Psiawiara/Tom II/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Psiawiara
Podtytuł Powieść współczesna
Pochodzenie „Kłosy“, 1884, nr 966-1005
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1884
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


TOM DRUGI.
I.

Życie w Białym Ostrowie miało wiele ruchu i wcale próżniaczém nie było; temperament, charakter, nawyknienia pani Sędzinéj nie dozwalały jéj spocząć na chwilę. Nie tylko umysł jéj, ale ona sama ciągle była czynną.
Bez zajęcia chwili wytrwać nie mogła, a gdy jéj na niém zbywało, umiała je tworzyć sobie.
W początkach, upodobanie jéj w koniach, psach, zabawach męzkich, raziło i zdumiewało pannę Romanę, i mogło-by w istocie świadczyć na niekorzyść, gdyby dla tych milośnictw zaniedbywała ważniejszych obowiązków.
Ale Sędzina na wszystko czas miała. Wstawała rano i natychmiast zaczynała się krzątać około swego kobiecego i ogólnego gospodarstwa.
Ubrana dziwacznie, na-pół po męzku, biegała do śpichrzów, do stajen, na folwark, w lecie po ogrodach; zachodziła do swych wychowanie, które bardzo ostro trzymała, ale po macierzyńsku. Często bardzo, gdy na wsi był kto chory albo skaleczony, nim przywołano cyrulika, biegła sama z flaszkami i lekarstwami.
Chociaż krzyczała, gderała i łajała okrutnie, nikt się jéj nie bał tak dalece, a że była niewyczerpanie dobroczynną, od rana do nocy przychodzili ludzie, baby z dziećmi, żebracy, biedactwo różne z okolicy, prosząc o pomoc.
W lecie, zasiadała w ganku i tam słuchała próśb; zimą, była na to izba wyznaczona, która się kawiarnią nazywała, dlatego, że na kominie pełno zawsze było garnuszków i imbryków, ale w istocie, była to jéj sala audyencyonalna. Tu się i apteczka znajdowała.
Zwykle każdy przychodzący podlegał cxaminowi, a dopiéro po nim dostawał, o co prosił. Sędzina, choćby niegodnym pomocy uznała kogo, dawała ją, ale z dodatkiem bury, nauki i groźby, któréj nigdy nie spełniała.
— Gdybyś nie łajdaczył, — mówiła do włóczęgów, — gdybyś nie pił i nie próżnował, nie chodziłbyś obdarty; ale Pan Bóg każę za złe płacić dobrem, więc ci się pomaga. Tylko patrzaj! jak się dowiem!! żebyś mi się tu więcéj nie pokazywał!
Dla biednego ludu była niezmiernie wyrozumiałą, nędzy przebaczała wiele.
— A my lepsi? — mówiła. — Biedaczysko się upije; słowo daję, że zziębłemu, głodnemu, znękanemu się nie dziwuję. Gdy my pijemy, to co innego, za to baty, baty!
Nie okazywała tego pobłażania zbyt jawnie, ale miała je w sercu, dlatego szorstkie jej obchodzenie się nikogo nie zrażało.
Często znaczniejszą część ranka zajmowały te miłosierne uczynki.
Pozostawało cokolwiek czasu, miała teraz Romanę, z którą bardzo lubiła rozmawiać. Dawniéj nie czytywała prawie nic, męczenie oczu nad książkami niecierpliwiło ją. Pisała też jak kura. Romana czytywała jéj czasami teraz, i Sędzinę żywe słowo to przejmowało, poruszało, unosiło. Szczególniéj poeci. Pomimo to, sama książki nie mogła wziąć w rękę, bo ruch tak jéj był potrzebny, że rzadko, i to z musu, przysiadała.
Dowiedziawszy się, że Gryźdówna lubiła muzykę i wiele się nią zajmowała, nic jéj nie mówiąc o tém, sprowadziła fortepian.
Muzyki jednak, oprócz najprostszych melodyi, nie lubiła. Fortepian postawiono na górze i Romana mogła sobie przypominać swych ulubieńców: Schuberta, Schumanna, Mendelssohna.
Jéj więc czas tu upływał bardzo znośnie. Chociaż Sędzina się opierała temu, zaczęła się dziewczętami, wychowanicami jéj, po kilka godzin na dzień zajmować.
Po obiedzie rzadko kto nic przyjechał. Zamarski był gościem aż do uprzykrzenia, ale go tu nie uważano za obcego, Sędzina się nim posługiwała.
Z sąsiadów mało kto czegoś nie potrzebował od Sędzinéj.
— Bezdzietna, majętna, — mówiono sobie, — powinna świadczyć.
Jakoż świadczyła: dawała zboże nasienne, pożyczała na chleb, dzieliła się pieniędzmi. Wśród zajęć tych, czasem jak piorun na nią spadała tęsknica za lasem i polowaniem, przypomniał się ojciec, młodość. Ruszała w las i to ją na długo odżywiało a rozweselało.
Słowem, nie było nudy i spoczynku w Białym Ostrowie.
Z życiem tém Romana, choć jej w początkach się wydawało nieco dziwaczném, oswoiła się łatwo, i nie znajdowała go zbyt ciężkiém do dźwigania. Tylko myśl o ojcu i tęsknica za nim je truła.
Do gości zwykłych w Białym Ostrowie, wraz z wzięciem dzierżawy Zalesia przez Maurycego, przybył i on, bo mnóztwo było drobnych spraw, wynikających z tego stosunku, które najłatwiéj się rozwiązywały osobistém widzeniem się.
Sędzina lubiła go, jakby był jéj własném dzieckiem. Podobało się jéj w nim męstwo, prostota, spokój umysłu i pracowitość. Wprawdzie często w rozmowie czuła, że mu wykształceniem nie wyrównywa, ale ze szczerością wielką zaraz się do tego przyznawała.
— Coś to już zanadto rozumne dla mnie — mówiła, — wytłómacz mi, proszę. Umysł mam nie nawykły do łatania po wysokościach.
W początku, panna Romana przy odwiedzinach Sołomereckiego rzadko wychodziła, naganiła jéj to Sędzina.
— Nie dzicz się — mówiła. — Jestem pewna, że ty z nim lepiéj potrafisz mówić, niż ja, a on się rezerwie. Nudzić się musi strasznie.
Zwolna więc, posłuszna, panna Romana ukazywać się zaczęła. Siadała z daleka, mało się mieszała do rozmowy, lecz Maurycy, jakby umyślnie ją wyzywał; a gdy raz ją co zajęło, nadto była żywą, aby się nie poddać mimowolnie urokowi rozmowy.
Oczytana bardzo, nawet w tych przedmiotach, które nie wszystkim kobietom są dostępne, dziwiła często Sołomereckiego, gdy się wydała ze swą nauką i wstydziła się jéj niemal, nie mając wcale chęci popisywania się. Wyrywało się jéj to mimowolnie.
Maurycy, któremu bardzo zbywało na towarzystwie właściwém, znajdował wielką przyjemność, zbliżając się do Romany, która go zrozumieć mogła.
Lecz samo nazwisko Gryżdy i Sołomereckiego zapobiegało, ażeby stosunek ten przybrał jakieś znaczenie, inne nad wzajemny szacunek.
Romana nie była wcale zalotną, czuła się nie piękną, była dosyć dumną, więcéj daleko ceniła swoje wykształcenie, niż postać.
Myliła się wszakże w ocenieniu powierzchowności, która miała oryginalność i wdzięku wiele, ale takiego, na jakim się nie każdy poznać może. Twarzyczka jaśniała intelligencyą, ustom może nadto sarkazmu gorycze życia teraz nadały, oczy były rozumne. Co się tycze małéj figurki, téj nic zarzucić nie można było, a ubierać się umiała tak, że w prostym szlafroczku było jéj ładnie.
Nie stroiła się nigdy, ale miała smaku wiele. Była sztywną trochę, lecz i to jéj nie odejmowało wdzięku. Starsza nad swój wiek umysłem, postacią była bardzo młodą.
Z Sędziną po niedługim czasie doskonale się rozumiały i przylgnęły do siebie. Brodzka tylko pojąć nie mogła, jak takiemu Gryżdzie taka córka się mogła dostać.
Mówiąc o niéj sam na sam z Sędziną, Sołomerecki również podziwiał tę ogromną różnicę między ojcem cynikiem, a córką, która żyła samą poezyą i ideałami.
Zdaje się, że po pierwszych kilku spotkaniach, w których Romana i Sołomerecki nadto pamiętali o swoich nazwiskach, stopniowe oswojenie się, pewne spoufalenie, zatarło nieprzyjemne to wspomnienie.
Romana stała się śmielszą i otwartszą, co jéj wyszło na korzyść, Maurycy również mniéj ceremonialnym.
Sędzina, widząc, że się doskonale bawią z sobą, wcale im nie przeszkadzała, a na myśl jéj nawet nie przyszło, aby z tego cokolwiek innego mogło wyrosnąć, nad dobrą znajomość i życzliwość.
— Niech choć córka zapłaci trochę długu ojca, rozrywając go — mówiła, śmiejąc się. — Ona nie kokietka, a on o kobietach ani myśli. Nareszcie Gryżdówna, to dosyć.
W czasie, gdy pan Zenon zapędził się był aż do starania o pannę Benignę i miał z nią się żenić, na Romanę, uważając ją za wydziedziczoną, mało kto spojrzał i zajmował się nią. Po zerwaniu z Benisią, szlachta okoliczna zaczęła ważyć i rachować, że, bądź co bądź, ona odziedziczy Dubińce, i niektórzy kawalerowie nie bez myśli starali się wciskać do Białego Ostrowu i zbliżać do Romany.
Nikomu się nie poszczęściło. Można było powiedziéć, że aż nadto rześko i stanowczo, prawie niegrzecznie, opędzała się tym staraniom. Oburzały ją. Przy tém, w poczciwéj téj młodzieży nic znajdowała żadnego, który-by jéj dorównywał głową, i zaledwie spróbowała którego z nich, naprowadzając rozmowę na ton nieco wyższy, nie potrzebowała już badać dłużéj. Wymagała wiele.
Jeden Sołomerecki mógł z nią parę godzin gawędzić i oboje nie czuli się znużonymi. Poezya, sztuka, świat, ludzie, dostarczali treści. Maurycy wiele mówił o pobycie za granicą, o wszystkich nowych zagadnieniach społecznych, któremi i ona się zajmowała; nawzajem Romana w świat idealny go wprowadzała, który on pojmował, jako dopełnienie rzeczywistego, jako postulat niedościgniony.
Niekiedy Sędzina, po swojemu, zamaszysto się wmieszała do téj rozmowy, rozstrzygając kwestye po kozacku, co budziło wesołość.
Trafiło się, że tak czasem we trojgu, albo we czworgu, gdy Dziekan przyjechał w odwiedziny, zapominali się do późnéj godziny i Maurycy po nocy wracał do Zalesia.
Po upływie pewnego czasu, Sołomerecki, robiąc z sobą rachunek sumienia, musiał się do tego przyznać, że gdyby mu tu Romany zabrakło, bardzo-by tęskno było i pusto.
Gryżdówna też myślała, że ten książę, który sobie tytułu książęcego nie pozwalał dawać, był jednym z najprzyjemniejszych ludzi, jakich w życiu spotkała. Nie spotykała ich wielu, ale, ostatnie lata na pensyi spędziwszy, wielu nauczycieli, bardzo wykształconych i niepospolicie udarowanych widywała często, a żaden z nich nie dorównywał w jéj przekonaniu Sołomereckiemu.
Bezwiednie zapewne jego młodość, urok bardzo wdzięcznéj powierzchowności, wpłynęły na ten sąd o nim; lecz Romanie się zdawało, że gdyby był starym, brzydkim, siwym, równie-by go ceniła.
Ten zawiązek jakiegoś uczucia pomiędzy dwojgiem młodych ludzi, powtarzamy, nie miał żadnego podobieństwa do jednéj z mnogich a przerozmaitych, tak zwanych, miłości.
Była to, co najwięcéj, dobra, serdeczna, rozwijająca się bujno przyjaźń, sympatya raczéj umysłów, niż serc.
Sołomerecki, myśląc o Gryżdziance, niezmiernie nad jéj losem ubolewał. Co za szkoda istoty, obdarzonéj tak szczęśliwie a skazanéj na los, który nigdy zaspokoić jéj nie może. Co ją czeka? Córka Gryżdy!
W inny sposób Romana litowała się nad Maurycym, skazanym na pracę malutką, niewdzięczną, gdy mógł-by był na inném polu tyle uczynić. Przekonaną jednak była, że on sobie drogę musi wyrobić i dojść wysoko.
Właśnie przyjaźń ta dwojga zbliżonych do siebie młodych ludzi była w dobie najpiękniejszego rozwoju, gdy ksiądz Piszczała, po bytności swéj w Dubińcach, a która go napełniła smutkiem, przybył zdać sprawę Sędzinie z tego, co słyszał i czego był świadkiem. Byli sami, mógł więc mówić otwarcie.
Odmalowawszy jaskrawy obrazek owéj uczty w pałacu odnowionym, Dziekan dodał z westchnieniem:
— Bardzo mi się w życiu rzadko trafiało spotkać ze skruchą prawdziwą i ze zmianą charakteru, szczególniéj w ludziach starych; ale któż to wie? ten Gryżda... gdyby córka przy nim była... z taką jak ona ma główką i z tém sercem... kto wie... mogła-by choć powstrzymać od zabrnięcia w nowe jakie błoto.
Jej tu spokojnie, dobrze.,.. to prawda — ale — obowiązek tam wola! Z daleka, samą tęsknotą po sobie, nie wiele ona dokaże... więcéj-by zrobiła na miejscu.
— A! zlituj się, Dziekanie! — przerwała Sędzina. — Co za myśl! Cbcesz mi ją odebrać. Ona tu odetchnęła dopiéro, a tam...
— Wiem, że jéj tu lepiéj — rzeki ksiądz Piszczała — lecz, droga pani moja, wejdź w siebie, pomyśl, rozważ, nie jest-że to obowiązkiem? nie powinnaż ona?
Sędzina sobie uszy zatknęła.
— Daj-że mi pokój.
Ksiądz Piszczała nastawał.
— Z taką mocą charakteru, jaką ona ma, z tym rozumem — mówił daléj — jestem przekonany, że powoli wiele by uczynić mogła. Gryżda, jeżeli się nie mylę, przynajmniéj co do rezultatu swoich zabiegów jest rozczarowany. Chwyta, jak tonący brzytwy, ludzi, jacy mu się nastręczają, choć pewnie ich należycie ocenia... nie wié, co robi... obłąkany jest. A że kocha córkę, tego jestem pewnym.
— Więc cóż? ma mu się narzucać sama! to niepodobieństwo — zawołała Sędzina. — Wiemy, że ją chciał mi z pomocą Bezdonowa gwałtem wziąć, ale żadnego zresztą kroku nie zrobił, by ją odzyskać. W tym domu sama, albo z taką Garlińska, to prawdziwo było-by męczeństwo; tu choć czasem ona Sołomereckiego zabawi, a on ją rezerwie... a w Dubińcach...
Dziekan jedném już słowem odpowiedział:
— Obowiązek! Nie pochwalałem jej oddalenia się z domu, a dziś, gdybym mógł, skłonił-bym ją do powrotu.
Brodzka nadto szanowała Dziekana, by się z nim ważyła sprzeczać; zamilkła, ale się jéj bardzo smutno zrobiło.
Wprowadziła rozmowę na opis wspaniałości Dubinieckich i śmiała się z nich, powtarzając: oszalał! jak Boga kocham, waryat.
— Otóż widzisz, kochana pani — dodał Dziekan — że gdyby ona tam była, niezawodnie-by do tych śmieszności i głupstw nie dopuściła.
Mniejsza zresztą o to, ale w ważniejszych sprawach, chybiony cel, o bałamucenie jego, mogą Bóg wić gdzie go popchnąć.
Nie głupi człowiek, tymczasem stracił rozum przez naglą zmianę położenia. Wielu się na wyżynach w głowach kręci.
Ksiądz Piszczała, gdy raz powziął myśl jaką, nie łatwo się jéj wyrzekał, a jeśli w niéj mieściło się pojęcie obowiązku, nie odstępował nigdy. Jednakże w czasie téj bytności swéj wstrzymał się, gdy Romana weszła, od potrącenia o ten przedmiot tak drażliwy. Nie było nawet mowy o Dubińcach, choć Gryżdzianka wiedziała, że z nich powracał.
Za drugą bytnością swoją, ksiądz Piszczała od niechcenia wtrącił pytanie, czy jéj téż nie tęskno za Dubińcami.
— Za Dubińcami! ah! nie, anim do nich bardzo nawykła, ani lubiłam. Ta myśl, że zostały wydarte... że na nich cięży..
Nie dokończyła i zapłakała.
— Za ojcem tęsknię — dodała. — Jakim on był dla ludzi, sądzić mi się nie godzi, ale dla mnie, muszę to przyznać, był zawsze najtroskliwszym, najlepszym, a dał mi to, co dla mnie ma cenę najwyższą... wychowanie. Jemu winiłam wszystko.
Dziekan z radością wysłuchał tego wyznania.
— Moje dziecko — rzekł, — przypomnij sobie, gdyś przybyła do mnie, com ci mówił! Zrozumiałem twój krok, ale go nie pochwaliłem.
— Cofnąć się dziś nie można, — odparła smutnie Gryżdzianka.
— Ja sądzę przeciwnie — odezwał się Dziekan. — Gdybyś miała odwagę i postanowienie, jabym...
Wstrzęsła się biedna dziewczyna.
— Ojcze mój — przerwała. — Zlituj się! Musiała-bym spełnić wolę ojca, mieszkać w tym nieznośnym pałacu i napawać się ciągle goryczą wspomnień.
— Ale-byś mogła być użyteczną ojcu — rzekł Dziekan — nie przebojem idąc z nim, ale dobrocią i łagodnością usiłując go nawrócić.
— Ja? jego? — odpowiedziała Romana. — Była obwiła, żem zbyt zarozumiale ufała w moje siły; przekonałam się, że mi ich braknie.
— Nie sił brakło — odrzekł Dziekan, — ale cierpliwości i rozwagi.
Romana zadumała się smutnie, a nadejście Sędzinéj zmieniło tok rozmowy.
Dziekan, nic nie mówiąc nikomu, pojechał w parę dni potem do Gryżdy. Zastał go zgryzionego, skłopotanego, zmęczonego swoim nowym życia trybem. Służba, dom, wszystko mu było ciężarem. Chodził jak struty, można było prze widywać, że ten stan ducha do nowych niedorzeczności go skłoni.
Nie wiedział, co z sobą robić, i projekta wygłaszał takie, że ksiądz Piszczała słupiał, słuchając.
— Mój panie Zenonie — rzekł do niego — ludzie prości czasem się wyrażają o kimś, co drogę stracił, iż się zbił z pantałyku. Otóż mnie się zdaje, że ty jesteś zbity z tego...
— A jakiż na to ratunek? — odparł Gryżda.
— Wiem, że radykalnego lekarstwa nie przyjmiesz — rzekł Dziekan, — lecz żebyś przynajmniéj coś zrobił rozumnego.
— Naprzykład?
— No, naprzykład, mógł by, córkę wezwać do siebie, łagodnie bez mściwych fuków.
— Ależ ja ją chciałem odebrać...
— Gwałtem, z pomocą władz — rzekł Dziekan. — Zmiłuj się!
— Niewdzięczne dziecko — zajęcza, Gryżda.
— Ja ją bardzo często u Sędzinéj widuję mówił ksiądz Piszczała — i podziwiam rozum, wychowanie, takt. Wierz rmi, że wcale niewdzięczną nie jest. Bardzo niedawno temu, słyszałem ją wyrażającą się, że ci wszystko jest winna.
— A dlaczegóż uciekła ode mnie?
— Ty to wiesz najlepiéj — począł Dziekan. — Z jéj uczuciem, delikatniejszém od twojego, widok tego pałacu, który się jej zdaje przywłaszczonym...
Gryżda ze złością ręką zamachnął.
— Niech ich licho porwie z pałacem i Dubińcami, — zawołał — mam ich już do syta. Gdyby mi pieniądze oddano, zrzekł-bym się ich dzisiaj.
— Wiész, że to być nie może, mój panie Zenonie — dodał Dziekan — a uderz się w piersi: te twoje pieniądze, czy prawnie ci się należą? czy wszystkie są nabyte tak, abyś... mógł się z nich jawnie wytłómaczyć?
— Prawnie mi nic zarzucić nie można — powtórzył Gryżda.
Westchnął ksiądz Piszczała, a gospodarz prędko podchwycił:
— Czy myślisz, księże Dziekanie, że ona-by mogła powrócić do mnie?
— Nie wątpię o tém — pośpieszył ksiądz Piszczała z odpowiedzią — ale pamiętaj, żeś ojcem, że ona jest młodą i że, choćby zawiniła przeciwko tobie, i ty nie jesteś bez grzechu.
Gryżda począł żywym krokiem biegać po pokoju.
Sama myśl ta, że mógł by odzyskać córkę, że ona by tu z sobą życie wniosła, dziwnie go poruszyła. Z Romaną wchodziły znów wszystkie utracone nadzieje.
Po krótkiém milczeniu, zwrócił się Gryżda do Dziekana:
— Powinniście Wy to zrobić, mój ojcze, aby mi ona wróciła.
— Mógł bym się o to starać, ale pod pewnemi warunkami.
— Naprzykład?
— Żadnych wyrzutów, przebaczenie.
— Tak, ale ona się ze mną obchodziła w ten sposób... Jestem ojcem; to było nie do zniesienia...
— A ty jak się obchodziłeś nieraz z ludźmi? Wzięła temperament po tobie.
Przerwano rozmowę, nadszedł ktoś, zwróciła się inaczéj.
Na odjezdnem ksiądz Piszczała już nie nalegał, chciał zostawić czas Gryżdzie do rozwagi, on sam pochwycił go za ręce i począł szeptać:
— Zrób to, aby Romana wróciła!
— Zobaczymy. Przygotowane więc było pojednanie, i przewidziéć łatwo się dawało, iż ono przyjdzie do skutku.
Sędzina wcale się tém nie cieszyła.
— Dziewczyna przepadnie przy takim ojcu! — powtarzała, bolejąc i skarżąc się przed wszystkimi.
Za pierwszą bytnością Sołomereckiego, nie mogła obawy swéj przed nim utaić.
— Wystaw sobie, mój Książę — rzekła: — Piérwszy raz w życiu zła jestem na Dziekana. Nastaje na to, aby Romana powróciła do ojca, i pewna jestem, że na swojém postawi.
Rzucił się, niemal oburzony, Sołomerecki.
— To nie może być!
— Przynajmniéj być nie powinno — dodała Brodzka. — Dla mnie będzie to wielka strata. W krótkim czasie nawykłam i przywiązałam się do niéj. Dom mi się mój długo będzie pustką wydawał.
Sołomerecki nie mógł przyznać się do tego, ale pomyślał, że i jemu bardzo panny Romany zabraknie, a szukać jéj w Dubińcach będzie niepodobieństwem.
— Dziekan, — mówiła daléj Sędzina, — gdy raz sobie co powie i weźmie do serca, ni ustąpi, aż do skutku doprowadzi. Zdaje mu się, że Romana jest jedyną istotą, mogącą wpłynąć na Gryżdę i... naprawić go! W tém kochany nasz ksiądz Ignacy łudzi się, bo Gryżdy się nie przerabiają, ale z nim o tém dysputować nie można. Dziewczyna padnie ofiarą.
— Bardzo mi jéj żal — odezwał się ze współczuciem Sołomerecki. — Widując ją w domu pani, rozmawiając często, mogłem ocenić pannę Romanę i dziwię się przymiotom umysłu, które w niéj odkrywam.
— Umysł umysłem, — zawołała Brodzka — zapewne, że i to coś warto, ale charakter, serce szlachetne i poczciwe uczucia, wielka prostota i szczerość są do podziwienia. Nigdy w świecie nie przypuszczałam, abym się ja mogła zakochać w córce Gryżdy, a jeśli mi ją odbiorą, złą będę okrutnie.
Sołomerecki siedział zadumany.
Nigdy może lepiej nie oceniał towarzystwa Gryżdówny, jak teraz, gdy je miał utracić. Weszła ona właśnie, gdy to mówili, z bardzo wyraźnym cieniem smutku na twarzy; przywitała Księcia, usiadła, a Sędzina wyszła z pokoju.
Drażliwego przedmiotu Maurycy wcale nie chciał poruszać, zapytując ją o powrót do Dubiniec. Widząc smutniejszą, niż zwykle, starał się rozerwać, ale mu się to nie udawało. Rozmowa, na różne przedmioty z kolei przeskakując, urywała się. Parę razy spojrzeli na siebie, smutek był w oczach obojga, i one mówiły o tém, o czém usta milczéć musiały.
Glosy dziewcząt, wychowanie Sędzinéj, dochodzące z sąsiedniego pokoju, dały Sołomereckiemu powód do mówienia o niéj, jéj dobrych uczynkach i całém życiu, tak excentryczném a pełném zasług. Gorąco wyraził się z wielkiém dla niéj uwielbieniem.
— Ja najzupełniéj Księciu wtóruję — dodała Romana, — patrzę na to jéj życie z blizka i codzień się bardziéj przywiązuję. Serce złote. A! jak mi boleśnie było-by się z nią rozstać! — dodała mimowolnie i, zaraz się postrzegłszy, iż niepotrzebnie się to jéj wyrwało, umilkła.
Sołomerecki podchwycił.
— Alboż się to stać może?
Gryżdówna podniosła główkę i spojrzała mu w oczy.
— Tak, — rzekła — jest to prawie nieuchronném. Być może i zapewne się stanie.
— Ja także będę wiele czuł na tém, — odezwał się Sołomerecki, — bo towarzystwo pani było dla mnie więcéj niż miłém, stało się potrzebą.
Zarumieniła się mocno dzieweczka.
— Bardzo to pochlebnem jest dla mnie, — odpowiedziała, — ale Książę pozwoli, abym tego inaczéj, jak za prostą grzeczność, nie wzięła.
— Mylisz się pani, — przerwał Sołomerecki — to nie jest wcale komplement, ale szczere wyznanie tego, co czuje. Zabraknie mi wielce tych naszych rozmów, w których mogłem z nią o tém rozprawiać, o czém tu z nikim już nie potrafię.
— Jakżebym ja na to odpowiedziéć powinna? — uśmiechnęła się smutnie Romana. — Dla mnie strata stokroć będzie większą.
Skłonił się Maurycy.
— Lecz — dodał — ja nie przypuszczam i nie wierzę, abyś pani Sędzinę mogła osierocić.
— Wszystko nieprzyjemne zawsze potrzeba przypuszczać — odpowiedziała Romana — bo w życiu ludzkiém ono się najłatwiéj sprawdza.
Powróciła Sędzina i przyniosła z sobą przedmiot nowy. Była podrażnioną i gniewną, a miała to w charakterze, iż oburzona, nie uspokoiła się, aż tego, co ją drażniło, nie usunęła i po swojemu nie rozwiązała. Przedmiotem jéj gniewu na teraz była jedna z dziewcząt, mająca matkę w miasteczku, którą dosyć często odwiedzała.
Panna Walerya (Walusia), starsza od innych wychowanie Sędzinéj, żywa, roztropna, ładna bardzo, była jéj ulubienicą.
Brodzka niespodzianie się dowiedziała właśnie z podchwyconego w książce od nabożeństwa liściku, że Walusia temu niegodziwemu bałamutowi, znanemu z płochości Kostkowi, dała się wplątać w romansik.
— Przy piérszém spotkaniu — zawołała rękami wywijając — niech się pan Kostek ma na baczności, bo go tak złaję i wytrę mu kapitułę, że całe życie popamięta.
Zaledwie dokończyła tę groźbę, gdy w progu ukazał się obwiniony. Sędzina się zaperzyła i zaczerwieniła; Romana, nie chcąc być świadkiem sceny nieuniknionéj, wysunęła się do drugiego pokoju. Sołomerecki chciał się pożegnać, ale go zatrzymała, poszedł więc za Romaną.
Tymczasem Kostek, któremu na odwadze nie zbywało, zbliżał się nieustraszony ku Brodzkiéj, mierzącéj go oczyma piorunującemu.
— Pani Sędzina dobrodziejka — począł.
— Jak Waćpan śmiesz i masz czoło — krzyknęła gospodyni, cofając się — po téj nikczemnéj, podłéj intrydze, którą śmiałeś zawiązać z moją wychowanicą, jeszcze mi się stawiać na oczy?
— Właśnie dla wytlómaczenia się tu przybywam — odparł niezmieszany wcale Kostek. — Proszę mnie posłuchać.
Bródka wstrząsnęła się, splunęła, założyła ręce na piersiach po napoleoński! — i milczała.
— Panna Walerya ma matkę — dodał Kostek. — Ja żadnego potajemnego z nią stosunku nie miałem, wiedziała o nim matka. Panna Walerya mi się podobała, kocham ją i proszę o jéj rękę.
Podniósł głowę do góry. Milczenie trwało chwilę, Brodzka go mierzyła oczyma.
— I Acanu się zdaje — odrzekla — że ponieważ Walusia nie ma nic prócz matki mrącéj z głodu, któréj ja daję ordynaryą, robisz jéj wielką łaskę, racząc się ofiarować na męża? Ale znany jesteś, jako stary bałamut; uczynisz ją nieszczęśliwą.
— Gdyby pani Sędzina posłuchać mnie raczyła...
Brodzka znacznie była ostygła, rozzbroił ją Kostek. Nie lubiła swatać i małżeństw kojarzyć, ale, gdy się raz składały same, pomagała chętnie do nich.
— Mów-że bez objeżdzek — wtrąciła — a nie kłam.
— Pani Sędzinie wiadomém być musi, że mam staruszkę matkę, którą kocham bardzo — mówił Kostek. — Ja ciągle na dyszlu, moja kochana matusia sama jedna, sługi — Boże odpuść, na nic się spuścić nie można. Potrzebuję kogoś, co-by mi mój skarb pielęgnował i żonę biorę więcéj może dla staruszki, niż dla siebie.
Rozśmiała się mimowoli Brodzka.
— A! ty adwokacie, wyparzona gębo! — krzyknęła — co ty mi chcesz oczy zamalować swoją macierzyńską miłością.
Złagodniała jednakże.
— No, to żeń się — odparła — ale pamiętaj, że ja Walusi jestem opiekunką, a będziesz złym mężem dla niéj, to ze mną do czynienia! rozumiesz?
Kostek przystąpił do pocałowania ręki wesoło.
— Niech pani Sędzina wybaczy — rzekł — i uważa mnie za sługę swojego. Ludzie o Kostku różnie mówić mogą, ale podłości mu nie zarzucą.
Złagodniała Brodzka, natychmiast kazała przywołać Walusie do swojego pokoju i poprowadziła z sobą do niéj Kostka. W czasie téj sceny, która niespodzianie szybko się zakończyła, panna Romana i Sołomerecki znajdowali się w drugim pokoju sami, i gdy po wyjściu Sędzinéj powrócili do salonu, na twarzach obojga widać było jeszcze ożywionéj snadź bardzo rozmowy odblask. Romana wesołą się zdawała, Sołomerecki swobodniejszym.
Po chwili Kostek z Sędziną powrócił do salonu, i musiała go tu prosić siedziéć, uprzedziwszy, żeby przy córce Gryżdy nie wyrwało mu się co przeciwko niemu.
Samonczek, wychowany sam przez siebie, Kostek był niezmiernie zdolny i zręczny, w każdém więc towarzystwie, choćby mu nie mógł dotrzymać, umiał się tak znaleźć, iż się na śmiech nie naraził. Wesół był przy tém i dowcipny, ale złośliwy.
Péerwszy raz mając zręczność zbliżyć się do Sołomereckiego, pragnął z tego korzystać i, zaprezentowawszy się, szepnął, jak bardzo oddawna pragnął poznać go i, gdyby można, stać mu się użytecznym.
Maurycy podziękował. Romana, znając Kostka z odgłosu, że był ojca jéj nieprzyjacielem zajadłym, wyszła, nie chcąc być narażoną na poznajomienie się z nim.
To natychmiast Kostkowi rozwiązało usta. Sołomerecki, ciekawy tego nowego typu domorosłego, pozostał. Sędzina, zbywszy się troski i gniewu za Walusie, była w najlepszym humorze. Kostek ją bawił.
— Przecieżeś, choć późno, przyszedł do rozumu — powiedziała po chwili. — Dawno ci się było potrzeba ożenić, a nie płocho zabawiać i bałamucić.
— Słowo daję pani Sędzinie, czasu nie miałem; — rzekł Kostek — jestem tym nieszczęśliwym chodatajem, którego rwą i on się rozrywać musi na wszystkie strony. Musiałem się naprzód kawałka chleba dorabiać, a że nie naśladowałem Gryżdy i jak pijawka nie umiałem się do nikogo przyczepić, wysilałem, nim się kawałeczka chleba doczekałem.
Na wspomnienie Gryżdy, Sołomerecki zmarszczył się i odwrócił.
— Daj Acan pokój Gryżdzie — rzekła Sędzina. — Każdy za swoje grzechy powinien pokutować, a Acan też masz ich dosyć.
— Tylko mi żadnego szelmowstwa nikt nie zarzuci — przerwał Kostek. — Moja dobra, kochana matka wychowała mnie inaczéj. Widzi pani Sędzina, że nawet na pieniądze nie gonię, kiedy się żenię z ubogą panienką, choć trafiały mi się inne partye.
— Walusia Acanu więcéj niż posag przyniesie — wtrąciła Sędzina. — Ale słyszałam, żeś i o pannę Benignę się starał — dodała z uśmieszkiem.
— Tak, temu lat dziesięć — zawołał Kostek — bo ja zawiędłych gruszek nie lubię.
— A rozerwałeś małżeństwo niedawno.
— Przypadkiem, Bóg widzi, przypadkiem — westchnął Kostek. — Gdybym był mógł przewidziéć, że taką przysługę wyrządzę nieprzyjacielowi, nigdyby tam noga moja nie postała. Com go zgubić chciał, uratowałem!
Śmiała się Sędzina, Sołomerecki wstał i przechadzał się po pokoju.
— Dzięki Bogu — dodała gospodyni po chwili — zwolna się wszyscy grzesznicy jawni nawracają. Acan się nareszcie żenisz, a Gryżda z córką się ma pojednać i mamy nadzieję, że ona go na dobrą drogę poprowadzi.
Kostek się rozśmiał.
— Miałby oddać Dubińce? — zawołał.
W tém Maurycy, posłyszawszy rozmowę, stanął przed nim.
— Za pozwoleniem — rzekł. — Co do Dubiniec, ja też głos miéć powinienem. Obwiniają wszyscy Gryżdę, i niewątpliwie serca i szlachetnych uczuć mu brak, ale w sprawie Dubiniec, przyznać muszę, iż daleko mniéj może winien jest, niż się wydaje. Ojciec mój odziedziczył majątek odłużony, nie miał ani możności, ani umiejętności oczyszczenia go. Ja byłem z dawna do straty téj przygotowanym, i — co się tycze mnie, nie obwiniam Gryżdy, chyba o brak delikatności, a téj się ja i nikt po nim spodziewać nie mógł.
— Jest to wspaniałomyślność ze strony księcia, brać go w obronę, — rzekł Kostek — ale cały świat go potępia.
Maurycy wziął za kapelusz i, nie chcąc już przedłużać rozmowy, pożegnał się i odjechał; Kostek, zaproszony na podwieczorek, do którego i Walusia miała wyjść, pozostał. Starając się przypodobać gospodyni, wysypał, jak z rogu obfitości, tysiące nowinek drobnych, drastycznych, śmiesznych, z których Brodzka była dosyć rada.
— Samo z siebie — rzekł ku końcowi rozmowy — że teraz, gdy mam szczęście z domu pani dobrodziejki brać za żonę jéj wychowanicę, pani mnie zaszczyci zaufaniem i mianuje swoim plenipotentem. Będę jéj służył dla samego honoru nazywania się jéj sługą.
— A ja pochlebców nie lubię — przerwała Sędzina — daj więc sobie i mnie pokój z komplementami.
Gryżdzianki przy herbacie nie było. Kostek więc mógł swobodnie mówić o swoim nieprzyjacielu.
— Tylko co nie widać — rzekł, śmiejąc się, jak go ci, co nań plwali i wyrzekali się go, poprowadzą do urzędu i gotowi na czele powiatu postawić. Taka u nas opinia... tacy ludzie...
Ma już Pałczyńskich, z których korzyść niewielka; ma nowego Radzcę, choć niewiadomo jeszcze, co to za ryba; Ksiądz Dziekan podobno wierzy w nawrócenie grzesznika; córka, jak słyszałem, powraca do niego. Czego się taki łotr więcéj już spodziewać może? Obmyje się i — będzie czysty. Tylko ja nigdy się z nim nie pojednam. — Kostek odjechał.
Do wieczerzy wychodząca Gryżdzianka wydała się Sędzinie smutniejszą, niż kiedykolwiek, zamyśloną jakąś i nie swoją, i przypisywała to niepokojowi, zbudzonemu oczekiwaniem powrotu do Dubiniec. Brodzka, widząc, że to było nieuniknioném, starała się ją pocieszyć.
— Przemogę się — mówiła do niéj — i gdy ty do tych Dubiniec powrócisz, doprawdy powlokę się chyba za tobą, tak mi tęskno będzie.
Romana rzuciła się ją uściskać.
— Wiem, jak to będzie wielka ofiara, ale uczyń ją pani przez miłosierdzie nade mną. Jeżeli w istocie Dziekan mnie zmusi do powrotu, o jedne łaskę prosić będę ojca i spodziewam się ją wyjednać, aby mi pozwolił w małym dworku pozostać. Będziesz więc pani Sędzina mogła odwiedzać mnie, nie widując więcéj nikogo. — Szepnęła, oczy spuszczając.
Zapowiedziana zmiana w Białym Ostrowie Sędzinie była-by jeszcze cięższą do zniesienia, gdyż Romana była jéj dusznie potrzebną; ale, na szczęście wyprawa Walusi, zajęcie się jéj zamążpójściem, mocno zatrudniło panią Brodzka i wprawiło ją w gorączkowy ruch.
Było we zwyczaju, że dziewczęta, wychodzące ztąd za mąż, albo małe wyposażenie, lub sutą otrzymywały wyprawę, nie wytworną, ale gospodarską. Sędzina więc, będąc nieprzygotowaną, musiała słać, jeździć, targować się, sprowadzać krawców, naradzać się z panną i Kosikiem, posługiwać Zamarskim.
Ile razy jednak, wśród tego zakłopotania, przyszedł jéj na myśl odjazd Romany, wzdychała:
— Co ja teraz bez niej pocznę!..
Gryżdzianka obiecywała jéj odwiedzać Biały Ostrów, ale Sędzina wątpiła, aby ojciec na to pozwolił, sama zaś zbyt często do Dubiniec przyjeżdzać nie mogła.
Dziekan tymczasem, kując żelazo, póki było gorące, Gryżde przygotowywał; chodziło już tylko o sposób, w jaki się pojednanie dokonać miało.
Uchwalono spotkanie się na probostwie u księdza Piszczały zkąd Gryżda miał wprost córkę zabrać do domu.
Dla Dziekana było to tryumfem i pociechą, Gryżda radował się także, zresztą wszyscy ubolewali nad losem Romany, a Sędzina mówić nawet o tém nie mogła, tak ją los ten bolał.
Sołomerecki podzielał jéj uczucie, lecz widział konieczność.
— Mnie także będzie bardzo żal panny Romany rzekł otwarcie — ale jak bardzo zatęsknię, gotów-em pojechać w odwiedziny do Symeona, aby się jéj choć z daleka pokłonić.
Sędzina spojrzała na niego znacząco.
— Doprawdy? — zapytała.
Maurycy w żart to obrócił.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.