeźna, objętki, kołowrót, węton, pomek, wiecha, prężynka, cierzeniec, wnyk, kutnica, żak itd. Używano na ptaki i zwierzęta przeróżnych wabików: kuwieczki — na sowy, kokcieli na pardwy, mikota — na sarny, dudki — na łosie podczas rykowiska, szastki — na chróściele, kwieli — na jastrzębie, piszczyka — na jarząbki, wreszcie krzęczki — na słonki.
Istniało kilka gatunków ogarów, częściowo pochodzących od pospolitych w dawnej Polsce psów św. Huberta, częściowo za Jagiellonów sprowadzonych z Włoch, poczem powstała jednolita rasa polskich psów gończych (Ostroróg, Rostafiński, Stolcmann). Psom, tropiącym zwierzęta w puszczy, nadawano różne nazwy — Prędki, Leniwy, Zalas, Popędź, Uciecz, Budzisz, Wytrwaj, Cymbał, Leloch, Szukaj, Sokół, Sarna, Rozbój, Lota, Śmiga, Otracica, Smol. W chróstach i trzcinach nadbrzeżnych psy wykrywały łosie, dziki i jelenie, na drzewach — niedźwiedzie i rysie, na kujawach leśnych — żubry i tury. W polu, inne odbywały się łowy. Tam spuszczono ze smyczy charty. Stary, Cygan, Karwat i Trąba ścigały, doganiały i dusiły zoczoną zwierzynę — jelenia, sarnę, wilka, lisa i zająca. Musiały to być psy — „prędkoskokie“, rącze, o „gębie ułapnej“ i „postrzemienne“ — trzymające się szczwacza, do którego wracały po zakończonej gonitwie (J. Ostroróg.) Za psami pędził konny dojeżdżacz — „wrzeszcz“, a czasem i sami właściciele, krzycząc na różne głosy: „heco“, „hola-horlala“, „horlala ulała lala, lala, lala“, a, gdy śmigłe psy doganiały i zdobywały zwierzę, myśliwi oznajmiali ten moment radosnemi okrzykami: „Hoho uszczwał, hoho jest, jest!“ — niosło się po lesie.
Za najbardziej wyszukany sport uważano zimowe przeważnie polowania z ptactwem łowczem: z orłami z Podgórza, sokołami, jastrzębiami i rarogami. Pod tym względem Polska stała wyżej od innych państw, co stwierdzili Henryk Walezy i Zygmunt Waza. Dobrze „unoszony“ ptak łowczy podczas pościgu odznaczał się pięknością ruchów, czyli tak zwaną „grą“. „Wykapturzony“ sokół — białozór po zdjęciu z głowy kaptura nie rzucał się odrazu na wziętą na oko zwierzynę — sarny, zające, wilki, kuropatwy, cietrzewie, czaple, dzikie kaczki i dropie — lecz wzbijał się wysoko, zataczał koła, płosząc zdobycz i zmuszając ją do zmiany kierunku ucieczki i dopiero po długiej „grze“ spadał jak kamień na zdobycz, wstrzymując ją w pędzie, szarpiąc jej głowę i oślepiając. Na okrzyk sokolniczego ptak powracał doń natychmiast i siadał na „berle“, wydając pełen zadowolenia drapieżny skwir. Z rozpowszechnieniem się guldynek, ptaszynek i innych flint, szlachta zaczęła szczególnie chętnie polować z legawemi psami, czyli wyżłami różnych ras, naogół jednak wywodzących się od dalekiego przodka — szakala. Większość ich została w w. XVI przywieziona z zagranicy, chociaż później niektóre wyżły, mieszańce, pochodzące od ojca lub matki czystej krwi, tak zwane „pokurcze“ zasłynęły niezrównanemi zaletami łownemi, jako „wietrzne“, posiadające znakomity węch, „zacieczce“ o sprycie, odwadze i zaciekłości i „zwajce“, czyli znakomicie ułożone.
Stare kroniki przechowały wspomnienia o tych wiernych towarzyszach łowców. Miał piękną psiarnię hetman Klemens Branicki, szczycił się swemi chartami Pac, romantyczny pan na Dowspudzie, a i inni też, siedzący po włościach puszczańskich lubowali się w psach łownych i gonnych. Legawe miały tu zaiste pole do popisu! Po starych porębach, krzakami zarosłych, po krawędziach leśnych wyżły węszyły cietrzewie, młode głuszce i słonki, po zalewiskach błotnistych i mokradłach do kaczek skradały się, do kszyków, dubeltów wśród kęp i sitowia.
A w głębi puszczy? Gończe ogary na grządy jelenie i sarnie, na tropy zajęcze, lisie i wilcze, na ślad dzików usmolnych wpadłszy niechybnie, gon wielogłosy wszczynały, aż zwierza osaczyć zdołały, zmordować i zdusić.
I w polu też, co to rozparło się wzdłuż i wszerz na próchnicach i popiołach po puszczy, ściętej oddawna i ogniem zżartej do reszty, przestrzeń bezkresną przemierzały chartów śmigłych skoki. „Ho—ho, się uszczwał, ho—ho, jest!“ Rozedrgały się okrzyki. Zagrał róg.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.