Psiawiara/Tom I/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Psiawiara
Podtytuł Powieść współczesna
Pochodzenie „Kłosy“, 1884, nr 966-1005
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1884
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


IX.

Smutne jest życie.
Jaśniejsze chwile przechodzą jak błyski, aby po nieb ciemności straszniejszymi się wydały... Lecz z tém wszystkiém pogodzie się trzeba mężnie, zapowiadając sobie wcześnie, że byt nasz jest ciężarem obowiązków, a nie czarą ambrozyi. Do pewnego stopnia przekonanie to miał wpojone zawczasu Sołomerecki. Przewidzieć było łatwo, choćby część tylko życia starego księcia widząc w oddaleniu, że przyszłość spadkobiercy smutną być miała.
Syn, ile razy przybywał w odwiedziny do ojca, dojrzalszym coraz, tém, w krótkim czasie pobytu swego, dobitniéj się przekonywał, iż ze śmiercią ojca runie wszystko i pozostaną gruzy tylko.
Lecz był to nadzwyczaj szczęśliwie usposobiony człowiek, który nieunikniony los swój przyjął z rezygnacyą męzką. Nie łudził się żadną z tych mrzonek, które zwykle służą potomkom rodów upadających: sprzedaniem imienia swego, poparciem rodziny, wyzyskiwaniem resztek i życiem na koszt cudzy. Być pasożytem na łasce Książąt R... lub dalszych krewnych, upakarzało go... Pobyt za granicą i obycie się w świecie, w którym żywsze prądy sprowadzają też naglejsze losów zmiany, przygotowały go do następstw własnego położenia.
Ojciec łożył na wychowanie — było to wilkiém dobrodziejstwem, z którego Maurycy korzystał wielce. Był zbrojny, bo umiał dużo.
Pozostawało zastosowanie w kraju wiadomości nabytych za granicą. Mogło się to wydawać łatwém, tymczasem na miejscu okazało najtrudniejszym.
W tych warunkach cywilizacyi i pozostałych resztek przeszłości, w jakich kraj się znajduje, jest do zrobienia wszystko. Nietknięte skarby, niezużytkowane materyały leżą i walają się pod nogami.
Ale odwagi i kapitału braknie, a naostatek trądycyi wyzyskiwania tego co Bóg dał. Przeszłość tego nauczyć nie mogła. Zbierała ona z łatwością, co było gotowe, nie kosztowało pracy. Rola potrzebowała mało uprawy, lasy zdawały się niewyczerpane, trzody miały niezmierzone pastwiska, obszary ziemi były olbrzymie.
Gospodarstwo stawało się rodzajem podbierania miodu gotowego, który pszczoły przynosiły.
Przemysł i handel, któremi się brzydziła szlachta, opanowali Niemcy i Żydzi. Ze zmianą powolną pierwotnego stanu stosunków roboczych, położenia szlachty, praca rozumowana stała się koniecznością.
Lecz głównego pracy narzędzia — grosza brakło. Bez niego gospodarstwo musiało być nędzne, i w końcu zamrzeć na suchoty.
Sołomerecki trafił na tę chwilę, gdy wszyscy czuli, że coś robić było potrzeba, a nikt nie wiedział jak. Zmiana życia zupełna, nieuchronna potrzeba osobistego trudu, do rozpaczy przyprowadzały.
Gdzie niegdzie ulepszone zjawiały się gospodarstwa, tu i owdzie cukrowarnie, fabryki. Maurycy mógł mieć pewną nadzieję, że znajdzie zajęcie, ale nim się odo miało znaleźć, położenie jego było przykre i niemal śmieszne.
Z Dubiniec ocalono dla niego nie tylko pamiątki, ale wszystek sprzęt, jaki się tam znajdował, przez sto lat nagromadzony. Szacownych i małéj wartości rzeczy zebrało się tak niesłychanie wiele, że w owém Zalesiu, ofiarowaném jako przytułek przez Sędzinę, nietylko niemi zapchano dom cały, ale szopę próżną i poddasza.
Był to najosobliwszy zbiór sprzętu, łomu, gratów, rzeczy prześlicznych i na nic niezdatnych.
Kilka pokoików w Zalesiu wyglądało niemal jak magazyn starożytności. Ściany zawieszone były obrazami, a połowa ich stała jedne na drugich po kątach.
Maurycy nie miał odwagi się tego pozbyć, ani z tém rozstać i nie wiedział, gdzie pomieścić. Wiecznie być ciężarem Sędzinie, oburzało go; zabierać to wszystko z sobą gdzieś na jakieś mieszkanko rządzcy lub dyrektora fabryki, śmiesznie było myśléć. Położenie stawało się niecierpliwiącém.
Na wyjście z niego trzeba też było męztwa. Sołomerecki postanowił, oprócz tego, co mu było najdroższém, sprzedać wszystko.
Ale kto to na wsi mógł kupić? Wieźć do większego miasta... co za koszta i kłopoty.
Czasem w duszy żałował, iż go namówiono nic nie odstępować Gryżdzie; teraz się go prosić? nie godziło.
Bijać się z myślami, i dla narady, i dla podziękowania, pojechał dnia jednego do Białego Ostrowu.
Sędzinéj nie było we dworze, bo wyjechała na pola, w saloniku siedziała z książką Romana, która była tu już jak domową.
Służący powiedział Maurycemu, że pani natychmiast powróci.
Chociaż o mroku się z sobą spotkali w alei, Sołomerecki na piérwsze wejrzenie poznał Romanę, która zapłonęła rumieńcem i... rada była uciec, ale za późno już.
Sołomerecki grzecznie ją przywitał, przypominając się, i ze swobodą dobrze wychowanego człowieka rozpoczął rozmowę.
I Gryżdzianka też wprędce zapanowała nad sobą, a nie widząc wyjścia z trudnego położenia, rozpaczliwie poczęła bawić gościa.
— Jak się Księciu wydaje kraj po długim pobycie za granicą? — zapytała po pierwszych preludyach.
— Bardzo oryginalnym.
— Zacofanym?
— Nie powiem — rzekł Sołomerecki — pojęcia nie są zacofane, ale czynności im nie odpowiadają. Przy tém oryginalność zależy na wielce nierównym stanie umysłów i... gospodarstw, życia i stopni wykształcenia. Obok tego, co wiek mógł najwykwintniejszego stworzyć, mamy tuż — zabytki żywota przedhistorycznego, szczątki wszystkich przeżytych epok. Mozaika ciekawa, z któréj czas, ten wszechmogący twórca, kiedyś jednorodną całość stworzy. Tym czasem...
— Ale kraj piękny — przerwała Romana.
— I niesłychanie bogaty — dodał Sołomerecki. — Rozumu, nauki i trudu tylko potrzeba, aby się stał rajem.
— Rajem? — podchwyciło dziewczę. — Czy Książę wierzysz w raj na ziemi.
— Przepraszam, była to omyłka, — poprawił się Maurycy — raju niéma, ale może być znośne gniazdo i miłe.
— I zdaje się, że ono niém niegdyś było — cicho wtrąciła Romana, — choć na tę przeszłość plwają i rzucają kamieniami.
— Ja także jestem tego przekonania — mówił Sołomerecki, — bo nie wierzę w to, aby była jedna i jedyna formuła stanu społecznego. Każdy naród ją dla siebie wyrabia.
Romana słuchała z uwagą. Zwrot rozmowy był już dla niéj za poważny, nie śmiała się odzywać.
Spytała potém, czém się Książę zabawia w Zalesiu, oprócz książek, bo ciągle czytać nie można, i czy nie zajmuje się malarstwem, albo muzyką.
— Gram źle na fortepianie — rozśmiał się Sołomerecki, — rysunku uczyłem się technicznego, nie wiele więc go umiem. Sztukę lubię, lecz uprawiać jéj nie śmiał bym; trzeba się oddać całym téj pani zazdrosnéj, albo być najśmieszniejszą w święcie istotą — diletantem. A pani? — spytał Sołomerecki.
— Ja właśnie, niestety, do tych nieszczęśliwych należę.
Zaczęli się śmiać oboje, gdy w tém głośne wołanie w przedpokoju oznajmiło przybycie Sędzinéj, która gdy weszła, panna Romana, zobaczywszy ją, znikła natychmiast.
— A, po tysiąc razy przepraszam! — zawołała, idąc do Maurycego — musiałam wyjechać w pole, aby okazać, że mnie żniwo i kopy obchodzą, lecz...
— Miałem tu bardzo przyjemne towarzystwo — wtrącił Książę. — Nie wiem, kto to jest, ale już raz spotkałem tę panią w ogrodzie w Dubińcach...
— A! nie wiész Książę, kto to jest? — uderzając w ręce, krzyknęła Sędzina, — doprawdy nie wiész?
Maurycy potrząsnął głową. Niezwykł był na plotki polować, nie słyszał więc nawet, że Sędzina przyjęła do siebie Gryżdównę.
— Jakże Książę znajdujesz tę panienkę? — z uśmiechem zapytała Brodzka.
— Nadzwyczaj miła i bardzo wykształcona; czuć to w każdém jéj słowie — rzekł Maurycy.
— I mnie się ona tak samo wydaje — wzdychając, rzekła Sędzina. — Biedna istota! Co za los! Książę się nie domyślasz? (Nazywano go ciągle tym tytułem, choć się od niego wypraszał).
— Jakże bym mógł! nie znam tutejszych stosunków.
— To córka... Gryżdy — dodała Sędzina.
Sołomerecki chwilę stał tak zdziwiony, iż nie mógł słowa przemówić.
— Córka Gryżdy? ale cóż ona tu robi.
— Biedna istota, powtarzam, musiała opuścić dom ojca, nie mogąc się pogodzić z jego obrzydliwym cynizmem. Przyjęłam ją tymczasowo do siebie. Jest w istocie nadspodziewanie dobrze wychowaną i utalentowaną, szczęściem, nic do ojca nie podobną, chyba z tego, że ma w charakterze energii wiele.
Książę teraz przypomniał sobie, jak w ogrodzie zapewniała go, iż drogie mu pamiątki nie zostaną, zatracone.
Zaczął się rozpytywać o nią, potém rozmowa się zwróciła na Zalesie.
Podano herbatę. Sędzina posłała po Romanę, ta przeprosiła, składając się bolem głowy.
Maurycy zrozumiał to, że się z nim spotkać nie chciała, gdyż raz dowiedziéć się musiał, kto była.
Czy go zajęła bardzo sobą, nie umiemy powiedziéć, lecz że, powracając, myślał o niéj ze współczuciem, to pewna.
— Gryżdzianka — powtarzał, potrząsając głową. — Są fenomena na świecie!
W następną niedzielę, Sędzina z panną Romaną pojechały do kościoła, a po Sumie zwyczajem było, że się na małą przekąskę zbierano do Dziekana.
Sołomerecki był także na nabożeństwie i znalazł się na probostwie. Zdawało mu się, iż winien był się zbliżyć do Romany, aby ją przekonać, iż nazwisko i pochodzenie wcale go przeciwko niéj nie uprzedzało.
Bez zbytniego więc narzucania się, poszedł do zakłopotanej dziewczyny, która kwiatkami na oknie udawała niezmiernie zajętą, przywitał się z nią i zmusił do rozmowy.
Trwała ona krótko, bo goście u księdza Piszczały zwykle nie bawili długo, oprócz tych, którzy na obiad zostawali; ale potwierdziła przekonanie Maurycego, iż panoa Romana była w tém miejscu i kółku, w jakiem ją znalazł, cale niepospolitym zjawiskiem.
Na przekorę wszelkim staraniom Sołomereckiego, który, nie chcąc tracić czasu, był by przyjął jakiekolwiek zajęcie, wszelkie zabiegi były próżne.
Sędzina, zawsze ruchawa i gorliwa, wynalazła nabywców na znaczną część niepotrzebnych ruchomości. Sprzedaż ich jednak była nadzwyczaj małą pomocą Sołomereckiemu, który nie chciał zaciągniętéj u Natana pożyczki przeżywać i przemyślał, jak daléj utrzymać się potrafi.
Nie było w ostatku innego ratunku, jak pieniędzmi témi zapłacić za Zalesie i wziąć je w dzierżawę.
Układ z panią Brodzką nadzwyczaj się okazał utrudniony tém, że ona chciała puścić za bezcen, a Maurycy przyjąć ofiary nie mógł. Wdał się w to Dziekan i Zamarski i kontrakt stanął. Brodzka z góry pieniędzy brać nie chciała, Maurycy nie zgadzał się na płacenie z dołu.
Cała żywość, natarczywość i rubaszność zacnéj kobiety nie pomogła. Koniec końcem, został dzierżawcą Zalesia.
Majętność ta, choć dobrze dosyć zagospodarowana na dawny sposób, intratną być nie mogła. Zaledwie połowa uprawnéj roli nazwać się mogła wołyńską, reszta była Polesiem piaskowałem i nie bardzo płodném.
Sołomerecki wiedział dobrze, jakby to gospodarować należało, na wielką skalę zaprowadzając hodowlą bydła, które tu wypasy miało doskonałe; lecz na to znowu potrzeba było tego kapitału, którego u nas wszędzie i wszystkim braknie.
Rozpoczął więc, bez wielkich nakładów, bez zmian radykalnych, gospodarzyć na-pół po staremu.
Lecz siebie przy tém nie żałował: wszystko, co może dać praca i oko, składał w ofierze maleńkiemu gospodarstwu, które naprawdę opłacić nie mogło ofiary, jaką mu przynosił. Dodajmy na jego pochwałę, że, jak większa część wykształconych u nas ludzi, nie wzdragał się pracować na małém, nie wzgardzał tém, co mógł zrobić, czujac się powołanym do czegoś większego.
Widzimy u nas mnóztwo ludzi z tą zarozumiałością i dumą, spędzających życie bezczynnie, dla tego, iż im się zdaje, że do wyższych przeznaczeń dorośli. Wolą więc nie robić nic, niż to, co się nastręcza.
Sołomerecki zastosował się do położenia bez narzekań i żalów.
Domek w Zalesiu urządził się z pomocą Dubinieckich sprzętów nadzwyczaj wygodnie i ładnie. Symeon zajął się tém i nie wyjechał do Dubiniec, dopóki wszystkiego nie doprowadził do porządku. Młodego służkę, wychowanego przez siebie, przywiózł w dodatku Maurycemu.
Z Dubiniec na świat wiadomości przychodziły jak najsprzeczniejsze.
Wiedziano, że Gryżda córkę obciął odebrać z pomocą urzędową, któréj mu odmówiono. Rozmyślił się potém i wyrzekł się jéj znowu, Romana trwała w postanowieniu nie powrócenia, aż-by się ojciec dał skłonić do zmiany tego, czego stara skorupka już pozbyć się nie mogła.
Zerwanie z Pałczyńskimi, groźba młodego, mściwe usposobienie ex-Marszałka, prawie mu się wychylić za próg nie dozwalały.
Życie stało się nieznośném, zabójczém, w całém znaczeniu tego wyrazu.
Z tego położenia rozpaczliwego wyprowadził Gryżdę człowiek nowy, który świeżo nabył majętność dosyć znaczną o granicę.
Był to niegdyś obywatel, potém urzędnik, zajmujący wysokie stanowisko, który powracał na wieś, na spoczynek. Obcy zupełnie okolicy, nie znając nikogo, wypadkiem zabłądził do Gryżdy.
Pan Radzca Bolk, powierzchownością urzędową, na piérwszy rzut oka, zdradzał zawód, któremu winien był niezależność swoję.
Sztywny, zimny, ceremonialny, mówiący stylem i tonem zwierzchnika, grzeczny, w życiu pedantycznie obrachowujący się, Bolk był człowiekiem sześćdziesięcioletnim, wyglądającym nie więcéj nad pięćdziesiątkę.
Winien to był życiu regularnemu, umiarkowanemu, zegarkowemu, i temperamentowi, w którym nerwy podbite nigdy się nie buntowały.
Gryżda, gdy chciał, umiał być, jakim potrzebował.
Odwiedziny pana Radzcy przyjął z wielką wdzięcznością, uszanowaniem, nadskakiwaniem. Bolk potrzebował dowiedziéć się coś i rozpatrzeć; wyciągnął więc na opowiadanie, a Gryżda, mówiąc o wszystkich, nie mógł siebie pominąć.
Z goryczą odmalował mu położenie swoje, potępienie niesprawiedliwe, odsunięcie się wszystkich, prześladowanie.
Umiał temu nadać barwę taką, iż obudził współczucie.
— Nie trzeba ani brać do serca, ani się zbyt na ludzi oglądać. Urządź Waćpan swój pałacyk jak należy, zapowiedz, że przyjmujesz, sprowadź dolnego kucharza, opatrz piwnicę. Zobaczysz: zajrzy jeden, drugi, a potém wszystko się zatrze i zapomni. Ale, przed innemi rzeczami, dom trzeba na stopie odpowiedniéj postawić.
Ponieważ Bolk także u siebie rezydencyą musiał urządzać i wszystko do niéj sprowadzać, ofiarował pomoc swoję.
— W takiém położeniu, jak wasze — dodał, — uchowaj Boże oszczędzać. Sam powiadasz, że umiesz robić pieniądze, nie żałuj. Będzie kilkadziesiąt tysięcy kosztować, to się powróci.
Gryżda był gotów na wszystko, byle raz wybrnąć z téj toni. Stała się więc rzecz nie do wiary. Opowiadano w miasteczku, iż tysiącami sypał na obicia, meble, bronzy i zaopatrzenie domu. Ponieważ transporta szły przez miasteczko, kontrolowano je. Budziło się podziwianie i ciekawość gorączkowa.
Symeon, będący na miejscu, patrzący własnemi oczyma, rozpowiadał téż dziwy.
Tapicerowie, stolarze, marmury, przybywały z Warszawy, ogromne skrzynie zwoziły kredensy, szklą, porcelanę. Szyła się liberya dla służby. Powozów kilka już stało w wozowni, koni dostarczyli żydzi.
Wszystko to razem tak było nie podobne do Gryżdy, tak zadziwiające i budzące wątpliwość, na co było przeznaczoném, iż ledwie się ludzie powstrzymać mogli od wskoczenia do Dubiniec i powzięcia języka.
Radzca Bolk, który nie bywał nigdzie, tu jeździł często. Jego też ludzie byli ciekawi.
Pałczyński pierwszy, choć zerwał tak gwałtownie z Gryżda, zaczął myśléć o tém, jak-by się mógł znowu zbliżyć do niego. Wiedział, że pogróżki i impertynencye Gryżda przebaczy, byle sobie kupił pokój.
Bardzo zręcznie zapoznał się najprzód z panem Radzcą, a przez niego wyraził szczery żal z powodu zaszłego „nieporozumienia“, życząc, aby nastąpiło pojednanie.
Pan Zenon odpowiedział na to, iż bardzo chętnie rękę mu poda.
Zjechali się potém u Radzcy i zgoda szczęśliwie zawartą została. Pan Ernest za swą żywość nawet przeprosił.
Dla większego uspokojenia Gryżdy, szepnął mu Pałczyński, że panna Benigna wyjechała do familii.
Zaraz potém ex-Marszałek przybył do Dubiniec. W pałacu nie było jeszcze wszystko gotowém, poszli obejrzéć, gość został zachwycony.
Nie potrzebujemy mówić o tém, że ani Radzca Bolk, ani Gryżda nie miał smaku i umiejętności, potrzebnéj do urządzenia mieszkania.
Musieli się więc spuszczać na rzemieślników, dla których zawsze to najpiękniejsze, co najdroższe i najbardziéj bijące w oczy.
Salony owe Sołomereckich, którym czas nadał barwę stłumioną, cichą, do których stary sprzęt tak doskonale przypadał, świeciły teraz, błyszczały i krzyczały. Odzłocono wszystkie ozdoby, nagromadzono rzeczy jaskrawych; było to okropne, nowe jak z igły, pospolite, niesmaczne, ale w oczy bijące.
Pałczyński był zachwycony.
— Słowo daję, po książęcemu! — wołał. — Gdzie, co za podobieństwo do tego, co było za Sołomereckich! Niéma porównania. Ale krocie musiałeś na to wysypać. Wiadomo, co to kosztuje.
Gryżda wzdychał. Pokazywał z kolei wszystko, chwalił się, ale mu było gorzko.
Pałczyński myślał, że gdyby nie ten przeklęty Kostek, panna Benigna była-by wpośród tych wspaniałości królowała.
Gdy na górze pokoje były gotowe, Gryżda przeniósł się sam naprzód do nich. Życie potrzeba było zmienić zupełnie. Radzca bywał często, Pałczyński odwiedzał pilnie, musiał przyjmować.
Dziwna rzecz, wśród tych wygód, do których nie nawykł, coby mu być miało lepiéj, czuł się jak skuty i spętany. Był nieszczęśliwy.
Przypominając sobie dawne czasy trudów, skąpstwa i niedostatku, znajdował je daleko przyjemniejszemi, niż ta złocona niewola, tak kosztowna.
Naówczas życie było pełne obietnic, teraz na każdym kroku go spotykało rozczarowanie.
Inauguracya tych wspaniałości, nad którą długo rozmyślano, naostatek postanowioną została po naradzie z Radzcą i Pałczyńskim.
— Zaprosić kilka osób wybranych — mówił Radzca. — Przyjadą, dobrze; nie, mniejsza o to. Zawsze ktoś się znajdzie, kogo zaprowadzi ciekawość.
Na piérwszy raz Gryżda wezwał tylko Dziekana i trzech poważniejszych obywateli, którzy, choć niechętni, jawnie się przeciwko niemu nie stawili wrogo. Nie mógł téż i kniazia Bezdonowa pominąć, chociaż przybycia jego nie spodziewał się wcale. Dla zwiększenia liczby, zaprosił i Fiszera.
Odebrawszy wezwanie, ksiądz Dziekan myślał długo, siedząc, nad niém. Wypadało mu, czy nie, odrzucić je? Jako duchownemu, z zasady, któréj całe życie pozostał wiernym, nie godziło mu się potępiać i kamieniem rzucać na nikogo, usuwać się i ręce umywać tam, gdzie choć najmniejsza zostawała nadzieja i sposobność nawracania.
Z drugiéj strony nadzwyczaj wstrętliwe dla niego były te odwiedziny. Rozumiał znaczenie ich.
Gryżda mógł potém bytność Dziekana na swą obronę i korzyść wyzyskać.
— Ks. Piszczała przecie nie gardzi mną i bywa u mnie.
Dziekan rozmyślał nad tém jeszcze, gdy wpadł z papierem w ręku kniaź Bezdonów. Byli z sobą bardzo dobrze i dla nikogo może kniaź nie okazywał tyle czci i przywiązania, co dla proboszcza. Całował go w rękę i szanował, jak ojca.
Zaledwie siadłszy, położył przed Dziekanem list na stole, — było to zaproszenie Gryżdy.
— Ojcze kochany, przyszedłem się poradzić — rzekł, — co robić z tym fantem? Zaproszony jestem do Dubiniec... niech go kaci porwą! Jechać? nie jechać? mniejsza o to, żém ciekawy, ale z urzędu nawet wypadało-by tam być, a taki wstręt czuję do ocierania się o tę brudną figurę.
Zamiast odpowiedzi, Dziekan wstał i przyniósł własne zaproszenie, które, milcząc, położył przed Bezdonowem.
Kniaź podniósł głowę.
— Doskonale! — zawołał — ja zastosuję się do księdza Dziekana. Pojedziesz, to i ja, nie — wstrzymam się.
Popatrzyli sobie w oczy.
— Mój książę kochany, — odezwał się Dziekan — ja jestem z powołania zmuszony iść i między zapowietrzonych i do zaprzepaszczonych, próbując, azali mi się nie uda gdzie jakiéj duszyczki ocalić!
— Ja także mam obowiązek widziéć i wiedziéć wszystko — rzekł Bezdonów. — Stróżami jesteśmy oba. Jedziesz, księże Dziekanie?
Piszczała rozmyślał.
— Zdaje mi się, że muszę — odparł. — O najzatwardzialszym grzeszniku nie godzi się wątpić.
— Zatém i ja — wesoło zawołał kniaź — i wie co ksiądz Dziekan? mój koczyk warszawski i cztery konie karę nas dwu doskonale zabiorą; jedźmy razem.
— Najchętniéj — rzekł Dziekan, — tylko konie wasze noszą czasami; nie potłuczesz mi kości?
— Niech Bóg uchowa! — zakrzyknął kniaź — wolał-bym własne pogruchotać. Prawda, że moje wronki parę razy sobie pozwoliły i potłukły mi bryczki, ale teraz przyszły do rozumu.
Fiszer miął odebrany list w ręku, dumał, chodził, — nie chciało mu się jechać. Wybrał się na radę do Sędzinéj, która, zawsze zawczasu poinformowana, o zaprosinach do Dubieniec wiedziała.
Była tego zdania, że nikt jechać nie powinien, z wyjątkiem księdza Piszczały, który odmówić nie mógł.
Fiszer składał się swém doktorstwem, chociaż niejako lekarz był wezwany.
— No, to jedź z lichem, kiedy ci się tak zachciało — rzekła w końcu — ale powróciwszy, powiesz mi, jak się tam odbędzie ten festyn i kogo znajdziesz. Można było przewidzieć — dodała smutnie, — że my w dobrém postanowieniu się nie utrzymamy. Tak u nas jest ze wszystkiém: w pierwszéj chwili poczciwe, gorące serce prowadzi, potém głowa słaba i miękki charakter psują wszystko. Skończy się na tém, że Gryżda się oczyści, a poczciwa córka jego obwinioną zostanie.
Ręką rzuciła w powietrzu.
— Jedź — dodała — a daj mi wiedziéć potém o wszystkiém.
Tak z liczby zaproszonych, koniec końcem, mało kto się uchylił. Wszelkiego rodzaju sofizmatami się posługiwano, piérwsze gorące wrażenia ostygły.
W Dubińcach za poradą Radzcy niczego nie żałowano, aby przyjęcie było prawdziwie pańskie, to jest rozrzutne i kosztowne, bo charakteru pańskiego z innych względów miéć nie mogło.
Ludzie powkładali nowiuteńką liberyą, zastawy stołowe po raz pierwszy występowały, bielizna od Proklesa z Drezna, srebra z Warszawy, wina z najsławniejszych piwnic i najulubieńszych firm europejskich. Wyborem ich kierował Radzca, który się znał dobrze na winach. Staraniem jego, dziesiątek butelek węgrzyna po sto złotych nadesłano do Dubiniec.
Z rana, gdy się to wszystko na dole ustawiało, przyjęty za kamerdynera i dyrygującego, służący, pan Kantorski, który się zapoznał z Symeonem i miał dla niego wysoki szacunek, nie dowierzając sam sobie, uprosił go, aby na przygotowania rzucił okiem znawcy.
— Mój Kantorski — rzekł, patrząc z góry na stoły — wszystko to świeci się i drogie jest, ale widać że to są rzeczy, które piérwszy lepszy może nabyć za pieniądze... Żebyś widział, jak to tu dawniéj było! aby panem być i nim się wydawać, trzeba miéć parę set lat za sobą, a to wszystko — to kram!
Pomimo wzgardy, Symeon parę rad zdrowych udzielił Kantorskiemu co do porządku sakramentalnego, w jakim wina się podawać były powinny, poncz zamrożony i t. p.
Przejrzał spis potraw i skrzywił się.
— Bankierski obiad, ale ani pański, ani smakoszowski — westchnął. — To trzeba było słuchać, gdy nieboszczyk ks. Leon, zawoławszy pana Francois, z nim dyskutował o obiedzie, co to była za umiejętność skomponowania go tak, aby się ludzie poobjadali, nie czując tego, i palce sobie oblizywali. Mogli potém chorować, ale, wstając od stołu, każdy był tak lekki i wesół! Wasz obiad będzie trywialnym — skonkludował.
Skrytykowawszy umeblowanie ostrzéj jeszcze, pan Symeon z powagą mentora cofnął się do swojego dworku, smutny wspomnieniem dawnych czasów, które żywo sercem jego poruszyły.
— Gdyby ks. Leon zobaczył tę profanacyą — mówił w duchu — umarł-by z oburzenia.
Proroctwo Radzcy Bolka ziściło się i wielkie mu zaufanie wyrobiło u Gryżdy; goście, z małemi wyjątkami, stawili się na wezwanie. Gryżda, który na ten dzień włożył frak nowy, podobien był do — lokaja.
Ale wpatrzywszy się w tę twarz, na pozór nie wyrazistą, można było w niéj wyczytać i siłę woli, i hart, i rozum niepowszedni, — wszystko to w brzydkiéj łupinie zaledwie było widoczném. Nie okazywał wcale radości z napół już odniesionego zwycięstwa; bolała go niebytność córki, a w dodatku ofiary pieniężne, stosunkowo do osiągniętych rezultatów — ogromne.
Piérwsi nadjechali Pałczyńscy, gdyż i Ernest nie wahał się ojcu towarzyszyć; tych Gryżda przyjął z należytém im lekceważeniem. Ojciec i syn poszli po pałacyku, oglądać wszystkie jego zakątki.
Za nimi owe cztery wronki Bezdonowa przyniosły do ganku jego i Dziekana. Kniaź miał swą minę pańską i pogardliwą, ksiądz bardzo smutną, nie krył się z tém, że widok Dubiniec pod tą nową postacią był dla niego bolesnym. Najmniejszéj téż nie okazał ciekawości oglądania — i siadł w saloniku zadumany.
Bezdonow przeciwnie, prawie nie przysiadłszy, poszedł oglądać wszystko, nielitościwie krytykując.
— Kto ci to urządzał i doradzał — mówił śmiejąc się — dałbym mu sto batów.
Ruszał ramionami i zżymał się; Gryżda burzył się i czerwienił. Przybycie Radzcy Bolka i poznajomienie się jego z Bezdonowem przerwało ten przegląd, który gospodarza wprawił w humor najokropniejszy; pocieszał się tém, że niechęć i zazdrość mówiły przez Bezdonowa.
Z kolei tak do dosyć spóźnionéj stosunkowo godziny doczekiwano z obiadem nowego przypływu, aż na ostatek Bezdonow zawołał rozkazująco:
— Ale kaź że dawać, bośmy głodni; a przyciągnie jeszcze kto, to mu zostawić łyżkę strawy.
Zasiedli tedy wszyscy, oprócz gospodarza, który apelytu nie miał, a chciał być uprzejmym i szczególniéj dopilnować kieliszków gości — na dobre wino, jako specyfik serca jednający, liczył ogromnie.
Kantorski mu tylko przeszkadzał, nie dozwalając w niczém złamać wyznaczonego przez Symeona następstwa i porządku.
Rozmowę głównie utrzymywali Radzca i Bezdonow. Dziekan mato jadł i mówił mało; to, co go otaczało, ta uczta na cmentarzu przeszłości, skalanym wprawdzie lekkomyślnością, ale budzącym wspomnień tysiące — jemu się wydawała stypą.
Gryżda chodził posępny, milczący, niemal upokorzony; tryumf swój wyobrażał sobie inaczéj.
Żadna zresztą niezręczność ni omyłka nic popsuła obiadu, który mniéj trudnym podniebieniom wyśmienicie smakował. Bezdonow, znawca niepospolity, kucharza uznał wcale znośnym kopcidymem, Radzca chwalił.
Gdy ponalewano kieliszki winem szampańskiem, nadeszła chwila drażliwa, w któréj nieodzownie należało wnieść zdrowie gospodarza. Kto się tego miał podjąć — nie było zgody; wszyscy, szepcąc po cichu, składali jedni na drugich: Radzca wskazywał Pałczyńskiego, ten ustępował Radzcy, Dziekan, głową potrząsnąwszy, wprost odmówił, Bezdonow ani chciał słyszéć.
Po długich naradach, w końcu Bolk przyjął ten obowiązek na siebie. Wstał z powagą wielką, kielich pełny ujął jedną ręką, drugą założył za kamizelkę, odchrząknął i głosem urzędowego namaszczenia dosyć długą rozpoczął przemowę.
Wspomniał o tém naprzód, że sam tu jeszcze był człowiekiem nowym, potém o szacunku pracy wytrwałéj i o uprzedzeniach a przesądach, jakie u nas przeciwko niéj jeszcze pozostały. O Gryżdzie wyraził się z szacunkiem i zakończył życzeniem, aby mu się na nowéj sadybie, w pocie czoła zdobytéj, szczęściło. Gdy mówił, goście spoglądali na siebie dwuznacznie, gdy skończył, dosyć cicho zamruczano coś nakształt wiwatu. Gryżda stał z oczyma spuszczonemi, z kieliszkiem przechylonym — prosił o głos. Oczy mu się zaświeciły, w duszy zagrało po staremu.
— Pozwolą mi szanowni goście moi — odezwał się, zwolna glos podnosząc coraz do wyższego tonu — odpowiedzieć serdeczném podziękowaniem za cześć roi uczynioną. Nie łudzę się tą oznaką prostéj grzeczności, a wiem dobrze, iż więcéj mam dokoła nieprzyjaciół, niż chętnych i wyrozumiałych, wiem i to, że jestem obwiniony o ruinę tych, po których wziąłem majętność i ten dom, ja, człowiek nowy i powstały z niczego. Ruinie ja wcale winnym nie jestem; poczęła się ona przede mną, zapobiedz jej nie mogła żadna siła w świecie; korzystałem z niéj, to prawda. Do ofiar nie byłem obowiązany, wziąłem to, co spadało. Pomimo to, potępienie wisi nade mną — dla czego? tylko dla tego, że kłamać nie umiem. Gdybym się rozpadał nad niedolą i odegrał komedyą ratunku, byłbym czysty. W końcu proszę mi dozwolić życzeniem zamknąć, aby nieprzyjaciołom moim przyszło opamiętanie i rozum, a łaskawym aby się tak, jak mnie, szczęściło...
Z twarzy gospodarza, gdy to mówił, wcale jednak szczęścia tego widać nie było. Skrzywiony, napił się wina i pokłonił, goście usiedli. Natychmiast z wielkiém ożywieniem wniesiono zdrowie Dziekana, Bezdonowa, potem gospodarz Radzcy, naostatku i starego Pałczyńskiego, który w podziękowaniu, chcąc posmarować Gryżdę, niezręcznie go umalował tak, iż Bezdonow parsknął.
Obiad, rozciągnięty bardzo, trwał niepomiernie długo i znużył szczególnie ks. Piszczałę, który, nie doczekawszy końca, wysunął się do ogrodu.
Kawa, likwory, cygara szły zwykłym porządkiem i zatrzymały gości do wieczora. Dziekan i Bezdonow pierwsi się wymknęli napowrót do domu, reszta towarzystwa pozostała przy wznowionych kieliszkach starego wina.
Gryżda w czasie całego tego bankietu, którego szacunek miał w pamięci, chodził pogrążony w myślach, z miną upokorzoną.
Napróżno Pałczyński, widząc go tak chmurnym, po kilkakroć na bok odprowadzał, usiłując dowieść, że się wszystko powiodło nadzwyczaj szczęśliwie; szydersko uśmiechał się na to Gryżda.
Ostatni powóz zaturkotał nareszcie, gospodarz sam pozostał w ganku, tak pogrążony w sobie, iż kłótni w kredensie podchmielonych resztkami wina sług nie słyszał.
Wieczór był jesienny, wiatr smagał zimny od zachodu, niebo okrywały chmury szare, nie było na niém żadnej gwiazdy, tak jak w duszy biednego dorobkiewicza żadnéj nadziei. Stał u niby osiągniętego celu, daleko więcéj przygnębiony, nieszczęśliwszy, niż wówczas, gdy walkę ten o byt rozpoczynał.
Wspomnienia całego życia, od seminaryum począwszy, przeciągały nad nim, jak widma z grobu powstające. Naostatek blady cień córki stanął z uśmiechem na ustach a łzami na oczach.
Co daléj? — pytał sam siebie.
W tej chwili, która nie była zgryzotą sumienia, ale suchym obrachunkiem ofiar i zdobyczy, Gryżda zachwiał się niemal.
— Dla czego było nie kłamać, kiedy inaczéj, jak łgarstwem i fałszem, na święcie się nie można utrzymywać. Mamże się zawrócić i nawrócić dla nich, zachowując w duszy, co się z nią zrosło? Gardzą mną?... żeby wiedzieli, jak ja pogardzam nimi!
Zmarszczyło mu się czoło. — Co dalej? — Odpowiedź na to pozostała jego tajemnicą, lecz musiała być zaspokajającą i dodać mu otuchy, gdyż raźniéj, z podniesioném czołem, wszedł napowrót do pałacu, zawołał Kantorskiego, od którego czuć było wino stare, i nakazał mu wszystko pochować, co tylko się dawało użyć późniéj.
— Marnotrawstwa ja nie lubię — rzekł. — Gdzie trzeba wystąpić, to się nie żałuje, ale za okno wylewać — nie wolno. Proszę mi dopilnować.
Nazajutrz Sędzina miała szczegółowy raport od Fiszera, którego słuchała z nieukrywaną obrzydliwością. Przed Romaną nie mówiono nic o owéj uczcie i unikano w ogóle wspomnień o ojcu, które jéj były bolesnemi. W sąsiedztwie opis tego Lukullusowego przyjęcia, przesadzony, chodził z ust do ust.
Do nadania mu bajecznego tego piętna przyłożył się najbardziéj stary Pałczyński, w przekonania, że tém popiera sprawę Gryżdy. Podnosił też to, że Dziekan przecie nie odmówił przybycia, że przyjechał Bezdonow, Radzca i że obywatelstwo powinno było nareszcie sprawiedliwszém być względem Gryżdy, który nie zawinił więcéj nad innych, dorabiających się w pocie czoła i sumienia.
— To trudno — konkludował — ktoś ofiarą być musi; zjadamy jedni drugich... jest to prawo bytu.
Szkoda Sołomereckich, ale Gryżda też na coś się obywatelstwu przydać może; trzeba go tylko umieć zażyć.

Koniec Tomu Piérwszego.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.