Puszcze polskie/Od zamierzchłej doby

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Puszcze polskie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1936
Drukarz Biblioteka Polska w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator wielu autorów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZĘŚĆ PIERWSZA
DAWNE PUSZCZE

ROZDZIAŁ PIERWSZY
OD ZAMIERZCHŁEJ DOBY

Z równin Azji, ze stepów nadwołżańskich, z pobrzeży morza Czarnego mknęły nieraz burzliwe fale wielkich wędrówek ludów, dążących na zachód. Główny ich potok szukał dla siebie łatwiejszego do przebycia szlaku, ziem najżyźniejszych, obfitych w pokarm dla ludzi i w paszę dla koni i bydła. Znany był to szlak, udeptany przez niezliczone hordy wędrowców i włóczęgów, gnanych ku zachodowi bądźto w ucieczce przed widmem jakiejś nieznanej kronikarzom klęski i zagłady, bądź też w podświadomej mistycznej tęsknocie za zdobyczami ducha, który tak wspaniale objawiał się już na dalekim Zachodzie w kamiennych pięknych zarysach świątyń poważnych i wzniosłych, grodów potężnych i zamków obronnych, w błyskotliwości i kuszącem bogactwie pracowitych mrowisk ludzkich, budujących silne podwaliny przyszłej świetnej społeczności.
Ową drogę wędrówek i najazdów nazywano niegdyś tropem Pieczyngów i Połowców, a potem »czarnym szlakiem tatarskim«. Prowadził on na północy ku grodom czerwieńskim, na Lwów, Przemyśl i aż do spychów Karpackich; na południe zaś — ku Siedmiogrodowi i poza Dunaj. Od głównego szlaku odbiegały jednak inne jeszcze — mniejsze i nie mające żadnych nazw, zapomniane doszczętnie. Biegły ku północy. Przecinały tam dolinę Niemna i jego brzegami sunęły dalej i dalej, aż urywały się nagle na piasczystych zdziarach Bałtyku. Wielkie wędrówki ludów i najazdy znanych i nieznanych hord unikały zazwyczaj szlaków północnych. Sama bowiem natura nagromadziła tam zapory niezdobyte. Bagna i podmokłe olszyńce w dorzeczu Prypeci, a dalej, na północ, tuż-tuż za górną Jasiołdą zielone mury puszczy stały na straży Europy, gdzie ponad brutalną siłą wznosił się już duch, żądny nowych form bytu.
Bezkresną była w owe czasy ta puszcza obronna. Od Dźwiny i źródeł Dniepru aż po Niemen i — od tej macierzystej rzeki litewskiej — ku mierzejom Bałtyku, ku prapolskiej Wiśle i prasłowiańskiej Łabie rozparła się wszędy puszcza dziewicza, niezgłębiona, pełna tajemnic i zagadnień rozstrzygających losy ludów i państw.
Gdy w matecznikach zaniemeńskich huknął stary Puszkajtis litewski, głos jego toczył się niby pomruk burzy ponad sosnami i dębami kniei jaćwieskiej, przeciętej Narwią i Bugiem, przez uroczyska puszczy słowiańskiej nad Notecią, aż echo to umierało gdzieś nad Odrą i Łabą, zderzywszy się z zimnemi głazami murów klasztornych i ponurych zamków drapieżnych najeźdźców saksońskich.
Dziwy o mrocznych ostępach puszczańskich opowiadano sobie w legjonach rzymskich, w płomiennym Bagdadzie, w zgiełkliwym, kapiącym od złota Carogrodzie, w kasztelach Fryzów, za Wezerą i nad Renem. Strach i chciwość budziły te opowieści i słuchy trwożne. Inaczej też być nie mogło, boć i po dziśdzień trwoga ta pozostała wiecznie żywotna i drażniąca.
W mroku puszczy śród pionów olbrzymów leśnych błąkały się istoty nieznane, tajemnicze, groźne. Tu straszył lasowik kudłaty, nasz prasłowiański Faun bystronogi, podstępny, chichotliwy; tam — bies obrał sobie siedzibę w spróchniałej dziupli dębowej; w innem znów miejscu — na tajemnych wiszarach i sapiskach bezdennych, tańczyły złudne korowody majaków mglistych i kraśnych płomyków migotliwych, a tam oto — z mrocznej toni jezior cichych i głębokich — wynurzały się rusałki-wodnice, zwodnice i wabiły człowieka bielą nagich ciał, namiętnym głosem i żądzą źrenic otchłannych. Kapłani ludów nieznanych ofiarę czynili bogom, krew zwierzęcą i ludzką lejąc na głazy prastare, ukryte w uroczyskach niedostępnych i w gajach, Perkunowi, Światyborowi i Prowe poświęconych. Za każdym pniem dębu, sosny i świerka, w stłoczonej gmatwaninie podszytu, po jarach i kaleniach czaił się mieszkaniec puszczański. W ciszy leśnej warczał kamień, znienacka z procy ciśnięty, ze świstem mknęła strzała pierzasta i z głuchym jękiem padał człek obcy, przebity oszczepem lub zdzielony toporem z zasadzki. Na konary najwyższych sosen wdrapywał się niedźwiedź bury, pszczołołupiec chciwy, i łapą rozwalał misternie dziane barcie miodowe lub sapał i mruczał, rozdzierając zdybanego w haszczach jelenia. Grządy sobie wydeptywały poprzez bajory puszczy mocarne żubry i łosie rosochate, idące z wodopojów na żerowiska albo na tajemne biele, gdzie w dni rujne walczyły o krowy i o klępy, żądne zapłodnienia. Inne też biegły tam tropy, tnąc zwarty gąszcz puszczy. Przebijały je stada jeleni, danieli, sarn, dzików i śmigłych koni zdziczałych. W zimie, gdy śnieg okrywał kępy mszyste i porośl drobną, trawiastą, obok tych śladów, racicą i kopytem wybitych, plątały się inne, ledwie dostrzegalne, kluczące, a nieodstępne. To wilcze zgraje głodne, to krwi chciwy ryś, to żbik nigdy niesyty skradały się tym samym grządem, węsząc zdobycz upragnioną. Częstotliwy tupot racic, krótki jęk i głuche rzężenie, parskanie drapieżne i pomruk groźny — tę przyziemną mowę puszczy — wchłaniał w siebie pogwar bezlistnych konarów i łap świerkowych, a lasowik z głębi ciemnych moczarów odzywał się chichotem przeciągłym: a—ha—haj!
Całkiem odmienne nieraz głosy wdzierały się nagle do ostępów mrocznych. Okrzyki bojowe, słowa komendy, przekleństwa, nawoływania, charczenie konających, ciężkie ciosy toporów, poświst strzał, brzęk żelaza o żelazo, łomot młotów o pancerze i o tarcze dębowe, miedzią okute — takie to brzmiały tu głosy. Wojna... Któż to i o co walczył tam z nieznanym wrogiem? Któż zwyciężał w głębi puszczy, a któż znów pozostawał na pobojowisku? Jakie tam ze sobą ścierały się ludy? Jakie zawołania, znaki, hasła mieli wodzowie tych walczących wojowników, po których nie pozostało ani śladów, ani wspominków nawet? O tem nie wiedział nikt aż do chwili, gdy wraz z nauką Zbawiciela dotarła do dorzecza Wisły, Niemna, Dźwiny i Prypeci boska sztuka pisania. Doszła ona tu jednak dopiero wtedy, gdy ogień i żelazo wdarły się już w zieloną pierś puszczy, tam i sam wypaliły szerokie halizny, wyrąbały drogi, które przecięły dawne pobojowiska i ruiny osiedli, gdzie kości najeźdźców i obrońców w proch się już zamieniły, na przyciesiach zaś grodzisk, stojących niegdyś w otoku wysokich palisad, na „ganach“ wzgórz piasczystych wybujały sosny wiekowe, wyniosłe i krzepkie dęby szczeliniaste, ze starości siwe, omszałe i spękane.
Długo, przez wieki całe broniła puszcza ludy, w niej i poza nią ukryte, a czyniła to tak skutecznie, że nie dotknęły ich niszczące powodzie wędrówek narodów i szaleńcze najazdy koczowników. Nawet wyprawy wojowniczych Mongołów w w. XIII-ym nie stały się tak straszną dla ziemicy tej klęską, jaka spadła na nieosłonioną Ruś Kijowską, na księstwa Jarosławskie, Kijowskie i Rostowskie.
W sercu puszcz istnieli Prusowie, Jadźwingowie, Litwini, Drewlanie, Dulębowie, Pomorzanie, Weletowie, Obodryci; poza jej zaś opiekuńczym wałem, od północy, wschodu i zachodu osłonięci knieją, budowali swe życie gromadne, zakładając podwaliny przyszłej Polski Piastowej i Jagiellonowej Mazurzy, Kujawianie, Polanie i Wiślanie. Tylko tam, gdzie od głównego szlaku wędrówek ludów i od morza rzeki wdzierały się do puszczy, torując sobie i ludziom drogę — dobrobytowi, a nawet istnieniu mieszkańców rdzennych groziły częstokroć najazdy obcych przybyszów. To właśnie stało się przyczyną zniknięcia Dulębów nadbużańskich, Obodrytów, Weletów nadłabskich, Prusów, podbitych przez Germanów, którzy zagarniali ich ziemię, jak również, obszary, należące do Pomorzan, bijąc w nie taranem od ujścia Odry i Wisły; tem się też tłumaczy powodzenie najazdu Krzyżaków na Żmudź i Litwę, gdzie zakute w żelazo rycerstwo posuwało się z biegiem Niemna i jego dopływów. Z drugiej strony — doliny Narwi, Bugu i ich dorzecza dopomogły przedsiębiorczym Mazurom szybko wyprzeć Jadźwingów z ich odwiecznych siedzib i zagarnąć najpiękniejsze połacie puszczy, która okryła niegdyś martwą po panowaniu tu lodowca część lądu — gdzie zrządzeniem losu usadowiła się Polska historyczna.
Wdzierający się do puszczy przybysze — czy to wojownicy, czy kupcy, czy podróżnicy lub misjonarze roznieśli po świecie wieść o cudach, dziwach, strachach, grozie i bogactwie olbrzymiego kraju, ukrytego w mroku kniei. Posmak bogactwa wzbudził chciwość i ona to więc dała powód do wielowiekowej walki o władanie puszczą. O to tylko zapewne walczyli saksońscy książęta, Waregowie i Duńczycy, Mendog i Olgierd, kneziowie mazowieccy, krakowscy, śląscy i pomorscy. Skóry, mięso i ryby, miód, wosk, smoła i „złoto północy“ — bursztyny pociągały ku sobie chciwych kupców i wojowników drapieżnych, a gdy zwiedziano się o mnogości nieznanej gdzieindziej zwierzyny — pęd ku zdobyciu jej stał się tak silnym i nieprzepartym, że cechuje sobą długi okres dziejowy.
Nie wcześniej niż w wieku czternastym dopiero poczęto rozróżniać poszczególne puszcze: Królewską, Wizneńską, Kurpiowską, Białą, Zieloną, Błudowską, Białowieską, Nadjeziorną t. j. dzisiejszą Augustowską — i inne, do tego zaś czasu istniała tylko jedna, jedyna — puszcza, pełna dziwów, strachów, wrogów i skarbów. W niej to przez piętnaście, a może i więcej wieków po wstrząsającej tragedji Syna Bożego i Człowieczego trwały kulty niezliczonych bóstw pogańskich; w niej to po rozległych kujawach miały siedzibę tury i żubry, wymarzona zdobycz najśmielszych łowców, królewska zwierzyna, mocarze ponurych ostępów puszczańskich, godni współzawodnicy olbrzymich niedźwiedzi o siwych karkach i paszczach krwawych.
Parka jednak snuła nieustannie swoją nić i wieki biegły, niby paciorki różańca. Zmieniały się czasy, ludzie i ich dążenia. Opiekuńcza puszcza stanęła im na przeszkodzie. Ogniem i toporem poczęto ją trzebić i wykarczowywać korzenie rozłożne, co od tysięcy lat tkwiły w piachach i próchnicy. Człowiek wydzierał jej chciwie i nielitościwie zagony ziemi ornej, a sam wcinał się głębiej i dalej w zbity gąszcz kniei, walił olbrzymie dęby, sosny i świerki, ćwiartował ich strzały i trzony, — i prąc wciąż wprzód, z kłód, płach, belek, desek i dranic budował chaty nowych osiedli, co były, niby wysunięte daleko placówki, dla nowych zdobyczy i zwycięstw.
Starosta mścibogowski — Grzegorz Wołłowicz ułożył dla króla Zygmunta Augsta obszerną rewizję z planami puszcz oraz przesmyków zwierzęcych Wielkiego Księstwa Litewskiego. Działo się to w r. 1559, ale pan starosta już uskarża się na trzebienie puszczy i wylicza cały ich szereg, chociaż obecnie o większej ich części nikt już nie pamięta. Puszcze: Sterbalska, Noińska, Fojeńska, Lubińska, Zdzitowska, Łyskowska, Bielska, Perstańska, Przełomska, Jurborska, opisywane przez starostę Wołłowicza, zniknęły prawie całkowicie, albo też może ich nazwy z biegiem czasu uległy zmianie. Walka z puszczą trwała aż do wieku dwudziestego, lecz ona przetrwała wszystko i przebaczyła wszystko. Bolało i krwią się oblewało serce puszczy, gdy drapieżni najeźdźcy — Moskale i Niemcy, niszczyli ją, rabując bogactwo odwiecznych posiadaczy — Polaków, lecz knieja milczała groźnie, a świadoma swego zadania rzucała coraz obfitszy siew, aby liściasta i iglasta młódź czemprędzej zmężniała i zwarła się murem wokół nieruszonych, tchnących siłą mateczników, gdzie kryła się czujna rysica, broniąc legowiska.
Zrosła się puszcza z losami naszego narodu. Nieznanemi ścieżkami, odpierając najazdy litewsko-pruskie, wkraczała Polska do jej ostępów, niosąc wiarę chrześcijańską i państwową wolę na północ i wschód. Stamtąd nieraz padały ciosy na głowy pogańskich Prusów, Jadźwingów i Litwinów; tam też przygotowywano ludzi i zaopatrzenie na wszystkie wielkie rozprawy z drapieżnym Zakonem niemieckim. Krok po kroku wdzierali się wojowniczy, zuchwali i przedsiębiorczy Mazurzy w ciemny gąszcz puszczy, zakładali osiedla i wzmacniali grodziska, obierając w bezludnych pustkowiach miejsce dla przyszłych miast, ludnych i bogatych, dla wspaniałych świątyń i klasztorów, szerzących oświatę i kulturę.
W gąszczu i mroku puszczy kryły się niegdyś ścigane przez Moskali partje powstańców. Ona, jak wierna sojusznica, myliła pościg, dysząc siwemi oparami, zamiatając śniegiem ślady i ścieżki; nieprzebytemi wodami zalewając drogi i przegradzając je zwałami martwych drzew i potężnemi wykrotami. A potem, dumna radowała się bujnie pogwarem donośnym, rozkiwaniem koron i rozmachem konarów witając wojsko polskie, gdy zwycięskie ścigało na cztery wiatry rozproszone pułki czerwonej hordy bezbożnej.
— Tom ten „Cudów Polski“ ogarnia połać puszcz starego Mazowsza i Podlasia, więc serce puszcz polskich, gdy tymczasem inne puszcze zostały już lub zostaną opisane w tomach, omawiających poszczególne dzielnice naszej Ojczyzny. —
Puszcza polska, puszcza karmicielka i przyjaciółka, ucieczka i obrona, źródło piękna, natchnienia, umiłowania ojczyzny i dumy narodowej! To też coraz częściej i gromadniej dążymy do niej, z rozkoszą wchłaniamy jej ożywczy, świeży powiew, wsłuchujemy się w jej niemilknący poszept i porwani jej dzikim urokiem, wspaniałym spokojem i dostojną, niezłomną wolnością, patrzymy na puszczę naszą z wdzięcznością tak głęboką, jak jej mroczna knieja. Pamiętamy jej wierną przyjaźń i ofiarność bez granic, gdy przed najazdem wrażym szeroko rozpościerała mocarne ramiona i nieprzyjaciół wpuścić nie chciała, głosem swym, z miljonów gardzieli drzewnych wydobytym, rzucała trwożną wieść, wołając do broni, do sprawiedliwej zemsty i do miażdżącego zwycięstwa — co było podobnem piorunowi, rozłupującemu dąb, za Mieszka wyrosły.
Puszcza, okrywająca tak znaczną część dawnej Polski, zapisała się chlubnie w dziejach naszego narodu. Przedewszystkiem stała się ona niezastąpioną szkołą rycerską, gdzie kształtowały się i hartowały charaktery, pełne cnót męskich, a więc odwagi, bystrości umysłu i krzepy fizycznej. Obfitość zwierzyny, łatwość o przygody, tajemniczość puszczańskich mateczników pociągały ku sobie młodzież rycerską za panowania Piastów i Jagiellonów. Komesy możnowładni, a nawet pomniejsze rycerstwo i drobni włodyki, chętnie posyłali swych synów do puszczy, a zwyczaj ten nabierał coraz bardziej powagi, uświęconej tradycji. W owe żelazne bowiem i burzliwe czasy, gdy królowie, książęta i rycerstwo mieczem utrwalali byt, wielkość i bezpieczeństwo państwa, łącząc je coraz bardziej w potężną więź szczepów, kierowanych i rządzonych jedną mocną ręką, troskano się najwięcej o wojsko wytrwałe, waleczne i sprawne. Do czynów wojennych zaprawiano każdego chłopca, „szlachetnie“ urodzonego. Od pieluch niemal dawano mu do rąk szablę, łuk, małą kuszę i tak uzbrojonego wsadzano na siodło. Spartańska surowość i prostota życia, ustawiczne doskonalenie sztuki wojennej, a raczej „bitewnej“, stała się zasadą wychowania. I takich to właśnie wyrostków, „mocnych w garści i nożyskach“, wprawionych do władania bronią i do dosiadania rumaka, pod kierunkiem zaufanego wychowawcy i „bakałarza“ wysyłano do puszczy, dodając im do posługi i obrony mniejszy lub większy oddział pachołków zbrojnych i tabor, zaopatrzony w żywność, sieci i niezbędną „obierz“ łowczą.
Gdy puszcza otaczała już przybyłych, odrazu rozpoczynało się dla nich nowe życie, zapowiedź przyszłych zapasów bojowych i uciech rycerskich w obozach po krwawych a zwycięskich bitwach. Służba stawiała namioty lub kleciła „szatry“ z gałęzi; wśród kilku kamieni płonęło ognisko, a w kniei daleko nieraz od obozu tkwiły czaty. Niezbędne były one w puszczy, gdzie często skradał się Jadźwing mściwy, Prusak, Krzyżak lub Litwin, do tych borów i „grondów“ wyciągający chciwe ręce, gdzie czaiły się lotne watahy wszelkiego ludu niespokojnego, rozbójnicy, wygnańcy, infamisy, zbrodniarze, skazani na karę śmierci, zbiegowie z grodów krzyżackich, ze Żmudzi, Inflant i Rusi; gdzie też nieraz za młodą latoroślą znakomitego rodu sunął, jak wilk, tropiący młodego jelonka, jakiś rywal mściwy, czyhając na życie wroga. Tak też przydarzyło się ongiś Bolesławowi Krzywoustemu, napadniętemu przez Pomorzan na łowisku puszczańskiem. — Jakżeż często przychodziło tam do krwawej rozprawy, do śmierci lub zwycięstwa, gdyż jedynie takie wyjście uznawał ogół i honor rycerski! W historji osadnictwa polskiego w puszczy zanarewskiej niemałą rolę odegrały zapewne wyprawy młodzieży szlacheckiej. Coraz bardziej ku północy wypierały one Jadźwingów i ku Niemnowi Litwinów, chociaż zdaćby się mogło, iż bezpośrednim ich celem łowy były jedynie. Młodzież tropiła tam zwierzynę — żubry, łosie, jelenie, niedźwiedzie i rysie, przyzwyczajała się do trudów obozowych, do niezmiernie ciężkich marszów poprzez haszcze, mokradła i rzeki. Potykając się z niedźwiedziem, żubrem i odyńcem, młody łowiec musiał skłuć je szybko i sprawnie oszczepem, nie oglądając się na bacznych na zdrowie panicza „brońców“, zbrojnych w rohatyny i siekiery. Nieraz łowy takie okupywano kalectwem i śmiercią. Długosz opowiedział nam o złamaniu nogi przez Kazimierza Wielkiego a także przez Jagiełłę. Stefan Batory, jak twierdził jego lekarz, Szymon Simonius, umarł, zaziębiwszy się na zimowych łowach w puszczy w okolicach Grodna. Ostatni potomek z rodu możnych Tęczyńskich padł na łowisku, rozpruty szablami ogromnego odyńca, jednego zaś z Szydłowieckich połamał niedźwiedź w puszczy Jaktorowskiej, ale kroniki o niektórych tylko pisały, a puszcza w sobie zamknęła tajemnicę zdarzeń.
W czasach późniejszych „szkołę puszczańską“ zastąpiła inna — osadnictwo na kresach wschodnich, gdzie szabla nabierała nieraz powagi i wymowy „primae et ultimae rationis“. Potem przyszły Dzikie Pola, gdy to „królewięta“ nasi na karkach „hajdamackich“, tatarskich i wołoskich ćwiczyli się w cnocie rycerskiej, strategji i patrjotyzmie, krzywo częstokroć ze szkodą Rzplitej pojętym.
Ileż to uciech łowieckich, jakież szerokie ujście nadmiaru sił dostarczyła puszcza polska królom, ich rycerzom, biskupom i politykom! Świadczą o tem opisy współczesnych kronikarzy, jak Długosza, opowiadającego o łowach Krzywoustego i Sieciecha w borach Usosińskich, dokoła ujścia Odry położonych, lub tegoż dziejopisa i Macieja Stryjkowskiego, sławiących polowanie Jagiełły na górze Świętoroha i w puszczy Białowieskiej; wspominają o tem pamiętnikarze i dawni pisarze, jak Górnicki, niemiecki poeta Konrad Celtes, studjujący astronomję w Krakowie u Wojciecha z Brudzewa, nauczyciela Kopernika; pisał o tem Mateusz Cygański w r. 1584, Tomasz Bielawski, Ostroróg, Sarbiewski i inni. Głoszą oni sławę dawnych łowów królewskich, zamków myśliwskich i obozów łownych w Białowieży, Knyszynie i dalej — aż hen po grań krzyżacką i zajezierze wigierskie. Nietylko jednak królowie i rycerze znamienici pławili się w bujnej uciesze myśliwskiej; niepozbawione było jej również rycerstwo pospolite, a nawet „stany podłe“, do których zaliczano brońców, tropicieli, dojeżdżaczy, osoczników, sokolniczych, psiarzy, ptaszników, naganiaczów i leśników łownych i strażniczych. Z nich to zapewne wywodzi się kłusownik, od dziada-pradziada czujący w sobie drapieżną chuć. Po dzień dzisiejszy myszkuje on i kluczy, podsłuchuje i skrada się poprzez puszczę Białowieską, Świsłocką, Knyszyńską i Myszyniecką, gdzie, — jak ongiś — kula, nóż i siekiera rozstrzygają niekiedy spotkanie chciwego łowca z czujną strażą leśną. Odwieczni to wrogowie łowca sportowego. Sądzić o tem możemy na podstawie wymownych gorzkich żalów podskarbiego Lutomirskiego z r. 1551-go, żądającego ciężkich kar dla kłusowników, grasujących wówczas w puszczy Niepołomickiej.
Przeludniające się coraz bardziej ziemie mazowiecka i kujawska żądały ujścia dla swej ludności. To też w pewnych okresach polityka Polski miała nastawienie na wschód — szczególnie na Ruś Czerwoną i Białą, a fala osadnictwa w pierwszym rzędzie niosła na swym grzbiecie Mazurów i Kujawian. Szukali oni też dla siebie własnych dróg i terenów kolonizacyjnych. Znajdowali je znowu w puszczy, na północ od doliny Wisły, docierając aż do dawnych granic Prus pogańskich, a potem Zakonnych i książęcych. Wdzierali się ci ludzie do puszczy i wypierali tubylców na pojezierze i za Bug. A był to lud niebylejaki! Zuchwały, wytrwały, uparty i wojowniczy. Gnębił on niepomiernie Jadźwingów, Prusów, Litwinów i Dregowiczan, Radymiczan i Krywiczan, którym z biegiem czasu nadano nazwę — Białorusinów, zagarniając im ziemie orne i rozległe połacie borów, a, gdy puszcza przeszła pod „wysoką rękę“ Polski, kły pokazywał komturom krzyżackim. Potomkowie tych sławnych konkwistadorów mazursko-kujawskich przetrwali do naszych czasów w puszczach Kurpiowskiej, Augustowskiej i Knyszyńskiej i zachowali zalety i wady swych dalekich pradziadów. Szczycą się przeszłością sławną i z dumą i czcią powtarzają synom i wnukom opowieść o tem, jak to przodkowie ich nie znali nigdy poddaństwa panom szlachcie — królowi ino podlegając, jak to w roku 1708 gospodarz w puszczy przy barciach chodzący, o przezwisku Borowy i pani wojewodzina Działyńska, Kurpiów moc skrzyknąwszy, pod Myszyńcem i w Ostrołęce pobili rajtarów króla szwedzkiego i to tak, że sam wielki wódz, Karol XII, ledwie z życiem uszedł. Szczycą się oni wiernością ojczyźnie i chętnie pokazują pobojowiska, gdzie w obronie swego swoją i wrażą przelewali krew.
W puszczy żyli sobie Mazurzy zasobnie i swobodnie, różnym jej uroczyskom nadając odrębne nazwy — Skwańska, Myszyniecka, Ostrołęcka, Różańska, Zielona i Nadbużna, o ich zaś bogactwie głośno było i w Polsce i za jej rubieżami. Wszystko płynęło z tej puszczy. Hojna bo była i dobrotliwa pani! O jej łaski ubiegali się nietylko Mazurzy, Jadźwingowie i Prusowie, lecz nawet ten i ów z królów, na stolcu krakowskim siedzący. Cały orszak ich — wspaniały i dostojny przesunął się przez puszcze polskie: Bolesław Krzywousty, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały i Czarny, Władysław Łokietek, Jagiełło i Witold, Kazimierz Jagiellończyk, Zygmunt Stary, Zygmunt August — ów „ostatni łowiec“, królowa Bona, Stefan Batory, Wazowie i Sasi, Leszczyński i Poniatowski. Jedni z nich jak Władysław Jagiełło urządzali wielkie łowy, aby mięsem upolowanej zwierzyny żywić wojsko, ruszające na walną z Zakonem rozprawę pod Grunwald, lub jak Batory, który przed wojną moskiewską, czerpał zapasy prowjantów z głębi puszczy i w tym celu poruszył całą ludność puszczańską, stając się poniekąd „patronem kłusownictwa“. Inni przybywali do puszczy dla rozkoszy łowieckich, dla bujnej radości w dobie pokoju, dla wypoczynku od trudów rządzenia lub też przeciwnie — dla spotkań dyplomatycznych, podczas których omawiano sprawy naglące i niezmiernie ważne w ciszy, zdala od zgiełku stolic, od podsłuchujących i podglądających dworaków i szpiegów. Pomocnicą bywała puszcza zawsze cichą, a niezawodną.
Była ona jednak zawsze i przedewszystkiem naszym wałem obronnym przed niespokojnymi sąsiadami od wschodu i północy, od drapieżców zakonnych i grafów marchij niemieckich. Na płaszczyźnie polskiej dziewicza, nieprzejrzana puszcza, labirynt ukryty wśród pionów dębów, grabów i buków, brzóz i lip na nizinach — na miejscach zaś wyższych i suchszych wśród sosen, świerków i jodeł, mniejsze i większe jeziora leśne, bagna, porośnięte krzakami i wysoką trawą — broniły osiedli i grodów, a szerokie, wartkie rzeki Wisła, Bug, Narew, Hańcza stanowiły naturalne, trudne do przebycia zasieki. Nietylko w zaraniu dziejów Polski doznawaliśmy obrończej opieki puszczy, nietylko w późniejszem średniowieczu i wczasach przedrozbiorowych — od Jagiełły do króla Stanisława, ale i — w najnowszych, — ba! nieledwie wczoraj.
Podczas insurekcji kościuszkowskiej puszcza w pobliżu Grodna stała się widownią bitew, które stoczył generał Michał Zabiełło, bardzo piękną „retyradą“ cofający się na Brześć i pod Węgrowem osłaniający Warszawę.
W Grodnie też rozległy się ostatnie zapewne głosy śmiałe podczas sejmu, zatwierdzającego drugi rozbiór Polski, a także tam przed bitwą pod Maciejowicami przebywał sam „naczelnik w sukmanie“ w ostatniej fazie powstania. Puszcza widziała bitwy Jaźwińskiego, Kwaśniewskiego, Gładyszewskiego i generałów ziemiańskich koło Wizny, Rajgrodu, Piętnicy i Kolna, gdzie, jak za Jagiellonów, wstrzymywano skutecznie Prusaków, wdzierających się na ziemię polską.
Powstanie listopadowe głośnem odbiło się echem w puszczy. W dziele prof. W. Tokarza „Wojna Polsko-rosyjska 1830—31 r.“ czytamy, że w augustowskiem przegrodził Dybiczowi strategiczną szosę kowieńską waleczny major Szon na czele 23-go pułku piechoty i strzelców leśnych, szarpiąc dotkliwie bataljony cara. Komisarz rządu Godlewski, dowodząc strzelcami leśnymi, kosynierami i jazdą augustowską, napadł na Nowogród, Ostrołękę i Kolno. Wypady te powstrzymały na pewien czas ruch gwardji, dążącej ku Łomży i Ostrołęce. Pod Tykocinem wojsko polskie ścigało już uchodzącą przed niem gwardję i zmusiło ją do wycofania się na Białystok. Grajewo, Augustów, Rajgród i jez. Dręstwo były świadkami bitew Giełguda i Dembińskiego z armją rosyjskiego generała Sackena i zwycięstwa naszego, które rozstrzygnęła bohaterska szarża majora Mycielskiego. Puszcza Świsłocka i Białowieska przykryły sławny odwrót Dembińskiego z Kurszan po upadku powstania na Litwie, a gdy ją nieprzyjaciel zagarnął, puszcza przytuliła zuchwałą partyzantkę.
August Sokołowski, opisując rok 1863, wspomina energiczną działalność powstańca Padlewskiego pomiędzy Bugiem a Narwią i bitwę jego z oddziałem moskiewskim pod Myszyńcem, w ziemi kurpiowskiej, gdzie „bohaterski wódz, zdala widoczny — bo nosił biały kożuszek i białą konfederatkę z piórem — sam prowadził swoich dzielnych kosynierów do ataku“.
Na Podlasiu i w Augustowskiem, opierając się o puszczę, powstańcze oddziały długo i ofiarnie podtrzymywały nierówną walkę o wolność ojczyzny. Wreszcie po odzyskaniu wolności, gdy Polska zmuszona była do obrony swego istnienia przeciwko wschodniemu sąsiadowi, zagrażającemu całej Europie, jej cywilizacji i chrześcijaństwu, puszcza i miasta, w jej głębi z biegiem czasu powstałe, znowu, jak poprzez całe życie historyczne Polski, na losach wojny r. 1920 zaważyły w znacznym stopniu. O tem najlepiej świadczy rozkaz Naczelnego Wodza, wielkiej pamięci Józefa Piłsudskiego z 18 sierpnia 1920 r.
Uwieńczeniem tego rozkazu stało się zdobycie Ciechanowa i Mławy, uważane za koniec drugiego aktu tragedji rosyjskich wojsk, maszerujących dumnie jeszcze z początkiem sierpnia na podbój całej Europy. Wzięła w tem czynny udział puszcza i osiedla, rozmieszczone na jej krańcach przez ludzi, przewidujących wszelkie możliwości na setki lat. W pobliżu miast puszczańskich, gdzie tyle już razy odczuwano burzliwy powiew wojny, snuły się blade cienie dawno poległych wojowników polskich, a od nich spływał na nasze młode wojsko niewidzialny, lecz potężny prąd bohaterstwa i ofiarności bezgranicznej. Te zjawy przed wiekami poległych obrońców ojczyzny pochylały się nad każdym żołnierzem, śpiącym w niezarosłej mogile i niemilknącym pogwarem borów i rozśpiewaniem echa szeptały namiętnie:

— Wszystko dla wolności i ojczyzny!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.