Puszcze polskie/Kurpiowszczyzna

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Puszcze polskie
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1936
Drukarz Biblioteka Polska w Bydgoszczy
Miejsce wyd. Poznań
Ilustrator wielu autorów
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


CZĘŚĆ PIĄTA
PUSZCZA ZIELONA I BIAŁA

ROZDZIAŁ PIERWSZY
KURPIOWSZCZYZNA

Tam, gdzie od prawego brzegu wpadają do Narwi rzeki Pissa, Szkwa, Rożoga, Omulew i Orżycz ciągną się już nikłe pasma borów, równoległych do puszcz Augustowskiej i Knyszyńskiej. — Jakgdyby ruchem rozpaczliwym wyciągnęły swe zielone ramiona prastare puszcze Mazowieckie, aby nie oddać, nie stracić więzi z knieją Jańzborską, z lasami Ramuckiemi i Napiwodzkiemi, które za rubieżą pruską tęsknią do nich i wzdychają. Czemś mistycznem wieje od tych wyciągniętych ku granicy, wytrzebionych, przeciętych szerokiemi bielami pasm! Sosny puszczy Zielonej mówią coś nieprzerwanie, a jest w tym poszepcie — i troska i niepokój i tęsknica... Od pnia do pnia, od korony do korony iglastej przerzucają sosny hasła polskie, a padają one aż w głąb kniei nad jezioro Śniardwy, pod Biskupcem, Szczytnem i Wielborkiem, gdzie wre od wieków niewidzialna, a zacięta walka pomiędzy opornym Mazurem zarubieżnym, a Niemcem — zachłannym i upartym. Mocnym, twardym głosem rzucane są te hasła, bo podrywają je Puszczaki — Kurpie, co na straży ojczyzny stoją niezmiennie, bez wahań, jak ich bohater narodowy — Stach Konwa, i pozew borów tysiącami własnych gardzieli rozgłaszają poza rubieżą: „A nie daj się! A wytrwaj! A pomóż wam Bóg i Chrystus o nas frasobliwy!“
Puszcza Myszyniecka, inaczej — Kurpiowska okrywa 185 725 ha ziemi, a z tej liczby około 45 000 hektarów zajmują w niej lasy państwowe nadleśnictw Myszyniec, Kolno, Lipniki, Nowogród i Ostrołęka — w województwie Białostockiem i 18 500 ha w województwie warszawskiem. Leżące na przejściu od pojezierza mazurskiego do wielkich dolin, puszcza ma wygląd kraju płaskiego, opadającego powoli ku dolinie Narwi i jej prawych dopływów. Tam i sam ciągną się piasczyste pagórki pochodzenia lodowcowego, rozmieszczone między błotnistemi dolinami i torfowiskami, gdzie rosną sosny karłowate, mchy torfowe, bagno, łochynia, żórawina i trzciny. W warstwach piasczystych, przeciętych pasmami torfów, znajdują się pokłady rudy darniowej i bursztynów. Pas najbogatszy w „złoto północy“ ciągnie się od granicy Prus Wschodnich przez Myszyniec i Ostrołękę. Lasy Zielonej puszczy są przeważnie iglaste, co właśnie spowodowało nadanie jej tej nazwy. Tylko w moczarowych rewirach, jak zwykle, do sosen dołączają się świerki i drzewa liściaste, aż zapanuje niepodzielnie czarnolesie. Lasy iglaste składają się przeważnie z sosen; świerki są tu znacznie rzadsze. Co do drzew liściastych, nie tworzących jednak większych skupień, to przeważają czarne olchy, pomieszane, w zależności od gleby i stanu wód podskórnych, z brzozą, sosną i świerkiem. Krajobraz puszczański — płaski i jednostajny — nie posiada wybitnej malowniczości, chociaż wiecznie zielone bory gęste podszycie jałowcowe, rozrzucone tam i sam jeziora — z nich największem jest Serafin — i szmaragdowe łąki nadrzeczne mają jednak przyjemny, swojski urok. Malownicze są zato wysokie brzegi Narwi pod Nowogrodem i cały wężowy wart Pissy, wybiegający z jeziora Roś lub Warsz, w Prusach Wschodnich położonego. Na dnie jej i Rożogi w ile dennym leżą rogi i czaszki turów, łosi i jeleni, to znów całe zwaliska skamieniałych już pni dębowych. W wielu miejscach wykryto resztki osad i cmentarzysk przedhistorycznych, co przemawia za tem, iż puszcze te były zamieszkiwane oddawna, tysiące lat przed Kurpiami. Liczne grząskie, zapadliste bagna, jak Karaska, Turośl i Łokieć broniły ludności pierwotnej przed wrażymi przybyszami, którzy wpadali tu, zwalczywszy obronny mur puszczy Zielonej.
Od wieku XIII-go zaczęli kryć się w niej niepokojeni przez czambuły i zagony Batu-Chana Mazurzy. W późniejszych czasach uciekali tu ludzie przed Jadźwingami, Litwinami i Kozakami; szukali tu też schronienia chłopi, którzy zbiegli przed surowością i samowolą panów, szlachta, gdy nabroiła tak mocno, że jej kat w oczy toporem zaświecił, oraz wszelki lud nieznany, awanturniczy, o ciemnej przeszłości swojej opowiadać nie lubiący. Z nich to powstał osobliwy, namiętnie Polskę i wolność miłujący odłam naszego narodu — Kurpie. Ciekawe i dziwne nieraz noszą oni nazwiska: Cieloszka, Cherubin, Duda, Cwalnia, Grala, Kozioł, Kokoszka, Pupek, Ptak, Serafin, Piast, Wilk, Lis, Mamajka, Samuel, Naliwajko, Pac, Kisiel, Czartoryski, Zamoyski, Sobieski. Przecież same nazwiska te — to historja tych oddawiendawna osiadłych tu wieśniaków, bandytów, cudzoziemców: Tatarów, Holendrów i Niemców, no — i arystokratów naszych, wszystkich w czambuł skurpiałych wkońcu i w jeden szczep osobliwy stopionych. Odrębny to ludek i do reszty Polaków niepodobny. Bo któż to widział, żeby, ogłosiwszy w r. 1858 „wyrzeczysko“, co oznaczało zaniechanie picia „obrazy boskiej“, czyli siwuchy, nie używać jej ponoć aż do r. 1890! Bitny to był ludek i na własną rękę grzmocił nieprzyjaciela zewnętrznego i wewnętrznego, śmiele sobie z nim poczynając. Niemców sumiennie tłukł, Szwedów z rusznic celnie „grzał“. Moskali serdecznie prał, Austrjaków na cztery wiatry rozpędzał, do powstańców ciągnął ochoczo, co wyśpiewała Marja Konopnicka w znanym wierszu:

A w Zielonej, Myszynieckiej hukają puszczyki,
To Padlewski Zygmunt dzielny zwołuje Kurpiki.

W r. 1920 Kurpiowie spróbowali dawnej tężyzny swej na karkach czerwonych najeźdźców, a o tem rozpowiada pomnik pod Lemanem.
Fama o puszczy biegła oddawna poza granice Polski, bo stąd szły na wsze strony świata najlepsze — złote, jak słońce, lub szkarłatne, jak krwawniki bursztyny. Wszystko to pozwala nam nazwać sławną tak bardzo teraz biedną, dźwigającą się z pobojowisk, puszczę Zieloną. Jednakże dla nas sława jej przedewszystkiem w jej ludzie — odważnym, wytrwałym, pobożnym i ojczyźnie do ostatniego tchu oddanym, w prawych Kurpiach-Puszczakach.

DZIEJE I ŻYCIE KURPIÓW

Nie każda dzielnica może pochwalić się tak zaszczytną i burzliwą historją, jak ziemia kurpiowska. Wytrzymali Kurpiowie bowiem niezwykle silny napór Prus protestanckich, nie ulegli im jednak, jak to przydarzyło się niegdyś ich pobratymcom — Mazurom z Pojezierza, i nie oderwali się od Macierzy. W r. 1708 rozgorzała wojna dynastji saskiej z Stanisławem Leszczyńskim, którego na tron polski prowadził król szwedzki, Karol XII. Gdy król skierował się do Grodna przez puszczę, Kurpiowie wysłali do niego poselstwo, żądając, aby ominął ich bory, lecz Karol wyśmiał tych „chłopów bez butów“ i zarządził dalszy pochód. Wtedy to Kurpiowie, uzbrojeni przez wojewodzinę Chełmską — Działyńską, pod wodzą swoich starostów bartnych z Borowym na czele, zastąpili Szwedom drogę koło Kopańskiego mostu i w „Świedzkim Borku“ pod Myszyńcem wystrzelali 8000 „czerwonych djabłów“, jak nazywali szwedzkich drabantów, a samego króla w haniebnej ucieczce zapędzili aż do Szczuczyna. I jeszcze raz pobili Kurpiowie Szwedów, a było to na cmentarzu ostrołęckim. Wkrótce potem, podtrzymując Leszczyńskiego, tłukli oni saskich i moskiewskich piechurów i dragonów. W tych właśnie bitwach zginął chwalebnie narodowy bohater kurpiowski — Stach Konwa, któremu to w uroczysku „Rycerski Kierz“, w lesie jednaczewskim pod Łomżą, wystawiono pomnik z figurą Chrystusa Frasobliwego. W r. 1794 kurpiowski pułk strzelców za bitwy z Prusakami nad Narwią zasłużył na pochwałę „Naczelnika w sukmanie“. W r. 1809 podczas napadu Austrjaków na Księstwo Warszawskie odznaczyły się nad Bugiem konne oddziały Kurpiów, dowodzonych przez pułk. Zawadzkiego i Szremera, a piesze — pod Zielińskim. W r. 1831 Kurpie ochoczo szli do wojska i brali udział w bitwie pod swoją Ostrołęką; podczas powstania styczniowego uformowali oddziały strzelców i kosynierów i bili się z przeważającemi siłami Moskali. Po smutnym roku 1863 w puszczy, jak długa jest i szeroka, powyrastały niewysokie, wrzosami okryte mogiły powstańców. Przy końcu wojny światowej Kurpie jęli się społem rozbrajania Niemców i wypchnęli rozpanoszone ich bandy za kordon, pamiętając o znęcaniu się Prusaków nad ludnością, o wyzysku, rekwizycjach i rabunkowem trzebieniu puszczy. Podczas wojny z bolszewikami, Kurpie jako ochotnicy stanęli znowu w szeregach obrońców ojczyzny i nieraz potykali się z przerywającemi się ku Prusom trzebionemi szwadronami czerwonej kawalerji Gaj-chana, zanim te ostatecznie dały nura do Prus Wschodnich.
Zająwszy w w. XIII-ym swoje puszcze, stali się Kurpie ludźmi książęcymi, a potem — królewskimi i nie zaznali ciężkiej ręki niezawsze „ludzkiej“ szlachty. Z tego to powodu znaleźli się Kurpie w lepszych znacznie warunkach społeczno-gospodarczych niż reszta ludności starego Mazowsza, co wytworzyło odrębność ich typu i charakteru, osobną gwarę i obyczaje. Do wieku bodaj XVII-go Kurpie, zamieszkujący puszczę Zieloną, żyją z tego, co im ich puszcza rodzona dać mogła: są łowcami i rybakami, z barci dobywają miód, a z ziemi buły bursztynu, na flis z tratwami się wybierają. Znacznie później dopiero zaczęły się wyłaniać z puszczy obszerniejsze szmaty ziemi ornej, a, gdy Moskale zburzyli przemysł bartny, a potem na dobitkę odebrali ludności broń palną, — nucąc smutną piosenkę:

Hej, bracia, łza łzę goni — hej serce z żalu pęka:
Już Kurpik nie ma broni — las pod zwierzem stęka!

zaczynają dopiero w w. XIX-ym ciąć lemieszem próchnicę i piachy puszczańskie. Bartnictwo znikło bez śladu i Kurpiki słabo już pamiętają o dawnej rzeczypospolitej bartnej i jej prawie, o swoich starostach miodowych, o gmerkach, któremi znaczyli swoje bory, ćwierćbory, barcie, mierzone kadzie i „rączki“ miodowe, „kamienie“ wosku lanego, wszelaki sprzęt i obierz stanową. Nikt na ziemi kurpiowskiej nie potrafi już „wydziać“ barci „na surowym korzeniu“, ale — wybrać dobry ul współczesny i rój w nim osadzić, to jeszcze może, boć we krwi siedzi umiłowanie pszczelarstwa, więc ludziska zakładają pasieki, przyśpiewując sobie przy tem radośnie:

Oj, wy pszczółki stare, oj, miodku kochany,
Od was mamy wiarę, przez was Piast obrany.

Wraz ze sztuką bartniczą zapominają Kurpiki dawne swe obyczaje, wierzenia i przesądy. Zapominają tak, jak wyrzucili z pamięci w w. XVII-ym puszczański nawyk „krwawiny“ — zemsty krwawej. Już nie wierzą, że czarownice mogą „zadać urok“, a trzy węgielki, rzucone do misy z wodą, „odczynią“ złe czary. Idą już do lekarza, zamiast biegunkę przerywać piwem, ograskę czyli febrę — białemi kamykami, które po splunięciu na nie, rzuca się poza siebie; nie leczą teraz Kurpie zapalenia oczu — zapuszczaniem pod powieki ogładzonego „cacka“ bursztynowego, co „wyciąga“ ogień. Stare zwyczaje, związane z kościołem i nabożeństwem, obrzędy weselne, gdzie „dziewosłęb“ ze swoją różdżką weselną ożywiał prastare tradycje kapłanów pogańskich, rytuał pogrzebowy i czynności przy urodzinach dziecka — wszystko to odchodzi obecnie w mgłę przeszłości, zgłuszone rykiem samochodów i głośnikiem radjowym.
Może jedynie rybacy znad jeziora Serafin ukrywają cośniecoś z przeszłości i nie chcą porzucić ani łoju miętusowego, ani „oka szczuczego“ talizmanów „krzepkich matyjaśnie“ (dziwnie mocnych). Rybaków zaś tych nad Narwią, Pissą i Rożogą, nad Serafinem i drobniejszemi jeziorami osiedliło się sporo. Węgorze, sumy, szczupaki, leszcze, miętusy, „złote“ karasie, liny — mimo liczne klęski, spadające na puszczę nie wyginęły jednak i, choć Kurpiowie nie mają już przywilejów królewskich na władanie strądem rzecznym, ryby jak dawniej chwytają kłonią, na niewód i więcierze.
Nie porzucili również Kurpiki ulubionego, historycznego bursztyniarstwa. Ot, zrzadka, jakgdyby dla zabawy, w chwilach wolnych od orki i lasowania, biją próby w ziemi i stylami wygrzebują z torfu złote i czerwone bursztyny — dziewczynom na podarek lub żydkom — za tabakę. Minęły jednak bezpowrotnie te czasy, gdy całe „osmany“ — partje kurpiowskie drążyły ziemię, a gdy pod stylem „beknął“ bursztynowy kamień gruntowy, zakładały „wądół“ — kopalnię, odprowadzały korytami „ciekięć“ rdzawą i wydobywały świecące „okrągło“ — blankiery i fernece, białawe knochy, płomyki, śluzy i szumy — jedne jasne i żółte, inne znów czerwone z pasemkami „chmurek“ w rdzeniu. W miastach i mieścinach kurpiowskich pracowały liczne bursztyniarnie, skąd wychodziły piękne sznury paciorków, różańce, cygarniczki, zapinki, guzy, klamry a teraz w paru tylko miasteczkach — ledwie zipią małe warsztaciki, pracujące przygodnie, obtaczają kawałki „złota północy“, znalezione przy kopaniu studni, przy karczowaniu pni lub na zdziarze, gdzie woda wyrzuca nieraz przezroczyste „cacko“ hożym, zalotnym dziewczętom na radość. Gdzież te czasy bujne, gdy całe „familje“ walczyły o bogatą „chlappę“ — o gniazdo najprzedniejszych bursztynów?! Przepadły i one bezpowrotnie w głuchej bezedni minionych wieków.
W ich otchłani pogrążyły się również sławne czasy łowieckie, gdy w puszczy Zielonej przebijały sobie grządy tury, żubry i łosie, gdy pod staremi wywrotami kosmacze do snu się zimowego układały, a po bielach wyły „robaki“, wilczyska, świecące ślepiami, niby ogniki błędne nad topielą bagienną. Minęły wraz z wielkim myśliwcem — królem Stefanem, no, a potem to już Kurpik ze swej długiej flinty na własną rękę wystrzelał jelenie, dziki i sarny; wystrzelałby zapewne wszystko, co nosi nęcącą nazwę zwierzyny, gdyby nie władze... Przycisnęły one łowca odwiecznego i na kłusownika go przerobiły, co strzela rzadko,
zniszczenie zaś szerzy sidłami i pułapkami. Do tych ludzi wolnych, pełnych fantazji, odwagi, pomysłu i gestu najszerszego, przyłączyli się flisacy, co to Narwią, Bugiem i bystrzem Wisły do morza spływają, ludziom całego świata na pożytek i radość oddając złociste pnie sosnowe, miód złocisty, złoty wosk i bursztyn łyskliwy, niby szczere złoto! To też najweselsi są ci oryle kurpiowscy; żarty się ich trzymają, figle i zabawy a słychać ich zdaleka, bo na długiej kolei tratew ktoś z czeladzi zadmie nieraz na ligawce, jakgdyby to bydło pasł po łąkach i latowiskach. Ale są to wolne zawody dla ludzi wolnych, dla których szmaty puszczy żałosne, Pissa, Orzyc, Omulew — to świat — mały, przerażająco ciasny i szary, ni to wydmuchy i wiorzyska, gdzie nie znajdzie bursztynów promiennych człek, łaknący wrażeń i wielkiego dokonania. Inne są tu jeszcze zawody — ciche, z losem pogodzone, domowe. Kurp — rolnik to dobry i pracowity, a że czytny jest i piśmienny, więc zagląda do dzienników i książek „rozumnych“, uczy się — i na roli sypkiej i biednej to i owo stosuje z pożytkiem. „Puszczak“ — Kurp niewiadomo skąd i dlaczego stał się budowniczym naschwał, wprowadził do tej sztuki piękno, polot i jeszcze coś, co zastanawia i ku chatom kurpiowskim pociąga wyobraźnię. Wszystkie domy stoją tu szczytami do drogi, przedzielone dziedzińcami od zabudowań gospodarczych, zacienione sosną, brzozą, wierzbą lub wysokiemi jałowcami drzewiastemi. Szerokie, nieraz podwójne okna o sześciu szybach zdobi rzeźba u góry; okiennice z wyziorkami mają malowidła — kwiaty lub figury geometryczne; drzwi, zbite z wąskich desek, tworzą rysunek, u góry zaś mają słońce, wpółukryte za widnokręgiem i rozsiewające promienie na wszystkie strony. Dachy chat ostrospadziste, w szczytach zdobione w „śparogi“, czyli rogi w krzyże wycinane i rzeźbione słupki z kogutami, chorągiewkami, krzyżykami, lub też uwieńczone kulami. Drzwi kurpiowskie ze słonecznem godłem i owe „śparogi“ szczególnie zastanawiają przybysza. Przecież owe słońce promieniste to herb północy, tęskniącej do dziennej gwiazdy życiodajnej, a motyw ten mają w swej sztuce Skandynawowie, Islandczycy, Japończycy, Ajnowie i Gilacy azjatyccy. Mieli go też na swych orlogach wikingowie, owi wodzowie Waregów, to siemię, zapładniające ludy od Jutlandji i wysp Brytyjskich do ujścia Senegalu i zatoki Bizerty. A te „śparogi“! Na Ruś przynieśli je również Waregowie, a takie właśnie rogi wieńczyły stare „teremy“ kijowskie i moskiewskie, te niby głowy węży i koni, któremi zdobiono nad kipielą pienną wzniesione wysoko dzioby długich łodzi drapieżnych ludzi morza. Czyż nie zasługuje na uwagę pytanie — jakiemi to drogami aż poza puszcze pojezierza dotarły te godła i emblematy smętnej i ponurej ziemi północnej i ludu jej, w pragnieniu nieukojonem szukającego słońca, Swaroga? Pytanie to judzi wyobraźnię, szczególnie, gdy się spostrzega stary krzyż przydrożny, z wymyślnym podwójnym krzyżykiem z żelaza na szczycie. Coś dawno zapomnianego spływa od niego... Wszakżeż to w metalu utrwalono tu stare runy północne, jakieś nieodcyfrowane, nieodgadnięte dotąd napisy, może herby, „klejna“, stawiane na barciach.
W tych przyjemnych, podwójnie słonecznych domach kurpiowskich mieszkają wielcy artyści — plecionkarze. Technika krzyżowa, taśmowa i żeberkowa — to zabawa dla pastuszków po smugach i bielach, bo prawdziwy artysta — to ten, co z cienkich i cieniutkich pręcików sposobem spiralnym, dwuokrętkowym wyplecie baniasty, doskonały w kształcie dzban uszaty, z którego ani woda, ani kropla mleka nie wyciecze. Umie pleść Kurp, bo wszak i nazwę swoją otrzymał od plecionych chodaków — skórzni lub łykowych łapci. Garncarze z nich też przedni, a w motywach rysunków na polewach mis i dzbanów powtarzają słoneczne mity, zwierzęta, ptaki, drzewa, liście, kwiaty. Figurki jeleni, koni, kozłów widnieją nawet na noworocznem pieczywie, na świecach wotywnych, i serze, wiadomo — lud puszczański, łowczy! Lud odmienny od reszty Mazurów, nawet w mowie, co się szczególnie zaznacza w starych śpiewkach. Ot tak naprzykład śpiewają Kurpiki o swojej bitwie z królem Karolem XII:

Na kopańskim moście stali dziwni goście i fuzyje mieli.
O tym nie ziedzieli, że Kurpie też mają i tęgo strzelają.
Najświętsza Maryo! Śwedy nas zabziją, ratuj nas w tej bziedzie!
Staw Kurpsiów na przedzie! Kurpsie się nie dają, Świedy uciekają!
Choć Myszyniec płonie od rzuconej drzazgi, my na swym zagonie
Zbzijem was na niazgi. Leci król na przedzie, za nim Śwedy bieżą.
Nic Kurpsiom nie bandzie — bo w Maryę wierzą!

I stroje noszą Kurpie swoiste, odmienne, nigdzie więcej niespotykane. Puszczaki używają odzieży obcisłej, lekkiej i wygodnej. Dawny mieszkaniec tej ziemicy nosił w lecie „kapalus“ ciemny, niski, okrągły z piórem, na jakie kogo stać było, w zimie zaś barankową rogatywkę o ciemnem denku. Na lnianą koszulę, zawiązaną pod szyją czerwonym „faworkiem“, wciągał Kurpik obcisłe spodnie z białego sukna z czerwonemi wypustkami i guzikami koło kostek. Nogawki owinięte rzemykiem wpuszczano do chodaków ze skóry. Na ramiona wdziewali Kurpie „leibzik“ tj. kamizelę, a na nią fałdowaną sukmanę ciemno-szarą, jak piach na szlaku, zdobną w granatowe klapy, kołnierz stojący, kieszenie po bokach i piękny pas barwny. Niewiasty nosiły wełniane, pasiaste „kitle“ — spódnice, gorset i kaftanik „a la bolero“, a nawierzch — bure lub szare sukmany. Mężatki kryły włosy pod chustkami, związanemi na tyle głowy, dziewczęta zaś szczyciły się płowemi warkoczami z pękami wstążek. Największą ozdobę do dziś stanowią jednak sznury bursztynów. W dni uroczyste i świąteczne wdziewają dziewuchy wysokie „czółka“ — cylinderki bez rondów, tekturowe, aksamitem czarnym i galonem złotym oklejone, a kitą z wstążek i piór z lewego boku przystrojone... Choć żywią się „rejbakami“ kartoflanemi i „pampuchami“ gryczanemi na oleju, popijają oskołę i „psiwo“ (piwo) jałowcowe, tryskają jednak zdrowiem dorodne, wesołe, gościnne Kurpianeczki, a przekorne, bo tak chłopakom odśpiewują:

Nie wsystkie ksiatuski są na boru psiękne,
Nie wsystkie tez chłopcy są u dworu zierne.
Nie wsystkie sady kscą, co si rozzijają,
Nie wsyscy ślub bzierą, co się zalecają.

Jednak żenią się Kurpie i w dodatku żenią się zwykle młodo. Zaprosiwszy sobie rajka — swata, idzie z nim chłopak do domu upatrzonej dziewczyny na wypyty. Ów rajko pozdrawia gospodarzy imieniem Chrystusa i mówi: „Przyjechalim do was, może co mata do sprzedania?“ Gdy ojciec lub matka dziewczyny odpowiedzą: „A możeby się co znalazło“, poważny rajko rozpoczyna szczegółową rozmowę, młody zaś idzie do pieca, za którym siedzi panna. Młody Kurp wyciąga ją spoza pieca, mówiąc: „Słuchaj Kasiu, może pójdziewa po psiwo do karczmy?“ Jeżeli dziewczyna pójdzie z chłopakiem, znaczy to, że jego oświadczyny zostały przyjęte. Narzeczona, wypiwszy trochę piwa, wychodzi z chaty, zaprasza druchny, a potem, „zasmucona“ odwiedza swych krewnych.
Na wieść o zaręczynach w domu rodziców schodzą się goście, którzy składają dary, zanim rozpoczną się tańce i lekka uczta z piwem. Narzeczona przez cały czas unika spotkania się i rozmów z chłopakami i narzeczonym, razporaz uciekając za piec, gdzie dostępu do niej bronią druchny. W najbliższą niedzielę młody z drużyną pędzi na kilku wozach do oblubienicy, lecz zastaje drzwi zamknięte. Nawiązuje się tradycyjna rozmowa: — Przyjechaliśmy do was, puśćta nas, bo drzwi wybijem! — Drzwi bo mocne, to nie wybijeta ich, ale gadajta cego chceta? — Chcemy młodej! — A co za nią dacie? — Kupiemy wam psijć!... To obietnica poczęstunku.
Matka dziewczyny otwiera wreszcie drzwi i częstuje gości kawą i chlebem; młodzież tańczy szoca, wolnego i walca; starsze kobiety robią ślubne wieńce, stroją wstążkami nowe, ostatnie „czółko“, narzeczona zaś z druchnami obchodzi wieś, spraszając sąsiadów na wesele. W przeddzień ślubu odbywa się uroczystość oczepin, przy których panna młoda, płacząc i lamentując, siedzi na pieńku, na pustym ulu, dzieży lub zydlu. W drodze do kościoła cały orszak wstępuje do karczmy, a na odgłos sygnaturki, panna młoda z krzykiem: „O dla Boga świętego, a co ja też niebacna ucyniłam!“ broni się przed drużbami, którzy mają ją prowadzić do ołtarza. Powstaje krzyk, hałas, zamieszanie. Młody płacze, matki zawodzą, ojcowie stoją zmieszani i smutni, ale wszystko to jest uświęconą przez tradycję komedją, raczej etykietą. Po ślubie modlą się przy ołtarzu Matki Boskiej, padają krzyżem przed starszymi, prosząc ich o błogosławieństwo i po krótkiej hulance w karczmie, jadą do domu młodej na obiad weselny, z barszczem, kapustą, wieprzowiną, kaszą jaglaną ze „skrzeczkami“, razowym chlebem, pokrajanym w „glonki“. Po obiedzie odbywają się tańce do późnej nocy. Etykieta wesela kurpiowskiego zależy od miejscowości, a różni autorzy szczegółowo ją opisywali. Kolberg, Gloger i Wójcicki — z nowszych zaś Chętnik — podają niezliczone szczegóły obrządków ślubnych na Kurpiach: uwieczniono je nawet w malowniczem i barwnem widowisku scenicznem, lecz... tylko cośniecoś z dawnych tradycyj pozostało, reszta, niestety, utonęła już w szarej jednostajności, zalewającej świat cały, jak toną stare piony sosnowe w Rożodze i Pissie, lub znikają w wysokich wydmach piasków płowych. Coraz bardziej i coraz prędzej zmienia się wygląd wsi tego ludu książęcego i królewskiego. Wojna światowa i jej skutki zmusiły Kurpiów do tułaczki, aż się tu wszystko pomieszało i już jednostajnej nabrało barwy.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.