Przygody pana Marka Hińczy/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Przygody pana Marka Hińczy
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Druk J. Berger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Niech Pan Bóg broni każdego uczciwego człowieka, podróż konno odbywać w kanikułę! We dnie słońce piecze, jakby człek był na ruszcie, rankami rosy chłodne, wieczorem najczęściéj burze, albo na gościńcu błoto po ulewie, a jeśli słonce czaszki nie przepali we dnie, w nocy febry się nie chwyci: można rachować na zapalenie płuc, lub jaką niezregestrowaną w medycynie gorączkę.
Marek wyjechał z Maczek około południa, a że co najprędzéj radby się z okolicy oddalić, nie zważał wcale na palący skwar, na porę, ani na konia, ani na siebie.
Przekłusowawszy nieznajomym krajem kilka godzin prawie bez myśli, bo mu się już do zbytku poplątało w głowie, stanął dopiero spocząć, gdy już i sam z sił opadł i szpak cały okrył się pianą.
Było pod wieczór: karczemka stała pod lasem, ale taka licha, z szopką do niéj przypartą tak mizerną, że osiodłany koń z jukami, ledwie mógł wnijść do środka. W jednéj izdebce mieściła się za piecem familia arendarza: prawdziwy obraz nędzy; i szynk dla przejezdnych. Znać gościniec mało był uczęszczany i nie wiele tu ludzi popasało. Na dobitkę ani owsa ani siana: śmierdząca wódka i kawałek stwardniałego chleba.
Tym razem pomyślał Marek: już mnie szczęście moje opuszcza, ale trudno konia zabijać, trzeba wypocząć.
Mówiąc to, oglądał się dokoła, a Wawrek zmęczony i strasznie smutny, gdyż w Maczkach z dziewczyną w piekarni rozpoczął był romans, który w zajmującém miejscu gwałtownie został przerwany, protestował przeciwko wciąganiu koni do tego szałasu, obawiając się żłobów nieczystych i uchowaj Boże, choróbska jakiego, gdy oczy jego uderzył widok wcale niezwyczajny.
Karczemka stała na skraju lasu, który daléj ciągnął się w całym majestacie dziewiczym puszczy nietkniętéj żadném uczoném gospodarstwem leśném. Pierwsze dęby stojące na zielonéj, krótką trawką porosłéj łączce, ustawione były, jakby je tam ludzka ręka dla ludzkiego rozsadziła użytku. Dokoła téj naturalnéj altany, gęsty zastęp leszczyn zasłaniał ją od boru.
Łączka pod dębami nie była pustą.
Znać przed Markiem jeszcze jakieś wielkie państwo zmuszoném było stanąć tu na popas, nie znalazło schronienia, ale, że wielkim panom na świecie wszystko łatwiejsze, dali sobie radę i bez gospody.
Powozy trzy nie licząc mniejszych, odpoczywały na gościńcu, gdzie je właśnie smarowano: konie pasły się przy bardzo porządnych żłobach płóciennych, owsem zapaśnym; na boku przy ogniu ogromnym, kucharz i kuchta gotowali: niewiadomo obiad czy wieczerzę.. a jaśnie państwo siedzieli pod wspaniałym tureckim namiotem ogromnym, którego popodnoszone kurtyny dozwalały się przypatrzyć kompanii z pań i kawalerów z cudzoziemska przebranych złożonéj.
Dwór był liczny: bo i woźnice i kuchnia i lokajów kilku w barwie niebieskiéj z białem i dworzan młodych para się kręciła i smycz chartów było widać i kilka koni jezdnych.
Przed namiotem bonończyk i tarant duński postrzegłszy podróżnego, siadłszy na tylnych łapach, ujadali.
Marek wpatrzywszy się bacznie, dostrzegł jegomości w białéj peruce, już nie młodego, jéjmość w podróżnéj sukni, ale bardzo strojną, i panienkę, która zdala wydała mu się bardzo zręczną i pięknéj postawy. Oprócz tego był Labuś w czarnéj krótkiéj sukience i jedwabnych pończochach i trzewikach z klamrami; karlica, która psy starała się uspokoić.
Znać przygoda pana Marka nie uszła téż baczności osób zebranych pod namiotem; jedna z nich dobyła długiéj wysuwającéj się lornety i z kolei wszyscy przypatrywali się zakłopotaniu Wawrka i ruchom dosyć gwałtownym Hińczy, który był témbardziéj zły, że niezmiernie głodny.
Wawrek opatrzywszy pogryzione żłoby, po których nie było co zresztą zasypać, zaprotestował przeciwko wciąganiu koni, które nieopatrznie już były napół do téj stajenki powłaziły.
— Rób-że sobie co chesz! — zawołał Marek i usiadł w cieniu na kłodzie.
Kiedy się już komu szczęści, to i wszelka biéda na dobre wychodzi, jak to okazał wypadek pana Hińczy, wcale niespodziewany, który tylko w kanikułę mógł się przytrafić.
Za dębami w pewnéj odległości, niezbyt wielkiéj, stała mizerna wioszczyna w krzakach.
Właśnie gdy się to działo, a pan Marek siadł na kłodzie, w wiosce zrobiła się wrzawa niezrozumiała. Pokazali się ludzie z widłami, kołami, baby z łopatami, chłopcy z grabiami, i wszystko to poczęło pędzić drożyną ku lasowi, gdzie stał namiot. Nie można było domyślić się, co to znaczyło. Wszyscy powybiegali od kuchni, namiotu, od koni, patrzali, ale z założonemi rękoma. Jednemu Markowi przyszło na myśl, że ta pogoń wsi nie mogła miéć innego powodu, jak tylko szła albo za wilkiem, lub za psem wściekłym.
W mgnieniu oka żwawy chłopiec dobył z pod juk podróżnego garłacza, który z nim zawsze jeździł, szczególnéj konstrukcyi, darowanego mu przez Łowczego: wybiegł na drogę i stanął.
Na ścieżynce pokazał się w istocie zziajany pies z wywalonym językiem, który leciał wprost na dęby, a przed dębami, nader nieopatrznie stała owa panna, która się zdaleka tak ładną wydawała.
Panna pewnie ufna w to, że się tak znakomitego rodu odrośli nic złego stać nie może, wychyliła się dla przypatrzenia ciekawemu wiejskiemu dramatowi. W istocie nim pies, któryby niechybnie się rzucił na nią, dopadł do łączki, śmiały Marek zastąpił mu drogę i wypaliwszy z garłacza w sam łeb, trupem położył.
Nadbiegła gromada ze wsi z radośnemi okrzykami, a ci co mieli koły i grabie, dobili już zdychające zwierzę.
Po dokonaniu tego śmiałego czynu, Marek wydmuchnąwszy garłacza, miał się cofnąć na swój pierwszy posterunek, przy szałasie; gdy stary jegomość w siwéj peruce, który był wybiegł na ratunek jéjmościanki ciekawéj i ucieszył się niezmiernie, zobaczywszy, że psa zabito, z radości podskoczył aż do pana Marka.
— Pozwól-że asindziéj! — zawołał — ażebym mu z duszy podziękował; kto wié, hrabianka Justyna byłaby mogła paść ofiarą swéj ciekawości, gdyby nie przytomność umysłu acan-dobrodzieja.
— O! to rzecz była tak naturalna! — odparł Marek, chłodno się kłaniając.
— Tak naturalna, a jednak nikt się tego nie domyślił prócz aćpana. Jakie imię pańskie? kogo mam honor?
— Marek Hińcza z Zadasia.
— Bardzo mi przyjemnie. Znałem Hińczów... szczególniéj Łowczego, pana Mikołaja Hińczę.
— To był mój opiekun.
— Nie żyje? — spytał pan.
— Żyje, ale się żeni — rzekł Marek z uśmiechem.
— Pozwól-że asindziéj, abym go mojéj rodzinie przedstawił. Jestem wojewoda Szurski... hrabia Szurski — poprawił się jegomość w siwéj peruce. — Ponieważ asindziéj tu dla popasu koni i dla siebie nic nie znalazłeś w téj budzie, proszę cię na podróżny obiadek, a konie każę wziąć do moich, bo ja z sobą obrok wożę.
To mówiąc wojewoda wskazał ręką namiot Markowi i poprowadził go do swego towarzystwa.
Składało się ono, po bliższém rozpatrzeniu: z otyłéj poważnéj wojewodzinéj, z owego Labusia francuza, już nie młodego, z twarzą zbolałą i pomarszczoną, i panienki, która zdaleka tak się wydawała zachwycającą.
Gdy teraz podniósł oczy nieśmiało Marek, ujrzał wprawdzie tę samą kibić prześliczną, ale w miejscu twarzyczki, któréj miał prawo się spodziewać, blade lice ospowate, ni brzydkie, ni ładne, smutne, bez wyrazu, z oczyma zgasłemi. Panna musiała być najmniéj trzydziestoletnią i, jak to mówiono: w Jezusowych latkach.
Zawód to był przykry dla czciciela płci pięknéj, ale Marek nie dał poznać po sobie, że spojrzawszy na wojewodziankę, ciarki po nim przeszły. Przeciwnie, panna zdawała się z wielką przyjemnością przypatrywać męzkiéj postawie i twarzy ogorzałéj swego zbawcy.
Hrabia przedstawił go po imieniu i nazwisku.
Marek się skłonił, wszyscy aż do Labusia, mówiącego bardzo złą polszczyzną, poczęli go okrywać pochwałami.
Markowi prawie wstyd było, że tak małym kosztem wyszedł na bohatéra, ale perspektywa obiadu uśmiechała mu się wielce, a w dodatku jeszcze i konie popas miały dostać.
Rozmawiając, wprowadzono go do namiotu. Hińcza znajdował się nader skromnie, ale że był nawykł do ludzi, nie imponowali mu może tyle co komu innemu; okazał się więc cale swobodnym i przyzwoitym.
Wojewoda posadził go przy sobie. Labuś usiadł przy wojewodzinie, panna hrabianka z drugiéj strony. Szklanne jéj oczy wlepione były dziwnie w młodego chłopaka. Poczęto go rozpytywać o losy, życie, cel podróży i t. p. Marek tyle powiedział, ile mu było potrzeba.
Słonce zachodziło a księżyc w pełni miał wnijść, gdy tabor wojewody pośpiesznie zwijać poczęto, aby daléj jechać chłodem wieczornym.
Marek, posilony dobrze, chciał za gościnność dziękować i dosiąść téż konia, aby się dostać do jakiego noclegu; gdy wojewoda, którego oczów nie uszła baczność córki zwrócona na młodego przybysza, wziął go na stronę.
— Wiész asindziéj co — rzekł — wszakci to, jak mówiłeś, wszystko jedno dokąd pojedziesz: jesteś wolny. Miłoby nam było, gdybyś nam towarzyszył do Trzcinnéj. Dziś nadedniem będziemy w naszéj rezydencyi: spoczniesz sobie u nas. Poznamy się bliżéj; może téż znajdziesz sobie przy moim boku jakie zajęcie. Pojadę na sejm... nieco późniéj wziąłbym asindzieja z sobą: mam przy dworze stosunki.
Marek krótko się namyślał, był nieco fatalistą z usposobienia, wierzył w przeznaczenie: skłonił się nizko wojewodzie.
— Jeśli pan wojewoda pozwoli — odpowiedział — jeśli nie będę natrętem, z wielką przyjemnością pociągnę za obozem.
— Nietylko pozwalam, ale proszę usilnie: żona moja i córka łączą swe życzenia z memi. Będziesz nam aćpan miłym gościem.
Stało się tedy tak, że pan Marek znowu się uczepił, zupełnie przypadkowo, znajomości podróżnéj i przy powozie wojewody, nie męcząc konia, w dalszą puścił się drogę.
W istocie nad ranem, gdy już księżycowe światło pobladło, a słońce nie długo wschodzić miało, ukazała się owa rezydencya pana wojewody.
Maleńka była to mieścina, u brzegów znacznego stawu położona. Na najwznioślejszym widać było pałacyk niezbyt stary i drzewa otaczające zabudowania.
Położenie cale było piękne i wesołe.
Obok głównego korpusu, przeciw którego stała brama murowana, wyniosła, z gankiem snać niegdyś dla kapeli przeznaczonym, Wawrek dojrzał rozległych oficyn: drugą stronę dziedzińca zajmowały stajnie.
Spodziewano się pewnie przyjazdu dziedzica, o którym musiano oznajmić, gdyż we dworze wszystko było w pogotowiu: ludzie na nogach, śniadanie ciepłe, pokoje otwarte. Marszałek dworu wyznaczył gościowi pokoje (było ich aż dwa) w oficynach; a po eleganckiéj kawie, którąby być może młodzieniec chętnie na kieliszek wódki i kawał kiełbasy zamienił, potrzeba snu zmusiła go rzucić się na łóżko.
Posłanie było aż do zbytku wygodne i pan Marek tak dobrze o wschodzącém słońcu chrapnął, że się nie zbudził aż koło południa. Zląkł się zrazu swéj nieobyczajności, gdy nadchodzący Wawrek, na pociechę mu zwiastował, że jeszcze we dworze wszyscy spali i tylko jedna panna hrabianka była przy swych kwiatkach w ogrodzie.
Nie było mu tak dalece pilno oglądać jéj oblicza; wszakże pośpieszył z ubraniem przyzwoitém, aby być w przygotowaniu, gdy się wojewoda rozbudzi. Dobrze z południa dano znać, że można się było udać na pokoje.
Pałacyk był niewielki, nie stary, a świeżego w nim hrabiego i pana poznać łatwo: herby z koronami o palkach ukazywały się wszędzie, lustra świeciły po wszystkich kątach... złoto kapało.
Ceremonij dworskich przestrzegano nader pilnie. Marszałek dworu był nadzwyczaj czynny; słudzy od rana, w białych rękawiczkach: do sali otwierały się drzwi hrabiostwa na rozcież.
U stołu państwo oboje mieli po królewsku podwyższone siedzenia, tylko, że nie z baldachimami.
Zresztą ludzie byli jacyś dobrzy, a gdy się zapomnieli i gdy to nieszczęśliwe hrabiostwo chwilowo abdykowali, wychodziła z pod niego poczciwa natura szlachecka w dobrym gatunku.
Hrabianka, choć ospowata i nieładna, była osobą łagodną, smutną i miała urok, którego czasem wielkiéj piękności brakuje. Mówiła mało, onieśmielała ją jéj brzydota; kryła się chętnie i nosiła z sobą prawie nieustannie jakąś książkę, mającą jéj zastępować towarzystwo.
Z widoczném ukontentowaniem przywitała ona téż pana Marka, który ze swą rubaszną prostotą, choć niezupełnie przypadał do tego towarzystwa, urozmaicał je nieszkodliwie.
Obiad był późny: tu wina nie nalewano tak obficie jak po szlacheckich dworach, podawano różne w małych kieliszkach, dosyć liche, ale ponazywane pięknie.
Po obiedzie Labuś, hrabianka i Marek, wyszli do ogrodu: rozpoczęła się rozmowa, usiłowano w nią wciągnąć gościa i udało się pannie Justynie otworzyć mu usta. Opowiadał szlachcic swoje przygody wesoło i znać było, że się podobały. Zszedł czas przechadzki niepostrzeżenie i miło.
Hińcza po spędzonym dniu, powracając do oficyny, musiał przyznać, że hrabianka wcale nie była ładną, ale rozsądną i miłą bardzo.
Nazajutrz wojewoda na dłuższą go wziął rozmowę, trzeciego dnia musiał siedzieć z wojewodziną znowu; potém Labuś wziął go jakby na egzamen. Dotąd rozmowa toczyła się po polsku i Hińcza nie widział potrzeby do popisu ze swą francuzczyzną.
Jakież było podziwienie francuza, gdy w dłuższéj nieco pogadance, Marek się odezwał dosyć czystym językiem francuzkim. Labuś zrazu osłupiał, potém prędko go pożegnał i nadzwyczaj śpiesznym krokiem popędził do pałacu, zapewne zwiastować szczęśliwą nowinę, iż Marek przemówił językiem wielkiego świata. To pewna przynajmniéj, że ledwo się późniéj pokazał Hińcza w salonie, gdy uśmiechająca się wojewodzina zagadnęła go, czemu wprzódy nie odkrył swego talentu.
— Choć to asindziéj może masz za rzecz małéj wagi — dodał wojewoda — a powiem asindziejowi, że bez tego języka w świecie obejść się trudno i można powiedzieć, że kto go umié, jest jakby innym człowiekiem.
Zatém mes felicitations empresseés. Niewiadomo czy ta francuzczyzna niespodzianie na gościńcu znaleziona, czy inny jaki tajemniczy powód obudził powszednią wesołość; to pewna, że wszyscy byli w jak najlepszych humorach, swobodniejsi, uradowani.
Panna Justyna jeszcze pilniejszém okiem patrzała na Marka.
Wojewoda inaczéj go konsyderował: zdawało się, jakby przez zaszczebiotanie to, o jeden stopień wyżéj postąpił.
Marek nie umiał sobie dobrze tego wytłómaczyć, ale czuł, że zyskał wiele u wszystkich. Hrabia uczynił mu nazajutrz uwagę, że należałoby przyjąć i strój europejski, na co Hińcza odpowiedzieć na razie nie potrafił.
Gdy po dniach kilku objawił podróżny małą chętkę wydobycia się z Trzcinnéj, gdzie pan Marek nudzić się już zaczynał, wojewoda wręcz się temu sprzeciwił, położył veto i żądał, aby pozostał aż do jego wyjazdu do Warszawy.
W obejściu się z panem Hińczą było w istocie coś tajemniczego, czego on dobrze zrozumieć nie mógł. Ułatwiano mu szczególniéj długie rozmowy z panną Justyną, których świadkami była tylko głuchoniema karlica i dwa pieski.
Hrabianka w tém towarzystwie chodziła po ogrodzie, zagajała rozprawy w różnych przedmiotach: starała się wybadywać Marka, objaśniła mu to, o czém nie miał dostatecznych wiadomości: słowem była dlań nadzwyczaj dobrą i milą. Marek téż coraz ją znajdował przyjemniejszą, zakochać się w niéj nie mógł przy najlepszych chęciach i największych ułatwieniach, przy młodzieńczéj nawet do tego afektu skłonności; ale zbliżył się przyjacielsko, bratersko, co ona zdawała się przyjmować wdzięcznie.
Co dziwniéj, stosunek ten rodzicom nie wydawał się zdrożnym, ani niebezpiecznym, gdyż sami zbliżyć ich usiłowali.
Dlaczego Wojewoda wysłał jednego z dworzan zaufanych do Rogowa, z listem do Łowczego i jaką od niego otrzymał odpowiedź, o tém nikt nie wiedział. Ale po nadejściu jéj, stosunki pana Marka w domu, jeszcze się stały przyjaźniejsze.
Tak powoli nawykł do Trzcinnéj i już się nieomal uważał jak w domu.
Atmosfera téj rezydencyi cichsza i spokojniejsza od tych, do których był dotąd nawykły, oddziaływała powoli nieco na jego charakter żywy, ale do lenistwa przedziwnie usposobiony. Podobało mu się to, że nic robić nie potrzebował, o niczém myśléć; że w danéj godzinie przychodziło jedzenie wytworne, że życie otaczał zbytek na wygody obrachowany, dla oka miły.
Słowem, po kilku tygodniach spędzonych w Trzcinnéj, Marek myślał, że coś podobnego do tego życia, z dodatkiem polowania i gęstszego kieliszka w dnie uroczyste, nie byłoby mu nieprzyjemném.
Wojewoda ciągle mówił o wyjeździe na sejm do Warszawy, ale z dnia na dzień odciągał. Mieli jechać razem.
Jednego dnia po obiedzie, stary Labuś z tabakierką i chustką w ręku, wyszedł z panem Markiem do ogrodu: czas był piękny. Hińcza myślał w duchu, iżby się chętnie na szpaku przejechał, aby do zbytku nie zasiedziéć; ale Labuś zaczął rozmowę:
— Spodziewam się — rzekł, częstując tabaką, któréj Marek nigdy nie zażywał i brzydził się nią okrutnie — spodziewam się, że waćpan oceniasz ten szczęśliwy traf, który go tu przyniósł na dwór pana wojewody? Są to w istocie oboje ludzie najczcigodniejsi.
— Możnaż o tém wątpić, że ich łaskę cenić umiem? — odparł Marek.
— Więc jeśli tak jest, a tegom się téż i spodziewał — rzekł ksiądz — dla czegóżbyś waszmość nie starał się, jak pospolicie szlachta czynić zwykła, dłuższym pobytem do tego czcigodnego domu przywiązać.
— Boję się być natrętnym...
— Ale wszyscy na waćpana bardzo dobrém okiem patrzą... wszyscy — dodał Labuś — aż do hrabianki Justyny, która jest, przyznasz mi, osobą wielce zajmującą.
— Bardzo miłą — dodał Marek.
— Tak, masz słuszność — mówił Labuś — nie można powiedziéć, ażeby była piękną, ale ma wielki wdzięk, który jéj nadaje słodycz charakteru i umysłu wyższość.
— Niezaprzeczenie! — rzekł Marek.
— Wystaw-że sobie waćpan — dodał francuz — iż osoba wykształcona, z takiemi przymiotami, córka dygnitarza, jedynaczka, fortuny jeśli nie magnackiéj, to niepośledniéj, dotąd męża znaleźć nie mogła.
— W istocie rzecz to dziwna...
— Wprawdzie — kończył ksiądz — ona i sama temu winna, bo się jéj wielu trafiało, a trudną była w wyborze. Chciała zawsze człowieka, któryby się jéj mógł podobać.
— Naturalnie — dodał bezmyślnie Marek.
— Nie sądź waszmość jednak, ażeby od niego wymagała tego, do czego jéj prawo daje urodzenie, wychowanie, dostojność ojca i majątek. Ja jestem pewny, że poszłaby za prostego, nawet nie majętnego szlachcica, byle się jéj musiał podobać.
— Ach! — rzekł Marek — czyżby to być mogło? hrabianka znajdzie pewnie stosowną partyę.
— Rodzice uczucia jéj delikatne szanują, przymusu nie uczynią, a ona — mówił ksiądz — zrażona jest do wielkiego świata. Przytém wojewoda ma dawne stosunki na wiedeńskim dworze, łatwo mu będzie, gdyby się szlachcic znalazł podobny, wyrobić dlań tytuł.
— Ale któżby ze szlachty się odważył sięgnąć po rękę wojewodzianki? — rzekł obojętnie Marek.
— Otóż to jest — dodał zimno ksiądz — że teraźniejsza młodzież nie ma odwagi, nie śmié oczów podnieść. Dawniéj szlachta francuzka kochała się w księżniczkach krwi królewskiéj i śmiało do rąk ich sięgała, dziś polski szlachcic boi się pomyśléć o córce dygnitarza mu równego.
— Na to potrzeba miéć — rzekł Marek — coś usprawiedliwiającego zuchwalstwo: talenta, imię...
— Nie, tylko trochę szczęścia — odparł Labuś — proste przypuszczenie. Gdyby naprzykład po tak przyjazném tu przyjęciu, waćpanu myśl przyszła starać się o wojewodziankę?
— Mnie! ależ ja nieśmiałbym na nic podobnego się ważyć.
— Dlaczego? dlaczego? — zawołał Labuś — gdybyś się tylko pannie podobać umiał.
Marek się rozśmiał.
— Ale to być téż nie może!
— Wszystko być może — dodał ksiądz — miéć trzeba ambicyą i odwagę.
— Na drugiéj mi nie zbywa — rozśmiał się chłopiec — ale pierwszéj całkiem braknie.
Ksiądz się rozśmiał.
— Ja prawdziwie dziwiłem się i wydziwić nie mogę. Pamiętam moje młode czasy, w świeckim stanie, gdybym jak wy codzień miał szczęście obcować z tak wykształconą osobą, głowębym stracił i jednego poranku padłbym na kolana.
— A o południu odebrałbyś jegomość rozkaz opuszczenia rezydencyi.
— Nie sądzę — rzekł ksiądz — nie sądzę. Kto to wié. Audaces fortuna juvat, często się śmiałkom udaje. A tu są okoliczności sprzyjające wielce: wiek, niezbyt dostępna dla ludzkiego oka piękność, no... i przyjazne usposobienie.
Marek w początku zupełnie prostodusznie słuchający rozmowy, dopiéro w tém jéj miejscu czegoś się domyślać zaczął. Uderzyło go to jedno, przy znajomości stosunków miejscowych, iż ksiądzby nigdy nic podobnego powiedzieć się nie ośmielił, gdyby mu to dozwoloném lub wskazaném nie było.
Zamilkł chwilkę.
— Jakże waćpanu się osobiście podoba panna wojewodzianka? — zapytał po chwili Labuś.
— Mnie osobiście bardzo...
— Ha, no! i nie masz odwagi! — dodał francuz — to już niepojęta przy waszym charakterze!
— Mój Ojcze! — zawołał Marek — jestem młody, jestem dumny; zbytniém upokorzeniem niczyjéjbym ręki nie chciał się dotykać, a karyery pracą lub szczęściem dobiję się.
— Otóż mówmy otwarcie: ja waćpanu dobrze życzę — biorąc go za obie ręce, odezwał się Labuś gorąco — tu masz jednę w życiu sposobność, najłatwiéj w świecie odrazu zdobyć spokojną i szczęśliwą przyszłość. Obserwowałem rodziców, nie wymagają wiele: znam pannę od dzieciństwa, ta serca tylko życzy sobie... Ja radzę: waż się asindziéj śmiało.
Marek stał zamyślony.
— A jeśli się nie uda?
— Ja nic nie wiem, ale.. ale, mnie się zdaje, ja ci powiadam, że się uda... ja nic nie wiem, ale mam najlepsze przeczucia... a nigdy mnie prawie nie zawodzą.
— Ale jakże tu rozpocząć? — odparł Hińcza ośmielony nieco — ja nie mogę powiedzieć pannie, że szaleję, bo ona mi się w oczy zaśmieje; a inaczéj jakże to oświadczyć?
— Bardzo łatwo — rzekł ksiądz — wysoki szacunek, sympatya.
— Te nie tłómaczą takiego zuchwalstwa.
— Ale bo dzieciak z ciebie! — zniecierpliwiony dorzucił ksiądz — panna, której się kto oświadcza, w miłość zawsze wierzy i za wszelaką się nie gniewa, a cóżby znowu z waćpana był za młodzieniec, żebyś w tak miłéj panience pokochać się nie umiał i wygadać się z tém nie potrafił.
— A jak mnie wypędzą z konfuzyą za nadużycie gościnności! — rzekł Marek.
— To ja pójdę razem z waćpanem precz — dodał Labuś żywo. — Ale ja ci mówię, że to nie może być. Ja naturalnie nic nie wiem, ale z tego co słyszę, jak o waćpanu mówią rodzice i panna: miarkuję wiele...
— No, to chyba konia osiodławszy, spróbuję rzec słowo, jeśli się niém nie udławię — szepnął Marek. Nie przeczę, honor byłby wielki, szczęście dla mnie niespodziane.
Labuś podał mu tabaki, popatrzał nań bacznie i szepnął mu:
— W bocznéj alei na prawo, chodzi panna Justyna z książką i karlicą; idź waćpan bez namysłu, rozpocznij rozmowę i probuj szczęścia: ja tu będę czekał.
Zawahawszy się nieco, Marek posłuszny poszedł; na pół-drogi strach go wziął, potém odwagi nabrał i doszedłszy szpaleru, znalazł w nim w istocie pannę Justynę...
Jak krzyknę na Wawrka — powiedział sobie w duchu — koń będzie gotów za kwadrans, a ja tymczasem i piechotą drapnąć mogę.
Z tą pocieszającą myślą rzucił się w ślad za panną, która słysząc za sobą kroki, zawróciła się, spojrzała i uśmiechnęła, książkę składając.
Karlica spostrzegłszy Marka, ustąpiła mu miejsca przechodząc na drugą stronę.
Marek pozdrowił niewyraźnie wojewodziankę, czuł, że go w piersiach dusiło.
— Czytałeś pan ten dramat Diderota? — zapytała panna Justyna.
— Przepraszam panią, ale ja, trudno się do tego przyznać: czytam bardzo mało, jestem leniwy. Chętnie słuchałbym czytania może; sam, to już wolę myśléć na swój rachunek.
Wojewodzianka się uśmiechnęła z téj naiwności i prostoty; ale, gdy się kogo kocha, cóż w nim może się nam nie podobać?
Marek zdobył się natchniony sytuacyą na wcale niezłe tłómaczenie.
— U nas, pani — rzekł — w ogóle czytało się nie wiele, tylko to co konieczne, a życiem nabywało tego, co gdzieindziéj książkami. Wszakże to, co przechodzi i kamienieje w książkę, musi wprzódy latać żywe po świecie.
Wojewodzianka znalazła to wyrażenie nader trafném; spojrzała mu w oczy i postrzegła go dziwnie ożywionym. W istocie strach mu nadawał tę fizyognomię rozgorączkowaną.
— I pan zacząłeś się téż, z tego com słyszała, uczyć więcéj z życia niż z książki?
— Tak, pani — odezwał się Marek — ale jestem dotąd nieukiem wielkim.
Uśmiechnęła się na to.
— Ja sądzę, że się pan obgadujesz... umiesz już bardzo wiele, bo wierzysz w Opatrzność.
— Nazwano mnie za to nieraz fatalistą.
— I jesteś szczęśliwy, bo masz wiarę w gwiazdę swoję... to uspokaja...
— Ale ja z téj wiary tracę potrosze teraz.
— Dlaczegóż?
— Jest w mojém życiu jakby chwila spoczynku, któréj przeznaczenia zrozumieć nie mogę — rzekł Marek — a po któréj bądźcobądź, żal mi się zawsze zostanie.
— Jakaż to chwila? — ciszéj i trochę niepewnym głosem odezwała się panna Justyna.
— Właśnie obecna — rzekł Marek — siedzę tu tak długo, tak mi tu dobrze, a przecież wiem, że się sam z tego cichego raju wygnać muszę.
— To chyba pan sam — grzecznie odpowiedziała hrabianka — widzisz pan jak go moi rodzice przyjmują serdecznie.
— A pani? — cichuteńko spytał Mirek, spuszczając oczy i gotując się uciekać, jeśliby burzę sobie sprowadził na głowę.
— A ja? — powtórzyła wojewodzianka, wpatrując się w niego bacznie — cóż panu po tém jak ja dla niego jestem usposobioną? przywiązujesz-li do tego wartość jaką?
— Największą — rzekł Marek z zapałem.
Niepiękna twarz blada Justyny, okryła się rumieńcem: wystąpiło na nią trochę życia: wezdrgnęła.
— Nie mów pan tak — rzekła — jeśli to mówisz przez prostą galanteryą męzką... Nie godzi się draźnić uczucia bardzo biednego i tak serca... Nie sądzę, ażebyś to powiedział na seryo, z myślą poważniejszą, z jakim zamiarem.
— Tak jest, pani, powiedziałem to z namysłem, seryo, z zamiarem; ale jeślim panią mimowolnie obraził...
— Nie, panie Hińczo... tylko powtórz mi raz jeszcze, popatrzywszy na tę twarz zwiędłą, na oczy zgasłe, na nieudatną postać moję... czy możesz mieć w istocie jakie zamiary?
— Twarz pani wydaje mi się tak piękną jak jéj dusza i dlatego spodziewam się przebaczenia.
— Ale powiedz mi pan całą myśl swoję jasno i wyraziście — przerwała hrabianka — i nie bawmy się w zagadki i nie łapmy na słowa. Ja się nie pogniewam za nic.
— Więc gdybym śmiał się oświadczyć o jéj rękę, ja biédny szlachcic bezdomny?...
Justyna podała mu rękę milcząc.
— Masz ją — rzekła — oddam ci ją: byłeś pierwszym, dla którego serce moje coś było warte... coś się nie zraził moją biedną, smutną postacią... bądź mi dobrym, bądź mi łagodnym, i nie daj zwątpić o ludziach.
Pan Marek, wedle obyczaju i w istocie może ze wzruszenia, którego doznał, padł na kolana przed panną Justyną, która płakała szczęśliwa.
— Będę ci łagodną, dobrą i posłuszną, przywiązaną... ale niech nie żałuję tego dnia nadziei: Bóg ci to nagrodzi.
— O, pani! — zawołał — byłbym najniewdzięczniejszym, gdybym czém inném być śmiał jak najpierwszym ze sług twoich.
— Bądź mi tylko wiernym bratem! — odparła hrabianka.
Głuchoniema karlica, przypatrująca się téj scenie, zrazu przelękniona, zaczęła się potém, patrząc na Marka, śmiać serdecznie i klaskać w dłonie, dziwacznie podskakując.
Marek wstał jak pijany.
— Chodźmy do rodziców! — odezwała się panna Justyna — oddawna mam ich uroczyste przyrzeczenie, że mojemu wyborowi, jakibykolwiek był, sprzeciwiać się nie będą: przedstawię pana jako mojego narzeczonego.
Marek całował ręce panny Justyny, ale mimo wszystko, zdało mu się, iż cała przygoda jest jakimś snem tylko, z którego przykro się przyjdzie obudzić.
Gdy weszli do pałacu, zastali wojewodzinę w okularach nad książką i pończochą; zobaczywszy ich razem, a w pewném oddaleniu kroczącego Labusia, który podniesionemi do góry rękami, dawał jéj znaki, zrozumiała staruszka, że się coś stanowczego stało: ruszyła się nieco, opierając o poręcz krzesła.
Chère maman! — zaczęła Justyna — miałam pozwolenie wasze uczynienia wyboru, przebaczcie mi, że bez waszéj porady go dokonałam. Oto mój narzeczony!
Wojewodzina w ręce uderzyła.
Marek był obowiązany upaść na kolana, co téż z wielkim łoskotem uczynił.
Nad jego głową płacz, szept, pytania, wykrzyki polskie i francuzczyzna krzyżowały się tak śpiesznie i żywo, iż nie poczuł, kiedy odebrał błogosławieństwo.
W chwili gdy już miał powstać, usłyszał za sobą szmer i głos wojewody.
Que se passe t-il donc ici? Co to wszystko znaczy?
Wypadało mu podźwignąć, odwrócić się i raz wtóry paść przed wojewodą na kolana, co wedle rachuby jego mogło już być ostatniém.
Wojewoda był tak niezmiernie zdziwiony, iż mógłby go bardzo przebiegły człowiek posądzić, że naprzód to wszystko obrachował i wiedział. Nie stawił najmniejszego oporu, zdumiewał się tylko, rozpytywał jak do tego przyszło; na przemiany zdawał się wahać i natychmiast wynajdywał sobie sam do uspokojenia powody.
Scena była rozczulająca, dramatyczna, piękna i uwieńczona zamianą pierścieni, które ksiądz przytomny uroczyście pobłogosławił, tak, że owo nagłe oświadczenie zmieniło się w najniespodziewańsze zaręczyny.
Marek w ten sposób, w jednéj chwili z obcego przybysza, który mógł nazajutrz odjechać na szpaku, został dziecięciem domu... prawie jego młodym panem.
A że po pałacach szczególniéj nigdy na słuchających pode drzwiami nie zbywa, choć nic nikomu nie powiedziano: w kwadrans już cały dwór wiedział, że szczęśliwy morderca psa wściekłego, został wojewodzianki narzeczonym.
Marek mógł postrzedz wieczorem, wychodząc do oficyn, jak się wszystkich obejście z nim, grzeczność ich, zmieniły i spotęgowały.
Wawrek, który swym zwyczajem nawykł był w kącie drzemiąc czekać, ażeby miał szczęście paniczowi zdjąć buty, tym razem przechadzał się niespokojny. Poszedł za panem dla odbycia zwykłego obrzędu, ale tak mu się przypatrywał, chrząkał, tak tuptał, jakby koniecznie o czémś się chciał dowiedziéć.
Chłopak był bardzo roztropny.
— Proszę panicza! — odezwał się wreszcie — bo to tu we dworze od południa ludzie, licho wié, co plotą... latają jak poparzeni. Czy my już do Rogowa nie powrócimy?
— Wątpię — rzekł Marek.
— Ani do Maczek?
— Pewno nie.
— Jak Boga kocham! ludzie bo gadają, że się pan tu żeni... ale czy to może być?
Marek się uśmiechnął, kręcąc wąsa:
— A gdyby tak było?
Wawrek jak stał nie rzekł już ani słowa, ręce załamał, głową pokiwał i powoli się pokłonił do kolan.
— To już, proszę panicza, niechajby mi było wolno choć piechotą do Rogowa wrócić.
— Cóż ci to tam tak pilno?
— Mnie nie pilno, ale ja tu nie chcę zostać.
Ruszył ramionami, podparł łokieć na ręku, zasłonił twarz i płakał.
— Już się nasze dobre życie, paniczyku, skończyło! byliśmy swobodni jak ptaki... ej! ej! teraz nastaje niewola. Bo co to państwo takie, jeżeli nie ona? Ej, ej! nie wróci się nasze życie w lasach, w Rogowie, ta i na gościńcach po świecie. To to było życie...
Westchnął potém z naiwnością chłopiec i z poufałością starego sługi przybliżywszy się do Marka tak, aby go nikt nie mógł dosłyszéć, szepnął cichutko:
— Proszęż panicza, a co ja Rózi powiem jak mnie spyta o pana? Ona, co tak na wyjezdnem płakała?
Marek się skrzywił okrutnie i palce położył na ustach.
Rózia byłto ten fartuszek biały pod płotem.
Z tym wieczorem skończyła się przedmowa życia pana Marka Hińczy z Zadasia, rozpoczęta paszeniem gęsi, a zamknięta perspektywą senatorskiego może krzesełka; z nią razem skończyły się młodych dni swawolne marzenia, nadzieje... fantazye: życie chwytało w żelazne kluby swoje, nieokiełznanego dotąd młodzieńca.
We dwa dni potém, wojewoda wybrał się na sejm do Warszawy, chociaż jeszcze było zawcześnie, chciał bowiem przyszłego zięcia wyekwipować, przedstawić na dworze, i wyjednać mu jaki tytulik, i coś, coby jakkolwiek do familii senatorskiéj zbliżyć mogło.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.