Psychologia tłumu/Księga druga/Rozdział pierwszy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Le Bon
Tytuł Psychologia tłumu
Data wydania 1899
Wydawnictwo Księgarnia H. Altenberga
Druk Drukarnia „Dziennika Polskiego“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Zygmunt Poznański
Tytuł orygin. Psychologie des foules
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cała księga druga
Pobierz jako: Pobierz Cała księga druga jako ePub Pobierz Cała księga druga jako PDF Pobierz Cała księga druga jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ PIERWSZY.
Czynniki pośrednie wierzeń i poglądów tłumu.

Zbadaliśmy tylko co ustrój umysłowy tłumów. Wiemy już, jak one myślą, jak czują i rozumują. Teraz mamy zbadać, jak powstają i ustalają się ich poglądy i ich wierzenia.
Czynniki, od których poglądy te i wierzenia zależą są dwojakiego rodzaju, pośrednie i bezpośrednie.
Do czynników pośrednich zaliczamy te, które czynią tłum zdolnym do przyjmowania pewnych przekonań i absolutnie niezdolnym do przyjmowania innych. Przygotowują one niejako grunt, na którym raptownie wyrastają nowe idee, zdumiewające swą siłą i skutkami, ale spontaniczne tylko z pozoru. Wybuch niektórych nowych idei oraz ich zastosowanie w życiu odbywa się u tłumów niekiedy z piorunującą szybkością. Ale to tylko pozory, poza którymi ukrywa się długa przygotowawcza praca.
Czynniki bezpośrednie tworzą jakby nadbudowę nad poprzednimi. Bez pracy przygotowawczej tych ostatnich pierwsze nie mogłyby wywrzeć żadnego skutku. Ich rola polega na wprowadzeniu w czyn przekonań tłumu, t. j. na nadaniu idei form realnych i wyprowadzeniu z niej wszystkich konsekwencyi. Dzięki tym czynnikom powstają owe decyzye, które raptownie wprawiają tłum w ruch; dzięki nim wybuchają rozruchy lub strejki, tworzą się owe olbrzymie większości, które swego ulubieńca wynoszą na szczyt władzy albo obalają rządy.
Kolejne działanie obu tych rodzajów czynników możemy skonstatować we wszystkich wielkich wypadkach historycznych. W Wielkiej rewolucyi francuskiej — że tu przytoczymy tylko jeden z najwybitniejszych przykładów — do rzędu czynników pośrednich zaliczyć należy pisma filozofów, nadużycia szlachty, postęp myśli naukowej. Duszę tłumu, przygotowaną przez te czynniki, z łatwością już pobudziły do działania czynniki bezpośrednie, jak np. mowy trybunów ludowych lub opór, który małoznaczącym reformom stawiał dwór królewski.
Wśród czynników pośrednich znajdujemy niektóre ogólnej natury, dające się odszukać w głębi wszystkich wierzeń i poglądów tłumów. Zaliczyć do nich należy: rasę, tradycyę, czas, instytucye oraz wychowanie.
Zbadajmy ich rolę po kolei.



§. 1. Rasa.

Rasę należy w rzędzie czynników postawić na pierwszem miejscu, gdyż pod względem znaczenia o wiele przewyższa ona inne. Zbadaliśmy je wyczerpująco winnem naszem dziele i nie potrzebujemy już wracać do tej kwestyi. Wykazaliśmy mianowicie, co należy rozumieć przez rasę historyczną i w jaki sposób z chwilą, gdy cechy jej się ustaliły, nabiera ona przez dziedziczność takiej potęgi, iż wierzenia, instytucye, sztuka — słowem wszystkie pierwiastki cywilizacyi — są tylko zewnętrznym wyrazem duszy rasy. Wykazaliśmy również, iż potęga rasy jest tak wielką, ze żaden z tych składników cywilizacyi nie może być przeniesiony z jednego narodu na drugi, nie ulegając bardzo głębokim i istotnym zmianom.[1] Otoczenie, okoliczności, wypadki historyczne są to wpływy społeczne przejściowego znaczenia. Doniosłość ich może być wielką, ale zawsze będzie chwilową tylko, jeżeli idą one w kierunku przeciwnym wpływom rasy, t. j. całego szeregu przodków.
W wielu rozdziałach niniejszego dzieła powrócimy jeszcze do tej kwestyi wpływu rasy, wykazując, iż jest on tak potężny, że dominuje nad szczegółowemi cechami duszy tłumu. Tem się tłumaczy fakt, dlaczego tłum w rozmaitych krajach tak znacznie różni się pod względem swych wierzeń i sposobu postępowania i nie poddaje się działaniu jednych i tych samych pobudek.



§. 2. Tradycye.

Tradycye przedstawiają idee, potrzeby i uczucia przeszłości. Są one syntezą rasy i przytłaczają nas całym swym ciężarem. Jak nauki biologiczne uległy przeobrażeniu, gdy embryologia wykazała olbrzymi wpływ przeszłości na ewolucyę istot, tak samo i nauki historyczne zostaną przeistoczone, gdy powyższy pogląd stanie się bardziej rozpowszechnionym. Tymczasem ma on jeszcze zbyt słabe uznanie i wielu mężów stanu dzieli dotychczas poglądy teoretyków przeszłego stulecia, którzy wierzyli, że każde społeczeństwo może zerwać z swą przeszłością i przeistoczyć się z gruntu na zasadach czysto rozumowych.
Naród jednak to organizm, będący wytworem wieków ubiegłych, i jak każdy organizm może się zmieniać tylko przez powolne nagromadzanie nowych cech drogą dziedziczności.
Czyny człowieka, zwłaszcza gdy stanowi on cząstkę tłumu, zależą przedewszystkiem od tradycyi i, jak już podnosiłem to nieraz, pozornie postępowanie jego może się zmieniać, ale grunt pozostaje zawsze jeden i ten sam.
I nie powinniśmy żałować tego stanu rzeczy. Bez tradycyi bowiem niemasz ani ducha narodowego, ani cywilizacyi. To też od chwili, gdy człowiek istnieje, dążył on zawsze do tego, aby stworzyć sobie pewne tradycyjne ramy swego bytu, które starał się usunąć dopiero z chwilą, gdy dobroczynne ich skutki już się przeżyły. Bez tradycyi niemasz cywilizacyi, bez burzenia tradycyi niemasz postępu. Trudność polega na odnalezieniu należytej równowagi między stałem a zmiennem, a trudność to olbrzymia.
Gdy naród pozwolił pewnym zwyczajom zapuścić zbyt głębokie korzenie przez wiele pokoleń, nie może on już ich zmienić i staje się, jak Chiny, niezdolnym do postępu. Gwałtowne rewolucye na nic się tu nie przydadzą, gdyż po takich przewrotach albo zerwane ogniwa łańcucha spajają się na nowo i naród powraca do minionych form bytu, albo też egzystencya narodowa zostaje rozbitą i po anarchii następuje epoka upadku.
A zatem naród powinien dążyć do takiego ideału, aby, zachowując instytucye tradycyjne, poddawać je powolnym i nieznacznym przeobrażeniom. Ideał taki z trudnością daje się osiągnąć i tylko bodaj Rzymianie w starożytności i Anglicy za naszych czasów potrafili go urzeczywistnić.
Najżarliwszymi zwolennikami idei tradycyjnych są właśnie zbiorowiska ludzkie, a zwłaszcza ta ich kategorya, która nosi miano kast. One to z największym uporem sprzeciwiają się zawsze wszelkim zmianom z tradycyą niezgodnym. Wskazywałem już kilkakrotnie na ów konserwatyzm tłumu, jak również i na tę okoliczność, ze najgwałtowniejsze rewolucye kończą się zawsze tylko zmianą nazw. W końcu ubiegłego stulecia, gdy zburzono tyle kościołów, gdy wygnano i zgilotynowano tylu księży, gdy kościół katolicki doznał tak powszechnego prześladowania, zdawać się mogło, ze odwieczne idee religijne utraciły moc swą raz na zawsze. A jednak kilka zaledwie lat upłynęło, a już na powszechne żądanie trzeba było przywrócić kult zniesiony.[2] Dawne tradycye, usunięte na chwilę, znowu powróciły do władzy.
Żaden przykład nie dowodzi lepiej tego potężnego wpływu, jaki tradycya wywiera na duszę tłumu. Najniebezpieczniejsze bożyszcza przebywają nie w świątyniach ani też w pałacach despotycznych tyranów. Dla tych dość jednej chwili, aby je zburzyć. Ale ci niewidzialni mocarze, którzy władają naszą duszą, urągają wszelkiej rewolucyi i tylko powolne działanie czasu jest w stanie zniweczyć ich potęgę.



§. 3. Czas.

W zagadnieniach społecznych tak samo, jak w biologicznych, jednym z najenergiczniejszych czynników jest czas. On to z ziarnek piasku stworzył góry i podniósł do godności ludzkiej prostą komórkę z czasów zamierzchłej przeszłości. Dla przekształcenia jakiegokolwiek zjawiska dość jest działania stuleci. Słusznie tez powiedziano, że gdyby mrówka miała tylko dość czasu, byłaby w stanie zniwelować Mont-blanc. Istota, któraby posiadała cudowną władzę zmieniania czasu wedle swego upodobania, posiadałaby władzę i moc boską.
Mamy się teraz zająć oznaczeniem wpływu czasu na genezę poglądów tłumu. I pod tym względem działanie tego czynnika jest olbrzymie. Zależy bowiem od niego i nie może bez jego współdziałania się ukształtować pierwiastek tak potężny, jak rasa. On powołuje do życia, rozwija i unicestwia wszelkie wierzenia, które przezeń moc zyskują i tracą,
Zwłaszcza poglądy i wierzenia tłumu urabiają się pod działaniem czasu, który przedewszystkiem przygotowuje teren dla ich kiełkowania. I dla tego to niektóre np. idee dają się urzeczywistnić w pewnej epoce, a w innej znowuż nie. To czas gromadzi ów olbrzymi zasób mierzwy z wierzeń i myśli, na którym rodzą się idee danej epoki. Powstanie tych ostatnich nie zależy bynajmniej od losu lub wypadku; przeciwnie, korzenie każdej idei sięgają głęboko w przeszłość, rozkwit swój zawdzięcza ona dobroczynnym wpływom czasu, genezy zaś jej szukać należy zawsze w ubiegłych wiekach. Są to córy przeszłości i matki przyszłości, lecz przedewszystkiem niewolnice czasu.
Czas tedy jest naszym prawdziwym panem i jego wyłączne działanie wystarcza dla przeobrażenia wszechrzeczy. W czasach obecnych niepokoimy się wielce groźnemi aspiracyami tłumów oraz ich wywrotowemi i destrukcyjnemi dążnościami. Tylko czas może pod tym względem przywrócić równowagę. „Żaden ustrój, pisze bardzo słusznie Lavisse, nie powstał w ciągu jednego dnia. Organizacye polityczne i społeczne to wytwory stuleci. Feodalizm wieki całe trwał w stanie bezkształtnym i chaotycznym, zanim się skrystalizował w odpowiednich formach. Tak samo i monarchia absolutna przez cały szereg wieków poszukiwała prawidłowego sposobu rządzenia, a ten okres niepewności pełen był niepokojów i zamieszek“.



§. 4. Instytucye polityczne i społeczne.

Bardzo rozpowszechnionym jest jeszcze pogląd, że instytucye mogą zaradzić brakom, jakie się w społeczeństwach napotyka, że postęp narodów jest następstwem doskonalenia instytucyi oraz rządów i że zmian społecznych można dokonać drogą dekretów. Pogląd taki był punktem wyjścia dla Rewolucyi francuskiej a i spółczesne teorye społeczne na nim się opierają.
Wielokrotne doświadczenie nie zdołało dotychczas na seryo zachwiać tem niebezpiecznem złudzeniem, a historycy i filozofowie napróżno usiłowali wykazać jego bezzasadność. Nie trudno im jednak było dowieść, że instytucye są wytworem idei, uczuć i obyczajów i że zmiana ustaw nie jest w stanie tych idei, uczuć i obyczaj ów przerobić. Nie jest bowiem narodowi danem wybierać wedle swego widzimisię instytucye tak samo, jak nie może on wybrać sobie koloru oczu lub włosów. Instytucye i rządy są wytworem rasy. Nie one tworzą epokę, ale przeciwnie, są jej produktem, Rodzaj rządu, który dany naród posiada, nie zależy od jego chwilowego kaprysu, od jego charakteru. Na ustrój polityczny narodu składa się praca całych stuleci i wieki muszą upłynąć, zanim on da się zmienić. Instytucye same w sobie nie mogą być ani złe, ani dobre. Dana instytucya może być odpowiednią dla jednego narodu w pewnej epoce a zgubną dla innego.
To też żaden naród nie jest w stanie zmienić z gruntu swych instytucyi. Może on wprawdzie drogą gwałtownych rewolucyi nadać im inne nazwy, ale istota ich pozostanie niezmienną. Ale nazwy to przecież tylko czcze etykiety, któremi historyk, usiłujący przeniknąć w głąb rzeczy, nie powinien się zajmować. Tak np. Anglia jest najbardziej demokratycznym krajem na świecie [3], a posiada rząd monarchiczny, podczas gdy najcięższy despotyzm panuje w rzeczach pospolitych hiszpańsko amerykańskich, pomimo ich republikańskich konstytucyi. Losy bowiem narodów zależą od ich charakteru, nie zaś od formy rządu. Pogląd powyższy starałem się uzasadnić w mem poprzedniem dziele, przytaczając przekonywające przykłady.
Fabrykowanie zatem wszelakich konstucyi uważać należy za dziecinną zabawkę, za bezowocną igraszkę pełnych ignorancyi retorów. Prawdziwa mądrość nakazuje pozostawić to zadanie działaniu dwu czynników: konieczności i czasu. Tak postępowali Anglo-Sasi, a ustępu, w którym opowiada o tem ich wielki historyk Macaulay, powinniby nauczyć się na pamięć politycy wszystkich krajów romańskich. Wykazawszy, ile dobra zdziałać mogą ustawy, wydające się, ze stanowiska czystego rozumu, tylko stekiem absurdów i sprzeczności, porównywa on całe tuziny konstytucyi uśmierconych w czasie gwałtownych przewrotów u romańskich narodów Europy z konstytucyą angielską i dowodzi, że ostatnia ulegała zmianom bardzo tylko powolnym, częściowym, pod wpływem oczywistej konieczności, a nigdy drogą spekulatywnego rozumowania. „Nie troszczyć się o symetryę, a baczyć uważnie na użyteczność; nie usuwać nigdy anomalii dlatego tylko, ze jest ona anomalią; zaprowadzać innowacye chyba wówczas tylko, gdy się czuje pewne braki i to o tyle, ile dla usunięcia tych ostatnich potrzeba; stawiać projekta ściśle zastosowane do konkretnego wypadku, który je wywołał — oto reguły, które mi od czasów Jana bez Ziemi aż do panowania Wiktoryi kierowały się w obradach nasze 250 parlamentów“. Trzebaby przejść po kolei wszystkie ustawy oraz instytucye każdego narodu, aby wykazać, do jakiego stopnia są one wyrazem potrzeb jego rasy i że wskutek tego nie mogą być gwałtownie przekształcane. Teoretycznie można dyskutować, naprzykład, o korzyściach i wadach centralizacyi, ale gdy widzimy, jak naród, złożony z ras wielce różnych, przez tysiąc lat wysila się na stopniowe osiągnięcie centralizacyi, gdy następnie zauważamy, jak olbrzymia rewolucya, dążąca do zniszczenia wszystkich instytucyi przeszłości, musiała uszanować tę centralizacyę i nawet ją wzmocniła, to należy zgodzić się, iż jest ona wytworem wszechmocnej konieczności, warunkiem egzystencyi danego narodu i żałować nam tylko wypada ograniczonego rozumu polityków, którzy prawią o potrzebie jej zniesienia. Reforma przeprowadzona w tym duchu byłaby sygnałem straszliwej wojny domowej[4] która zresztą sprowadziłaby natychmiast nową, centralizacyę znacznie uciążliwszą od dawniejszej.
Z powyższego wynika, że nie w instytucyach szukać należy owych środków i sposobów, którymi możnaby do głębi oddziaływać na duszę mas. Gdy zaś widzimy, że jedne kraje. jak np. Stany Zjednoczone, osiągnęły wysoki stopień dobrobytu przy instytucyach demokratycznych, a inne znowuż, jak rzeczpospolite hiszpańsko-amerykańskie, pomimo, iż posiadają, instytucye absolutnie takie same, żyją w stanie opłakanej anarchii, to musimy dojść do wniosim, że od instytucyi tych nie zależy ani wielkość jednych ani też upadek drugich.
Losy narodów zależą od ich charakteru i wszystkie instytucye, nie będące ściśle wypływem tego ostatniego, są tylko pożyczanym strojem, chwilową maskaradą. Historya poucza nas, że w przeszłości toczyły się krwawe wojny i dokonywano gwałtownych rewolucyi, od których przyszłość wolną nie będzie, że celem ich było narzucanie narodom instytucyi, którym przypisuje się tak samo, jak cudownym relikwiom, nadprzyrodzoną moc uszczęśliwiania. Możnaby zatem na tej podstawie twierdzić, iż instytucye oddziaływają na duszę tłumów, skoro mogą wywoływać podobne ruchy. Ale w rzeczywistości działają tu nie instytucye, gdyż, jak wiemy, zarówno w razie zwycięstwa, jak i w razie przegranej, nie są one w stanie wywrzeć żadnego skutku. Na duszę tłumu działało tu co innego, a mianowicie: złudzenia i słowa. Zwłaszcza zaś słowa, owe słowa ułudne a potężne, których zdumiewającą władzę poznamy wkrótce.



§. 5. Oświata i wychowanie.

Do rzędu niewielkiej liczby idei przewodnich naszej epoki, idei potężnych wpływem, chociaż przedstawiających nieraz czyste iluzye, należy przeświadczenie, że oświata jest w stanie w wysokim stopniu zmieniać ludzi, że niewątpliwie czyni ich lepszymi a nawet prowadzi do zupełnej między nimi równości. Powtarzane bezkrytycznie, twierdzenie to stało się w końcu jednym z niewzruszonych dogmatów demokracyi, również nietykalnym, jak niegdyś dogmaty kościelne.
Ale i na tym punkcie, jak na wielu innych, idee demokratyczne są w zupełnej niezgodzie z wynikami psychologii i doświadczeniem życia codziennego. Wielu wybitnych myślicieli, a między innymi Herbert Spencer, wykazało bez trudu, że oświata nie czyni ludzi ani moralniejszymi ani szczęśliwszymi, nie zmienia ich instynktów i dziedzicznych namiętności, że niekiedy — gdy idzie w złym kierunku — jest raczej zgubną niż użyteczną. Statystyka poparła te poglądy, wykazując, że zbrodniczość wzrasta wraz z rozpowszechnieniem oświaty a przynajmniej oświaty pewnego rodzaju, że najwięksi wrogowie społeczeństwa, anarchiści, często rekrutują się z grona najlepszych uczniów, a niedawno jeden z wybitnych sędziów, Adolf Guillot, zauważył, iż na 3000 przestępców umiejących czytać i pisać jest obecnie 1000 analfabetów oraz że w ciągu lat pięćdziesięciu cyfra przestępców na 100.000 ludności wzrosła z 227 na 552 t. j. podniosła się o 133%. Tenże Guillot stwierdza fakt, zauważony także przez jego kolegów w zawodzie, że przestępczość rośnie zwłaszcza wśród młodzieży, dla której szkoła przymusowa i bezpłatna zastąpiła dawniejsze lata praktyki w rzemiośle lub handlu.
Nie myślimy tu twierdzić bynajmniej, iż oświata należycie zorganizowana nie prowadzi do rezultatów praktycznych wielce pożytecznych, jeżeli nie w kierunku umoralniania ludności, to przynajmniej rozwijając jej zdolności profesyonalne. Na nieszczęście ludy romańskie, zwłaszcza od lat dwudziestu i pięciu, oparły swój system oświaty na zasadach bardzo błędnych i, pomimo przestróg najwybitniejszych myślicieli, jak Bréal, Fustel de Coulanges, Taine i wielu innych, trwają w tych opłakanych błędach. Ja również, w jednej z mych prac dawniejszych, usiłowałem wykazać, że nasz obecny system edukacyjny czyni bardzo wielu wychowańców naszych zakładów naukowych wrogami społeczeństwa i dostarcza znacznej liczby zwolenników najgorszym szkołom socyalistycznym.
Pierwszym niebezpiecznym błędem tego systemu wychowawczego — zupełnie słusznie nazwanego romańskim — jest jego fałszywa podstawa psychologiczna, jakoby uczenie się na pamięć całych podręczników wpływać miało na rozwój inteligencyi, że zatem trzeba ich nauczyć się jak najwięcej. Poczynając tedy od szkoły elementarnej aż do doktoratu, młodzieniec wciąż tylko uczy się z książek na pamięć, nie ćwicząc, wcale swego umysłu ani swej samodzielności. Naukę szkolną pojmuje on jako uczenie się na pamięć, połączone z obowiązkiem posłuszeństwa. „Uczyć się lekcyi, umieć na pamięć gramatykę lub inny jakiś podręcznik, dobrze powtarzać i naśladować — oto, jak pisze Juliusz Simon, b. minister oświaty, oto owa pocieszna edukacya, w której każdy wysiłek jest aktem wiary w nieomylność nauczyciela, a jej rezultatem obniżenie poziomu naszej umysłowości i bezsilność“.
Gdyby taka edukacya była tylko bezużyteczną, czulibyśmy jedynie żal nad owemi nieszczęśliwemi dziećmi, których, zamiast tylu innych wiadomości pożytecznych, uczą w szkole elementarnej genealogii synów Chlotara, wojen między Neustryą i Austrazyą albo klasyfikacyę zwierząt. Ale w systemie tym tkwi niebezpieczeństwo poważniejsze. Zaszczepia on bowiem w ludziach silne niezadowolenie ze stanu, do którego przez swe urodzenie należą i gorącą chęć jego zmiany. Robotnik nie chce już nadal być robotnikiem, włościanin — włościaninem, a każdy mieszczuch radby koniecznie syna swego widzieć w szeregach płatnych urzędników państwowych. Zamiast przygotowywać ludzi do życia, szkoła przygotowywa ich do urzędów publicznych, w których można zrobić karyerę, nie posiadając ani odrobiny inicyatywy. U dołu tworzy się w ten sposób armia proletaryuszów, niezadowolonych ze swego losu i zawsze gotowych do buntu; u góry zaś lekkomyślna burżuazya, zarazem sceptyczna i łatwowierna, przesądnie wierząca w opatrznościową rolę państwa, któremu jednak wciąż robi opozycyę, przypisując zawsze rządowi winę za swoje błędy i zdolna nic przedsięwziąć bez interwencyi władzy.
Ale państwo, fabrykując za pomocą podręczników wszystkich owych dyplomowanych obywateli, może spotrzebować tylko nieznaczną ich część, pozostawiając z konieczności resztę bez zajęcia. Musi ono więc karmić pierwszych, a z pozostałych tworzy sobie wrogów. Od podnóża do samego wierzchołka piramidy społecznej, każda posada, poczynając od woźnego aż do profesora i prefekta, jest zawsze przedmiotem pożądań całej masy dyplomowanych kandydatów. Podczas gdy wielkie firmy handlowe z trudem tylko znajdują ajentów, którzyby je reprezentowali w koloniach, tysiące osób ubiega się o najskromniejsze posady rządowe. W jednym departamencie Sekwany jest 20.000 nauczycieli i nauczycielek bez posad, którzy, gardząc robotą w polu lub warsztacie, szukają chleba u państwa. Ponieważ zaś liczba wybranych jest ograniczoną, armia malkontentów musi być olbrzymią. Oni to są na zawołanie każdej rewolucyi, bez względu na to, kto jej przywodzi i jakie są jej cele. Dać człowiekowi wiedzę, której nie może zużytkować, to pewny sposób zrobić zeń buntownika[5].
Zapóźno byłoby, rzecz oczywista, walczyć teraz przeciw podobnemu prądowi. Tylko doświadczenie życiowe, ów najwyższy wychowawca narodów, może nam wykazać nasze błędy. Tylko w jego mocy jest dowieść, jak konieczną jest rzeczą zastąpić nasze wstrętne podręczniki, nasze nędzne konkursa wykształceniem profesyonalnem, prowadzącem młódź naszą na pola, do warsztatów, do przedsiębiorstw kolonialnych, których ona, o ile się tylko da, obecnie unika.
Takie właśnie wykształcenie profesyonalne, jakiego domagają się w czasach teraźniejszych wszyscy ludzie światli, otrzymywali niegdyś nasi ojcowie a przetrwało ono po dziś dzień u narodów, które swą energią, duchem przedsiębiorczym i samodzielnością podbiły świat cały. Taine, ów wielki myśliciel francuski, wykazał dowodnie — słowa jego przytoczę niżej — że nasze wychowanie dawniejsze było prawie takie same, jakie dziś znajdujemy w Anglii i Ameryce, a w znakomitej paraleli między systemem romańskim i anglosaskim tenże autor z wielką jasnością przedstawia następstwa obu metod.
Ostatecznie i w najgorszym wypadku zgodzićby się można było na wszystkie te ujemne strony naszego wychowania klasycznego i nawet na ową armię wykolejonych i malkontentów, będącą jego następstwem, gdyby to powierzchowne nabywanie tylu wiadomości i dokładne wyuczenie się tylu podręczników przynajmniej podnosiło ogólny poziom inteligencyi. Ale tak, niestety, nie jest. Powodzenie w życiu ma ten, kto posiada sąd wytrawny, doświadczenie, inicyatywę i charakter, a tego książki dać nie są w stanie. Książki należy uważać za słowniki, do których z pożytkiem zagląda się od czasu do czasu, ale zupełnie zbyteczną jest rzeczą utrwalać w pamięci całe z nich fragmenta.
Taine dowiódł przekonywająco, że wykształcenie profesyonalne przyczynia się do rozwoju inteligencyi w stopniu takim, jakiego wykształcenie klasyczne wcale osiągnąć nie jest w stanie.
„Idee — pisze ten autor — powstawać mogą tylko w swem naturalnem i normalnem otoczeniu. Ziarnko ich kiełkuje wśród owych niezliczonych a delikatnych wrażeń, które młodzieniec codziennie odbiera w warsztacie, w kopalni, w sądzie, przy studyach, w magazynach towarów, w szpitalu, na widok narzędzi, materyałów i różnych robót, w obecności klientów, robotników, pracy i wyrobów, dobrze lub źle, oszczędnie lub bez wyrachowania wyprodukowanych: — oto owe drobne, poszczególne percepcye oczu, uszu, rąk i nawet powonienia, które, łącząc się nieświadomie i przerobione w ciszy, zwolna organizują się w osobniku i prędzej lub później nasuwają mu jakąś nową kombinacyę, uproszczenie, oszczędność, ulepszenie lub wynalazek. Młody Francuz, i właśnie w wieku najpłodniejszym, pozbawiony jest wszystkich owych cennych stosunków, wszystkich tych tak koniecznych i tak łatwo dających się przyswoić pierwiastków. Przez siedm lub ośm lat jest on zamknięty w szkole, zdala od bezpośredniego i osobistego doświadczenia, które mogłoby dać mu dokładną i żywą znajomość rzeczy, ludzi i sposobu postępowania z nimi.
„ . . . . . . Co najmniej dziewięćdziesięciu na stu traci czas i pracę, długie lata i to lata płodne, dla życia ważne i nawet stanowcze. Weźmy bowiem na uwagę naprzód, że prawie dwie trzecie przystępujących do egzaminu nie zostają dopuszczone do konkursu; dalej, że wśród dopuszczonych znowuż blisko dwie trzecie tych, którzy przez konkurs przeszli, a nawet uzyskali dyplomy i nagrody, należy wskutek nadmiernego wysiłku umysłowego uważać za straconych dla dalszego życia. Wymagano od nich zbyt wiele, żądając, aby w oznaczony dzień z krzesła lub przed tablicą przez kilka godzin z rzędu odgrywali rolę żywego repertoryum danej gałęzi wiedzy ludzkiej. Uczynili oni temu w ciągu dwóch godzin w większej lub mniejszej mierze zadość, stawili się na termin. Ale w miesiąc później nie byliby w stanie temu podołać, nie mogliby poddać się nowemu egzaminowi. Zdobyte wiadomości, zbyt liczne i ciężkie, wymykają się jedna po drugiej z ich umysłu, a nowe nie przybywają. Dzielność ich umysłu została złamaną, jego soki zostały wyczerpane. Mamy przed sobą człowieka skończonego, ale często już zupełnie zaskrzepłego. Zdobył on stanowisko, ożenił się i jest zdecydowany obracać się w kółko bez końca, iść jednym i tym samym szlakiem, zasklepiając się w ramach swego urzędu. Spełnia go należycie, ale nie daje nic ponadto. Taki jest rezultat przeciętny i bezwątpienia plon nie równoważy nakładu. W Anglii i Ameryce, gdzie, jak niegdyś przed r. 1789 we Francyi, sposób postępowania jest wręcz przeciwny, koszta się opłacają a nawet przynoszą zysk“.
Znakomity historyk wykazuje następnie różnicę między systemem naszym a anglosaskim. Anglosasi nie posiadają naszych niezliczonych szkół specyalnych, naukę zdobywa się u nich nie z książki, a z samej rzeczy. Inżynier kształci się w warsztacie, nie zaś w szkole, a w ten sposób każdy osiąga stanowisko, odpowiadające jego inteligencyi, jest prostym robontikiem lub majstrem, jeżeli nie jest w stanie zajść dalej, albo inżynierem, jeżeli posiada po temu odpowiednie zdolności. U nas karyera człowieka zależy od kilkogodzinnego konkursowego egzaminu, któremu poddaje się on w 18 tym lub 20-tym roku życia, ale przecież system angielski jest chyba bardziej demokratyczny i dla społeczeństwa korzystniejszy?
W szpitalu, w kopalni lub fabryce, u budowniczego lub prawnika uczeń w bardzo młodym wieku odbywa swój termin czy tez praktykę mniej więcej, jak u nas dependet u adwokata lub młody adept sztuki w pracowni malarza. Na wstępie może on odbyć jakieś studya ogólne i treściwe, aby zdobyć sobie ramy dla tych spostrzeżeń, które wkrótce będzie mógł czynić. Ma też wówczas najczęściej do wyboru kilka kursów technicznych, których może słuchać w chwilach wolnych, ażeby sobie w miarę potrzeby porządkować i ugólniać rezultaty doświadczenia życiowego. W takich warunkach praktyczny jego zmysł rozwija się i rośnie drogą naturalną w takim stopniu, na jaki pozwalają jego zdolności i w kierunku wymaganym przez jego przyszłe zajęcie i zawód, do którego już od tej chwili zaczyna się kształcić. W ten sposób w Anglii i Stanach Zjednoczonych młodzieniec bardzo już wcześnie wydobywa z siebie to, do czego jest uzdolnionym. Od dwudziestego piątego roku życia i nawet znacznie wcześniej, o ile nie brak mu majątku i środków, zostaje on nietylko użytecznym wykonawcą, ale i samodzielnym przedsiębiorcą, nietylko kółkiem maszyny, ale ponadto jej motorem. — We Francyi, gdzie wziął górę system zupełnie przeciwny, który z każdem pokoleniem coraz to bardziej trąci chińszczyzną, ogół sił zmarnowanych jest wprost olbrzymi.“
I wielki myśliciel przychodzi do następującej konkluzyi co do rosnącej dysharmonii między naszem romańskiem wychowaniem a potrzebami życia:
„Na wszystkich trzech stopniach naszego systemu: w szkołach elementarnych, średnich i wyższych, nauka teoretyczna trwa nad miarę długo i jest zanadto uciążliwą, mając na widoku jeden tylko cel wyłączny — egzamin, stopień naukowy, patent lub dyplom. Dla osiągnięcia tego celu używa się środków najzgubniejszych, sprzecznych z naturą ludzką i antispołecznych, za pomocą internatów powstrzymując młodzież zbyt długo od życia praktycznego, w sztuczny sposób budząc w niej zapał do nauki i przyzwyczajając do czysto mechanicznego pełnienia obowiązków, przeciążając ją pracą bez względu na późniejsze lata i wymagania wieku dojrzałego oraz obowiązki męskie, które ją czekają, że tu już pominę życie realne, w które młodzian ma wnet wstąpić, otaczające go społeczeństwo, do którego należy albo go przystosować albo też zdać na łaskę losu, dalej walkę o byt, w której, aby się obronić i wytrwać, powinien wystąpić z zasobem sił, z bronią w ręku, wyćwiczony i zahartowany. Tego zaś rynsztunku, tych wiadomości bardziej niezbędnych od wszelkich innych, tej mocy zdrowego rozsądku, woli i nerwów, nasze szkoły bynajmniej nie dają. Przeciwnie, zamiast ukwalifikować czynią one młodzieńca niezdatnym do przyszłego jego zawodu i pracy całego życia. Takim więc wstępuje on w życie, a pierwsze jego kroki na polu praktycznem są po największej części szeregiem bolesnych zawodów, które ranią go dotkliwie i na czas długi ubezwładniają a niekiedy czynią kaleką na zawsze. Próba to ciężka i niebezpieczna. Wystawia ona na szwank moralną i umysłową równowagę człowieka, grożąc zupełnem jej zwichnięciem. Potem przychodzi rozczarowanie, zbyt niespodziane i głębokie, zawód bowiem był zanadto wielki a gorycz nad miarę silna.“[6]
Czy zboczyliśmy w powyższych ustępach od naszego bezpośredniego zadania, od psychologii tłumu. Bynajmniej. Jeżeli pragniemy zrozumieć idee i wierzenia, które w nim kiełkują dziś a wzejdą jutro, należy poznać grunt, który dla nich przygotowano.
Po systemie szkolnym danego kraju możemy sądzić o jego przyszłych losach, a wychowanie, które otrzymuje pokolenie obecne, uprawnia do horoskopów najsmutniejszych. Od zmiany bowiem oświaty i wychowania w tym lub innym kierunku zależy po części uszlachetnienie lub zwyrodnienie duszy tłumu. Musieliśmy zatem wykazać, jak ją ukształcił system obecny i w jaki sposób obojętne i neutralne masy stały się stopniowo olbrzymią armią malkontentów, posłuszną każdej suggestyi marzycieli lub retorów. To szkoła kształci dziś socyalistów i anarchistów oraz przygotowywa dla narodów romańskich tak bliską godzinę ich upadku.



Przypisy

  1. Na udowodnienie tego nowego jeszcze poglądu, bez przyswojenia sobie którego niepodobna zrozumieć historyi, poświęciłem w mej „Psychologii rozwoju narodów“ całe cztery rozdziały, starając się wykazać, iż pomimo złudnych pozorów, ani języka, ani sztuki, słowem żadnego pierwiastka cywilizacyjnego nie można bez zmiany przekazać innemu narodowi o odrębnej duchowej konstytucyi.
  2. Sprawozdanie byłego członka Konwentu Fourcroy przedstawia tę sprawę bardzo jasno:
    „Powszechne święcenie niedzieli oraz uczęszczanie do kościoła dowodzi, że masa Francuzów pragnie powrócić do dawnych zwyczajów i niepodobna już dłużej opierać się tej narodowej dążności... Wielkie masy narodu potrzebują religii, kultu i księży. Było to błędem ze strony kilku współczesnych filozofów, błędem, który i ja dzieliłem, wierzyć w możność powszechnej oświaty, mającej zniweczyć przesądy religijne, owo dla wielu ludzi nieszczęśliwych źródła pociechy... Trzeba więc masie narodu pozostawić jej kapłanów, ołtarze i kult“.
  3. Uznają to najskrajniejsi republikanie, nawet w Stanach Zjednoczonych Ameryki półn., a ich pogląd w sposób następujący sformułowało bardzo wyraźnie czasopismo amerykańskie Forum (według Review of Reviews z grudnia 1894 r.): „Nie należy nigdy zapominać, a stosujemy te słowa nawet do najbardziej zaciętych arystokratów, nie należy zapominać, że Anglia jest obecnie najbardziej demokratycznym krajem na całym świecie, krajem, w którym najszczerzej szanuje się prawa jednostki i przyznaje jej najwięcej wolności“.
  4. Zestawiając głębokie nieporozumienia religijne i polityczne, ktore dzielą rozmaite partye we Francyi i źródło swe mają przedewszystkiem w różnicach rasy, z dążnościami seperatystycznemi, które objawiły się w epoce Rewolucyi i zaczęły znowu się zarysowywać ku końcowi wojny francusko-pruskiej, widzimy, że rozmaite rasy, zamieszkujące nasz kraj, bynajmniej się jeszcze nie zlały w jedną całość. Energiczna centralizacya i stworzenie sztucznych departamentów, łączących w sobie ludność dawnych prowincyi, była jednem z najużyteczniejszych zarządzeń Rewolucyi. Decentralizacya zaś, o której dziś tyle prawią umysły powierzchowne, doprowadziłaby wprędce do krwawych rozterek. Zapoznawać to mogą tylko ludzie, którzy wcale nie pamiętają przebiegu naszego historycznego rozwoju.
  5. Stosunki powyższe nie są zresztą właściwe tylko narodom romańskim, Znajdujemy je również w Chinach także pozostających pod rządami silnej hierarchii mandarynów. Godność mandaryna osiągnąć można, zupełnie jak, u nas, po zdaniu konkursowego egzaminu, na którym należy z pamięci recytować całe grube podręczniki, W Chinach armia uczonych, nie mających zajęcia, uważaną jest obecnie za prawdziwą klęskę narodową. Tak samo dzieje się w Indyach wschodnich, gdzie, odkąd Anglicy zaczęli w swych tamtejszych szkołach nie wychowywać młodzież, jak u siebie w Anglii, a uczyć ją rozmaitych nauk, wytworzyła się specyalna klasa uczonych - babu, którzy, o ile nie otrzymują jakiego urzędu, stają się nieubłaganymi wrogami władzy angielskiej. U wszystkich przytem owych babu czy są oni urzędnikami, czy tez nie, daje się zauważyć, jako pierwszy skutek systemu szkolnego, znaczne obniżenie poziomu moralności. Fakt ten niejednokrotnie i z naciskiem zaznaczam w mem dziele o „Cywilizacyi indyjskiej“, a skonstatowany on został również przez wszystkich autorów, którzy zwiedzili półwysep Indostanu.
  6. Taine. Le Régime moderne, t. II, 1894. Są to prawie ostatnie stronice, napisane przez Taine’a. Streszczają one znakomicie rezultaty długoletniego doświadczenia wielkiego myśliciela, niestety, zupełnie niezrozumiałe dla tych profesorów naszych, którzy nie podróżowali zagranicą. Wychowanie jest prawie jedynym środkiem, za pomocą którego możemy choćby do pewnego stopnia oddziaływać na duszę narodu i rzecz to prawdziwie smutna, gdy się pomyśli, że niemasz prawie nikogo we Francyi, ktoby był w stanie zrozumieć, że nasz spółczesny system nauczania szkolnego jest groźnym czynnikiem gwałtownej dekadencyi, który, zamiast wychowywać młodzież, demoralizuje ją i kazi jej charakter.
    Pouczającą jest rzeczą porównać przytoczone ustępy z Taine’a z uwagami o wychowaniu amerykańskiem, zebranemi przez Bourget’a w jego pięknej książce „Outremer“. Skonstatowawszy również, iż nasze wychowanie kształci tylko albo ograniczonych bourgeois bez inicyatywy i woli albo anarchistów, — „dwa jednakowo zgubne typy człowieka ucywilizowanego, które bądź w swej bezsilnej płaskości, bądź też w obłędzie burzycielskim, są w stanie poronione tylko tworzyć dzieła“ — autor przeprowadza dającą wiele do myślenia paralelę między liceami francuskiemi, owemi fabrykami zwyrodnienia, a szkołami amerykańskiemi, tak znakomicie kształcącemi człowieka dla życia. Poznajemy tu dokładnie całą przepaść, istniejącą między narodami prawdziwie demokratycznymi a tymi, które demokracyę mają na uściech tylko, a bynajmniej nie w myślach.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Gustave Le Bon i tłumacza: Zygmunt Poznański.