Puk z Pukowej Górki/Centurjon trzydziestego legjonu

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Rudyard Kipling
Tytuł Puk z Pukowej Górki
Data wydania 1935
Wydawnictwo Wydawnictwo Polskie
Drukarz P. Mitręga
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Józef Birkenmajer
Tytuł orygin. Puck of Pook’s Hill
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
CENTURJON TRZYDZIESTEGO LEGJONU

Dan miał trudności z łaciną i musiał zostać w domu, przeto Una poszła sama do Dalekiego Boru. W zachodniej połaci tego boru wznosił się odwieczny, strzaskany już śniat bukowy, w którego dziupli Dan ukrywał swą procę i ołowiane kulki, sporządzone przez starego Hobdena. Zakątek ten nosił u dzieci nazwę wziętą z następującej zwrotki w „Pieśniach starożytnego Rzymu“:

Z wyniosłej Volaterry,
gdzie groźnie spogląda oddawna
wzniesiona rękami olbrzymów
królewska wieżyca przesławna.

Dawnymi królami, „podobnymi do bogów“, byli oczywiście Dan i Una, a kiedy stary Hobden ułożył dla ich wygody spory stos chróstu wśród wielkich — drewnianym murom podobnych — odziemków Volaterry, jego pracowite dłonie zasłużyły sobie na nazwę „rąk olbrzymów“.
Una prześlizgnęła się przez dziurę w płocie, znaną jeno im dwojgu, i przez chwilę siedziała w milczeniu, poglądając tak groźnym i wyniosłym wzrokiem, na jaki tylko stać ją było. Albowiem Volaterrae jest to ważna baszta-strażnica, która wznosi się ponad Dalekim Borem, jak sam Daleki Bór wznosi się nad zboczem wzgórza. U stóp jej widać było Pukową Górkę oraz wszystkie zakręty strumyka, począwszy od chmielników koło lasów willingfordzkich aż do chaty starego Hobdena koło kuźni. Koło Volaterrae zawsze bywa wietrzno, teraz zaś ciągnął wiatr południowo-zachodni od strony nagiego grzbietu górskiego, gdzie stoi wiatrak wesoło klekocący.
Szum wiatru, przemykającego się przez leśną gęstwinę, brzmi jakgdyby zapowiedź jakichś intrygujących zdarzeń i dlatego to miło jest podczas wichury stać na Volaterrae i wtórować huczącym żywiołom, śpiewając urywki wspomnianych „Pieśni“.
Una wyjęła procę Dana z tajemnej kryjówki i przygotowała się na spotkanie wojsk Larsa Porsenny, przekradających się poprzez zbielałe od wiatru osiczyny, rosnące nad potokiem. Wichr hulał i huczał w dolinie, a Una nuciła żałośliwie:

Warbenna aż do Ostji

spustoszył krainę całą,
Astur szturmował Janiculum,

straż tam wycięto śmiałą.

Atoli wiatr ani myślał nacierać na las, tylko skręcił wbok i zatrząsł dębem stojącym samotnie na pastwisku Gleasona. Tutaj skurczył się i jakby przyczaił się wśród traw, zlekka wymachując ich czubkami, jak kot, co zanim skoczy, wymachuje koniuszkiem ogona.
— „A teraz witaj, witaj, Sekstusie!“ — zanuciła Una, nakładając kulę do procy:

Ojczyste powitasz domy!

Czemu się wahasz, z drogi zawracasz?

Tu wiedzie droga do Romy!

Napięła procę i wysłała pocisk umyślnie w stronę, gdzie było najciszej, pragnąc tem wyzwaniem poruszyć do walki tchórzliwe wietrzysko. Odpowiedziało jej jakieś głuche chrząknięcie, dobywające się z poza głogu, rosnącego na łące.
— O, niech to kule biją! — zawołała głośno, posługując się wyrażeniem, przejętem z ust Dana. — Pewnie trafiłam jedną z krów Gleansona.
— Ach, ty małe malowane stworzenie! — zawołał głos jakiś. — Ja cię tu nauczę, co to znaczy strzelać z procy do władców tej krainy!
Una z pewną obawą spojrzała wdół — i spostrzegła młodego mężczyznę, odzianego w piękną zbroję ze spiżowych płatów, połyskującą żywym blaskiem pośród kęp uschniętego janowca. W największy jednakże podziw wprawił Unę wielki spiżowy szyszak z czerwoną kitą z końskiego włosia, która powiewała na wietrze, raz po raz bijąc z szelestem o lśniące blachy naramienne.
— Cóż sobie myśli ten Faun, com go spotkał! — mówił do siebie półgłosem przybysz. — Nabajał mi niestworzone rzeczy, zapewniając mnie, że Malowane Plemię zmieniło się od czasów, gdym tu bywał!
W tej chwili zauważył jasną główkę Uny i począł wołać:
— Hej, dzieweczko, nie widziałaś tu gdzie malowanego procarza, miotającego ołowiane kule?
— N... nie... — odpowiedziała Una. — Ale jeżeli widziałeś gdzie kulę...
— Czym ją widział? — zawołał mąż zbrojny. — Toż świsnęła mi o włosek od mego ucha!
— Bardzo cię przepraszam... To ja ją rzuciłam...
Mężczyzna uśmiechnął się.
— Czyż Faun nie zapowiadał wam, że tu przyjdę?
— Czy masz na myśli Puka? Nie, nic nam nie mówił. Wzięłam ciebie za jedną z krów Gleasona. Ja... ja... nie wiedziałam, że ty... że ty... A kim ty jesteś?
Mąż zbrojny roześmiał się na całe gardło, ukazując dwa rzędy lśniących zębów. Twarz miał smagłą, ciemne oczy, a krzaczaste czarne brwi zrosły się w gęstą kępę ponad silnie zarysowanym nosem.
— Imię moje Parnezjusz. Byłem zaś centurjonem siódmej kohorty trzydziestego legjonu... zwanego Ulpjuszowym i zwycięskim: Ulpia Victrix. Czy to ty strzeliłaś do mnie tą kulą?
— Tak, to ja. Bawiłam się procą Dana... — tłumaczyła się Una.
— Procą? — zawołał centurjon. — Znam się i ja coś niecoś na tej broni. Pokaż mi, jak to wygląda?
Przeskoczył przez lichy płotek, pobrzękując włócznią, zbroją i puklerzem, poczem lekko a zwinnie, niby cień, wspiął się na wysokość Volaterrae.
— Aha! Widełki z patyka, a na tem pętla! Widywałem takie rzeczy! — zawołał z radością i szarpnął gumkę. — Ale... ale jak się nazywa to przedziwne zwierzę, które ma tak rozciągliwą skórę?
— To jest lapstyczne... chciałam powiedzieć... elastyczne. Kładzie się kulkę do tej pętliczki, a potem trzeba mocno pociągnąć.
Centurjon nałożył kulę, szarpnął gumkę z całej siły — i skaleczył się w palec boleśnie.
— Niech każdy walczy własnym orężem! — rzekł, oddając procę w ręce Uny. — Co do mnie, łatwiej mi się obchodzić z dużą maszyną, mała dzieweczko... Bądź co bądź, ładna to zabaweczka, choć wilk nicby sobie z niej nie robił. Czy ty się nie boisz wilków?
— Ależ tu ich niema wcale — odpowiedziała Una.
— Nie wierz temu! Wilki są w tem podobne do Skrzydlatych Kołpaków, iż pojawiają się wówczas, gdy ich się nikt nie spodziewa. Czyż u was nie urządzają polowań na wilki?
— My nie polujemy — odrzekła Una, przypomniawszy sobie zdanie, posłyszane kiedyś od dorosłych. — My... ochraniamy bażanty. Czy ty je widywałeś?
— Chyba że tak! — odpowiedział młodzian, uśmiechając się znowu, i zaczął naśladować krzyk bażanta tak wybornie, iż z zarośli jakiś ptak dał mu odzew tymże głosem.
— Och te bażanty! Takie to duże, a takie krzykliwe, takie pstrokate i głupie! Zupełnie jak niektórzy Rzymianie! — zauważył centurjon.
— Ale ty chyba sam też jesteś Rzymianinem? — zapytała Una.
— T... tak i nie... Jestem jednym z wielu tysięcy Rzymian, którzy nigdy w życiu nie widzieli Rzymu... co najwyżej na obrazku. Ród mój od wielu pokoleń mieszkał na Vectis. Vectis jest to miano owej wyspy, leżącej stąd na zachód, którą widać w oddali w dni pogodne.
— Czy masz na myśli wyspę Wight? Ona wyłania się z morza, ilekroć zanosi się na deszcz, a ze Wzgórz Wapiennych widać ją nieźle.
— Być może, że to o nią chodzi. Nasz dwór stał na południowym zrębie wyspy, koło urwistych skał. Przeważna część budynków liczyła już sobie ze trzysta lat, ale owe koszary, w których żył praojciec naszego rodu, były chyba jeszcze starsze o jedno stulecie. Tak, tak! nie mylę się, bo przecie nasz praszczur otrzymał ziemię przy podziale gruntów osadniczych jeszcze za wodzostwa Juljusza Agrykoli. Był to wcale niezły mająteczek. Wiosną rosły tam wszędzie fiołki, do samego niemal morskiego brzegu. Nieraz tam chodziłem z naszą starą piastunką, zbierając dla matki równianki fiołków, a dla siebie pęki wodorostów.
— Czy twoja niania była... była też Rzymianką?
— O, nie! Pochodziła z Numidji. Niechże ja bogi mają w swej opiece! Poczciwe to było kobiecisko! Brunatna była na gębie, przy tem otyła i nieruchawa, a język jej bełtał się i trajkotał bez ustanku, jak ta kołatka pod szyją krowy. Była kobietą wolną. A skoro o tem mowa... pozwól, iż cię zapytam, dzieweczko: czy ty jesteś wolna?
— O tak, zupełnie — odpowiedziała Una. — Przynajmniej... do podwieczorku... Zresztą w lecie nasza guwernantka niebardzo na nas się gniewa, jeżeli się spóźnimy...
Młodzian znów się zaśmiał — szczerze i z wyrozumieniem.
— Widzę to! — rzekł. — Tem się tłumaczy, że teraz przebywasz w lesie. My, za naszych czasów, chowaliśmy się wśród skał...
— A więc i wyście mieli guwernantkę?
— Czemużby nie? Owszem... i to jeszcze Greczynkę! Chodziła w długiej sukni, którą podwijała w zabawny sposób, uganiając za nami pośród kęp janowca. Śmialiśmy się z niej do rozpuku, a ona nam groziła chłostą... jednakże zbyt dobre serce miała poczciwina, by miała spełnić swą groźbę! A trzeba wiedzieć, że nasza Aglaja przy całej swej uczoności była kobietą zręczną i krzepką.
— Ale jakie miewaliście lekcje, gdy... gdy jeszcze byłeś mały?
— Historję starożytną, czytanie klasyków, arytmetykę... i tak dalej! — odpowiedział z niechęcią centurjon. — Siostra moja i ja mieliśmy głowy dość tępe, ale dwaj moi bracia (jestem średni pomiędzy nimi) lubili te zajęcia, a matka, trzeba ci wiedzieć, przewyższała nas sześciokrotnie swem wykształceniem. Była niemal tego wzrostu, co ja teraz, a przytem podobna do nowego posągu Demetry z koszykami, stojącego koło zachodniego gościńca. A jaka dowcipna! Ach, na bóstwo Romy! Jak ta mateczka umiała nas rozśmieszyć!
— A czem?
— Żarcikami i powiedzonkami, jakie bywają w każdej rodzinie; czy wy o tem nie wiecie?
— Że u nas są takie domowe żarciki, to wiemy, ale nie wiedziałam, że są one i w innych rodzinach — odpowiedziała Una. — Opowiedz mi o swej rodzinie! Proszę cię pięknie!
— Dobre rodziny są bardzo do siebie podobne. Matka siadywała wieczorami i przędła, Aglaja czytała w kącie; pater familias — czyli nasz ojczulek — prowadził rachunki domowe, a nasza czwórka hasała po korytarzach. Gdy nasze hałasy stawały się zbyt głośne, pater wołał: „Ciszej tam, ciszej! Czyście nigdy nie słyszeli, jaką władzę ma ojciec nad swemi dziećmi? Ma prawo nietylko dać im w skórę, ale nawet je zabić... zabić na śmierć... a bogowie pochwalą w zupełności jego postępek!“ Wówczas matka wykrzywiała z nad kołowrotka swe kochane usteczka i odpowiadała: „Hm! hm! Coś mi się zdaje, że niebardzo się nadajesz na rzymskiego ojca rodziny!“ Ojciec natychmiast zwijał swe rachunki i krzyczał: „Zaraz wam tu pokażę!“... a potem... a potem... zachowywał się jeszcze niesforniej niż my wszyscy!
— O tak! Tatusiowie to potrafią... jak im przyjdzie ochota! — odpowiedziała Una, a oczka jej zaiskrzyły się figlarnie.
— Czyż nie powiadałem, że we wszystkich porządnych rodzinach bywa mniej więcej podobnie?
— A cóż porabialiście w lecie? — zapytała Una. — Czy bawiliście się na dworze, jak my?
— Tak jest, bawiliśmy się i chodziliśmy w odwiedziny do znajomych. Na Vectis niema wilków. Za to mieliśmy tam wielu przyjaciół i tyle kucyków, ileśmy tylko chcieli.
— Musiało tam być bardzo przyjemnie! — rzekła Una. — I czy zawsze tak było?
— O nie, dzieweczko. Gdy liczyłem sobie lat szesnaście czy siedemnaście, ojciec nabawił się podagry, więc pojechaliśmy do wód.
— Do jakich wód?
— Do Aquae Sulis. Wszyscy tam jeżdżą. Poproś swego ojczulka, żeby cię kiedy tam zabrał.
— Ale gdzie to jest? Ja nie wiem...
Młodzian miał przez chwilę minę wielce zdumioną.
— Aquae Sulis! — powtórzył. — Najlepsze kąpielisko w całej Brytanji! Powiadano mi, że lepszych łaźni niema nawet w Rzymie. Rozmaite tłuściochy i pasibrzuchy siedzą tam godzinami w gorącej wodzie, plotkując i rozprawiając o polityce. Po ulicach maszeruje gwardja, towarzysząca wielkim wodzom, albo posuwają się w lektykach wysocy dostojnicy, za którymi kroczy oddział posępnych liktorów. Można tam spotkać wróżbitów, złotników, kupców, filozofów, ptaszników, arcy-rzymskich Brytyjczyków, arcy-brytańskich Rzymian, obłaskawionych dzikusów, co udają ludzi cywilizowanych, dalej kaznodziejów żydowskich i... o, wiele jeszcze innych ciekawych rzeczy. My młodzi, rzecz zrozumiała, nie interesujemy się polityką i nie mamy podagry, ale ponieważ spotykamy tam wielu do nas podobnych, przeto nie nudzi się nam bynajmniej.
— Gdyśmy się tak tam bawili niefrasobliwie, moja siostra poznała syna jednego z urzędników z zachodniej części kraju — i po roku została jego żoną. Mój brat młodszy, który zawsze miał upodobanie do różnych ziół i korzonków, zawarł znajomość z naczelnym lekarzem jednego z legjonów, stojących w Grodzie Legjonowym, i postanowił zostać lekarzem wojskowym. Ja uważam, iż zawód ten niezbyt jest godny człowieka wolnourodzonego, ale ostatecznie... nie mogę odpowiadać za poglądy młodszego brata. Pojechał tedy na studja lekarskie do Rzymu i teraz jest naczelnym lekarzem jednego z legjonów, stojących w Egipcie (zdaje mi się, że w Antinoi), ale od owego czasu nie miałem o nim wieści.
— Najstarszy mój brat poznał pewnego greckiego filozofa i oświadczył ojcu, iż zamierza osiąść na roli jako ziemianin i myśliciel. A trzeba ci wiedzieć — (tu oczy centurjona zmrużyły się figlarnie) — że ten filozof, który go do tego skłonił, miał długie włosy...
— Myślałam, że wszyscy filozofowie są łysi — rzekła Una.
— Nie wszyscy. Mój brat miał dobry gust w filozofji, bo wybrał sobie za żonę piękną dziewczynę. Jego postanowienie było mi bardzo na rękę, bo miałem zawsze pociąg do wojaczki i obawiałem się, że będę musiał siedzieć w domu i doglądać gospodarstwa, a brat zabierze mi... to!
To mówiąc, stuknął ręką w wielką błyszczącą tarczę, która nie zdawała się mu zawadzać ani ciężyć.
— Byliśmy więc wszyscy zadowoleni, jak to młodzi!... i z całym spokojem, niefrasobliwie, wracaliśmy leśną drogą do Clausentum. Ale gdyśmy dojechali do domu, nasza ochmistrzyni Aglaja odrazu spostrzegła, co się z nami stało. Pamiętam, jak stała przy wrotach, trzymając pochodnię nad głową, i patrzyła na nas, wspinających się wąską ścieżką, wiodącą śród skał od przystani. „Hej, hej!“, zawołała. „Odjechaliście stąd dziećmi, a wracacie jako dorośli mężczyźni i niewiasta!“ Potem ucałowała matkę, a matka rozpłakała się. Tak to podróż do wód zdecydowała o losach nas wszystkich, dzieweczko.
W tej chwili zerwał się na równe nogi, i jął nadsłuchiwać, opierając się na obrzeżu tarczy.
— Zdaje mi się, że to Dan... mój brat... — rzekła Una.
— Nie inaczej! A Faun też z nim przyszedł — odrzekł centurjon, widząc Dana i Puka, gramolących się z trudem przez leśny wyrąb.
— Przyszlibyśmy tu o wiele wcześniej — tłumaczył się Puk — gdyby nie to, że powaby twej rodzinnej mowy, o Parnezjuszu, oczarowały tego młodego obywatela.
Parnezjusz zdawał się nic nie rozumieć, nawet gdy Una zabrała się do wyjaśnień:
— Dan powiedział, że liczba mnoga od dominus brzmi domino, a gdy panna Blake kazała mu poprawić omyłkę, rzekł, że jak nie domino, to chyba będzie „Czarny Piotruś“. Został więc, jak widzisz, ukarany za niegrzeczny wybryk, bo kazano mu przepisać dwa razy całą odmianę.
Tymczasem Dan, zgrzany i zasapany, zdołał już wdrapać się na Volaterrae.
— Leciałem pędem prawie cały czas — wykrztusił, — a potem spotkałem Puka. Jak się pan miewa?
— Jeżeli jesteś zdrów, dobrze jest! Mnie zdrowie dopisuje — odrzekł uprzejmie Parnezjusz. — Patrzaj! Usiłowałem napiąć ten łuk Uliksesa, ale...
I pokazał skaleczony palec.
— Współczuję panu! Pewno pan pociągnął za mocno! — odrzekł Dan. — Ale Puk mi doniósł, że pan opowiada Unie jakąś historję.
— Opowiadaj dalej, Parnezjuszu! — rzekł Puk, usadowiwszy się na uschniętej gałęzi ponad ich głowami. — Ja będę dodawał objaśnienia do jego opowieści. Czy bardzo ci suszył głowę, Uno?
— O nie, wcale nie! Tylko... tylko... niebardzo wiem, gdzie się znajduje to jakieś Ak... Ak...
— Aha, Aquae Sulis! Jest to miejscowość kąpielowa, z której przywożą wam obwarzanki. Niech-no ten bohater opowiada swoje dzieje!
Parnezjusz udawał, że zamierza dźgnąć włócznią nogi Puka, ale Puk szybkim ruchem zsunął się wdół, chwycił za koński pióropusz i ściągnął pyszny szyszak z głowy wojownika.
— Dzięki ci, wesołku! — rzekł Parnezjusz, potrząsając czarną kędzierzawą czupryną. — Tak mi będzie chłodniej. A teraz zawieś szyszak na gałęzi... Opowiadałem właśnie twej siostrze, jak zaciągnąłem się do armji — dodał, zwracając się do Dana.
— Czy musiałeś zdawać egzamin? — zapytał Dan podniecony.
— O, nie! Poszedłem do ojca i oznajmiłem, że chciałbym wstąpić do konnicy dackiej (żołnierzy tego autoramentu widywałem w Aquae Sulis). Ojciec mi jednak jął doradzać, bym raczej rozpoczął służbę w jednym z regularnych legjonów, przybyłych z Rzymu. Ja zasię, jak większość młodego pokolenia, niebardzom sobie lubował w tem, co rdzennie rzymskie. Ci urzędnicy i oficerowie, którzy byli rodowitymi Rzymianami, patrzyli z pogardą na nas, urodzonych w Brytanji, jakgdyby mieli nas za barbarzyńców. Wytłumaczyłem to wszystko mojemu ojcu, a on mi na to: „Wiem, iż oni tak postępują, ale pomnij, mój synu, iż mimo wszystko jesteśmy latoroślą starego szczepu i że mamy obowiązki względem cesarstwa.“
— „Jakiego cesarstwa?“ — zapytałem. „Wszak rozdarliśmy naszego orła, zanim jeszcze na świat przyszedłem.“
— „Cóż to za złodziejska mowa?“ huknął ojciec, nie lubiący gminnych wyrażeń.
— „Zaraz ci wytłumaczę, panie ojcze“ odrzekłem. „Przecie mamy jednego cesarza w Rzymie, ale w dalej położonych prowincjach zdołano w różnych czasach obwołać nie wiem już ilu cesarzy. Któremu z nich winienem posłuszeństwo?“
— „Gracjanowi“! — odrzekł ojciec. „Ten przynajmniej jest miłośnikiem zabaw rycerskich...“
— „Juści!“, odpowiedziałem. „Podobno nawet niedawno przemienił się w Scytę, żywiącego się surową wołowiną?“
— „Gdzieżeś słyszał takie plotki?“ zawołał pater.
— „W Aquae Sulis“, odpowiedziałem. Wiadomość zresztą była najzupełniej prawdziwa. Nasz sławetny cesarz Gracjan miał gwardję przyboczną, złożoną z samych w skóry odzianych Scytów i tak się w nich rozmiłował, że zaczął się ubierać tak jak oni. Było to nie gdzieindziej, ale w samej stolicy, w Rzymie! Coś równie niesłychanego, jakgdyby mój rodzony ojciec pomalował się na niebiesko!
— „Mniejsza o stroje!“ rzecze mi na to pater. „One są jeno rąbkiem i pozorem całej sprawy. Niesnaski rozpoczęły się już wtedy, gdy ani ciebie ani mnie nie było jeszcze na świecie. Roma zapomniała o swych bogach i musi za to ponosić karę. Wielka wojna z Malowanem Plemieniem wybuchła w tym samym roku, w którym świątynie naszych bogów uległy zburzeniu. A gdy świątynie odbudowano, natychmiast pokonaliśmy znowu Malowane Plemię. Ale cofnijmy się jeszcze dalej...“ I cofnął się aż do czasów Dioklecjana. Słuchając słów ojca, można było nabrać mniemania, jakoby wiekuisty Rzym stanął już nad brzegiem ruiny dlatego tylko, iż garstka ludzi nieco rozpuściła wodze swym myślom. Wpierw o tem wszystkiem nie miałem pojęcia. Aglaja tak była przejęta wspomnieniami odległych dziejów greckich, iż nie stało jej czasu na opowiedzenie nam dziejów naszej własnej ojczyzny.
— „Niema już ratunku dla Rzymu“, rzekł wkońcu pater. „Rzym zapomniał o swych bóstwach! Ale jeżeli bogowie nam przebaczą, to zdołamy ocalić przynajmniej Brytanję. Żeby to osiągnąć, musimy odeprzeć najazdy Malowanego Plemienia. Przeto powiadam ci, Parnezjuszu, jako ojciec, że jeżeli serce twoje rwie się do służby, tedy miejsce twe jest pomiędzy mężami na Wale, a nie pośród niewieściuchów miejskich.“
— Na jakim wale? — zapytali jednocześnie Dan i Una.
— Ojciec miał na myśli wał, który zwą Wałem Hadrjana. Opowiem wam o nim później. Zbudowano go przed wieloma laty wpoprzek Północnej Brytanji, by powstrzymywać najazdy Malowanego Plemienia, zwanego przez was Piktami. Ojciec w swoim czasie brał udział w wielkiej wojnie piktyjskiej, która trwała lat zgórą dwadzieścia, przeto wiedział, co to służba wojskowa. Teodozjusz, jeden z naszych wielkich wodzów, jeszcze na wiele lat przed mojem urodzeniem wyparł na północ ów drobny ludek, którym my w Vectis oczywiście nie potrzebowaliśmy sobie zaprzątać głowy, jako że oddzielał nas od niego wielki szmat lądu. Atoli gdy ojciec wyjaśnił mi całą sprawę, ucałowałem jego dłoń i czekałem na jego rozkazy; my, Rzymianie w Brytanji urodzeni, wiemy, cośmy winni naszym rodzicom.
— Mój ojciec śmiałby się ze mnie, gdybym go pocałował w rękę... — rzekł Dan.
— Co kraj, to obyczaj! — odpowiedział Parnezjusz. — W każdym razie jeżeli ktoś nie słucha ojca i matki, bogi mu tego napewno nie przebaczą... Ojciec mój, wnosząc z naszej rozmowy, że mam zamiar poważny, wyprawił mnie do Clausentum. Wypadło mi tam odbywać musztrę piechoty w koszarach, zawalonych wojskami posiłkowemi. Ładne towarzystwo! Takiej hałastry niegolonych i niemytych barbarzyńców nigdym chyba już nie oglądał, choć nieraz jeszcze przebywałem z nowozaciężnymi! Gdyby ich nie tłuc kijem w brzuch i puklerzem po twarzy, nigdyby ich człek nie nauczył porządnie stać w szeregu. Gdym już wprawił się w tem, czego wymagano ode mnie, instruktor powierzył mi garść Gallów i Iberyjczyków (prawdziwą garść, bo było to zgarnięte z najzapadlejszych kątów świata!), ażebym ich musztrował, póki nie będą przydzieleni do oddziałów w głębi kraju. Czyniłem, co w mej mocy, by zrobić z nich jakich takich żołnierzy. Pewnej nocy wybuchł nagle pożar w jednym z dworków na przedmieściu. Nim inne oddziały zdążyły się zebrać, już skrzyknąłem mą garstkę i wzięliśmy się do gaszenia ognia. Gdyśmy sobie podawali wiadrami wodę ze stawu, postrzegłem jakiegoś nieznanego mi człeka, stojącego na łące. Wsparty na lasce, długo przyglądał się w spokoju naszej robocie, aż wkońcu odezwał się do mnie: „Któżeś ty zacz?“
— „Nowicjusz, oczekujący przydziału“, odrzekłem poprostu, nie wiedząc, jaki to potomek Deukaljona stoi przede mną.
— „Czyś rodem z Brytanji?“ on na to.
— „Tak jest, a ty chyba jesteś z Hiszpanji!“ odparłem, słysząc w jego słowach coś, co mi przypominało rżenie muła iberyjskiego.
— „A jakibyś chciał mieć tytuł, gdy powrócisz do domu?“, spytał śmiejąc się.
— „Zależy... raz taki, drugi raz owaki“, odpowiedziałem. „Ale teraz jestem zajęty i nie mam czasu na gadanie!“
— On się już nic nie odzywał, ale gdyśmy uratowali mienie rodzinne cnych właścicieli onego dworku, krzyknął na mnie i odezwał się z poza kuszcza laurowego: „Słuchaj-no, młody panie Taki-owaki! Odtąd będziesz się nazywał centurjonem siódmej kohorty Trzydziestego legjonu, zwanego Ulpia Victrix.[1] W ten sposób łatwiej mi będzie ciebie zapamiętać. Co do mnie, to ojciec twój i inni jeszcze ludzie zwą mnie Maximusem.“... To rzekłszy, cisnął mi gładką laskę, na której był się wspierał, i oddalił się... Jam zasię myślał w oną chwilę, że mnie ta laska z nóg zwali!
— A kimże był ten człowiek? — spytał Dan.
— Był to sam Maximus, nasz wódz naczelny! Głównodowodzący wojsk rzymskich w Brytanji! Ten sam, który był prawą ręką Teodozjusza podczas wojny z Piktami! Nie dość, że wręczył mi osobiście laskę centurjońską, ale odrazu awansował mnie o trzy stopnie... i to w tak słynnym legjonie! Nowozaciężny zazwyczaj rozpoczyna od służby w dziesiątej, odwodowej kohorcie... i musi ciężko dorabiać się każdego stopnia!
— Bardzo cię uradował ten awans? — zapytała Una.
— O tak! Byłem rad niezmiernie. Zrazu myślałem, iż Maximus wyróżnił mnie za mą dzielną postawę i za sprawność w marszu; atoli gdym powrócił do domu, pater wyjaśnił mi, że niegdyś służył pod rozkazami Maximusa w czasie wielkiej wojny piktyjskiej, przeto teraz uprosił u niego, by darzył mnie swą łaską...
— Młokos jeszcze był z ciebie! — zawołał Puk ze swej gałęzi.
— Słusznie powiadasz — odrzekł Parnezjusz. — Nie bądź-że zazdrosny z tego powodu, mój Faunie! Później... wiedzą bogowie, żem poniechał igraszek!
Puk skinął głową potakująco, podparłszy brodę brunatną dłonią i zapatrzywszy się kędyś wdal wielkiemi znieruchomiałemi oczyma.
— W wigilję mego odjazdu składaliśmy przodkom zwykłą, skromną domową ofiarę... ale pomnę, iż nigdy w życiu nie modliłem się tak żarliwie do wszystkich Manów... czyli łaskawych duchów... jak owego wieczora. Potem popłynąłem z ojcem łodzią do Regnum, stąd zaś poprzez kredowe wzgórki powędrowaliśmy na wschód do Anderidy.
— Co to Regnum?... Co to Anderida? — zapytały dzieci, zwracając twarzyczki w stronę Puka.
— Regnum to dziś Chichester — odrzekł Puk, wskazując w stronę wiatraka, — zaś Anderida to dzisiejsze Pevensey.
I wyciągnął rękę poza siebie, w kierunku południowym.
— Co? Znowu Pevensey? — zdziwił się Dan. — Czy tam, gdzie wylądował Weland?
— Nietylko Weland, ale i wielu innych — odrzekł Puk. — Pevensey to niemłoda osada... nawet w porównaniu ze mną!
— Kwatera główna trzydziestego legjonu znajdowała się latem w Anderidzie, ale kohorta siódma, do której należałem, stała na północy, na straży Wału. Maximus właśnie odbywał w Anderidzie przegląd wojsk posiłkowych (Abulków, jak mi się zdaje), więc zatrzymaliśmy się u niego, gdyż był on zdawna przyjacielem mego ojca. Ledwośmy tam przebyli dziesięć dni, gdy przysłano mi rozkaz, bym na czele trzydziestu ludzi przyłączył się do mej kohorty...
Tu Parnezjusz zaśmiał się radośnie.
— Nigdy się nie zapomina pierwszej wyprawy wojennej! Szczęśliwszy byłem od cesarzy, gdym wiódł mój oddział przez północną bramę obozu, gdy pozdrawialiśmy kolejno straże oraz ołtarz Zwycięstwa.
— Jak? Jak? — zapytali jednocześnie Dan i Una.
Parnezjusz uśmiechnął się i powstał, lśniąc przepyszną zbroją.
— O, w ten sposób! — odpowiedział i zwolna, precyzyjnie, wykonał kolejno wszystkie tempa rzymskiego ukłonu wojskowego, który kończy się głuchym szczękiem tarczy, opadającej na dawne miejsce poniżej łopatki.
— Hej! niełatwo wykonać rzecz podobną! — zawołał Puk z uznaniem.
— Wyruszyliśmy w pełnym rynsztunku — mówił dalej Parnezjusz, usiadłszy; — ale zaledwie droga weszła w Wielki Bór, moi ludzie poczęli oglądać się w stronę zwierząt jucznych, by złożyć tarcze na ich grzbiety. „O, nie!“, zawołałem. „W Anderidzie możecie się stroić i cackać się jak kobiety, ale póki jesteście pod mojem dowództwem, musicie dźwigać oręż i zbroję!“
— „Ależ dziś taki upał!“, rzecze jeden z nich, „a my nie mamy lekarza... Co będzie, jeśli nabawimy się gorączki... albo porażenia słonecznego?“
— „To umierajcie!“, odparłem. „Rzym na tem nic nie straci, może nawet zyska! Tarcze na ramię! Do góry włócznie! Przysznurować sandały!“
— „Niech ci się nie zdaje, żeś już cesarzem Brytanji!“, krzyknął jeden z tych drabów. Zdzieliłem go natychmiast po głowie drzewcem włóczni i zapowiedziałem ludziom (byli to sami rodowici Rzymianie), że w razie najmniejszego rokoszu pozbędę się jednego z nich. Klnę się na światłość słoneczną, iż mówiłem szczerze! Moi dzicy Gallowie w Clausentum nigdy do mnie nie odzywali się w ten sposób.
— Gdy to się działo, z gęstwy paproci wyjechał konno Maximus w towarzystwie mojego ojca i skierował się na drogę. Odziany był w purpurę, jakgdyby już dostąpił godności cesarskiej; nagolennice miał z białej skóry koźlęcej, lamowanej złotem. Na jego widok moi żołnierze rozpierzchli się jak przepiórki. On przez czas jakiś nie odzywał się ani słowem, jeno spoglądał na nich, zmarszczywszy brwi nader groźnie. Potem kiwnął na nich palcem, a oni natychmiast zeszli się — a raczej przyczołgali — na miejsce zbiórki.
— „Stańcie tu na słońcu, chłopcy!“, zawołał Maximus, a oni ustawili się w dwuszeregu na najprzykrzejszym kawałku gościńca. Maximus zwrócił się do mnie: „Jakbyś postąpił, gdybym się tu nie był zjawił?“
— „Zabiłbym tego człowieka!“, odpowiedziałem.
— „Zabij go teraz!“, rzekł Maximus. „On nawet palcem nie kiwnie.“
— „Nie“, odpowiedziałem. „Odebrałeś mi oto władzę nad tymi ludźmi. Byłbym tylko twoim katem, gdybym go zabił w tej chwili.“ A czy wiecie, co to znaczyło? — to pytanie Parnezjusz skierował do Dana.
— Rozumiem! — odrzekł chłopiec. — Byłoby to przecie postąpienie nieładne.
— I ja to samo myślałem — rzekł Parnezjusz. — Maximus zmarszczył się na moją odpowiedź i burknął: „O, ty nigdy nie będziesz cesarzem... ba, nawet wodzem armji!“
— Milczałem na to, ale ojciec miał podobno zadowoloną minę, gdy mówił: „Przyszedłem tutaj, by zobaczyć, jak się prowadzisz.“
— „No, i zobaczyłeś!“, rzekł Maximus. „Mnie już twój syn nie będzie potrzebny. Pozostanie do końca życia oficerem legjonu... a mógł zostać prefektem jednej z moich prowincyj. A teraz posil się z nami i wypij kielich wina. Twoi ludzie zaczekają, póki nie skończysz.“
— Moja nieszczęśliwa trzydziestka stała nieruchomo, niby skórzane bukłaki z winem, zalewając się rzęsistym potem od słonecznego gorąca, zaś Maximus poprowadził nas na miejsce swego postoju, gdzie już służba zastawiła obiad.
— „Za rok“, powiadał, nalewając nam własnoręcznie wino, „będziesz wspominał, żeś siedział przy stole z cesarzem Brytanji... i Galji.“
— „Owszem, owszem“, wtrącił się pater, „potrafisz kierować dwoma mułami: Galją i Brytanją.“
— „A za pięć lat wspominać będziesz“ (to mówiąc, podał mi puhar pełen szkarłatnego, korzeniami zaprawnego wina), „żeś pił z cesarzem Rzymu!“
— „O, nie! trzech mułów nie zdołasz już prowadzić!“, zawołał pater. „Rozedrą cię na sztuki!“
— „A wtedy, stojąc koło Wału, pośród wrzosowisk, zapłaczesz łzami gorzkiemi, żeś przeniósł urojoną sprawiedliwość ponad łaskę cesarza Rzymu!“
— Siedziałem spokojnie, nic nie mówiąc. Nie należy głosu zabierać, gdy przemawia wódz, odziany w purpurę.
— „Ale nie gniewam się na ciebie“, ciągnął dalej Maximus; „zbyt wiele zawdzięczam twojemu ojcu...“
— „Nie zawdzięczasz mi nic oprócz kilku rad, których nigdy nie słuchałeś“, odpowiedział ojciec.
— „...przeto nie mogę wyrządzać krzywdy nikomu z waszej rodziny“, ciągnął dalej Maximus. „Ba, możesz nawet być wybornym trybunem wojskowym, ale, o ile wolno mi coś o tem powiedzieć, to życie całe upłynie ci koło Wału i tu umrzesz...“
— „Możliwe“, ozwał się mój ojciec. „Ale niezadługo mogą tu wtargnąć Piktowie oraz ich sprzymierzeńcy. Nie można przeto zabierać wszystkich wojsk z Brytanji, by zdobywać dla ciebie władzę cesarską. Wszak niepodobna liczyć na to, że na północy będzie wiecznie trwał spokój.“
— „Idę tam, gdzie mnie los woła“, odparł Maximus.
— „Owszem, idź za nim“, burknął ojciec, wyrywając rosnącą obok paproć. „Idź i giń, jak zginął Teodozjusz!“
— „Ach!“, westchnął Maximus. „Mój stary wódz zginął za to, iż zbyt wiernie służył cesarstwu. I ja może zginę... ale nie z tego powodu...“ I okrasił usta dziwnym jakimś smętnym uśmiechem, od którego krew mi się ścięła w żyłach.
— „Wobec tego i ja pójdę tam, gdzie mnie los powołuje“, odezwałem się. „Biorę mych ludzi i ruszam pełnić straż koło Wału.“
— On patrzył na mnie długo, pochylając na bok głowę, jak to mają we zwyczaju Hiszpanie, a wkońcu rzekł: „Idź, mój chłopcze!“ Na tem skończyła się nasza rozmowa. Zbyt radowałem się odmarszem, bym mógł pamiętać o licznych zleceniach, jakie miałem dać mym domownikom. Ludzi swoich znalazłem tam, gdzie ich pozostawiłem; pomimo kurzu i skwaru nie ruszyli się nawet na krok z miejsca. Zaczęliśmy kroczyć naprzód, ale ów straszliwy uśmiech ciągnął, niby wschodni wiatr, wślad za mną. Nie zatrzymaliśmy się aż do zachodu słońca... a wtedy urządziliśmy postój... o tam!“ To mówiąc, odwrócił się w stronę Pukowej Górki i wskazał na zarosły jeżynami grzbiet Kuźniczej Grapy, poza chatą starego Hobdena.
— Co? tam? Przecież tam jest tylko stara kuźnia... gdzie kiedyś kuto żelazo! — zawołał Dan.
— I dobre to było żelazo! — rzekł Parnezjusz spokojnie. — Tu dałem do naprawy trzy płaty naramienne oraz kazałem znitować grot włóczni. Kuźnię dzierżawił od rządu jednooki kowal z Kartaginy, którego (jak sobie przypominam) nazywaliśmy Cyklopem. Kupiłem odeń błam skór bobrowych, które podarowałem potem siostrze, by sobie niemi wysłała podłogę w swej świetlicy.
— Ależ to chyba nie mogło być tutaj! — upierał się Dan.
— Właśnie, że było! Od ołtarza Zwycięstwa w Anderidzie aż do pierwszej kuźni w tym lesie jest dwanaście mil i siedemset kroków. Wszystko to zawiera się w mej marszrucie. Nie tak to łatwo zapomnieć pierwszą wyprawę wojenną. Mógłbym wyliczyć wam wszystkie miejsca postoju między tą miejscowością i...
Pochylił się naprzód, a oczy jego zatrzymały się na zachodzącem słońcu, które zniżyło się już do szczytu wzgórza Cherry Clack i przesączało swe blaski pomiędzy pniami drzew. Wnętrze Dalekiego Boru było przetkane czerwienią, złotem i czernią, a zbroja Parnezjusza jarzyła się, jakgdyby ogarnięta płomieniem.
— Zaczekajcie chwilę! — zawołał, podnosząc rękę, a blaski słoneczne zaiskrzyły się na jego szklanej bransolecie. — Zaczekajcie! Odprawię modły do Mitry!
Powstał i wyciągnął ręce w stronę zachodu, nucąc poważnym głosem jakieś uroczyście brzmiące słowa.
W chwilę później i Puk przyłączył się do śpiewu, wtórując głosem przypominającym gędźbę dzwonów. Nim pieśń ukończył, ześlizgnął się z Volaterrae na ziemię i dał dzieciom znak ręką, by za nim poszły. Ruszyły więc w drogę, a gdy szły, wydawało się im, że ów śpiew gna je naprzód i prowadzi kędyś bezwolnie. Szły więc i szły w miedziano-złocistej poświetli, rozlewającej się po listkach brzozowych. Puk, idąc pośrodku, nucił jakąś pieśń dziwną, z której można było wyróżnić słowa:

Cur mundus militat sub vana gloria,
cuius prosperitas est transitoria?
Tam cito labitur eius potentia,
quam vasa figuli, quae sunt fragilia!

(Przecz świat wojuje dla próżnej chwały,
skoro blask szczęścia tak jest nietrwały?
Moc jego rychło pęka i ginie,
jako gliniane kruche naczynie!)

Znaleźli się, sami nie wiedząc kiedy, przy zamkniętej drewnianej furtce ogrodu.

Quo Caesar abiit, celsus imperio?
vel dives, splendidus totus in prandio
dic, ubi Tullius...

(Gdzie dzisiaj Cezar, z władzy swej dumny?
gdzie uczt Lukulla przepych dziś szumny?
Gdzie Marek Tuljusz, słynny wymową?...)

Śpiewając ciągle, Puk ujął Dana za rękę i tak nim zakręcił, iż chłopak znalazł się naprzeciw Uny, przechodzącej właśnie przez furtkę. Furtka zamknęła się, a w tejże chwili Puk rzucił dzieciom na głowę trzy czarodziejskie, niepamięć przynoszące listki: dębu, głogu i jesionu.
— No, no, ale się spóźniłeś! — zawołała Una. — Czy nie mogłeś wcześniej wyjść z domu?
— Owszem, wybrałem się już dość dawno, ale... ale nie wiedziałem, że to tak późno. Gdzieś ty była?
— W Volaterrae... Czekałam na ciebie!
— Bardzo cię przepraszam — rzekł Dan. — Wszystkiemu winna ta okropna łacina...


Przypisy

  1. Legjon Ulpjuszowy Zwycięski.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Rudyard Kipling i tłumacza: Józef Birkenmajer.