Psiawiara/Tom I/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Psiawiara
Podtytuł Powieść współczesna
Pochodzenie „Kłosy“, 1884, nr 966-1005
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1884
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


VIII.

Nazajutrz, jak błyskawica, przebiegła po okolicy wiadomość, któréj z początku wierzyć nie chciano: Gryżdówna porzuciła ojca! Gryżdówna schroniła się do Sędzinéj!
Dodawano, fałszywie to sobie tłumacząc, że powodem było zamierzone ożenienie Gryżdy z wdową Garlińska. Pozór w istocie usprawiedliwiał plotkę, bo wdowa była w Dubińcach, a przyjazd jéj wygnał Romanę z domu.
Jeden Fiszer tylko rozumiał to inaczéj, bo był wtajemniczony.
Panna Romana stała się na jakiś czas bohaterką, o któréj wszyscy mówili z uwielbieniem. Każdy ciekawym był ją widziéć.
Z ożenienia z Garlińska śmiano się szyderczo, biorąc je na seryo.
Drugiego i trzeciego dnia goście płynęli do Białego Ostrowu nieustannie, ciekawi Gryżdziankj, ale ta się nie pokazywała.
Sędzina z troskliwością wielką natychmiast jéj urządziła śliczne dwa pokoiki na piąterku od ogrodu i z rubasznością swą, otwartością a dobrocią, potrafiła sobie serce jéj pozyskać.
— Bierz mnie tak, jak jestem, — powiedziała na wstępie Romanie. — Nazywaj mnie Kozakiem, mam męzki charakter i wychowanie odebrałam przy ojcu nie kobiece. Klnę i łaję czasem grubo, prawdę rżnę nie obwijając, ale... jak kogo kocham, serce mam dobre.
Choć jéj samej wiele brakło, Sędzina poznała się na Romanie, jéj wychowaniu i przymiotach umysłu, ale dla niéj gruntem był charakter.
Nauczanie dziewcząt było tylko pozorem do opanowania Gryźdównéj, gdyż w istocie nie potrzebowały one tak wysoko wykształconéj nauczycielki. Brodzka wytłómaczyła się, że to musi być odłożone na późniéj.
Romana pozostała zupełnie swobodną; wstręt jéj do ukazywania się ciekawym gościom zrozumiała Brodzka i po prostu wypędzała ich.
Tylko drugiego dnia przybyły Fiszer został przypuszczony do widzenia się z panną Romaną.
— Niestety, — rzekła, rękę mu podając i smutnie się uśmiechając — widzisz pan, jak słabą jest kobieta: zamiast walczyć, ociekłam z pola bitwy.
Fiszer ofiarował się jéj, jeżeliby mu to poleciła, jechać do ojca i postarać się przynajmniéj o to, aby fortepian i książki, na których brak uskarżała się, pozwolił jéj zabrać.
Gryżdówna nie zgodziła się na to.
— Była by to słabość z méj strony i dzieciństwo — odezwała się — wolę być pozbawioną wszystkiego, niż okazać się tak dotkniętą stratą małą, gdy największa boleść, strata ojca, mnie uciska! Oddaj mi pan ojca, jakim ja go miéć pragnę...
Nie pojechał więc doktor do Dubiniec, i nie zjawił się tam teraz nikt z kondolencyą. Gryżda rad się był pozbyć Garlińskiéj, ale ta jakoś wyjeżdżać nie chciała.
Napróżno jéj tłomaczył, że, nie mając w domu córki, nie potrzebował jéj do towarzystwa, a pałacu teraz nie pilno mn było meblować.
Skończyło się to jednak małą pożyczką pieniężną i zaprzężeniem do koczyka, który odwiózł wdowę do jéj dworku w miasteczku.
Wszyscy nieprzyjaciele Gryżdy tryumfowali, cieszyli się, śmieli z niego i ciekawi byli, co on teraz pocznie.
W istocie on sam nie wiedział długo, co ma z sobą uczynić. Gniewał się na Romanę; cel życia jego był chybiony: Został sam jeden, wzgardzony i odrzucony przez wszystkich, z dostatkami, z którenmi nie wiedział, co robić.
Czuł się zwichniętym.
W takim stanie przygnębienia zastał go przybyły nie rychło Pałczyński stary. Oczewiście teraz już o wydaniu córki za jego syna mowy nie było, bo wieść chodziła, że ją ojciec wydziedziczy; ale ex-Marszalek umiał każdy skład okoliczności wyzyskać, miał teraz plan inny.
Z twarzą posępną powitał Gryżdę w ganku i wszedł z nim do pokoju.
— Przybywam jako przyjaciel — rzekł — z serdeczną kondolencyą. Kochany Gryżdo, cóż się to stało! O czasy, o obyczaje! Otóż-to wychowanie teraźniejsze. Ja zawsze powiadam, że kobiet, wysoko wykształcać nie należy, bo im się zaraz w głowie zawraca.
Milczał Gryżda, usta gryząc.
Siedli, Ex-Marszalek, długą jeszcze z podobnego tematu perorę wygłosiwszy, do milczącego gospodarza odezwał się nagle:
— Mój panie Zenonie, otrząśnij się tylko z tego przygnębienia. Co u licha! Sześćdziesięciu lat nie masz. Żeń się.
Wyraz ten, który z naciskiem i powagą wyrzekł Pałczyński, był brzemienny następstwami.
Z razu Gryżda syknął:
— Co znowu! ja!
— A, jak mi Bóg miły! Jesteś zawiodły, ale krzepki. Masz majątek pański, o żonę nie będzie ci trudno.
Tu Pałczyński począł wymownie dowodzić, popierając się przykładami, iż podobne małżeństwa bywały bardzo szczęśliwo, gdyż niewiast młodość trwa krótko.
— Rozumie się — dodał, — powinieneś sobie dobrać kobietę młodą, ale nie do zbytku, w tym wieku, w którym się wszystek wdzięk rozwija.
Pan Zenon jakoś rady téj nie brał do serca. Myśl podobna mu nigdy nie przyszła, a w istocie był to najlepszy sposób pomszczenia się nad Romaną.
Es-Marszalek nie miał zamiaru wzięcia szturmem twierdzy, była to próba. Rzucił myśl i odjechał.
Utkwiła ona w Gryżdzie.
— Dla czego-bym się nie miał ożenić? — począł mówić sobie nazajutrz. — Myśl nie głupia. Żenią się ludzie w moim wieku.
Sceptycyzm i niewiara w ludzi odradzały wprawdzie, lecz Gryżda powiedział sobie, że żonę potrafi utrzymać. Oswoił się z wolna z tém, nie przyznając sam może przed sobą, że... gotów był zrobić to głupstwo. Tak je nazywał.
W istocie straszną próżnią czuł w sobie. O pojednaniu i ustępstwach córce ani myślał, bo natury i przekonań wyrzec się nie mógł.
Pieniądze robić dla posiadania ich, nie zaspokajało. Był chciwym i skąpym, ale przez całe życie nosił się z tém, że uzyska siłę jakąś i będzie jéj używał. Tymczasem nie było jéj jak użyć.
Wzgardą odpychali go wszyscy, potrzeba było chyba wynieść się gdzieś, zmienić atmosferę, szukać ludzi innych, rozpoczynać życie nowe.
Na to czuł się za starym.
Pałczyński, wielki człowiek do małych rzeczy, bardzo prostych używając środków do rozwiązywania zadań trudnych, przybył raz drugi.
— A co? namyśliłeś się? — rzekł. — Słowo daję, żem ci radził, jak bratu. Żeń się... żeń się.
Gryżda, po krótkiéj rozprawie, sam nie wiedział, jak się mu wymknęło:
— Gdzież? z kim?
— Słuchaj że — zakrzyczał Pałczyński — weź mnie za swata. Dam ci żonę, co się zowie ładną, nie starą, no i nawet z posążkiem. Nie wiele tam tego jest, no, ale i to się przyda. Powiadam ci, jak łani, lat trzydzieści, sam wiek. Łagodna, dobra, gospodyni jakich szukać.
Gryżda zapatrzył się, zasłuchał i przebąknął;
— Któż taki? — Rodzona siostrzenica moja — zaśmiał się Pałczyński. — Bąkiewiczówna. Benisia.
Ponieważ pan Zenon nie zaprotestował, ex-Marszałek pośpiesznie ciągnął daléj:
— Kupić nie kupić, potargować można. Rozumie się, że nikt o tém wiedziéć nie powinien. Przyjedź do mnie na obiadek. Benisia się znajdzie, zobaczysz ją. Podoba ci się, ja w tém, trudności żadnéj nie będzie, pójdzie jak z płatka.
Zręczny Pałczyński, pomimo wymówek i ociągania się Gryżdy, czuł, że go już miał w garści.
Zaprosił gwałtem na obiad.
Gryżda się już nic opierał, był wzięty.
Słówko o pannie Benignie.
Wizerunek jéj, skreślony przez wuja, co do powierzchowności zgadzał się z oryginałem; co do metryki, trochę się mylił; co do przymiotów, nieco ciemne strony złagodził.
Panna Benigna była w istocie gospodarną, pracowitą, ale samowolną i całe życie marzyła tylko o błyszczeniu na wielkim świecie.
Nie wyszedłszy za mąż, bo zawsze za wysoko sięgała, bawiła się teraz gospodarstwem u matki, i plotkami, które złośliwe jéj usteczka roznosiły z upiększeniami.
Czynna, ruchawa, potrzebująca się ciągle czémś gorąco zajmować, była postrachem sąsiadów. Trzydzieści kilka lat przeżywszy na świecie, nie mając do niego szczęścia, mściła się na nim zjadliwością wielką. Widziała go z najgorszéj strony, lecz w potrzebie umiała być samą uprzejmością i łagodnością.
Obawiano się jéj powszechnie.
Gryżda, jako żyw, nie słyszał o niéj, nic znał i nie wiedział, czy żyła.
Projekt wujaszka przyjęła panna Benigna, całując jego ręce.
Wprawdzie był to — psiawiara, osławiony człowiek, uchodzący za łotra; ale — miał Dubińce...
Panna Benigna mówiła sobie, że go weźmie w kluby i zrobi z niego, co zechce. Stosunkowo była młodą...
Dnia jednego, gdy już u Sędzinéj Romana była spoufalona i jakby domowa, nadjechał Fiszer, który teraz często tu zaglądał.
Gdy panna wyszła, pochylił się do ucha Sędzinie;
— Wie pani nowinę?
— Nie pytaj, ale mów! Cóż takiego?...
— Gryżda się żeni!!
Brodzka skoczyła z kanapy.
— Oszalał, czy co?
— Pałczyński go tak uwikłał.
— Z kim?
— Z siostrzenicą jego, Benisią.
Sędzina dobrze ją znała.
— Wiesz — rzekła — to palec Boży! ta kobieta zapłaci mu za wszystko... Dobrał sobie...
Fiszer ruszył ramionami.
— Niéma wątpliwości, że robi to, aby pomścić się na córce...
Zatajono przed Romaną wiadomość, zresztą jeszcze niezbyt pewną.
Z Gryżdą odbywał się proces jakiś osobliwy, w którym on sam nie widział jasno. Zimny, rozumny, obrachowany w calłém życiu, chlubiący się tém, że nie postawił nigdy żadnego fałszywego kroku, od chwili, gdy zdawało się, że coś osiągnął — stracił panowanie nad sobą i chwiał się.
Ta obojętność, z jaką wprzódy patrzał na świat, zmieniła się w rodzaj powolnéj, wewnętrznéj, trawiącéj gorączki zbierania owoców, a które tak długo pracował. Były mementa, w których odzyskiwał dawne panowanie nad sobą, lecz po nich następowało jakieś upojenie własném nieszczęściem... i rozpaczliwa chęć zwyciężenia przeciwnego losu — bądź co-bądź...
Zwykle logiczny i podejrzliwy, ściśle obrachowujący możliwe następstwa — teraz łapał się sam na paradoxalnych wnioskach i nadziejach... Jedném słowem, był to człowiek zwichnięty. W ten sposób czasem ogłupia człowieka nędza i upadek, niekiedy sanmo szczęście, jeżeli nie przynosi tego, co obiecywało.
Gryżda nie poznawał sam siebie. O wszystko obwiniał córkę...
Teraz potrzeba ją było wykreślić całkiem z rachunku i na nowo go rozpocząć. Ożenienie zdawało się zdolném wszystko wynagrodzić. Najprzód; nie potrzebował już Romany — żona mu ją miała zastąpić; powtóre: Pałczyńscy, choć nie zbyt świetnie stali w obywatelstwie, mieli stosunki i niewątpliwie mogli go z pod ostracyzmu, jaki na nim ciążył, oswobodzić.
Tak sobie rozumował Gryżda, pochwycony, złapany, ujęty.
W sercu tak wyschłém, jak jego, uczucie żadne dla kobiety zrodzić się nie mogło, lecz przyszła jego żona była kobietą piękną, wymowną, zręczną, śmiałą — był to sprzymierzeniec nie do pogardzenia.
Wahał się jeszcze Gryżda, gdy go tak zręcznie podprowadzono, że słowo mu się wymknęło i na prędce zaręczyny się odbyły.
Nie było czasu do stracenia, więc ślub zapowiedziano prędki.
Dopiéro gdy już klamka zapadła, Gryżda ochłonął. Wszystkie następstwa ożenienia niewłaściwego stanęły mu przed oczyma. Sam z siebie począł szydzić, łajał się, ale nie cofnął.
W sercu jego, co nigdy miłości nie znało, jedno tylko przywiązanie do dziecka, latami dlugiemi krzepione, silném jeszcze było. Nie przyznawał się do tego, ale strata Romany była mu dotkliwie bolesną. Czekał, ażeby dała choć znak życia... byłby przebaczył... nie odezwała się...
Mścił się, kochając ją jeszcze, dla tego właśnie, że kochał... choć sto razy na dzień powtarzał:
— Znać jéj nie chcę! wyrzekam się. — Zachodził do jéj pokojów, dotąd w tym stanie będących, w jakim je pozostawiła Romana; przechadzał się, patrzył na rozrzucone książki i nuty oczyma ołowianem: i, nie mogąc widoku tego znieść, odchodził gniewny.
Zły był na siebie, że serce słuchać go nie chciało. Panna Benigna, która to przywiązanie miała zastąpić, nie obudzała w nim najmniejszego ku sobie. Rozrywała go paplaniem, chwilami widział ją piękną; ale, osobliwa rzecz, po zaręczynach czuł do niéj nienawiść prawie, że go doprowadziła tak daleko.
Ożenienie w prędce nastąpić mające Gryżdy stało się fabułą okolicy, przedmiotem śmiechów i przypuszczeń, wcale dla obojga państwa „niemłodych” niepochlebnych.
Wrażenie, jakie ta wiadomość na innych sprawiła, wszakże się porównać nie mogło z uniesieniem i radością, jaką wybuchnął Kostek, dowiedziawszy się o niéj. W życiu bałamuta, który kochał się, intrygował, zapalał do pięknych oczek, ale żenić się odwagi czy szczęścia nie miał — panna Benigna przed lat dziesiątkiem bardzo wielką grała rolę. Romansowali z sobą dłużéj niż rok, Kostek już prawie był zdecydowanym stężenie, gdy zamożniejszy obywatel zbliżył się do panny Benigny, a Kostek z nią zerwał. Osiadła panna na koszu, on pozostał starym kawalerem, lecz miłość ta w sercu jego i pamięci niezupełnie wygasła. Były w niéj chwile zmysłowych czy dusznych wzruszeń, których się nie zapomina.
Panna Benigna teraz miała wyjść za wroga jego!! Co za zrządzenie osobliwo! Gotów się był i z wrogiem pozornie przejednać, i pannic przypomniéć, a dawne stosunki na nowo zawiązać. Stary i obrzydły mąż z jednéj strony, z drugiéj stara miłość niedokończona...
W sumieniu Kostka miłość wszystko usprawiedliwiała: zdradę, podłość, kłamstwo; miał bowiem za zasadę, że jéj potędze nic się nie mogło opierać.
Po krótkim namyśle, Kostek dwa dni szukał jakiegoś pozoru, aby mógł zajechać do Pałczyńskich za interesem, a że stosunki miał liczne i zręcznym był bardzo, znalazł wreszcie prawne jakieś zawikłanie, w którem Pałczyński był zamieszany. Napchawszy kieszeń papierami, siadł na bryczkę i pojechał.
Z panną Benigną po zerwaniu stosunków Kostek się widywał. Wina nie była z jego strony, panna obchodziła się z nim grzecznie i wobec niego przybierała minkę melancholiczną, zadumaną, jakby przeszłości żałowała.
Obrachował Kostek, iż zaraz po godzinie obiadowéj u Pałczyńskich stanąć powinien. Chciał tylko odświeżyć dawne wspomnienia, zabawić krótko i odjechać.
Ale bryczka wszystko popsuła. Niespodzianie koło się rozsypało, bo się od skwaru rozeschło, potrzeba było nowe dostać, spóźnił się o godzin parę. Nadchodził wieczór, gdy wszedł do salonu i znalazł w nim ex-Marszalka z Gazetą Warszawską w ręku (chorował na polityka), a pannę Benignę zadumaną w oknie.
Niespodziane odwiedziny natychmiast się wytlómaczyły papierami dobytemi z kieszeni, a gdy Pałczyński je czytał, okulary włożywszy, Kostek z zalotnością i uśmiechem na ustach zbliżył się do panny Benigny.
Zarumieniona mocno, przyjęła go, dając mu uczuć, że wcale o nim nie zapomniała.
Wesoły, żywy, żartobliwy, choć sentymentalny, Kostek począł jéj winszować.
Z wielką przykrością i wstrętem przyjęła to panna, skrzywiła się, nadąsała, a oczy jéj więcéj powiedziały, niż usta. Wskazała na wuja zatopionego w papierach, obwiniając go o to.
Ponieważ ex-Marszałek cały był pogrążony w czytaniu, i mówić głośno, aby mu nie przeszkadzać, nie wypadało, panna Benigna skinęła, aby wyjść na ganek.
Po cichu skierowali się ku drzwiom otwartym. Ale w ganku właśnie przypiekało zachodzące słońce; o dwa kroki od niego zaczynała się cienista alea lipowa. Rozmawiając o przeszłości, skierowali się ku niéj. Coraz żywiéj i goręcéj sprzeczano się i jednano.
Kostek zaprzysięgał się, że nigdy w sercu jego miłość nie wygasła.
Wiedział, że się na żadne nie narażał niebezpieczeństwo, bo uczucie jego krociów Gryżdy przeważyć nie mogło.
Zapomnieli się oboje, na nowo odświeżając przed dziesiątkiem lat zeschłe kwiatki.
Panna Benigna nawet nie przypomniała sobie, Że Gryżda, który dnia tego był na obiedzie i pojechał do swoich Hrebek, miał na wieczerzę powrócić.
Być może, iż nadto była pewną siebie, aby się czegokolwiek obawiać.
Właśnie w chwili, gdy usiadłszy na ławce pod kasztanem, w najlepsze rozprawiali o miłości, a Kostek się zaprzysięgał, iż dla niej gotów się nawet z wrogiem przejednać, co panna Benigna w żart obróciła, Gryżda nadjechał.
Wszedł do salonu i znalazł Pałczyńskiego, jeszcze w papierach zatopionego.
— Przepraszam cię, panie Zenonie — rzekł do niego — to ten osieł Kostek mi tu przywiózł papierzyska.
— Kostek? — z twarzą zapłonioną zawołał Gryżda. — On tu jest?
— A jest... wyszedł przed chwilą z Benisią na ganek — rzekł Pałczyński. — Chwileczkę tylko przejrzę ten akt i służę ci.
Gryżda nie czekał na tę wymówkę. Kostek z panną Benigną! z jego narzeczoną razem... gdzie!...
Zakipiało w nim wszystko.
Na palcach, cicho, skradając się, wysunął się do ganku. Tu ich nie było; poszedł do ogrodu.
Z ulicy mógł dostrzedz siedzących na ławce, a tak sobą zajętych, że go nie widzieli wcale.
— Ciekawym, co też oni mówić mogą z sobą! — zawołał z gniewem.
Krokami drżącemi skierował się na prawo.
Rozmowa, którą miał podsłuchać, była wielce zajmującą. Kostek się tłómaczył, iż nie on nadwerężył ten węzeł święty, który go łączył z panną Benigną.
Panna usiłowała go przekonać, że i na niéj nie ciężyła wina, że zazdrość go zaślepiła.
Przypominając tak przeszłość ze szczegółami może zbytecznemi, i pan Kostek, i Benisia, dowodzili, że jéj nie uważali za skończoną. Miłość trwała.
— Ja — mówił Kostek — jak Boga kocham, gotowem, dla miłości pani mojéj, podać rękę temu infamisowi.
— Panie, jest to mój narzeczony! — westchnęła panna.
— I pani tego kościanego dziadka znosić będziesz musiała? — wtrącił Kostek.
— Losy kobiety nie zawsze jéj się sercem i uczuciem rządzić dozwalają.
Szła rozmowa w tym tonie daléj, robiło się ciemnawo, nie możemy zaręczyć, aby pocałunek jaki nie zapieczętował księgi wspomnień! Zaszeleściało coś w zaroślach.
Panna Benigna się ocknęła nagle, porwała z ławki i, trochę niespokojna, poprowadziła Kostka ku domowi.
W salonie, przy jednéj, tymczasowéj, świecy rurkowéj, która płynęła, bo drzwi otwarte na ogród płomień jéj poruszały, siedział jeszcze ex-Marszałek nad papierami.
Gdy Kostek wszedł z Benigną, obejrzał się, okulary położył i zapytał:
— A pan Zenon?
Benisia zarumieniła się okrutnie i drgnęła cała.
— Przed chwilą tu był. Sądziłem, że szukał cię na ganku. Musiał pójść do ogrodu. Nie było odpowiedzi. Kostek się zbliżył, nagląc o odpowiedź w interesie, panna Benigna wysunęła się szybko. Gryżdy widać nie było.
Posiano go szukać, na herbatę.
Weszła niespokojna panna Benigna.
— Cóż to jest? gdzie się podział pan Zenon? — mówił Pałczyński.
— Przepraszam, — odezwał się Kostek, — ale to ja pewnie przyczyną jestem, że nie przychodzi. Byliśmy z nim oddawna na bakier, choć nie z mojéj winy... być może... Ale ja, — przerwał sobie Kostek, patrząc na zegarek, — jestem zmuszony państwa pożegnać. Czekają na mnie.
Tu w krótkich słowach rozprawił się z cx-Marszałkiem, nie dał zaprosić na herbatę, skoczył na bryczkę i odjechał.
Blada stała panna Benigna w pośrodku salonu.
— Ale gdzież-no się zaszył Gryżda? — począł gospodarz. — Przecie u mnie w domu nie zjadł-by go. Co się z nim stało? Widziałem, jak na ganek się wysunął.
Gdy to mówił, wszedł służący, oznajmując o herbacie.
— Ale wyszukajcież Gryżdę! — rzeki Pałczyński. — Musi być w ogrodzie.
— Gdzie tam, proszę jaśnie pana! już dobry kwadrans, jak siadł na bryczkę i... odjechał.
Pałczyński zaczął się niecierpliwić i dąsać, nie mogąc sobie wyjazdu wytłumaczyć inaczéj, jak tém, że on dla niego nie porzucił papierów.
Panna Benigna domyślała się, czuła, że coś innego zajść mogło. Stała przybita i niema, serce jéj biło trwogą.
— Być może — odezwała się, — że, nienawidząc Kostka, nic chcąc się z nim spotkać, uciekł po prostu.
— Ale ja mu o nim mówiłem i potém przecie poszedł do ogrodu, a nie w dziedziniec. Więc nie myślał o ucieczce.
Mimowolnie Benisia ręce załamała.
— Niéma wątpliwości — zawołała. — Przysiedliśmy na chwilę na ławce, zobaczył mnie z nim...
Marszałek wpadł w gniew wielki.
— Czegóż się miał znowu tem fonnalizować! głupi-by był. To nie może być... — począł wołać.
Siostrzenica wyszła z pokoju.
Nie potrzebujemy opowiadać, jakie wrażenie na Gryżdzie uczyniła podsłuchana rozmowa narzeczonéj z dawnym wielbicielem.
W początku do wściekłości go to doprowadziło, potém niemal się uradował.
— Zerwę! — zawołał, — los mnie uratował od zrobienia głupstwa.
Nie zastanawiając się już dłużéj, przedarł się przez zarośla wprost do furtki, prowadzącéj na dziedziniec. Konie stały zaprzężone.
— Do domu! — zawołał siadając — a żywo!
Obawiał się, aby nie goniono za nim. W drodze odetchnął swobodniéj. Lżéj mu się zrobiło.
— Ocalony jestem — rzekł, — ocalony. Piękniébym się był ożenił... Tak lepiéj; odsyłam jutro pierścionek; wolnym będę... niech ich dyabli porwą!
Woźnica, odebrawszy rozkaz smagania koni, spełnił go ochoczo. Oblane patem, stanęły przed dworkiem w Dubińcach.
Nie zdejmując nawet czapki z głowy, Gryżda ręką drżącą siadł pisać list do panny. Zdarł go razy parę, szorstko wreszcie pożegnał ją, radząc, aby wierna staréj miłości, wyszła za togo, którego kochała. Pierścionek w kopertę włożył i tegoż dnia posłańca konnego wyprawił.
Pałczyński bardzo był niespokojny.
Ożenienie z panną Benigna było rozgłoszone, sam on się niém chwalił.
Zerwanie było uwłaczającém dla domu, potępiającém dla Benisi.
— Ale ja go nie puszczę — mówił w duchu Marszałek — a on zerwać nie może.
Jeszcze trwały o tém rozprawy i późno już było, gdy posłaniec nadjechał z Dubiniec. Panna, zamiast omdleć, zawołała:
— Łajdak!...
I rzuciła papierem o ziemię.
Pałczyński się wyprostował i nadął.
— Za pozwoleniem — rzekł — ja nie dopuszczę tego, co sławie dobréj domu szkodzić może. Zażyjemy go z mańki; żenić się musi, a nie... to niech go Ernest wyzwie. Nie zechce wyjść... spoliczkuje go na rynku.
Trząsł się cały z gniewu Marszałek.
Benigna poszła do swego pokoju, przekonana, że to się na nic już nie przyda.
Ernesta, jak najczęściéj, tak i teraz, w domu nie było, Nazajutrz musiano rozesłać, aby go szukać po tych dworach, w których grywał i pijał z wesołymi towarzyszami. Dopiéro dobrze z południa nadjechał kwaśny, bo zgrany do szeląga i z długiem honorowym.
Ojciec mu prawie z bryczki zsiąść nie dał, krzycząc już i wywołując to, po co go ściągnął.
Nic w święcie przyjemniejszym być nie mogło panu Ernestowi nad awanturę. Twarz mu się rozpogodziła... Wszedł z ojcem do domu, z góry mu potakując i zapewniając, że bić, zabić, policzkować jest gotów, że on na to, jak na lato.
— Pal że list do tego psiawiary — rzekł Pałczyński — i staw mu dilemma: albo niech się szelma żeni, albo niech się strzela... a nie zechce się bić... kijem go...
— Nie, w ucho! w ucho! — dodał, śmiejąc się, Ernest...
Gotów do bicia, młodzieniec, do napisania listu musiał wezwać pomocy ojcowskiéj i koncept jego przepisał...
Nie zwlekając ani chwili, odprawiono pismo do Dubiniec. Nie spodziewał się go bynajmniej Gryżda, czuł się tak uprawnionym do odesłania pierścionka podsłuchaną rozmową, że nie mógł przypuścić następstw podobnych.
Odebrawszy list, odczytawszy go, podumawszy... na wszystko był gotów, oprócz ożenienia.
Wrócił w nim ten stary Gryźda, który niczego się nie obawiał, oprócz, aby mu owocu pracy, jak ją zwał, nie odebrano...
— Obije mnie — rzekł do siebie — to co? Na śmierć przecie nie może tłuc... Strzelać się, ani myślę, żenić — za nic w świecie. Będę ostrożnym i wezmę z sobą parę drabów ze wsi, gdy będę wyjeżdżał z domu.
Z tém mocném postanowieniem usiadł Gryźda do odpowiedzi. Wcale go to nie trapiło, że pannę musiał obwinić — delikatność nie była w jego charakterze.
Z wiernością protokólisty opisał w liście podsłuchaną rozmowę pod kasztanem, zapytując pana Ernesta, czy on, podobną podchwyciwszy, ożenił by się, chociażby z najukochańszą mu osobą. Co się tycze pojedynku, Gryżda otwarcie oświadczył, że bić się nie umie i nie będzie, a napaści starać się musi uniknąć, saméj pogróżki mogąc sądownie poszukiwać.
List był zimny, z logiką i zręcznością wystylizowany, czego niepodobna, było zaprzeczyć...
Starego Pałczyńskiego niemal przekonał, że nie było już co robić z Gryżdą; młody zaś oświadczył, że publicznie obije albo spoliczkuje łajdaka...
Ale — na co się to przydać mogło??
Katastrofy téj Pałczyńscy, bądź-co-bądż, starali się nie rozgłaszać, spodziewając się, że, gdy rzecz pójdzie w odwłokę, zatrze się to, zapomni i złoży na tego łajdaka Gryżdę. Ale dochować tajemnicy, gdzie są słudzy, gdzie jeżdżą posłance, gdzie garderobiana pod drzwiami podsłuchuje, jest niepodobieństwem.
Kończy się to na balamutném przekręceniu wiadomości, która idzie w świat pod postaciami, jakie jéj złość, dowcipkowanie i fantazya nadają. Tu zaś były pewne dane, które nie dozwalały wiele się omylić w domysłach.
Przybycie Kostka... potem Gryżdy... naprowadzały na drogę...
— Gryźda się żeni — nie żeni. Zerwał... Popstrzykali się... mówiono w sąsiedztwie. Kostek tam palec umoczył... o! to frant! zemścił się na pannie, która go dawniéj odpaliła.
Tak powtarzano w sąsiedztwie, dopóki pan Ernest, podchmieliwszy sobie u jednego z przyjaciół, wszystkiego nie wyśpiewał od a do z.
Miało się czém zabawiać sąsiedztwo... Tymczasem w Dubińcach panowała trupia cisza, przerywana tylko nielitościwemi gniewy i łajaniem; Gryżda za próg się wychylić obawiał, choć interesa go zmuszały, lękając się spotkania z Ernestem, który w istocie czatował nań w miasteczku dni kilka...
U niego nie bywał nikt, życie stawało się męczarnią tém straszniejszą, że z niego żadnego wyjścia nie widział... Trzeba było niepospolitego hartu duszy, aby ciężar ten dźwigać... Od rana do wieczora jedna myśl, tłocząca mózg, uciskająca serce: co począć? Wspomnienie Romany stało się znowu gorętszém, dokuczliwszém, boleśniejszém...
— Gdybym choć ją miał? życie było-by mi znośniejszém! — wzdychał. Dwa tygodnie upłynęły od wymiany listów z Pałczyńskimi, gdy pan Zenon, bijąc się z sobą, walcząc, namyślając, wpadł na to wreszcie, że córka nie była pełnoletnią, że opuszczać domu rodzicielskiego nie miała prawa, i że danie jéj przytułku przez Sędzinę mogło się uważać za — pogwałcenie jego rodzicielskiéj opieki...
Z tém nie woźna się było udać gdzieindziéj, jak do Naczelnika powiatu, kniazia Bezdonowa. Jak się on obchodził z Gryżdą, widzieliśmy u Natana... lecz... zdawało mu się, że w tym razie... musiał wziąć jego stronę...
Potrzeba było jechać do miasteczka, gdzie mógł czatować pan Ernest, tak chciwy awantury... Rachował na to pan Zenon, że po dwu tygodniach przecież na czatach ciągle stać nie może... Dwóch silnych parobków wsadziwszy na kozioł obok siebie, nie zajeżdżając nigdzie tylko wprost do kniazia, nic mu zagrażać nie mogło...
Potrzeba było choć aprobować wyrwać się z téj toni...
Dżdżysty dzień wybrawszy umyślnie, z eskortą swą, acz nie bez strachu, Gryżda przedsięwziął wyprawę...
Takim ludziom, jak kniaź Bezdonow, przyznają „szeroką naturę“. W nim szczęściem rozpościerała się ona nie w zwykłym kierunku bezmyślnym a bezbrzeżnym, ale, przy wielu wadach lekkiego wychowania, miała w sobie cechę szlachetną.
Wprawdzie kniaź lubił wesołe towarzystwo, kobiety, nawet karty, nadewszystko elegancyą; ale był to człowiek nie cierpiący nic trywialnego, gminnego, brudnego.
To upodobanie w rzeczach pięknych, jasnych, rozciągało się u niego i do strony moralnéj. Cześć i dobra sława przedewszystkiém. Serce miał także szerokie, aż nadto miękkie może; lecz honor stał na straży, aby go ono za daleko nie zaprowadziło. Powszechnie lubiony i szanowany, nie miał prawie nieprzyjaciół, ale wielu zawistnych, którzy mu za złe mieli, iż go nadto kochano.
Dom, zajmowany przez kniazia, był prawdziwém cackiem. Niegdyś, w szczęśliwszych czasach młodości, na wielkim wychowany świecie, Bezdonow miał smak dobry i poczucie piękna.
Trochę nad możność swą, lubił elegancyą we wszystkiém, lecz na partykularzu ograniczył się z musu tém, co się pod ręku znalazło. Wszyscy zresztą chętnie i z serca, znając gust jego, przysługiwali mu się témi cackami, które tak lubił.
Gryżda, dotąd zwykle przyjmowany w kancelaryi, trafił na dzień, który kniaź z przybyłym ze stolicy krewnym przepędzał w salonie. Tu go więc przyjął.
Pokój był ślicznie ustrojony, świeży, błyszczący, pełen obrazów, bronzów, porcelany i mebli wytwornych. Bezdonów dosyć kwaśno przyjął gościa, dla którego nie taił się z pogardą.
— Przybywam z interesem.
— A to się rozumie — przerwał książę — bo cóż byś pan u mnie robił?
— Z prośba...
— Słucham.
— Córka małoletnia wyłamała mi się z pod ojcowskiéj władzy i opieki, dano jéj przytułek — rzekł Gryżda. Muszę księcia prosić o pomoc, abym ją odzyskał...
Bezdonow, słuchając, przygotowywał sobie cygaro i siedziéć nie prosił — Gryżda stał przy drzwiach.
— Czy pan masz co do zarzucenia postępowaniu córki? — odparł Bezdonow. — Dom, do którego się schroniła, jest ze wszech miar zacny; nie widzę powodu, dla czego-by tu urząd i prawo miało się wtrącać. Gdyby chciała za mąż wychodzić bez pańskiego pozwolenia..
— Ależ dziecko należy do ojca! — zawołał Gryżda...
— Nie wiemy powodów oddalenia się z domu rodzicielskiego — wtrącił Bezdonow obojętnie — a przyznam sto panu, że sława, jakiéj używasz... opinia o nim ogólna dozwala przypuszczać, że raczéj córka, nie wy macie słuszność... Musieliście od niéj wymagać rzeczy nieznośnych dla delikatniejszych uczuć panienki.
Gryżda ruszył ramionami.
— Między ojca a dziecko nikt się wdawać nie ma prawa — rzekł — mnie się zdaje...
— Mnie się zdaje — podchwycił Bezdonow — że ja panu pomocą być w tém nie mogę, no i nie chcę. Daj mi pan pokój! zapozywaj Sędzinę, jeśli chcesz...
— Mości książę... — zaczął Gryżda.
Bezdonow, krzywiąc się, zapalał cygaro.
— Ja się w tę sprawę wdawać nie będę — dodał Kniaź. — Tyłeś pan nabroił, że wszystko złe na niego przypuszczać można.
— Za pozwoleniem oparł się — Proszę mi dowieść, w czém ja przekroczyłem prawo?
Kniaź się roześmiał.
— Prawo jest ostateczną rogatką, po za którą wyjść nie można, mój panie; — dodał wesoło — ale i nie przekraczając go, można być, jak pan, powszechnie wzgardzonym. Pan o to nie dbasz, ale téż ludzie nie dbają o niego i odwracają się...
I Bezdonow siadł na krześle...
— A interes z Pałczyńskimi? — począł szydersko — czy się już skończył?
Tu wskazał na twarz i na plecy:
— Tak, czy tak?
— Spodziewam się, iż się bez tego obejdzie — rzekł, zimną swą krew stawiąc przeciwko szyderstwu, Gryżda. — Widzi książę, gdyby mnie i obił, to co? Rozboje się trafiają... byłby proces; ja bym się wysmarował, a on poszedł by pod sąd.
Bezdonow, tą obojętnością rozśmieszony, parsknął. Popatrzył długo na Gryżdę.
— Daj że mi pan pokój — rzekł — i ruszaj sobie z Bogiem... Powinieneś to raz zrozumiéć, że gdy sprawę masz z kimkolwiek bądź, przegrasz ją na niewidziane. Żegnam pana!
Gryźda skłonił się nieco, zawrócił ku drzwiom i wyszedł...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.