Puk z Pukowej Górki/Skarb i prawo

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Puk z Pukowej Górki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz P. Mitręga
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Puck of Pook’s Hill
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
SKARB I PRAWO

Był to już trzeci tydzień listopada, a lasy rozbrzmiewały wrzawą strzałów. Polowano na bażanty. Na wyboistym i urwistym terenie, gdzie bawiły się dzieci, polowały jedynie małe psy wiejskie, które często zmykały z budy i hulały, jak im się żywnie podobało. Dan i Una znaleźli właśnie parę takich piesków, uganiającą dokoła podwórka kuchennego za kotem z pralni. Bestyjki wielce były rade pójść na tropienie królików, to też dzieci ganiały je zawzięcie po pastwiskach nad strumykiem, aż do folwarku w Małych Lipinach, gdzie stara maciora zmusiła ich do odwrotu, i do dołu po wapnie, gdzie udało się im zdybać lisa. Lis zemknął do Dalekiego Lasu, oni zaś, goniąc go, wypłoszyli wszystkie bażanty, które kryły się po całej dolinie. Wówczas okrutne strzelby poczęły grzmieć znowu, więc dzieci przytrzymały pieski, by nie rozbiegły się i nie poniosły szwanku.
— Za nic w świecie nie chciałbym być bażantem... w listopadzie — zdyszanym głosem ozwał się Dan, z trudem trzymając za szyję Warjata. — Z czegóż śmiejesz się tak straszliwie?
— Ależ ja się nie śmieję — zawołała Una, siedząc na grzbiecie opasłej suczki Flory. — O, patrz! Głupie ptaki lecą spowrotem do własnych lasów, choć w naszych byłoby im o wiele bezpieczniej...
— Bezpieczniej, pókiby tobie nie przyszła chętka na nie polować! — odezwał się jakiś głos i z poza kępy jałowców, rosnących koło Volaterrae, wyszedł człowiek sędziwy, tak wysoki, iż można go było nazwać olbrzymem. Dzieci skoczyły na jego widok, a psy przypadły do ziemi jak setery. Przybysz miał na sobie długą szatę z grubego czarnego materjału, bramowaną po brzegach żółtawem futerkiem, która rozwiewała się za każdym jego ruchem. Schylił się przed nimi w niskim ukłonie, co jednocześnie zawstydziło ich i napełniło dumą, poczem jął wpatrywać się w nich uporczywie, oni zaś bez strachu i bez wahania utkwili w jego oczach swe źrenice.
— Czy wy się nie boicie? — zapytał, gładząc dłonią okazałą siwą brodę. — Czy się nie boicie, że tamci ludzie was pokaleczą?
To mówiąc, skinął głową w stronę dolnej połaci lasu, skąd rozbrzmiewało ustawiczne dudnienie strzałów.
— N... no tak! — odrzekł Dan powoli, bo lubił dawać dokładną odpowiedź, zwłaszcza, gdy czuł się wobec kogoś onieśmielony. — Stary Hobd... to jest... jeden z mych przyjaciół... opowiadał mi, że w zeszłym tygodniu wpieprzono kulkę jednemu z nagonki... chciałem powiedzieć... trafiono go w nogę... Bo to, pan widzi, pan Meyer chce koniecznie strzelać do królików... Ale on dał Walkowi Garnettowi całego fajgla... chciałem powiedzieć, suwerena[1]... a Walek powiedział Hobdenowi, że za połowę tej sumy zgodziłby się, żeby go z obu luf postrzelono...
— On nie rozumie! — zawołała Una, przyglądając się bladej, zalęknionej twarzy nieznajomego. — O gdyby...
Ledwie to wyrzekła, krzaki jałowców zaszeleściły i ukazał się w nich Puk. Zbliżył się do nieznajomego i pogadał z nim prędko w obcej jakiejś mowie. Puk miał na sobie również długą szatę (popołudniu chwycił silny przymrozek), a to zmieniło do niepoznania jego wygląd.
— Nie! nie! — rzekł nakoniec. — Nie zrozumiałeś tego chłopca. Oto jeden z kmieci został przez czysty przypadek postrzelony na polowaniu.
— Znam ja takie przypadki! A co zrobił jego pan? Pewno się śmiał i najechał na niego? — rzekł drwiąco przybysz.
— To jeden z twoich rodaków postrzelił tego człowieka, Kadmielu — odrzekł Puk, mrużąc oczy złośliwie. — Dał więc chłopu sztukę złota i na tem się skończyło.
— Co? — niedowierzająco krzyknął Kadmiel. — Żyd przelał krew chrześcijańską i nic mu się za to nie stało? Nigdy temu nie uwierzę. A kiedyż wzięto go na tortury?
— Żaden człowiek nie może być więziony, ukarany grzywną ani ścięty, póki nie będzie osądzon przez równych sobie — odrzekł Puk stanowczym głosem. — Jedno tylko jest prawo w starej Anglji zarówno dla Żydów jak i chrześcijan... prawo, które spisano w Runnymede.
— O tak! Magna Charta! — szepnął Dan. Był to jeden z niewielu faktów historycznych, jakie zdołał zapamiętać.
Kadmiel zwrócił się ku niemu, szeleszcząc powłóczystą szatą, pachnącą różnemi korzennemi przyprawami.
— Co? Ty o tem słyszałeś, bachorze? — zawołał, podnosząc ręce w zadziwieniu.
— Tak jest! — odparł Dan pewny siebie:

Wielką Kartę podpisał król Jan Bez Ziemi,
Gdy Henryk trzeci gniótł go wojskami swemi.

A stary Hobden powiada, że gdyby jej nie było, jużby go dawno stróże zamknęli na rok cały w więzieniu w Lewes.
Znów Puk jął przekładać te słowa Kadmielowi na ów dziwny, uroczysty język. Wkońcu Kadmiel roześmiał się.
— Z ust niemowląt uczymy się mądrości — przemówił. — Lecz powiedz mi teraz... a nazwę cię nie bachorem, ale Rabbi... dlaczego to król podpisał akt nowej ustawy w Runnymede? Przecież on był królem!
Dan spojrzał z pod oka na siostrę. Teraz na nią była kolej.
— Bo tak musiał postąpić — odpowiedziała Una. — Wymogli to na nim baronowie.
— Nie! — odpowiedział Kadmiel, potrząsając głową. — Wy chrześcijanie zawsze zapominacie, że złoto znaczy więcej niż miecz. Nasz zacny król podpisał ustawę spowodu, że nie mógł już pożyczyć więcej pieniędzy od nas biednych Żydów. — To mówiąc, Kadmiel zgarbił się nieco. — Król bez pieniędzy jest jak wąż z przełamanym grzbietem, a to się wie, — tu brwi mu się zmarszczyły, a nozdrza rozdęły się w złośliwym uśmiechu, — że dobrą jest rzeczą skruszyć grzbiet wężowi. Moja to była robota! — zawołał z triumfem, zwracając się do Puka. — Duchu Ziemi, daj zaświadczenie, że moja to była robota!
Wyprostował się na całą długość olbrzymiego wzrostu, a głos jego dźwięczał jak surma. Bo człowiekowi temu tak głos się zmieniał, jak to mienią się kolory w opalu; raz był gruby i grzmiący, to znów cienki i jęczący; zawsze w nim jednak było coś takiego, co przykuwało uwagę słuchaczy.
— Wielu ludzi mogłoby ci dać świadectwo — odpowiedział Puk. — Opowiedz tym dziatkom, jak to się stało. Ale pamiętaj, mistrzu, że one nie znają ani strachu, ani wątpienia.
— Ja to widziałem z ich twarzy, kiedyśmy się spotkali! — rzekł Kadmiel. — Ale one pewno nauczone pluć na Żydów?
— To tego uczą? — zapytał Dan, zaciekawiony tą wiadomością. — A gdzież to?
Puk zaczął śmiać się do rozpuku.
— Kadmiel wciąż jeszcze ma w pamięci panowanie króla Jana — wyjaśnił. — Wówczas obchodzono się bardzo źle z jego rodakami.
— O tak! O tem to my wiemy! — odezwały się dzieci i choć zdawały sobie sprawę, że postępują niegrzecznie, jednakowoż nie wytrzymały i zaczęły przyglądać się bacznie ustom Kadmiela, by przekonać się, czy ma wszystkie zęby. Z lekcyj historji utkwiła im bowiem w głowach ta wiadomość, że król Jan kazał wyrywać Żydom zęby, by zmusić ich do pożyczenia mu pieniędzy.
Kadmiel zrozumiał to spojrzenie i uśmiechnął się gorzko.
— O, nie! Wasz król nigdy mi nie wyrywał zębów... Prędzej, tak mi się zdaje, że ja go pozbawiłem zębów. Słuchajcie. Ja się urodziłem nie między chrześcijanami, ale pośród Maurów w Hiszpanji... w białem miasteczku koło takich dużych gór... No! Maurowie to też okrutny naród, ale przynajmniej ich uczeni ludzie mają... odwagę myśleć. Jak się narodziłem, wywróżono mi, że mam być prawodawcą cudzego narodu, mówiącego bardzo trudnym językiem. My, bowiem, zawsze czekamy na władcę i prawodawcę, który ma przyjść. Czemu nie? Moi rodacy w tem mieście (było nas tam niedużo) wyróżniali mnie jako dziecko wyroczne... jako wybranego z wybranych. My Żydzi musimy sobie marzyć takie różne rzeczy... Wybyście się nigdy tego nie domyślili, widząc, jak przemykamy się ukradkiem koło stosów śmieci i rumowiska w naszej dzielnicy... Ale gdy dzień się już kończy... wtedy — sza! — zamykamy drzwi, zapalamy świeczki... i stajemy się znowu wybranym narodem.
To mówiąc, przechadzał się tam i spowrotem po leśnej ścieżce. Stuk strzałów nie cichł ani na chwilę. Psy, skomląc nieznacznie, pokładły się plackiem na zeschłem listkowiu.
— Byłem u nich... jakby książątko. Tak! Wy sobie wyobraźcie takiego małego księcia, co w domu nie słyszał przykrych słów, nie był oddany pod opiekę brodatym, wrzeszczącym rebom, którzy targają go za uszy i dają mu szczutki w nos, żeby się uczył... i uczył... i żeby był królem, gdy czas na niego przyjdzie... He-he! Taki to mały książę... to ja byłem! Jednem okiem on patrzył na łobuzów maurytańskich, co za nim rzucali kamieniami, a drugiem błądził po ulicach miasta i szukał swojego królestwa. Tak, nauczył się on płakać cicho, kiedy go gnano tam i spowrotem po tych ulicach. Nauczył się czynić wszystko... bez hałasu. Gdy zapalono wielki świecznik, on bawił się pod stołem swojego taty i, jak to robią bachorki, przysłuchiwał się temu, o czem rozmawiali przyjaciele ojca za stołem. A ci przyjaciele przychodzili zdaleka, o, zdaleka: i od wojsk Sala-ud-Dina, i z Rzymu, i z Wenecji, i z Anglji. Przemykali się naszą uliczką, stukali pocichu do naszych drzwi, zdejmowali z siebie łachmany, przebierali się i rozmawiali z moim ojcem przy winie. Na całym świecie goje prowadzili z sobą wojny, a oni przynosili wieści o tych wojnach. Mój książę bawił się pod stołem i słuchał, jak ci skromnie ubrani ludzie umawiali się pomiędzy sobą, jak, kiedy i jak długo będzie jeden król wojował z drugim, albo jak długo będą z sobą walczyły dwa narody... Czemu nie?! Wojna nie może się obejść bez złota, a my Żydzi wiemy dobrze, jakiemi drogami krąży po ziemi złoto, zależnie od pory roku, od pogody i urodzaju, kołując, wijąc się, podnosząc się i opadając, jak rzeka... przedziwna rzeka podziemna. Skądże ci królowie... zaślepieńcy... mogą o tem wiedzieć? Oni tylko umieją bić się z sobą, kraść i zabijać!
Dzieci podbiegały truchcikiem, chcąc dorównać długim krokom starego Hebrajczyka, a ich twarzyczki i szeroko otwarte oczy świadczyły wyraźnie, że wszystkie szczegóły opowiadania są dla nich nowością. W pewnej chwili Kadmiel odgarnął fałdy szaty koło ramion i naraz spod nich, skróś futerka, przelotnie błysnęła czworokątna płytka złota, nabijana suto drogiemi kamieniami — zamigotała niewyraźnie i przygasła jak gwiazda wśród śnieżystej zamieci.
— Mniejsza o to! — rzekł Kadmiel. — Ale wierzcie mi, że mój książę widział, jak nie raz, ale wiele razy, przy świetle wielkiego świecznika w domu mego ojca, decydowano o wojnie i pokoju zapomocą pieniążka rzucanego przez Żyda z Bury i Żydówkę z Aleksandrji. Takie to znaczenie mieliśmy my, Żydzi, między gojami. Ach, ty mój mały książątko! Czy wam dziwno, że on się prędko wszystkiego nauczył? Dlaczego nie miał się nauczyć?
Pomruczał coś pod nosem i tak ciągnął dalej:
— Mój interes, to była sztuka lekarska. Gdy jej się nauczyłem, poszedłem na wschód, by znaleźć moje królestwo. Dlaczego nie miałem iść? Żyd jest wolny jak ten wróbel... albo jak ten pies... Idzie tam, gdzie go wypędzą. Na wschodzie znalazłem bibljoteki, gdzie mieszkają ludzie, co umieją myśleć... szkoły lekarskie, gdzie ludzie uczą się, ile wlezie. Byłem pilny w mym zawodzie, dlatego stanąłem przed obliczem królów. Byłem zapanbrat z książętami, byłem towarzyszem żebrakom, a chodziłem pomiędzy żywymi i umarłymi. Ale to nie był żaden interes! Mojego królestwa nie znalazłem! A więc w dziesiątym roku mej wędrówki, gdy już dotarłem do najdalszych mórz na wschodzie, wróciłem do domu mego ojca. Bóg cudownie strzegł i przy życiu zachował całą moją rodzinę. Nikt nie został zabity, nikt nawet nie poniósł rany, a tylko kilku dostało po skórze. Oto byłem znów synem w domu mego ojca. Znów zapalono wielki świecznik; znowu ludzie, wyglądający niepozornie, pukali o zmierzchu do naszych drzwi... i znowu posłyszałem, jak ważono sprawy wojny i pokoju, podobnie jak ważono złoto na stole. Ale ja nie byłem bogaty... o, wcale nie bogaty. Więc gdy tamci, co mieli znaczenie, wiedzę i bogactwo, rozmawiali ze sobą, ja siedziałem w cieniu. Dlaczego nie miałem siedzieć w cieniu?
— Ale wszystkie moje włóczęgi nauczyły mnie jednej rzeczy, a mianowicie, że król bez pieniędzy jest jak włócznia bez ostrza: taki król nie może zrobić wielkiej szkody... Więc odezwałem się do Eljasza z Bury, wielkiego męża w naszym narodzie: „Dlaczego nasi Żydzi pożyczają jeszcze pieniądze tym królom, którzy nas uciskają?“ A na to mi odpowiedział Eljasz: „Bo jeżeli im odmówimy, oni podburzą przeciw nam swój lud, a lud bywa o dziesięć procent okrutniejszy niż królowie. Jeżeli mi nie chcesz wierzyć, chodź ze mną do Anglji i zamieszkaj, tak jak ja, w Bury.“
— Poprzez światło świecy dostrzegłem twarz mej matki i rzekłem: „Pójdę z tobą do Bury. Może tam właśnie będzie moje królestwo.“
— Pożeglowałem więc z Eljaszem do Bury, do ciemnej i okrutnej Anglji, gdzie niema wcale ludzi uczonych. Jakże człowiek może być mądry, jeżeli nienawidzi? W Bury prowadziłem rachunki Eljaszowi i widziałem, jak tracono Żydów pod wieżą. Jedynie na Eljasza nikt nie podnosił ręki. On pożyczał pieniędzy królowi i cieszył się łaską królewską. Póki królowi starczy złota, można być pewnym życia. A ten król — właśnie, Jan mu było na imię... uciskał swoich poddanych, bo mu nie chcieli dawać pieniędzy. Jego kraj ma dobrą ziemię, więc gdyby król zechciał tylko trochę zostawić go w spokoju, zbierałby z niego plony tak często, jak często chrześcijanin strzyże brodę. Ale on nawet tyle nie wiedział w swem zaślepieniu, bo Bóg pozbawił go zupełnie rozumu i rozszerzył zarazę, głód i rozpacz między narodem. Dlatego jego naród obrócił się przeciw nam Żydom, bo my jesteśmy psami dla wszystkich narodów. Dlaczego nie? Wkońcu baronowie i lud mieli już dość tego króla i razem powstali przeciw tyranowi. Baronowie nie lubili ludu, ale wiedzieli, że jeżeli król osłabi i wyniszczy lud prosty, to potem tak samo wyniszczy baronów. Więc połączyli się z sobą, tak jak połączyłby się pies z kotem, żeby zabić paskudnego węża. Ja prowadziłem rachunki u Eljasza i przyglądałem się temu wszystkiemu, bo pamiętałem proroctwo.
— Pewnego dnia w Bury zebrała się wielka kupa baronów (z których większość pożyczała od nas pieniędzy). Po długiem gadaniu i tysiącznych ceregielach zrobili długą kartę nowych praw, którą chcieliby wymusić na królu. Jeżeliby im przysiągł, że będzie trzymać się tych praw, oni mieli pozostawić mu trochę pieniędzy. W ten sposób bożyszcze króla, mamona, miało ulec zniszczeniu. Baronowie pokazali nam kartę z owemi prawami. Dlaczego nie? Przecie myśmy im pożyczali pieniędzy! Myśmy wszystko wiedzieli, co oni tam radzili... nic się nie schowało przed nami, biednymi Żydami, trzęsącymi się ze strachu za drzwiami naszych domów w Bury.
Tu nagle wyrzucił przed siebie obie ręce.
— Myśmy o to nie dbali, żeby nam zapłacono wszystko pieniędzmi... Myśmy chcieli władzy... władzy... władzy! Chcieliśmy mieć władzę i móc jej używać! Takie jest nasze bożyszcze w naszej niewoli!
— Rzekłem do Eljasza: „Te nowe prawa są dobre... Nie pożyczaj ty już więcej pieniędzy królowi: dopóki on będzie miał pieniądze, będzie okłamywał i zabijał ludzi.“
— „Nie-e-e!“, zawołał Eljasz. „Ja już znam tych ludzi. Oni są strasznie okrutni! Lepszy jeden król niż tysiąc rzeźników! Pożyczyłem trochę pieniędzy baronom, bo inaczej wzięliby nas na tortury... ale największą sumę pożyczę samemu królowi. On mi obiecał dobre stanowisko u siebie we dworze, gdzie z moją żoną będę żył bezpiecznie.“
— „Ale jeżeli zmusi się króla, by przestrzegał tych ustaw“ odpowiedziałem na to, „w kraju zapanuje spokój i nasz handel się powiększy... będzie większy ruch w interesie... A jeżeli mu pożyczymy, to on znowu będzie wojował...“
— „Któż to ciebie uczynił prawodawcą w Anglji?“ obruszył się Eljasz. „Ja dobrze znam ten naród... Niech się te psy pogryzą i porozdzierają wzajemnie! Ja pożyczę królowi dziesięć tysięcy sztuk złota... i niech on sobie wojuje z baronami, jak długo mu się podoba!“
— „W całej Anglji niema w tym roku nawet dwa tysiące sztuk złota!“ odpowiedziałem mu na to, bo przecież ja prowadziłem rachunki i wiedziałem, jakiemi drogami płynie złoto tego świata... ta dziwna, podziemna rzeka... Ale Eljasz zaryglował okiennice, przysłonił rękami usta i opowiedział mi, że gdy jeździł na małym statku francuskim, handlując drobnym towarem, przyjechał raz do zamku Pevensey...
— Oho! znowu Pevensey! — wtrącił się Dan i spojrzał na Unę. Poruszyła się żywiej i skinęła głową.
— ...Tam opadło go kilku młodych rycerzy, rozrzucili cały jego towar po wielkiej świetlicy, a jego samego zaciągnęli do izby na piętrze. Była tam w murze studnia, w której woda podnosiła się i opadała w miarę przypływu morza. Do tej studni te zbereźniki wtrącili nieboraka, przezywali go Józefem w studni i rzucali mu pochodnie na zmoczoną głowę. Dlaczego nie?
— Cóż znowu! Oczywiście! — zawołał Dan. — Czy wiedziałeś, że tam...
Puk podniósł rękę i w samą porę przerwał mu dalsze słowa, a Kadmiel, jakby nic, ciągnął dalej:
— Gdy woda opadła, jemu się zdawało, że stoi na starych kawałkach zbroi. Ale macając lepiej nogą, wyczuł, że ma pod sobą same sztaby czystego złota. Był to jakiś skarb, niecnie zebrany w dawnych czasach, którego tajemnicę pewnie zgładzono mieczem. Słyszałem już nieraz przedtem o rzeczach podobnych.
— Myśmy też słyszeli — szepnęła Una. — Ale ten skarb nie był nieuczciwie zdobyty...
— Eljasz wziął z sobą trochę kruszcu, a potem wracał po trzy razy na rok do Pevenseyu jako handlarz, sprzedając różne towary za byle co i bez zysku, aż wkońcu pozwolono mu nocować w pustej izbie na górze. On wyszperał i wymacał wszystko jak potrzeba i wykradł kilka sztab złota. Większa część skarbu pozostała na miejscu, a Eljasz tak długo myślał i myślał o nim, aż wkońcu począł go uważać za swoją własność. Ale gdy zaczęliśmy radzić, jakby to złoto stamtąd wydobyć i przewieźć, nie mogliśmy dojść do żadnego pomysłu! Było to, zanim słowo Pana doszło do moich uszu. Pomyślcie sobie! Murowana forteca, należąca do Normandów. W jej środku studnia, na czterdzieści stóp głęboka, złączona z morskim przypływem, a w niej wiele wozów złota! Jak tu z niej wydobyć to złoto? Nie było sposobu! Eljasz płakał ze zmartwienia. Ada, jego żona, też płakała. Ona się spodziewała, że będzie jakby wielką damą u królowej chrześcijańskiej, bo król da im tę posadę przy dworze, którą obiecał. Dlaczego nie? Ada urodziła się w Anglji... a była to nieprzyjemna kobieta.
— Ale była jeszcze gorsza bieda. Eljasz, nie bacząc na nic, obiecał królowi, że da mu więcej złota. Dlatego król w obozie zadzierał nosa do góry i nic sobie nie robił z ludu i z baronów. Dlatego też ludzie ginęli bezustanku... Ada tak pragnęła mieć stanowisko przy dworze, że namawiała Eljasza, żeby powiedział królowi, gdzie skarb się znajduje... żeby król wziął go przemocą, a wtedy.. można było czekać na jego wdzięczność... Dlaczego nie? Ale Eljasz nie chciał tego zrobić, bo uważał złoto za swoją własność. Oboje pokłócili się, a potem popłakali się przy wieczerzy. Późną nocą przyszedł do nas Langton... taki ksiądz, prawie uczony... ażeby pożyczyć jeszcze trochę pieniędzy dla baronów. Eljasz i Ada poszli do swojej izby...
Tu Kadmiel roześmiał się półgębkiem złośliwie. Huk strzałów za doliną przycichł, bo łowcy właśnie przenieśli się na ostatnie stanowiska.
— Wobec tego — zaczął po chwili Kadmiel spokojnym głosem, — wobec tego nie Eljasz, ale ja prowadziłem z Langtonem układy co do czterdziestego paragrafu nowej ustawy.
— Jakież to układy? — zapytał Puk pośpiesznie. — Czterdziesty punkt Wielkiej Karty swobód opiewa: „Nikomu nie będziemy sprzedawać, odmawiać ani przeczyć prawa i sprawiedliwości.“
— To prawda, ale baronowie napisali pierwotnie: „Nikomu z wolnych...“ Usunięcie tych dwóch małych wyrazów kosztowało mnie dwieście wielkich sztuk złota. Ksiądz Langton mnie zrozumiał, bo powiedział: „Choć jesteś Żyd, to jednak ta zamiana jest zupełnie sprawiedliwa, a jeżeli kiedy Żydzi będą w Anglji zrównani z chrześcijanami, to twoi rodacy powinni ci być wdzięczni.“ Potem wymknął się chyłkiem, jak czynili wszyscy, którzy nocą porozumiewali się z Izraelem. Zdaje mi się, że potem ofiarował mój podarek na swój ołtarz. Dlaczego nie? Miło się gwarzyło z tym Langtonem. Był to taki człowiek, jakim ja chciałbym być, gdyby... gdybyśmy my, Żydzi byli narodem samoistnym. Ale w wielu sprawach był tak prostego umysłu, jak małe dziecko.
— Posłyszałem, jak Eljasz i Ada kłócą się z sobą nad schodami, a ponieważ wiedziałem, że baba jest mocniejsza w pysku, więc byłem pewny, że Eljasz opowie królowi o ukrytem złocie i że król będzie i potem taki pyszny, jak dotąd. Więc powiedziałem sobie, że złoto musi być tak schowane, żeby go nie znalazł żaden człowiek. Naraz doszło mnie słowo Pana, które mówiło: „Poranek już nadszedł... o ty, który mieszkasz na ziemi.“
Tu Kadmiel przystanął, rysując się całkowicie czarną sylwetką na tle bladozielonego nieba, roztaczającego się ponad lasem. Z olbrzymiej postawy i długiej szaty przypominał Mojżesza, jakiego się widuje na obrazkach w biblji.
— Powstałem i wyszedłem na ulicę. Gdy zamykałem drzwi onego domu głupoty, żona Eljasza wyjrzała przez okno i szepnęła: „Wymogłam na mężu, by opowiedział wszystko królowi!“ Odpowiedziałem na to: „Rzecz to niepotrzebna. Pan jest ze mną.“ W owej godzinie Pan dał mi całkowite zrozumienie tego, co miałem czynić, a Jego ręka osłaniała mnie na mej drodze. Najpierw więc udałem się do Londynu, do pewnego lekarza z naszego narodu, a on dał mi leki, jakich mi było potrzeba. Zaraz zobaczycie, do czego były mi one potrzebne. Stąd poszedłem prędko do Pevenseyu. Wszędzie, gdziem przechodził, ludzie bili się z sobą, bo w tym paskudnym kraju nie było ani władców, ani sędziów. Ale gdy przechodziłem koło nich, wykrzykiwali, że jestem Ahaswer, bo to, podług ich wierzenia, był taki Żyd skazany na wiekuiste życie... Wyganiali mnie zewsząd. Pan ocalił mnie, bym spełnił moje dzieło. W Pevenseyu kupiłem sobie małą łódkę i umocowałem ją wśród moczarów, poniżej jednej z bram zamczyska. I to mi także wskazane było przez Pana.
Kadmiel miał w tej chwili twarz tak spokojną, jak gdyby mówił o kimś obcym. Głos jego rozbrzmiewał melodyjnie wśród niskiego gołoborza.
— Przybyłem nad studnię, z której wszyscy w zamku brali wodę, — to mówiąc, sięgnął ręką w zanadrze i znów błysnął mu ów dziwny klejnot zawieszony na piersi; — i wrzuciłem w nią owe leki, przygotowane w Londynie. O nie! to nie było nic złego! My lekarze, im więcej złego umiemy robić, tem mniej go czynimy. Tylko głupiec mówi, że jest na wszystko odważny. W ten sposób wywołałem jątrzącą i swędzącą wysypkę, która wnet wystąpiła na ich skórze; wiedziałem jednak, że ona zniknie za piętnaście dni. Nie czyniłem zamachu na ich życie... Nie czyniłem zamachu na ich życie... ale mieszkańcy zamku pomyśleli sobie, że to zaraza i uciekli precz, zabierając z sobą nawet psiarnię.
— Jeden lekarz chrześcijański zobaczył, że jestem Żyd i człowiek obcy, więc zaczął rozgłaszać, że to ja przywlokłem z Londynu tę paskudną chorobę. Och! Po raz pierwszy i ostatni w życiu posłyszałem wtedy chrześcijańskiego lekarza, co się poznał na chorobie! Ludzie rzucili się na mnie i zaczęli mnie bić, ale jedna litościwa kobieta odezwała się: „Nie zabijajcie go jeszcze! Zagnajcie go do zamku wraz z jego choróbskiem, a jeżeli, jak on powiada, choroba zmniejszy się za piętnaście dni, to wtedy będziemy mogli go zabić.“ Dlaczego nie?.. Zapędzili mnie po moście zwodzonym do zamku, i uciekli do szałasów, pobudowanych w lesie. W ten sposób zostałem w zamku sam ze skarbem.
— Ale czy byłeś pewny, że wszystko tak właśnie się stanie? — zapytała Una.
— Proroctwo głosiło, że będę prawodawcą narodu cudzoziemskiego, mówiącego bardzo trudnym językiem. Wiedziałem więc, że nie zginę. Obmyłem sobie rany i wziąłem się do roboty. Odnalazłem loch, co łączy się z morskim przypływem i od jednego szabasu kopałem i grzebałem w tej pustej, chrześcijańskim zapachem przesiąkniętej fortecy. He-he! Alem narobił szkody tym Egipcjanom! He-he! Gdyby oni wiedzieli! Wyciągnąłem stamtąd wiele ładunków złota i przeniosłem je w nocy na moje czółno. Był tam i pył złoty, ale został spłukany przez fale.
— A czy zastanawiałeś się kiedy nad tem, kto ukrył tam to złoto? — zapytał Dan, spoglądając spod oka na spokojną, ciemną twarz Puka, schowaną pod kapturem. Puk potrząsnął głową i zacisnął usta.
— Często się nad tem zastanawiałem, bo takiego złota jeszczem nigdy nie widział — odpowiedział Kadmiel. — Znam rozmaite rodzaje złota, umiem rozpoznać je i ocenić nawet pociemku ich wartość, ale to złoto było i cięższe i bardziej błyszczące niż wszystkie inne rodzaje złota, z jakiemi miałem kiedykolwiek do czynienia. Być może, że to było złoto z Parvaim. Dlaczego nie? Przychodziło mi do głowy, ażeby je utopić w błocie, ale potem rozważyłem sobie, że jeżeli ta paskudna rzecz jeszcze zostanie na ziemi, albo jeżeli zostanie nadzieja, że można ją odnaleźć, to król nie podpisze nowej ustawy i kraj ten zginie.
— O, co za dziwo! — ozwał się Puk półgłosem, szeleszcząc suchemi liśćmi.
— Gdy łódź już była naładowana, obmyłem ręce siedem razy i obciąłem paznokcie, bo nie chciałem zatrzymać ani ziarenka. Potem wyszedłem tylną furtką, gdzie wyrzucano śmieci z całego zamku. Nie śmiałem rozwijać żagli, żeby ludzie z zamku przypadkiem nie dostrzegli mej ucieczki... ale Pan rozkazał morskiemu przypływowi, by niósł mnie szczęśliwie, tak iż przed świtem byłem już daleko na morzu.
— A czy się nie bałeś? — zapytała Una.
— Dlaczego miałem się bać? Przecież na łodzi nie było ani jednego chrześcijanina! O wschodzie słońca odmówiłem modlitwy i wrzuciłem złoto w głębię morską... Za tę sumę można było kupić króla... o, można było kupić nawet cały naród! Kiedy zrzuciłem ostatnią sztabę złota, Pan rozkazał morskim falom, by poniosły mnie ku zatoce przy ujściu rzecznem, stąd zaś poszedłem piechotą przez puszczę do Lewes, gdzie miałem rodaków. Przez dwa dni nie miałem nic w ustach. Oni otworzyli mi drzwi... a jak mi później opowiadali, ja upadłem na próg i krzyczałem: „Rzuciłem w morze jezdnych i hufce zbrojne!“
— Nie wrzuciłeś ich przecież — zaprzeczyła Una. — Ale prawda, prawda! Chciałeś powiedzieć, że król Jan na ten cel wydałby właśnie te skarby?
— Tak jest — odpowiedział Kadmiel.
Strzelanina odezwała się znów nieopodal, a w chwilę później ponad wierzchołkami świerków przelatywać poczęły bażanty. Dzieci ujrzały młodego pana Meira, jak w nowych żółtych kamaszkach biegł w wielkiem podnieceniu i zaaferowaniu na końcu linji myśliwców; jednocześnie słychać było łopot spadającego ptactwa.
— A co zrobił Eljasz z Bury? — zaciekawił się Puk. — Przecież on obiecał dostarczyć królowi pieniędzy!
Kadmiel uśmiechnął się posępnie.
— Posłałem mu z Londynu wiadomość, że Pan jest po mojej stronie. A kiedy usłyszał, że w Pevenseyu wybuchło złe powietrze i że jakiegoś Żyda zostawiono w zamku, żeby zapobiegł zarazie, zrozumiał, że słowa moje są prawdziwe. Pobiegł zaraz z Adą do Lewes i zażądał ode mnie rachunku, bo wciąż jeszcze uważał złoto za swoje własne. Opowiedziałem im, gdzie je schowałem, i pozwoliłem im, by je stamtąd wydobyli... Dlaczego nie? Przekleństwa człowieka głupiego i kurz w dzień upalny — to dwie rzeczy, których nie uniknie żaden mądry człowiek!.. Ale żal mi było Eljasza! Król na niego się pogniewał, że on nie mógł mu pożyczyć pieniędzy; baronowie pogniewali się na niego, bo słyszeli, że on pożyczył pieniędzy królowi; Ada też się na niego pogniewała, bo ona była paskudna baba. Więc oni wzięli i wsiedli na okręt i pojechali z Lewes do Hiszpanji. To było mądre!
— A co było z tobą? Czy widziałeś podpisywanie Karty Ustaw w Runnymede? — zapytał Puk.
— Dlaczego? — odpowiedział Kadmiel, śmiejąc się zcicha. — A na co ja miałem mieszać się do spraw, które są dla mnie za wysokie? Powróciłem do Bury i pożyczyłem pieniędzy na zbiory jesienne...
W tej chwili posłyszeli jakiś trzask nad głową. Wielki bażant, postrzelony, rzucił się wbok i z szumem zwalił się niemal na nich, siejąc na wszystkie strony zeschłemi liśćmi, niby odłamkami granatu. Flora i Warjat natychmiast rzucili się na niego. Dzieci podbiegły również, a zanim udało się im odpędzić psiska i wygładzić potargane pióra, Kadmiel już znikł bez śladu.
— No i cóż wy myślicie o tem wszystkiem? — ozwał się Puk spokojnie. — Weland dał miecz, miecz dał skarb, a skarb dał prawo. Wszystko stało się tak naturalnie i poprostu, jak rośnie drzewo dębu.
— Niebardzo to rozumiem. Czy on wiedział, że był to stary skarb pana Ryszarda? — zapytał Dan. — A czemu pan Ryszard i brat Hugon pozwolili, by skarb ten tam leżał? I... i...
— Mniejsza o to! — rzekła grzecznie Una. — Przyjdziemy tu jeszcze nieraz, to kiedyindziej dowiemy się o wszystkiem. Czy zgoda, Puku?
— Tak jest, może innym razem — odpowiedział Puk. — Brrr! Jak zimno... i późno zresztą. Pobiegnę z wami na wyścigi do domu.
Zbiegli pędem w osłoniętą dolinę. Słońce już prawie schowało się za młynem, zwanym Cherry Clack. Na ubitej ziemi koło obór jawił się już po brzegach przymrozek, a wiatr, który ni stąd ni zowąd nadciągnął z północy, rozsnuwał coraz to większą pomrokę nad wzgórzami. Wzięli przeto nogi dobrze za pas i polecieli przez wyżółkłe pastwiska. Gdy zatrzymali się nakoniec, sapiąc i ziejąc parą własnego oddechu, zawirował za nimi kłąb zeschłych liści. Było tych liści dużo... dużo... sypały się z dębów i z głogów, i z jesionów, a tyle ich było, że ta listopadowa zamieć zdolna była zaczarować i zatrzeć w pamięci choćby tysiąc wspomnień...
Pośpieszyli więc ku strumykowi poniżej łąki, zachodząc w głowę, czemu Flora i Warjat nie zdołali dogonić lisa, który im się wymknął z dołu po wapnie.
Stary Hobden właśnie kończył robotę koło żywopłotu. Widać było jego białą koszulę, błyskającą w półmroku i słychać było chrzęst obcinanych gałązek.
— He, widzi mi się, paniczu, że już zima — zawołał. — Będziemy mieli ciężkie czasy, póki kukułki nie zaczną swego kiermaszu! Juści, wszyscy się ucieszymy, kiej stare babsko znów wypuści kukułkę z klatki, by znów ogłosić w całej Anglji przyzwoitą wiosnę!
Posłyszeli jakiś trzask, potem dudniące kroki, a wreszcie głośny chlupot wody, jak gdyby jakaś duża krowa przechodziła tuż nieopodal przez potok.
Hobden z gniewem podbiegł do brodu.
— O, to znowu ten hultaj, byk Gleasona, bawi się w Robina i płata figle po całym folwarku! Niechno panicz popatrzy, jaki on bezczelny! Znów mi tu racicami cały dół wykopał! Włazi wszędy, gdzie go nie posieją! Doprawdy, możnaby pomyśleć, że to człowiek... albo... ktosik inny...
Z drugiego brzegu strumienia zahuczał czyjś głos:

I nie wiem, kto kubrak przewróci oględnie,

gdy Puk go w manowce powiedzie,

i nie wiem, gdzie światła zabłysną nam błędne...

Dzieci odeszły, śpiewając na całe gardło: „Żegnajcie nagrody i baśnie“ i tak były zajęte tym śpiewem, iż zapomniały, że nawet nie powiedziały dobranoc Pukowi.


Przypisy

  1. Moneta angielska.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.