Przejdź do zawartości

Przyjdź królestwo Twoje...

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Gabriela Zapolska
Tytuł Przyjdź królestwo Twoje...
Pochodzenie Modlitwa Pańska
Wydawca Polskie Towarzystwo Nakładowe
Data wyd. 1905
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


PRZYJDŹ KRÓLESTWO TWOJE...


 Przyjechała Eda z Paryża do domu rodziców w sam Wielki Piątek.
 Przyjechała na tak zwane święta do miasta rodzinnego, w którem już nie była przeszło lat siedm.
 Wyjechała młodem dziewczęciem, rezolutnem, ale z głową pustą; tylko paliła się w tej głowie nie tyle chęć wiedzy, ile chęć wolności i samoistnego, niezależnego bytu.
 A przecież tej dziewczynie źle w domu nie było.
 Ojciec był współwłaścicielem jednej z mniejszych fabryk, dochody były niezłe, dom utrzymywano na pewnej stopie przyzwoitej, a nawet zbytkownej.
 Eda była średnią w rodzeństwie. Przed nią były dwie siostry: jedna »wydana« za dość zamożnego aptekarza, druga właśnie na wydaniu. Ewie pozostawało dodzierać suknie po Mizi i czekać swej kolei, aż Mizia znów znajdzie jakiego aptekarza, lub coś w tym rodzaju. Wtedy ona, Eda, miała wejść w świat. W dziewczynie, wieczorami zwłaszcza, gdy ogarki świec, które im matka wydzielała, aby nie czytały romansów, gasły w lichtarzach, robiło się niecierpliwie i głupio. To fabryczne miasto, pełne kominów, dymów i uiluminowanych okien, dławiło ją jak ściany klatki. Czuła, że tu się dzieje dokoła niej coś nieprawidłowego, coś przeciwnego pojęciom, które były w niej, a sformułować ich z powodu swego braku wykształcenia nie mogła. Czuła się tylko »źle« pod każdym względem, czuła, że jest na fałszywym gruncie, i chciała się gwałtownie wydostać z tego fałszu i nieprawidłowości.
 Siostra jej, Mizia, pytała ją często, widząc, jak ona staje na balkonie wieczorem i patrzy milcząc przed siebie.
 — Czego tam stoisz? Ciemno! już nikogo nie widać.
 Nie odpowiadała nic na to Eda, tylko stała tak otulona włóczkową chusteczką z brwiami ściągniętemi i przepysznemi oczyma, wlepionemi w przestrzeń.
 Dławiło ją to, co działo się za temi oknami fabryk, hypnotyzowało poprostu, drażniło w straszny, dziwny sposób, a przecież patrzała, patrzała ciągle... oczu oderwać nie mogła.
 I znów Mizia rozespana, cała w papilotach, bo na drugi dzień szła na jakiś raut, pociągnęła ją za suknię.
 — Na co się tam patrzysz?
 Eda nie odpowiedziała, ale wzrok swój skierowała teraz w głąb pokoju, gdzie na dwóch fotelach siedzieli spokojnie z rękoma założonemi »po napoleońsku« jej rodzice, trawiąc świeżo spożytą wieczerzę.
 W jadalnym pokoju służba zbierała zastawę i obrusy. W saloniku lampa płonęła jasno. Ojciec palił dobre cygaro. Obok ojca siedział pan »wspólnik«, człowiek rosły, tęgi, energiczny. Jadł dużo i prędko, mówił także dużo i prędko.
 Jego żona, starannie uczesana blondynka, siedziała także pogrążona w jakiejś słodkiej kontemplacyi. Aż biło z tego salonu dobrobytem i doskonale kwitnącym stanem interesów.
 I znów oczy Edy pobiegły w stronę jasno oświetlonych okien febrycznych. Na dole widać było w ciemnicy ulicznej grupy robotników, śpieszących na nocną robotę. Szli prędko, buty ich stukały o flizy. Gdy wchodzili w strugę światła, padającą z latarń, zdawali się prawie wszyscy ułomni, tak byli pochyleni, tak mieli głowy wciśnięte w ramiona.
 Mizia, widząc, że nie doczekała się odpowiedzi na swe pytania, wzruszyła ramionami.
 — Ty, Eda, jesteś zanadto głupia! — zakonkludowała.
 Wyszła i drzwi za sobą przymknęła.
 Eda uczuła się na pograniczu dwóch światów.
 Ci, tam na dole, ciemni, zgarbieni, stanowili dla niej zupełnie odrębny świat, do którego nigdy się dostać nie mogła.
 Ci, tu na górze, nasyceni i rozpromienieni, byli tym drugim światem, w którym żyła, ale którego także zrozumieć nie mogła, bo obcą mu była całą swą duszą, chociaż pomiędzy »tymi« na świat przyszła.
 Rozterka w niej była.
 Coś tam w niej targało, chyliło ją ku tym na dole. Mówiono o nich w domu przy obiedzie lub wieczerzy, że to gromada zbójów i wyzyskiwaczów. Opowiadano, że każdy z nich ma nóż w cholewie, że jest to zbiorowisko morderców i zbrodniarzy. Nigdy nie mają dosyć... a w dodatku — próżnują i nic robić nie chcą.
 — Krzyż Pański mam z nimi! — mówił ojciec, wzdychając ciężko.
 A potem dodawał, popijając herbatę:
 — Człowiek życia niepewny!
 Matka wtedy wynurzała się z po za samowaru, przy którym rezydowała, i z nieopisaną trwogą składała ręce:
 — Stefanie! co ty mówisz!...
 Ojciec prostował się i potrząsał tajemniczo głową:
 — Tak! tak!... życia nie jestem pewny.
 Matka w prośby: W
 — Stefanie, sprzedaj fabrykę... kup lepiej kamienicę!
 Ale ojciec protestował:
 — Jeszcze nie teraz... trzeba mieć trochę więcej... odłożonego.
 Na to matka chrząkała, aby pokryć słowa ojca.
 Mógł kto posłyszeć... po co mają wiedzieć, że się »odkłada«.
 Nagle, ni stąd ni zowąd, raz Eda spytała:
 — A proszę tatka... czy robotnicy też co odkładają?...
 Zapanowało milczenie.
 I potem zaraz matka wzruszyła ramionami i wyrzekła:
 — Boże! jaka ta Eda głupia!

 Tak się to utarło, że Eda jest głupia.
 To też, gdy nagle i kategorycznie oświadczyła, że jedzie w świat i że zostanie »kimś«, kim? — jeszcze nie wie dokładnie, ale kimś będzie z pewnością, Mizia zaczęła się tak śmiać, iż sądzono ogólnie, że dostała spazmów. Ale Eda spojrzała na nią tak jakoś dziwnie, że Mizia zaraz się śmiać przestała. We wzroku Edy było coś jakby ironia, jakby politowanie, jakby jakaś pogarda. To wszystko razem śmiech na ustach Mizi zmroziło.
 I zadecydowała tylko wyniośle:
 — Waryatka!
 Ale Eda zwróciła się z upartą prośbą do ojca, tłómacząc, że dwie panienki z Tomaszowa i Łodzi pojechały na studya i teraz mają zostać doktorkami.
 Mówiła nawet dużo o zarobku, jaki stąd osiągnąć można, mówiła trochę gorączkowo, jakby sztucznie, ale bardzo logicznie i bardzo praktycznie. Tem ojcu trafiła do przekonania, bo choć on się do Polaków zaliczał, przecież tam coś niemieckiej żyłki przedsiębiorczej było w nim, i Eda tak jedynie mogła od niego uzyskać zgodę i aprobatę. Widoczne było, że aż drży do tego wyjazdu i chodzi po Łodzi jak senna, a jedynie tylko wieczorami, gdy stoi na balkonie, płoną jej oczy i policzki różowieją. Patrzy, patrzy na fabryki, na jasno oświetlone okna, na tę wieczystą iluminacyę, patrzy na dymy rozświetlone snopami iskier, na gromadki czarne i skurczone, do ziemi przyległe, i dusza się jej szarpie niepokojem, pytanie na czole zawisa:
 — Czy wszędzie tak?
 Nikt jej nie odpowiada.
 Jest sama, pusto dokoła. Zawisła tak wysoko ponad oślizgłymi flizami. Nad nią wyiskrzone niebo. Smukła, wyniosła, z włosami zaplecionymi w warkocz dziewczęcy, rysuje się powiewnie pod baldachimem gwiazd.
 — Czy wszędzie... tak?
 Uparcie dusza jej powraca do rzuconego pytania.
 I sama ze zmarszczonemi brwiami rzuca słowa postanowienia:
 — Muszę się dowiedzieć! przekonać się muszę!...

 Po latach, powraca Eda do Łodzi, do ojca, do matki, do fabryki.
 Powraca panna Eda docteur en médecine, przeszedłszy studya, urządziwszy sobie gabinet konsultacyjny w popularnej dzielnicy i zyskawszy sobie pacyentów. Jaki ten gabinet — to mniejsza. Mieści się na czwartem piętrze, pacyentki rekrutują się z posługaczek, patysyerek, przekupek i ich dzieci. Są to przeważnie istoty, bojące się szpitala i płacące ile możności najmniej za konsultacyę. Niemniej Eda przyjeżdża do Łodzi, poprzedzona sławą. Od pewnego czasu nie przyjmuje żadnej pomocy od rodziców i tem imponuje niezmiernie tak ojcu, jak matce i siostrom.
 Przyjeżdża ubrana modnie, choć dość skromnie, warkocz upięty w zgrabny węzeł na karku, dodaje jej powagi. Wogóle ma w sobie wiele majestatu i jakiejś wdzięcznej zadumy. Mówi cicho, zamyśla się często.
 Jej siostry śledzą ją ciekawie.
 Mizia znalazła dobrze sytuowanego rejenta i obecnie zajmuje wybitne stanowisko w Zakopanem, gdzie jeździ co lato. Nauczyła się patrzeć face à main i ogromnie się tem cieszy. Przez takie wspaniałe face à main przygląda się Edzie. Przedziela je stół, nad którym płonie domowa, poczciwa, rodzinna lampa. Jest to Wielki Piątek, i matka, jak prawdziwa matka licznej rodziny, od kilku dni nie wychodzi z kuchni. Święcone zapowiada się wspaniale.
 Eda siedzi zamyślona i patrzy na leżącą na stole sukienną, ciemno-zieloną serwetę.
 Brwi ma ściągnięte, koło ust zarysowała się bruzda. Wygląda jak ktoś, co dużo myślał, i dużo przeczuł, i dużo zrozumiał.
 Mizia w jasnej, jedwabnej bluzce, upudrowana, dzwoni brelokami od zegarka.
 Wreszcie przerywa ciszę:
 — No... powiedz-że co o Paryżu!...
 Eda podnosi na nią zmęczone i pełne ciężących jakichś myśli tajonych oczy.
 — Cóż ci mam powiedzieć? — pyta cicho.
 Mizia tylko wzrusza ramionami. Ona, gdy przyjedzie z Zakopanego, ma co opowiadać tygodniami całymi. Ale to... ona, a ta Eda... wiecznie ta sama!
 Z jaką ochotą powiedziałaby tak, jak dawniej:
 — Głupia!
 Ale nie może. Docteur en médecine!... Przytem ta powaga! Nawet ojciec kręci głową. Można sobie tylko o tem myśleć... ale mówić!
 Zrywa się od stołu zła, zirytowana.
 — Pójdę!...
 Jest już koło dziewiątej, ściemniło się zupełnie. Mizia boi się iść sama. Zwraca się ku przepaściom kuchennym, w których w tej chwili dzieją się misterya świątecznych awantur.
 — Czy nie może mnie kto odprowadzić?
 W kuchni powstaje wrzawa.
 Lokaj pobiegł po cukierki do ubierania bab, młodsza poszła po mak, panna służąca lukruje mazurki, kucharka jest pogrążona w czeluściach pieca.
 Z otwartych drzwi Edę oblewa gorąco, zapach świeżo upieczonych ciast, atmosfera dobrobytu materyalnego, starań o zwierzęce zadowolenie rozpanoszonych żołądków.
 Po twarzy Edy przesuwa się coś nakształt wstrętu. Karmi się od lat tylu końskim befsztykiem rzuconym pospiesznie na ruszcik, pod którym płonie gaz, zapomniała smaku bab parzonych, podolskich i petynetowych, zapomniała zwłaszcza o tem, że może być tyle szmeru, tyle hałasu koło spraw żołądkowych i tyle sił zużytych w tym kierunku!
 — Czy może mnie kto odprowadzić? — pyta Mizia, zarzucając na szyję boa, pachnące zdaleka werweną.
 Matka wchodzi do jadalni, zakłopotana i rozpromieniona.
 — Udały się! — mówi z tryumfem.
 W ręku niesie ostrożnie, z całym szacunkiem, ładną, złoto-rudego koloru, dobrze upieczoną babę. Jeszcze nie przybrana pstrocizną cukierków i lukru, ale piękna w swej prostocie i zwłaszcza nadzwyczaj foremna.
 Matka zmierza prosto ku Edzie, dla której ma duży respekt i z pewnem zakłopotaniem stawia babę na stole.
 — Dla pani doktorki!... — mówi z uśmiechem, w którym koncentruje się wszystko: duma i ból spuchniętych od dreptania po kuchni — chorych nóg.
 Mizia podziwia przez face à main.
 — Wcale! wcale!... — mówi z aprobatą, zainteresowana jak każda zwyczajna kobieta na widok święconego.
 Mówi »wcale« — bo tak mówią w Zakopanem panowie malarze.
 Ona — zamówiła w cukierni »ciasto«. Jest to »próchno«, ale ma szyk, którego domowe ciasto niema.
 Matka wzdycha i nie aprobuje podobnego postępowania.
 — Ach! te dzisiejsze gospodynie — mówi — nie szanują nic, nawet tradycyi.
 Troska maluje się na jej licu.
 Żadna z córek nie wdała się w nią. Najmniej Eda. O czem ona myśli, zapatrzona tak przed siebie? Nie rzuciła nawet okiem na babę. O czem ona może myśleć tak ciągle z tą pochyloną trochę smutnie głową!
 Ale Mizia stanowczo chce iść do domu.
 Nudzi się i denerwuje w towarzystwie Edy.
 — Niechże mama da mi kogo do odprowadzenia choćby do dorożki! — woła. — Ja sama przecież między tymi zbójami iść nie mogę!
 Eda podnosi głowę.
 — Jakto? zbóje? — pyta: — więc nic się tutaj nie zmieniło?
 — Zmieniło się, — odpowiada urągliwie Mizia — ale na gorsze... Zabijają, łupią, mordują... człowiek na ulicy życia niepewien...
 Ale matka troska się ciągle.
 — Kto cię odprowadzi?... wszyscy zajęci... chyba Kasprzusiowa.
 — Qui est ce? — rzuciła córka.
 — To... posługaczka, wodę nosi, także tam...
 — Żeby mnie zabiła! — broni się Mizia, kładąc trójkątny kapelusz ze złotą sprzążką.
 Ale matka zwraca się do kuchni:
 — Kasprzusiowa! chodźcie, odprowadzicie panią rejentową.
 Matka znika, natomiast cicho, jakby obuwie jej było bez podeszew, wsuwa się Kasprzusiowa.

 Staje pod ścianą i nie mówi nic, a przecież obecność jej nagle zacięża i targa duszą obecnych.
 Stoi przecież pod ścianą, nie dotykając nawet kupą łachmanów obicia. Zawinięta w chustkę, robi wrażenie spowitego w szary, przegniły całun trupa. Żylaste, czarne ręce przytrzymują chustkę tuż pod brodą. Z fałd bezbarwnych wysuwa się twarz o zapadłych oczach i policzkach. Ta kobieta niema wieku, niema prawie oczu, niema ust. Wszystko rozpływa się, ginie, zatraca w ziemistej barwie. Z czoła spływa jeden kosmyk włosów siwawych, lekko podkręconych. Ten jeden kosmyk włosów, wijący się ładnymi skrętami, przypomina, że w tej kupie łachmanów zagasło piękne i kształtne kobiece ciało.
 Mizia rzuca przez ramię:
 — Niech poczeka... zaraz pójdziemy! — a widząc, że kobieta kieruje się do kuchni, dorzuca: — Nie! nie! Frontowymi, schody kuchenne są za strome!
 Wybiega do salonu szukać rękawiczek.
 Eda i Kasprzusiowa pozostają same.
 Z uchylonego balkonu wieje chłód, ale już wiosenny. Z jasnego szlafroka doktorki unosi się dokoła woń delikatna lawendy.
 Od łachmanów posługaczki płynie woń piwniczna i świeżo skopanego grobowca.
 Eda oczy swe podniosła i utkwiła w twarzy stojącej przy ścianie kobiety.
 Nie pyta jej o nic, a czyta w tej twarzy, ginącej prawie wśród łachmanów, jak w otwartej księdze.
 Dawniej zgadywała, teraz nauczyła się czytać.
 Rozumie milczenie, które ma w sobie doniosłość całożyciowej skargi, rozumie trwożliwą nieruchomość zgnębionego ciała.
 Pomiędzy brwiami Edy coraz cięższa zarysowuje się brózda.
 Widzi i odczuwa, że tam, pod żółtą skórą tego zwiędłego ciała, jest tylko jedna myśl, jedno żądanie:
 Najeść się do sytości, raz; najeść się, ona i jej bliżsi.
 Życie ciężkie, straszne, w pogoni za odrobiną strawy, rozwinęło w Kasprzusiowej pragnienia tylko w tym kierunku.
 Za młodości jeszcze tam były błyski bardziej duchowe, czasem miłosna pieszczota męża, czasem rozmowa serdeczna z córką. Powoli i te cienie zniknęły. Niema już nic, tylko chęć pożywienia zwierzęcia, które w niej lat tyle niezaspokojonym głodem rozrosło się teraz do potęgi, będącej treścią jej istoty.
 Eda uczuwa przed tą brutalną prawdą, przed tym »realizmem« jakiś lęk, zmieszanie, coś bolesnego i trwożliwego, coś, co ją samą przejmuje wstydem, smutkiem, upokorzeniem. Na jedną krótką chwilę spotkały się ich źrenice. Skrzyżowały się, i znów jamy, w których szarzało coś nakształt wzroku w twarzy posługaczki, padły na stojącą na stole babkę.
 Patrzy w nią, patrzy, napatrzyć się nie może.
 Ten wzrok wywołuje ze strony Edy gest czysto kobiecy, odruch jakiejś macierzyńskiej prawie myśli, nagłej i nieobliczonej.
 — Weźcie sobie tę babkę! — mówi Eda uprzejmym głosem.
 Posługaczka zdaje się nie rozumieć. Jama ust jej otwartych zaciemniała na szarem tle jej twarzy.
 — Weźcie tę babkę — powtarza Eda — proszę was!
 Posługaczka zrozumiała, zwierzę ucieszone posuwa się ku rzuconej mu wreszcie padlinie. Ręce czarne, przecięte postronkami żył, chwytają szybko ciepłe jeszcze ciasto.
 Jest w tym geście taki brak duszy, tyle czegoś tragicznego w swej szpetocie, że Eda uczuwa coraz więcej smutku, dusza jej w ciemnicę rozpaczy zapada coraz głębiej.
 — Nie dziękujcie! — mówi do schylającej się do jej nóg kobiety.
 I wzrokiem pełnym zadumy śledzi wychodzącą z pokoju po za Mizią, Kasprzusiową, która unosi z sobą babkę, jak wygłodniałe długą zimą zwierzę — nagle znalezioną zdobycz.

 Nazajutrz o tej samej porze, znów w jadalni przed lampą, siedzi Eda w swym jasnym, miękkim szlafroku.
 Naprzeciw niej, przedzielona stołem nad którym płonie lampa, dzwoni brelokami Mizia, która »wpadła« na chwilę zobaczyć święcone i dowiedzieć się, o której godzinie »rodzice spodziewają się najwięcej gości.«
 Z siostrą już nic nie mówi, nie ma o czem; zresztą znajduje ją mimo dyplomu i Paryża »nie zajmującą«.
 Przez wpół przymknięte drzwi z kuchni dochodzi szmer pomieszanych głosów. Robota wre w całej pełni. Pod ścianami jadalni wspaniale przystrojony »stół«, cały zastawiony mięsiwem i ciastami. Horda zgłodniałych Hunów pożywiłaby się do syta. A przecież ciągle, ciągle z kuchni wypływają półmiski.
 U— U nas po dawnemu czci się Zmartwychwstanie Pańskie! — mówi spracowana i upadająca z sił matka.
 Ojca niema; wypłaty w fabryce dziś są podobno burzliwe.
 Wiadomo, przed świętami ci ludzie zawsze się muszą kłócić. Niewiadomo czego im się zachciewa!
 Eda siedzi w jadalni, jakkolwiek ów gwar kuchenny, owe zapachy stygnących zwierzęcych trupów, umajonych gałęziami barwinku, owe kawały zgniecionego zboża, oblanego tłuszczem, które przystrojono w białe i różowe linie, wszystko to działa na nią duchowo i fizycznie w odrażający, straszny sposób. Poddaje się jednak tej przykrości z całą siłą, nie pojmując dlaczego to czyni. Napawa się wstrętem, jaki ją przejmuje, truje się formalnie, i dusza jej tak jest pełna tej goryczy powstałej z krzątania się dokoła zwierzęcej istoty człowieka, że czara jej, zda się, lada chwila rozleje dokoła siebie to, czego już znieść nie może.
 Mizia porwała wieczorne wydanie miejscowego dziennika i przez face à main przebiega je szybko i z pewną pogardą.
 Nagle porywa się i zwraca się ku drzwiom kuchennym:
 — Mamo!... Mamo!
 We drzwiach staje matka, opierając się z trudem o futrynę. Jest blada, krople potu błyszczą się na jej czole.
 — Czego chcesz, Miziu?
 — Wie mama dlaczego Kasprzusiowa nie przyszła?
 — A no!... sobota, pewnie się upiła z temi z fabryk — cóż innego?
 — Nie! nie!...
 I Mizia głośno czyta notatkę policyjną.
 — »Nowa zbrodnia. Wczoraj wieczorem, na Bałutach spełniono nową zbrodnię. Tym razem ofiarą padła stara kobieta, Marya Kasprzuś, dawna robotnica, obecnie żyjąca z posług. Kasprzusiowa, która widocznie ukradła wspaniałą babę, pochwaliła się swoją zdobyczą w rynku na Bałutach. Skoro opuściła rynek, poszło za nią w ślad kilku robotników. Co i jak się stało, niewiadomo. Dość, że dziś rano znaleziono trupa Kasprzusiowej w zaułku, pokłótego nożem. W ręku denatka trzymała jeszcze kawał skrwawionego ciasta, o które snadź toczyła się zażarta walka«.
 Nastała wielka cisza.
 Wreszcie matka odezwała się pierwsza:
 — Kradzione nie tuczy.
 I wróciła do kuchni, bo obecnie wyjmowano prosię z pod blachy.

∗
∗                    ∗

 Twarz Edy powlokła się wielką bladością. Poczuła straszne zimno w sercu.
 — Jakaż to nędza!... — myślała z pewnym trudem.
 Tak ją bolało po prostu sformułowanie całej pełnej myśli — jakaż to straszna nędza! O kawał ciasta mordują się wzajemnie... Gdzież jutrzenka sprawiedliwości?
 Powstaje wolno i wychodzi na balkon.
 Staje tak, jak dawniej, w rogu balkonu, opiera ręce i patrzy ze smutkiem przed siebie.
 Okna fabryk jeszcze uiluminowane.
 Niektóre wszakże już gasną na jutrzejsze święto.
 Ulicą, na dole, suną gromadki robotników, powracających już z pracy. Idą wolno, nie śpiesząc się. Widać, że ich nic nie cieszy, nic nie ciągnie, nawet nadzieja zwierzęcego zadowolenia.
 Coraz większy, czarniejszy smutek zalega miasto. W ciemnych fałdach nocy zdają się knuć zbrodnicze narady. Świąteczny nadchodzący dzionek zda się nie dotrze tu, w tę przepaść smutku i zwątpienia.
 I dusza Edy łka prawie cała w tej tragedyi ogólno ludzkiej, którą przepoiła się cała tak silnie, iż nie może odczuć delikatnych subtelności artyzmu, piękna, poetycznych wrażeń.
 Dusza ta, łkając, woła: »Kiedy błyśnie świt? kiedy tu, w tę ciemnię, nadejdzie jasność, ciepło, dla wszystkich jednakie.«
 Z dalekiego kościoła zajęczały dzwony.
 Głoszą Zmartwychwstanie.
 Pod gwiazdy płyną tony; tu, na dole, grób, wieczysty grób.
 Zmartwychwstaje Ten, który mówił: »Królestwo moje nie jest z tego świata!«
 Nie z »tego« świata, nie ze świata, gdzie tylu ludzi łka, tylu pragnie, tylu beznadziejnie ginie.
 Nie z tego świata, gdzie trup siwej nędzarki zastyga poraniony z kawałkiem pożywienia, spluskanym krwią własną.
 Inne królestwo winno spłynąć z tych gwiazd przeczystych, królestwo sprawiedliwości wielkiej i jednakiej.
 I Eda podnosi swe oczy ku górze, a usta jej szepczą:
 — Przyjdź królestwo Twoje!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gabriela Zapolska.