Psiawiara/Tom I/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Psiawiara
Podtytuł Powieść współczesna
Pochodzenie „Kłosy“, 1884, nr 966-1005
Wydawca Salomon Lewental
Data wydania 1884
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


II.

Śmierć starego Sołomereckiego, którego żywot wcale budującym nie był, w istocie żywo odczuło sąsiedztwo. Wiele mu miano do zarzucenia, a szczególniéj to, że piękne, spadkowe po przodkach włości, wziąwszy je wprawdzie obdłużonemi, zamiast oczyszczać i próbować ocalić, zmarnował w sposób najlekkomyślniejszy.
Stary książę Leon odebrał, z łaski matki swéj, z domu księżniczki Równéj, wychowanie odpowiednie imieniu, jakie nosił, ale powierzchownie świetne tylko, pod którém pozostał człowiek lekkomyślny i na żywot płochy skazany. Poważniejszego w nim żywiołu brakło; rachował na los, na szczęście, nigdy na siebie; ofiary żadnéj ani dla imienia, ani dla przyszłości dziecięcia, które kochał, uczynić nie umiał. Spuszczał się na Opatrzność, która potomkiem wielkiéj rodziny opiekować się była powinna. Namiętny, zmysłowy, w żądzach i fantazyach niepohamowany, odmówić sobie nie umiał niczego. Żonaty bardzo krótko, owdowiawszy nie powtórzył już ślubów, gdyż nadto go znano z prowadzenia się bezładnego, aby kobieta z lepszego domu odważyła się z nim los swój połączyć. Intryg mnóztwo plątało się około tego niegdyś bardzo pięknego księcia jegomości. W początkach sięgały one lepszego świata, choć nie najwybrańszych jego części; zeszły potém zwolna, coraz spadając ze szczebla na szczebel, aż do tych sfer, do których się już nie przyznaje człowiek, co się cokolwiek szanuje.
Co się działo około niego, na dworze, w okolicy, opisać się nie daje. Życia tego zabrukanego, a nadto jawnego, ani się wyrzec nie mogąc, ani chcąc w nie syna wtajemniczać, bo się go wstydził, Sołomerecki wyłożył sobie, iż należało go wysłać na wychowanie do Belgii i, raz go tam umieściwszy, pod różnemi pozorami zatrzymywał.
Skorzystał z tego wiele Maurycy. Natura dała mu zupełnie odmienny od ojcowskiego charakter; początkowe wychowanie winien był bardzo zacnéj kobiecie, dalekiéj krewnéj domu; potém trafił szczęśliwie na dobrych i poczciwych nauczycieli. Opatrzność w istocie zaopiekowała się potomkiem wielkiego rodu, nie dając mu zginąć, bo, opuszczony tak i rzucony w świat, równie na złą, jak na dobrą drogę mógł trafić.
Lecz raz obrawszy kierunek, Maurycy już się zbić z niego nie dał.
Młody, piękny, zdolny, musiał zwyciężyć pokus wiele, przewalczyć z sobą i światem niemało walk, nim się stał tém, czém był.
Pochwały, jakieśmy słyszeli z ust Proboszcza, wcale nie były przesadzone. Wszyscy, co znali księcia Maurycego, który stale tytułu tego nosić nie chciał, z największym byli szacunkiem dla niego. Wielu w nim widziało ideał młodzieńca, choć on sam wcale się za niego sprzedawać nie myślał. Powierzchowność miał bardzo skromną, zarozumiałości żadnéj.
Wolą ojca było, aby syn odebrał wychowanie paniczykowskie, to jest ogładę, po trosze wszystkiego, przysposobienie do życia w świecie wielkim, żadnéj specyalności, nic do praktycznego zastosowania nadającego się.
Sam jednak Maurycy postrzegł wprędce, iż podobne wychowanie uczyniło by go bezbronnym do walki z losem.
Z własnéj więc woli, skierował się ku temu, co swemu położeniu i tradycyom domowym uznał najwłaściwszém: do rolnictwa i tych gałęzi przemysłu, które z niém są w najbliższym związku.
W Belgii miał zręczność najlepszą przypatrzeć się gospodarstwom rolnym, do najwyższego stopnia wydoskonalonym, opartym na zasadach rozumowanych, zastosowanym do potrzeb i wymagań miejscowych. Umiał z tego korzystać, nie przywiązując się ślepo do żadnych formułek, lecz pojmując gospodarstwo rolne w sposób szeroki, rozumny, jako naukę, która w każdym kraju i rozmaitych warunkach odmiennie być musi wyzyskiwaną.
Łudził się nieco pan Maurycy, że, bądź co bądź, z majątku ojcowskiego coś mu zostać powinno, a z téj resztki chciał się pracą dorabiać. To było jego marzeniem. Zbierał więc zapasy wiadomości, doświadczeń, jeździł, studyował, uczył się, zapisywał, mając ten cel jeden, aby to kiedyś na korzyść swoje i kraju obrócić.
Żadna gałąź gospodarstwa i przemysłu nie była mu obcą. Ponieważ ojciec uparcie go trzymał, pod rozmaitemi pozorami, za granicą, korzystał z tego i z kolei przechodził do pojedynczych gałęzi rolnictwa i przemysłu, starając się bliżéj w nie wejrzéć i wtajemniczyć.
Lata te studyów swobodnych przeszły mu dosyć przyjemnie, jednakże tęsknota za domem czuć się dawała. Maurycy, chociaż lat wiele przebył za granicą, kochał kraj i miał go w żywéj pamięci. Podobało mu się wiele rzeczy widzianych u obcych, a jednakże cały ten, okrzyczany za bezładny, organizm naszego społeczeństwa rozumiał, tłumaczył sobie i widział w nim zaród, z którego najpiękniejszy porządek mógł się rozwinąć.
Przekonaniem jego było, że żadna społeczność zdrowo i normalnie się rozrosnąć i spotężniéć nie może, jeżeli nie stanie na gruncie własnym, nie oprze się na żywiołach i formach wyrobionych przeszłością, że radykalizm może prędzéj sprowadzić chorobę, niż powrócić zdrowie. Na tle tych wyobrażeń Maurycy malował sobie przyszłość taką, jaka z danych pozostałych i tradycyi naszych wykwitnąć była powinna, posiłkując się tém, co istotny postęp do skarbnicy ogólnéj przynosił.
Pomiędzy ojcem i synem, tak niepodobnymi do siebie, stosunek był osobliwy. Książę Leon na swój sposób kochał syna, ale się go obawiał i wstydził. Im Maurycy więcéj poważniał, tem ojciec czuł się daléj od niego. W rozmowie między nimi z trudnością się znalazły takie punkta zejścia, na których-by długo razem pozostać mogli. Ojciec wynajdywał mu rozrywki, wymykał się, z udawaną wesołością pozbywał ciężącego mu syna.
Z wielką czułością i poszanowaniem dla ojca, Maurycy wiele rzeczy nie widział dobrowolnie, aby nie stracić dlań czci należnéj.
Można było powiedzieć, że mało się co znali.
Śmierć księcia Leona, choć głęboki żal obudziła w synu, nie mogła go rozrzewnić, bo oddawna los ich rozdzielił i uczyni! prawie obcymi sobie.
Nim przybył Maurycy, Gryżda, który miał powody śpieszenia się, sprawił pogrzeb nieboszczykowi, pretensye swe do majątku prawnie ubezpieczył, zrzucił maskę i ogłosił bankrutem zmarłego. Wszystko to spełnił w sposób tak cyniczny, oburzający, iż nie było człowieka, w którym-by postępowanie jego nie obudziło pogardy.
Śpiesząc do majętności, którą jeszcze domem nazywał, Maurycy, ostatniego dnia podróży zmuszonym był zajechać do miasteczka najbliższego. Spodziewał się tu zasięgnąć bliższych wiadomości, bo list Gryżdy był skąpy w szczegóły i brutalnie tylko oznajmywał mu o zgonie ojca.
Od bardzo dawnego czasu, stary Natan Lubliner, jeden z najmajętniejszych izraelitów, był w stosunkach ścisłych z Sołomereckimi. Wiadomo, jak u nas gospodarzyło się dawniéj, nie mogąc nigdy obejść się bez faktora, bez plenipotenta żyda, bez tego czynnego pośrednika, który próżniakom panom wiele zachodów oszczędzał i naturalnie płacić sobie kazał za to.
Lecz pomijając zapłatę i wyzyskiwanie, wszystkie niedogodności tego stosunku i słabe jego strony, często na dnie związku, którego niekiedy pan, ale bardzo często i żyd padał ofiarą, coś się takiego wyrabiało, co przywiązaniem, nałogiem serdecznym, nawet wzajemną miłością nazwać było można.
Natan Lubliner nie zaprzeczał temu, że wiele z Sołomereckich korzystał, ale gniewał się na starego za jego postępowanie lekkomyślne i na ruinę domu patrzał z boleścią.
Było w tém może trochę rachuby, ale i uczucia niemało. Żyd dał-by był wiele, aby dom od upadku ocalić.
Postępowanie Gryżdy Natana nie zdziwiło wcale, koniec taki przewidywał on wcześnie, ale nie wyobrażał go sobie tak cynicznym, tak okrutnym i drapieżnym.
Natan był jedną z tych starych malowniczych postaci żydów naszych, które jakby dla malarza są stworzone. Semickie jego rysy, które wiek oblał powagą, nadawały mu coś patryarchalnego. Nosił długą brodę siwą, a sześćdziesiąt kilka lat życia nie przygarbiły go wcale, i gdy z podniesioną stanął głową we drzwiach swojego pięknego, nowego domu, niemal pańską miał postawę.
Człowiek był na pozór zimny, bo panować umiał nad sobą, ale krew w nim kipiała gorąca, która się niekiedy ruchem, rumieńcem a nawet słowem zdradzała. Zaledwie się ono wyrwało mu z ust, natychmiast się hamował.
Rozumie się, że Natan należał do starozakonnych ścisłéj obserwancyi, chociaż syn jego, na którego wpłynęło wychowanie, jakie odebrał, liczył się do reformowanych i, zatrzymawszy wiarę, bo zmiany jej ojciec-by nigdy nie dopuścił, nie wiele do niéj przywiązywał wagi. Pan Rafał Lubliner ubierał się już jak wszyscy, jadł razem z chrześcijanami, nie przebierając w potrawach; a jednak uznawał się izraelitą, może dla tego, że widział w trzymaniu się społeczeństwa swojego, tak solidarnie związanego z sobą siłę, któréj straconéj nicby mu wynagrodzić nie mogło. Rachował téź bardzo trafnie, że do nowego społeczeństwa wcielić się i być przez nie przyjętym nie jest łatwo, a stare ma to, na czém zbywa innym: więź silną, solidarność ogromną, karność, która staje za potęgę.
Natan zupełną swobodę zostawił synowi, ale wiedziéć szczegółowie niechciał, do jakiego stopnia on jéj używał lub nadużył.
Oprócz pana Rafała, Natan miał tylko córki, które more antiquo, za bogatych współwyznawców powydawał, więcéj im posagu, niż wychowania, dostarczywszy.
On i pani Sara Natanowa, powolna, otyła, poważna, milcząca kobieta, która oprócz rodziny swéj nie znała nic, zajmowali domowstwo nowe w miasteczku, też starym obyczajem będące rodzajem gospody.
Do Natana zajeżdżało zwykle co było najdystyngowańszego w okolicy. Wszystkie tego rodzaju gospody tak są do siebie podobne, iż opisywać dworu tego niepotrzebujemy.
Gdy Maurycy, wyskoczywszy z bryczki, szybkim krokiem wchodził na ganek, Natan z wyciągniętemi rękoma wystąpił naprzeciw niego.
Oczy miał niemal załzawione; widok młodzieńca, którego czuł sierotą i pokrzywdzonym, serce jego poruszył. Z oznakami najwyższego współczucia pokłonił mu się z poszanowaniem. Razem weszli do pokoju gościnnego. Maurycy, przejęty téż wspomnieniami, długo przemówić nie mógł.
— Mój panie Natanie — odezwał się w końcu, wskazując mu krzesło i sam rzucając się na drugie — powiedz że mi, co to było! Chorował? Kto go leczył? Sił miał wiele, wiek nie podeszły. Śmierć tak nagła...
Natan nie mógł myśli swéj wypowiedziéć przed synem, podniósł ręce do góry.
— Co to było! Wola Boża! — zawołał — Doktor Fiszer powołany był zawczasu; powiada, że słabość mu się nie wydawała niebezpieczną — nagle...
Nie skończył stary i ręce mu opadły na kolana.
Maurycy głowę ukrył w dłoniach.
— Czekano na mnie z pogrzebem? nie wiész?
Podniósł głowę Natan, twarz jego przybrała wyraz dziwny, wahał się nieco, nim przemówił.
— Proszę księcia...
— Nie nazywaj mnie tym tytułem.
— Ja muszę mówić otwarcie — odezwał się żyd, powstając. — Tu niema co w bawełnę obwijać rzeczy; lepiéj, żebyś pan od razu wiedział, co go tu czeka i od czego trzeba się bronić.
Maurycy wyprostował się zdziwiony.
— Jakto? co mnie czeka? — spytał — ale zdaje mi się, że ja wiem już, co tu spotkam. Interesa są w stanie opłakanym.
— Co? — zakrzyknął żyd, uniósłszy się namiętnie. — Co? interesa? Tu już niema żadnego interesu, tu już niema nic! tu jest tylko Gryżda, który wszystko zagarnął, przywłaszczył sobie, zrabował, obdarł i nieboszczyka bankrutem ogłosił!
Wyraz ten posłyszawszy, Maurycy podskoczył z siedzenia. Twarz oblała mu się rumieńcem zgrozy. Ręką uderzył w stół.
— Mnie może nie pozostaje nic, — krzyknął — ale pamięć mojego ojca czysta zostanie.
Natan drżał.
— To łotr! to zbój! to najpodlejszy z ludzi! — zawołał gorąco — ten Gryżda. Z czém on tu przyszedł? Co on miał? a teraz... To złodziéj. Wie pan, — rozpoczął nieco spokojniéj, odzyskując nad sobą panowanie — to było od dawna obrachowane. On szczuł nieboszczyka, on mu trwonić dopomagał, aby z tego korzystać.
— Wié pan, co on ma na majątku i co już sądownie sobie zapewnił? krocie, krocie! On głosi, że do Dubiniec nie dopuści nikogo, że wszystko zagarnie. On lata pracował na to szelmowstwo, ten łajdak Gryżda! ten...
Maurycy stał, słuchając i powoli jakoś przychodząc do pojęcia położenia, którego zastać tu nie spodziewał się wcale.
— Mój panie Natanie — przerwał, — zdaje mi się, że poczciwe serce twe dla mnie przesadza nieco. Czyż Gryżda, który był sługą ojca mojego...
— Co? sługą? zdrajcą! — przerwał Natan. — Teraz pan ma w nim nieprzyjaciela otwartego, on się z tém nie tai. Niema po co jechać do majątku; tam on już wszystko opieczętował, zagarnął.
— Ależ to nie może być! — wykrzyknął Maurycy.
— Co? nie może być? Nie wierzysz pan? — odparł Natan — no, to proszę jechać do księdza Piszczały, u niego się dowiedziéć. Tu wszyscy są oburzeni, rozjątrzeni na tego łajdaka, ale on na nikogo nie zważa, o nic nie dba. Z nim niema co gadać.
Natan unosił się coraz bardziéj, ale usiłował hamować. Maurycy, po bardzo krótkim namyśle, padł na krzesło, uspokojony, na pozór, zupełnie.
— Myślisz — zapytał śmiało — że nic a nie mi nie pozostanie?
Żyd głową potrząsnął.
— Nic — rzekł cicho. — To jest rzecz od dawna ukartowana. On tylko czekał na śmierć Księcia. Papiery trzymał gotowe za nadrą. Zaledwie ciało pogrzebano, gdy on ze swemi pretensyami wystąpił. Sam słyszałem na moje własne uszy, jak mówił: — Daj Boże, aby substancyi starczyło na długi! Ja mojego grosza nie daruję.
Podparty na ręku, Maurycy, chwilę siedział zadumany głęboko; lecz gdy potém podniósł głowę, twarz jego była niemal wypogodzona i spokojna.
Żyd z natężoną uwagą i ciekawością śledził wszystkie ruchy jego fizyognomii, usiłując odgadnąć, co wyrażały. Było dla niego zagadką, jak człowiek, tak młody, nagle popadłszy w położenie bez ratunku, zmienić mające wszystkie życia obietnice i warunki, mógł przyjmować cios z ręki losu tak spokojnie, z taką rezygnacyą i heroicznym stoicyzmem.
W twarzy Natana malowało się coraz rosnące dla niego poszanowanie.
Po milczeniu i namyśle, z wolna poruszył się z krzesła Maurycy, lekkie westchnienie wyrwało mu się z piersi.
— Może tak jest lepiéj — począł głosem cichym, ale pewnym — położenie najgorsze, gdy jest jasne i złudzeń nie przypuszcza, lepsze zawsze od wątpliwego i dwuznacznego. Nie mam nic, umiem niewiele, ale mam młodość, chęć i siłę do pracy. Zdaje się, że znaleźć ją potrafię, niech się więc dzieje wola Boża.
Słowa te, w których nie było ani narzekania na los, ani wyrzutów przeciw człowiekowi, co go pozbawił ojcowizny, ani niewieściego lamentu, ani skargi, zdziwiły starego Natana.
Znał on nadto ludzi, aby téj oznaki charakteru w młodym panu nie umiał ocenić. Im mniéj takich ludzi spotykał w klasie, do któréj Maurycy należał, tém wyżéj oszacował ten wyjątek.
Zwolna zbliżył się ku niemu, z wyrazem współczucia pełnym.
— Niech pan zajedzie do księdza Piszczały — rzekł. — To, com powiedział, jest świętą prawdą, niema w tém przesady najmniejszéj; ale może ja nie wiem o wszystkiém, mogło się co zmienić. Obywatelstwo strasznie oburzone na Gryżdę, jego tu znać nie chcą, mogli jakie sposoby na niego obmyślić. Ksiądz Piszczała i pani Sędzina wiedzą o tém najlepiéj.
I zawahawszy się nieco, dodał jeszcze:
— Kto wié, może ten Gryżda, widząc, na co się zanosi, ustąpić zechce ze swych pretensyi dobrowolnie, może...
— Ale ja jego ustępstw i łaski nie potrzebuję, ani-bym ich nie przyjął — przerwał Maurycy. — Pojadę naturalnie do księdza Piszczały, aby się dowiedziéć bliżej o ojcu i położeniu, lecz sam sobie potrafię radzić i spodziewam się niczyjéj pomocy ani opieki nie potrzebować.
To mówiąc, wyciągnął dwie silne, ale piękne, białe, muskularne ręce, pokazując je Natanowi, który w odpowiedzi wskazał na czoło.
Nastąpiło milczenie dość długie; Maurycy chodził po izbie zamyślony, żyd oczyma za nim biegał.
Pod oknami zabrzęczało coś, jak żelaztwo, krok żwawy dał się słyszéć w sieni, Natan drgnął, poznając zapewne przybywającego gościa, i pośpieszył ku drzwiom, gdy to szeroko się otwarły i piękna, żołnierska twarz, z niebieskiemi oczyma, z blond włosami, w czapeczce wojskowéj, ukazała się i znikła.
Natan wybiegł na spotkanie, Maurycy, zamyślony, prawie na to nie zwrócił uwagi.
W sieni stał nie stary wcale, przystojny mężczyzna, w mundurze wojskowym, i zapytał żyda po rusku:
— Młody Kniaź Sołomerecki? nie prawdaż?
Natan potwierdził ruchem głowy, i pochyliwszy się do ucha przybyłemu, szepnął:
— Panie Majorze, trzeba ból poszanować, niech go pan samym zostawi. Ja tylko co mu całą prawdę powiedzieć musiałem, jak stoi z Gryżdą; jeszcze nie miał czasu się opamiętać.
Spojrzeli sobie w oczy.
— Czegóż się ty lękasz? — odparł major. — Znasz mnie przecie? szelmowstwa nie cierpię, szelmów nie lubię, z Gryżdą nie trzymam. Trzy razy się do mnie meldował i nie kazałem go przyjmować. Sprawę Kniazia Maurycego tak mam na sercu, jak wy wszyscy. Chcę młodego na wstępie zaraz upewnić, że my tu wszyscy, obywatele i urzędnicy, co poczciwego, jest z nim i za nim.
— To dobrze, — odparł żyd z poszanowaniem poufałem, które dowodziło dobrych stosunków z Majorem — ale niech pan Major da mu odetchnąć, będzie na to czas.
— Wié już o wszystkiém? — zapytał wojskowy.
— Musiałem mu powiedziéć; na co się miał narażać, jadać do Dubiniec? — rzekł Natan powoli. — Niema po co się tam pokazywać; nuźby się uniósł!
Major, Kniaź Bezdonów, dał znak potakujący.
— Jeżeli sądzisz — rzekł, — że lepiéj go samym zostawić, niech tak będzie.
— Proszę Księcia do mnie — odezwał się żyd.
— Daj mi pokój, nie mam czasu, — zawołał Kniaź, spoglądając na piękny złoty zegarek, który wyjął z kieszeni. Ale natychmiast się namyśliwszy, zmienił zdanie i z Natanem wszedł naprzeciw do izby, w któréj stal bilard i coś nakształt restauracyi urządzonem było, pominął ją i podążył do znajomego sobie pokoju Natana, który z dalszemi mieszkaniami był połączony.
Zamożny Izraelita nie zmienił około siebie nic, wszystko było starym obyczajem, tylko czysto i w porządku utrzymane. Na półce Biblia i Talmud, u drzwi imię Boże, w kątku i cieniu zwinięte przybory do modlitwy, na ścianie trochę odzieży, zawieszonej bialłém okryciem. U okna stół i dwa krzesła, jakby na przychodzących czekały. Na jedném z nich siadł Kniaź Bezdouow, rzucając na stół czapeczkę.
— Powiedziałeś wszystko, co go tu czeka, młodemu Sołomereckiemu, — odezwał się — jakże on to przyjął?
Żyd ręce podniósł, i wprzód nim przemówił, ruchów niemi kilka wyrazistych zrobił w powietrzu.
— Jak on przyjął! — zawołał uniesiony. — To trudno powiedziéć! to jest cud! ja takiego młodego, z gorącą krwią człowieka nie widziałem nigdy. Ledwie minut kilka trwało wzruszenie, natychmiast się uspokoił. Czy się spodziewał tego, nie wiem, ale taka zimna krew, taka spokojność, to niepojęta rzecz. Z niego będzie człowiek.
— A cóż myśli? bronić się? — zapytał Bezdouow.
— Uchowaj Boże! — rzekł żyd — powiada, że będzie pracował, a tylko pamięć ojca od bankructwa chce oczyścić.
— Nu! pamięć ojca — mruknął gość, — całkiem oczyścić będzie trudno, ale my tu wszyscy pomagać będziemy.
— Wszyscy? — z jakąś wątpliwością spytał żyd.
— Tak jak wszyscy — ciągnął daléj Kniaź, — tak jak wszyscy, przynajmniéj, co nas tu jest poczciwych.
Natan głową potrząsał, zbliżył się do Kniazia, i pochyliwszy się, sparł na stole, szepcąc mu prawie do ucha:
— Gryżda już ma swoich, a mnie się zdaje, że liczba ich urośnie. Co to mówić? pieniądze cudów dokazują, żadne mydło tak z brudu nie obmywa, jak one!
Poruszył ramionami i uśmiech ironiczny przebiegł mu po ustach.
— Któż? kto? — odezwał się Bezdonów.
Natan milczał zadumany, jakby do zwierzeń nie miał ochoty.
— Nu, — rzekł, ociągając się — naprzód adwokat Basurowicz.
— To okrzyczany łajdak? — zawołał pogardliwie Bezdonów — o tém niéma co mówić.
— A Pałczyński? — mruknął żyd.
— To nie może być! — zaprzeczy! Kniaź.
— Jak? nie może? — począł Natan, pochylając się bliżéj jeszcze ucha słuchającego. — On ma syna, Książe wiész, hulakę i bałamuta, który jnż dosyć długów narobił, nu... a Gryżda ma córkę jedynaczkę. Pałczyński pewnie na to rachuje, że jéj nikt nie zechce, i że ją weźmie razem z Dubińcami, Hrobkami, całym kluczem, i pałacem, i wszystkiém. Ha! ba! Z Gryżdą teraz nikt gadać, nikt na niego patrzeć nie chce, a on już jeździł do niego potajemnie.
— Jeździł? — wykrzyknął zdumiony Kniaź — tego-bym się był nie spodziewał.
Natan uśmiechnął się.
— Co? będzie tego więcéj! — rzeki z obojętnością starego człowieku, który wszystkiego złego nauczył się od życia i ludzi spodziewać.
Bezdonów głową kręcił i milczał.
— Zobaczymy, — rzekł. — Na Święty Ignacy, Kozak-baba zaprasza, jak zwykle, na imieniny Piszczały, będę i ja tam. Zobaczymy? Ciekawym, czy Pałczyński się pokaże.
— Niewiadomo, czy go proszono, — odparł Natan. — Sędzina nie umie udawać, a wié pewnie o tém, że się powąchał z Gryżdą. Pałczyński domyśli się, co go czeka, gdy przyjedzie. Jeżeli proszony, to pewnie na to, aby mu głowę zmyła dobrze. Będzie się obawiał.
Smutnie jakoś zmieniła się twarz Bezdonowa.
Spojrzał znów na zegarek.
— Dokąd-że on jedzie? — zapytał. — Do Dubiniec niema poco, biedaczysko, ani łomu, ani domu!
— Radziłem mu, aby jechał do księdza Piszczały — rzekł żyd — ale mógł by, gdyby chciał, i do Sędzinéj, albo do Zamarskiego.
— Ale to niepodobieństwo! — wybuchnął nagle Bezdonów, — żeby mu choć jeden jaki folwarczyna nie został z téj fortuny.
— Wątpię — rzekł żyd, który już zapewne na jakichś danych ogólny rachunek sobie w głowie uczynić musiał. — Gryżda mówi, że fortuny na długi nie starczy. Sołomerecki ślepym był, nie dbał o jutro, kłamał sam przed sobą, a ten umiał korzystać. Oj! to ptasio, ten Gryżda.
— Nie potrzebujesz mi mówić, znam go dobrze oddawna — wtrącił Kniaź. — Podlejszéj istoty trudno sobie wyobrazić, a przytém, wcale nie głupi.
— Ho, bo! — zamruczał Natan.
— Nogami go kopać można, nie piśnie nawet; w twarz mu plunąć, obetrze się i pokłoni; łaj go, będzie się uśmiechał; ale gdzie pazury swe wciśnie raz, już ich nie oderwie bez kawałka mięsa. No, i takim niegodziwcom — dodał — wszystko się szczęści! Trafić musiał na Sołomereckiego i umiał u niego tyle lat przebyć, żeby go odrzéć do koszuli! Psiawiara!
Oba zamilkli.
Kniaź Bezdonów wstał, biorąc za czapeczkę, gdy z bilardowego pokoju posłyszano kroki i mężczyzna średnich lat, tłuściuchny, rumiany, zażywny, ubrany starannie, ale bez zbytniéj elegancyi, z miną pewną siebie drzwi uchylił.
Był to Niemiec, z dawna już naturalizujący się powoli w kraju, do którego przybył wypadkiem z pacyentem możnym. Rodem Sas, z królestweczka tego, dziś tak okrojonego a przeludnionego, że co rok mnóztwo dzieci jego w różne strony świata emigrować musi, doktor Ernest Traugott Fiszer, syn chłopa z pod Chemnitzu, zapoznał się tu z obywatelstwem, polubił kraj, przywiązał się do ludzi, potrosze nauczył się języka i o powrocie do Saxonii na teraz nie myślał wcale. Dobrze mu się tu dosyć działo, miał już dom swój w miasteczku, wcale pięknie urządzony, konie, powozy i, jak utrzymywano, dosyć grosiwa. Oszczędny, zabiegliwy, ale bardzo dobrego serca i lgnący łatwo do ludzi, Fiszer miał przyjaciół, lubiony był; a że rodziny bliższéj nie miał w Saxonii, prorokowano mu ożenienie się i osiedlenie.
Nawet nasz powszechny wstręt odwieczny do Niemców, łagodnością swą, ludzkością, dobrém sercem, które się we wszystkich czynnościach czuć dawało, umiał Fiszer rozzbroić. On sam był do wysokiego stopnia kosmopolitą, choć razem niemiecki swój język i narodowość kochał miłością, oddaleniem spotęgowaną. Jak się w nim godziła idea ludzkości jedynéj, którą wyznawał, z germanizmem gorącym, który go powinien był czynić wyłączniejszym w sympatyach, tego wytłómaczyć niepodobna tym, co dzisiejszych Niemiec nie znają.
Koniec końcem, doktor Fiszer ulubiony był wszystkim, i odpłacał uczuciem za to przyjęcie, jakiego tu doznawał. Przytém, jako lekarz, jako uczony i pracujący niezmordowanie nad tém, aby nie być zacofanym, jako człowiek oczytany, jako praktyk, mało miał równych sobie.
Na tém wygnaniu, w osamotnieniu naukowém, nie mając nikogo zajmującego się medycyną i przyrodnictwem, czytał ogromnie wiele, namiętnie, wszystek czas wolny, poświęcał studyom i, jak sam powiadał, w tém prawdziwe znajdował szczęście.
Śmiano się z niego, że w swym połamanym polskim języku niektóre chorób wypadki pięknemi nazywał i z zapałem wyrażał się o tém, co drugich napełniało smutkiem. On téż śmiał się z drugimi, ale ani języka, ani obyczaju nie zmienił. Nie było gorliwszego nad niego experymentatora, i nikt pewnie z jego towarzyszów pilniéj dziennika medycznego nie prowadził.
Fiszer miał praktykę niezmiernie rozległą, która się na powiaty Łucki, Dubieński, czasem aż do Ostroga i pod Żytomierz rozciągała. Był w niéj niezmordowanym. Młody, zdrów, silny, spędzał noce bezsennie, dnie na bryczce, którą jadąc, zasypiał potém chętnie i smaczno. Nie grymaśny w życiu, obchodził się lada czém, mając tylko jednę słabość i tęsknotę... do piwa. Niedostatek dobrego „soku jęczmiennego“, jak go Niemcy zowią, najboleśniéj go dotykał. Wzdychał, popijając tutejsze piwa, i krzywił się, nie mogąc pojąć tego, jak ludzie bez napoju życiodajnego obchodzie się mogli.
Das ist unbegreiflich — powtarzał często — to jest niepojęcie — tlómaczył potém.
Wejście doktora Natan i Bezdonów powitali wesołemi twarzami.
— Wiecie — odezwał się Kniaź — miody Sołomerecki przyjechał, jest tu.
— Właśnie się o tém dowiedziawszy, zaszedłem, — rzekł połamanym językiem polsko rusko-niemieckim doktor. — Jak sądzicie? nie wypadałoby mi się widziéć z nim?
Natan zbliżył się do doktora.
— Tem bardziéj, że on sam pewnie was szukać będzie, aby się szczegółów o śmierci ojca dowiedziéć.
Fiszer ramionami poruszył.
— Jest ta?
— Naprzeciwko — odparł żyd. — Znasz go pan?
— Kilka razy-śmy się spotykali — rzekł doktor — nieźle mówi po niemiecka.
— Idź, idź — dodał Bezdonów — ale!
Tu położył palec na ustach.
— Nie trap go tém, że ojciec sobie własną winą życie skrócił.
Fiszer, nic nie odpowiadając, już, z twarzą zakłopotaną trochę, zawrócił się zaraz przez bilardową salkę i sień do izby gościnnéj, zapukał do drzwi niemieckim obyczajem i wszedł.
Maurycy, blady, ale z pogodną energią na czole, przechadzał się po pokoju krokami powolnemi. Zobaczywszy i poznawszy doktora, rzucił się ku niemu żywo, uścisnęli się w milczeniu.
— Właśnie pragnąłem widziéć się z wami — odezwał się Maurycy, — byliście przy ojcu moim w ostatnich godzinach?
Fiszer milcząco to potwierdził, słowo z ciężkością mu się z ust dobywało, może dla tego, iż się nad znaczeniem każdego i wrażeniem, jakie uczyni na synu zmarłego, namyślać musiał.
— Przywołano mnie nie rychło — cedził zwolna — Książę miał gorączkę gastryczną... zjadł coś bardzo niestrawnego... Skutki jéj może-by tak groźne nie były, gdyby... nie wiek.
— Ojciec mój nie był tak starym — przerwał Maurycy.
Fiszer ramionami poruszył.
— Rozmaicie się zużywają organizmy — dodał, zbyt może wytworny obrot nadając swemu tlómaczeniu. — Choroba się skomplikowała pedogrycznemi symptomatami.
— Przytomnym był do ostatka? — zapytał Maurycy — nie żądał mojego przybycia? nie rozporządził czémś? nie wyraził jakiego postanowienia?
Fiszer cicho szepnął tylko:
— Przytomność opuściła go przed zgonem, mówił mało i pojedyńczemi tylko wyrazami, trudno było zrozumiéć.
— Był kto przy nim jeszcze? — wtrącił Maurycy.
Zawahał się lekarz z odpowiedzią.
— No — rzekł w końcu — Gryżda go nie odstępował. Książę go nawet poznawał — tu poruszył ramionami — i kilka razy zawołał, ale tém... tém... przezwiskiem, jakie mu nadał.
Mimowolnie ironiczny uśmiech przesunął się po ustach obu, ale wnet wyraz boleści go zastąpił.
Rozmowa zdawała się jakby skończoną. Maurycy bezmyślnie się w okno zapatrzył. Fiszer siedział zakłopotany.
— Jakże Gryżda znajdował się w ostatnich chwilach? — zapytał zmarszczony.
Odpowiedź była trudna, doktor się też namarszczył.
— Zbytniéj troskliwości nie okazywał rzekł w końcu — ale temu się dziwić nie można, bo to człowiek jest zimnéj natury. Gdy nadzieję straciłem, aby księcia przy życiu można utrzymać, Gryżda już więcéj myślał o sobie, niż o umierającym. Ale słudzy byli poczciwi, przywiązani i na staraniach nie zbywało... Zgasł w końcu, nie cierpiąc wiele, wyczerpały się siły i usnął.
Na oczach Maurycego zabłysła łza, którą otarł szybko; nie mówili już więcéj.
Doktor, jako doktor, wypowiedział wszystko, co mógł i był powinien, ale pozostał człowiek, pełen współczucia dla młodego księcia, którego zawsze cenił wysoko, szczególniéj za jego miłość pracy i nauki.
— Nie trzeba się dać złamać boleści — dodał — wszystko się jeszcze pomyślniéj może obrócić, niż zapowiada. Książę masz współczucie powszechne.
— Bardzo za nie wdzięczen jestem — przerwał Maurycy — lecz człowiek zawsze sam na siebie więcéj, niż na drugich, liczyć powinien. Żal mi ojca, ale własném położeniem nie jestem tak przygnębionym, jakby zdawać się mogło. Odebrałem, dzięki ojcu, wychowanie, które mnie usposobiło do pracy, nie lękam się jéj, a co więcéj, nie wstydzę żadnéj, i nie roszczę sobie żadnego innego prawa nad to, jakie mi dają słabe zdolności moje; tu, czy gdzieindziéj, spodziewam się zużytkować siły, jakie mam. Ludzie — dodał, poufaléj zwracając się do Fiszera — sądzić mogą, iż boléć muszę nad stratą społecznego stanowiska, które mi niby poręczało imię i tradycye z niém związane. Tak nie jest. Zawsze przewidywałem majątkowy upadek, bo ten był nieuchronnym; tytułu dawno się wyrzekłem, to mi daje swobodę. Zapewne żal mi będzie stron i siedzib rodzinnych — dorzucił smutniéj — ale jest-że w życiu co trwałego? a w losach pokoleń cóż rządzi, jeśli nie bezustanne dźwiganie się i upadki? Wszyscyśmy prawu jednemu podlegli, niema wyjątków.
Fiszer zamruczał coś niewyraźnego. Widać było na nim to samo podziwienie, jakie okazał Natan, znajdując Maurycego zrezygnowanym i spokojnym. Doktor chciał coś jeszcze mówić o Gryżdzie, gdy przez okno gospody, na małym rynku miasteczka, z bocznej uliczki wyjeżdżającą wyciągniętym kłusem zobaczyli nejtyczankę, leciuchną, zaprzężoną czterema ładnemi konikami karemi w ozdobne szleje z brzękadłami mosiężnemu. Z kozła powoził niemi ładny chłopak, w sukmance i czapeczce, a z bata walił i walił zamaszyście.
Gdy się nejtyczanka zbliżyła, poznać mogli siedzącą na niéj Sędzinę Brodzką, w bardzo oryginalnym stroju podróżnym.
Na głowie miała kapelusz słomkowy męzki, ze wstążką czarną, a na letniéj sukni, czarną skórą przepasanéj, płaszczyk nankinowy, dziwacznego kroju, z małą pelerynką. Na szyi widniała z dala jasno niebieska, z wielkim fontaziem, chusteczka.
Prawie nim się woźnica miał czas zatrzymać u gospody Natana, ruchawa jéjmość, ledwie stopnia bryczki dotknąwszy, wyskoczyła. Natan już stał, gotów na jéj przyjęcie. Zamieniła z nim zaledwie słów kilka i, z porywczością sobie właściwą, wpadła wprost do izby gościnnéj, w któréj Maurycy i Fiszer siedzieli.
Młody Sołomerecki był jéj znajomym, ale z daleka. Zbliżyć się do niego nigdy nie miała czasu, a on może excentrycznością rażącą Kozaka był onieśmielony. Nie przeszkodziło jéj to, śmiało, z wyciągniętą rączką, małą i tłustą, zbliżyć się wprost do Maurycego.
— Jakbym przeczuła, że tu was zastanę dziś — odezwała się rzeźko. — No, chwała Bogu, że mnie nie zawiodło przeczucie. Słuchaj, Książę.
— Tytułu tego nie noszę.
— No, to słuchaj pan.
Maurycy się skłonił.
— Będziesz miał z łajdakiem do czynienia — kończyła Sędzina. — Powiadają, że w Dubincach wszędzie już łapy jego leżą. Nie zechcesz pewnie nawet pod jednym z nim dachem żyć i jedném powietrzem oddychać. Przybyłam mu ofiarować gościnę w Białym Ostrowie, a nie dogodna ona dlatego, że z taką babą, jak ja, spokoju byś nie miał, to jest dom u mnie w Zalesiu. Gdzie chcesz, służę, ochotnem sercem, wierz mi.
Maurycy, poruszony, mocno dziękował.
— Nie rób ceremonii, słowo daję, ja się sama narzucam — mówiła Sędzina. — Ksiądz Piszczała nie ma na plebanii miejsca, u Natana w gospodzie siedziéć nie przystało, a do Dubiniec nie radzę...
— Przecież pojechać, zajrzeć i spróbować, przekonać się, jak rzeczy stoją, muszę — odezwał się Maurycy poważnie. — Bądź co bądź, i widzenie się z panem Gryżdą jest nieuniknione. Może też znajdę go łaskawiéj usposobionym.
Sędzina przerwała śmiechem szyderskim.
— Ale to łotr, zbój, to psiawiara! — dodała gorąco. — Z nim ani układów, ani żadnego zbliżenia się nie można dopuścić. Są ludzie, z którymi zgoda jest upodlającą!
— Zawsze piérwszy krok jakiś ja uczynić muszę. Przybywam — rzekł Maurycy.
— On sam powinien do was przyjść, a gdybym ja była na waszém miejscu, dała bym mu w kark i wyrzuciła za drzwi.
Maurycy się uśmiechnął.
— Ażby nosem zarył — dokończyła Sędzina wyraziście.
— Cóżby mi to pomogło! — odezwał się Sołomerecki.
— No, — nie dając mu daléj mówić, ciągnęła Sędzina — przyjmujesz pan ofertę? ja proszę, bardzo proszę. Wołała bym miéć was w Białym Ostrowie, ale, jeśli przenosisz Zalesie, dom gotów czeka. Kazałam go oczyścić, schludny jest, nie pański, ale dla jednego, dla mężczyzny.
Podała Sędzina rękę.
— Przyjm pan, — rzekła natarczywie — przyjm. Jestem piérwsza, znajdą się i drudzy, ale mam prawo, bo mi się poszczęściło innych uprzedzić.
Maurycy, nic nie mówiąc, skłonił się.
— Jeżeli w istocie będę potrzebował schronienia — rzekł po namyśle — to na czas krótki. Znajdę dzierżawę, zarząd majątku, jakieś zajęcie. Procesu z Gryżdą prowadzić nie myślę i nie mogę. Naprzód, pewny jestem, że on się zabezpieczył wcześnie przeciw wszelkim ewentualnościom, których ja nie przewidywałem. Powtóre, nie mam na to pieniędzy; naostatek, nie chcę uwłaczać ojca pamięci. Długi, jakie on uznał, są dla mnie święte.
— I ten psiawiara — wybuchnęła Sędzina — będzie tryumfował! Zawróciła się żywo, trzepiąc rączkami i rzucając ramionami.
— No — odezwała się, prędko znowu zbliżając, się do Maurycego — zatem mam słowo, do Zalesia czy do Białego Ostrowu?
— W ostateczności — rzekł Sołomerecki — mniéj pewnie kłopotu pani uczynię, wybierając Zalesie, a mój najazd nie będzie trwać długo.
— Puszczę Zalesie dzierżawą, jeżeli zechcesz — wtrąciła napastliwie sędzina.
Maurycy przejęty był dobrocią Brodzkiéj, lecz zarazem widocznie zakłopotany. Kozak-baba chciała rozmowę znowu zwrócić na Gryżdę, ale Sołomerecki milczeniem zbył zaczepkę. Dała mu pokój.
— Chciała bym, — rzekła, zwracając się jeszcze do Maurycego — abyś pan wiedział, że my tu wszyscy jego stronę trzymamy.
Fiszer, który już pewnie o Pałczyńskim słyszał, nieznacznie się uśmiechnął. Spostrzegła to Brodzka i zrozumiała.
— Jest już jaki zdrajca? — zapytała.
Doktor zbył milczeniem.
— Ja o żadnym dotąd nie wiem — dokończyła Sędzina.
Natan, który stał w progu, chrząknął.
Obróciła sie do niego.
— Kto?
— Pałczyński — szepnął cicho.
— Poznał swój swego — odparła z pogardą — ale co tam taki Pałczyński znaczy!
I wnet, żywo przechodząc do tego, co miała na myśli, przystąpiła do Maurycego.
— Ale ot, co jeszcze miałam powiedziéć — rzekła. — U mnie na Święty Ignacy wszyscy się zbiorą obchodzić imieniny kochanego naszego solenizanta, księdza Piszczały. Przyjedź pan, ale koniecznie. Z Gryżdą, choćbyś się widział, nie będzie wiele do czynienia, dać mu w ucho na odlew i basta...
Wyciągnęła rękę.
— No, na Ignacego? przyjedziesz? musisz! — dodała.
Sołomerecki się skłonił. Sędzina poprawiła nankinowy płaszczyk, szepnęła coś doktorowi, wyciągnęła jeszcze raz rękę Maurycemu, zawinęła się żywo i wyszła, rozmawiając z Natanem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.