Przygody pana Marka Hińczy/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Przygody pana Marka Hińczy
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wydania 1881
Druk J. Berger
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Dom pana Łowczego, Mikołaja Hińczy z Rogowa, ostatniego potomka bardzo niegdyś możnéj rodziny, sławił się tém, że mu podobnego na dwadzieścia mil wokoło daremnie było szukać. Chociaż pisał się jeszcze z dawnego gniazda, Rogów to był nowy, a w istocie wieś stara Czeremczyce, od lat kilkudziesiąt, k’woli wspomnieniom familijnym, Rogowem przezwana.
Czeremczyce leżały na Podlasiu — a Podlasie było jednym z najspokojniejszych kątów w kraju. Reszty ogromnych lasów oddzielały je od świata, groble, nieprzebyte błota i piaski przystęp czyniły trudnym i tu więc obyczaj téż nowy wchodził powoli i nie krzewił się łatwo. Po staremu, jak od dwóchset lat, trwało to sobie wszystko w dziewiczéj prostocie; ale pan Mikołaj miał osobiste fantazye i tym jako człowiek nieżonaty, niezależny dogadzał w pełni: potrosze więc szło obyczajem, a nieco tą fantazyą dziedzica.
W Czeremczycach, jak najstarsze świadczyły akta, istniały tak zwane Horodyszcze. Na Horodyszczu opasaném wałami, był odwieczny téż dwór, kawał muru potężnego, do niego dobudowany gmach przestronny z dachem olbrzymim. W środku dziedzińca nie przypierająca do niczego, okruszona z góry wznosiła się wieżyca okrągła, zwana w okolicy Stolbem. Można sobie wyobrazić, co tam o niéj powieści chodziło: najpowszechniéj utrzymywano, że ją dyabli zbudowali przez jednę noc, na zaklęcie czarnoksiężnika. Inni rozpowiadali, że z ziemi wyrosła sama, a była budowa ciekawa z polnego kamienia, twarda i gruba... beze drzwi u dołu: wejść do niéj nie było można inaczéj jak po drabinie, a wlazłszy, nie było co tam robić, bo puściuteńko stała we środku. Gdzieniegdzie tylko zostały ślady przysklepień i belek, a na dnie miała studnię niezgłębioną. Służyła teraz wróblom i jaskółkom, czasem na schowanie sprzętów niepotrzebnych, najwięcéj zaś jako materyał do powieści ludowych. Byli tacy, którzy zaręczali, że z boku ocembrowanéj kamieniem studni, wnijście jakieś prowadziło do pieczar, a pieczarami temi można było dostać się na drugi koniec świata...
Rzecz pewna, że Hińcza byłby téj wieży nie dał za dobry folwark, tak się w niéj i tajemniczych o niej podaniach kochał. Nie chcąc jéj psuć a pragnąc zużytkować, z jednego boku kazał schodki przylepić i rodzaj balkoniku wprawić z pomocą otworów dawnych belek. Tu z przyjaciołmi siadywał wieczorami, gawędził, palił tytoń turecki z długiego cybucha i rozkoszował się widokiem okolicy.
Widok okolicy składał się, prawdę rzekłszy, z czarnego pasu lasów, błota, oczeretów, krzaków i kawałka pola... Z zarośli wyglądały kominy chat, z których się wieczorami poetycznie kurzyło... ale dla Łowczego był-to dulcis fumus.
Na wałach Horodyszcza i po za niemi były sady, ogrody, kaplica drewniana, folwarki, gumna, stajnie. Wszystko to po pańsku wyglądało. Boć pan Mikołaj téż liczyć się mógł za pana... Miał klucz, żadnych długów, kapitał w kufrze, rządził się dobrze i ostro, a że czasem fantazyą grubo nawet przypłacił, stać go było na to. Mówiono, że jednemu współszlachcicowi, choć na kobiercu, dał pięćdziesiąt; musiał téż potém bitych dwa tysiące talarów wypłacić za satysfakcyą... ale tego nie żałował. Jeszcze gdy do likwidacyi przyszło, podżartowywał sobie, że go bizun po czterdzieści talarów kosztował... i chciał dosypać... ale sprawę zapito.
Pan Mikołaj, jak się rzekło, żonaty nie był; nie wiadomo z jakiego powodu w bardzo młodym wieku powziął okrutną dla kobiét nienawiść i cierpieć ich nie mógł, zowiąc pospolicie krokodylami, z racji, jak mówił, że krokodyl jak one płacze, a zjada kogo napotka. Najmilszą jego gawędą było, nie wiedzieć jakie historye przeciw płci białéj wymyślać: dworzanom płacił, gdy mu który dobrą historyjkę przywiózł. Myliłby się wszakże, ktoby myślał, że od kobiét stronił — uchowaj Boże! nie mógł się obejść bez ich towarzystwa... ożenić się tylko za nic nie chciał.
Dwór Łowczego był nader liczny i urządzony wspaniale a dostatnio. Miał quasi marszałka, niejakiego Bończę, wąsala i siłacza, którego dla poważnéj postaci zaciągnął; sześciu dworzan, czterech sług od barwy, a woźnic, kuchtów i pomniejszej gawiedzi bez liku. Kobiece gospodarstwo prowadziła daleka krewna, panna Dydyna (imię szczególne, ale prawdziwe) Paramańska, rezolutna, czterdziestokilkoletnia kobiéta, która umiała stawić czoło nieprzyjacielowi rodu swego. W gruncie, choć się nasłuchała historyi nieciekawych od Łowczego, źle jéj nie było u niego: robiła co chciała. Pan Mikołaj uciekał gdy język puściła... na wieżę.
Nie mógł żyć gospodarz bez muzyki, trzymał więc sześciu chłopaków, którzy jako-tako grali, wyuczywszy się nieco przy kapeli hetmana Ogińskiego. Dowodził nimi i douczał ich niemiec, który na niczém nie grał sam, ale dyrygował doskonale i jadł jeszcze lepiéj. Ponieważ pan Mikołaj się nudził i szukał coraz innéj rozrywki, nie był nigdy Rogów bez jakiegoś oryginalnego rezydenta. Co się tam spotykało, opowiedzieć niepodobna... półwaryatów, pielgrzymów, artystów na niezrozumiałych instrumentach, doktorów cudownych, szarlatanów, alchemistów wszelkiego kalibru, bez miary. Wszyscy byli z razu bardzo gościnnie przyjmowani. Łowczy zabawiał się nimi, a gdy mu się naprzykrzyli, odprawiał, kazawszy bez ceremonii furę zaprządz do najbliższego miasteczka.
Z tego cośmy powiedzieli, niejakie można powziąć wyobrażenie o dworze i życiu Łowczego, a który dodatkowo niedarmo tytuł ten nosił, gdyż myśliwy był zawołany i łowy do najulubieńszych jego zabaw się liczyły. Jesienią gdy się poczęły, do lutego niemal spoczynku nie miał; więcéj koczował w lesie, niż mieszkał w domu i dopiéro od marca i przez lato musiał innego szukać zajęcia...
Przypomnijmy téż sobie, że Hińczę w czerwcu wziął, wioząc do Rogowa. A całą drogę myślał tylko: co z nim począć?
Jasnéj myśli nie miał jeszcze, ale przypuszczenie mu się snuło po głowie, że... gdyby się udał, możnaby z niego.... sukcesora mienia i imienia uczynić. Krewnych blizkich nie było... o ożenku mu wówczas było ani gadać.
Ot tak — mruczał — gdyby chłopak się wyrobił.. będę miał sukcesora, obywszy się bez łaski kobiecéj i pantofla jéjmościnnego... figla spłatam dobrego... ale zobaczymy.
W drodze z Marka dobyć słowa było trudno; ale nie dziw: chłopak strwożony, niepewien losów swych, nie mógł się bardzo rozgadywać.
Łowczy był w swoim rodzaju szczęśliwym filozofem, utrzymywał, że człowiek, o ile jest w jego mocy, winien psucia krwi sobie daremnego, o ile możności unikać. Do téj zasady zastosowywał się w życiu tym wyjątkiem, że dla uniknienia chwilowéj nieprzyjemności, nigdy nie popełnił nic nieuczciwszego i upadlającego, utrzymując że cnota jest najlepszą kalkulacyą, a kapitałem uczciwość procentującym setnie; w małych zaś rzeczach ostrożność w unikaniu drobnych życia mętów i kwasów, posuwał do najwyższego stopnia. Dlatego naprzykład, znając naturę ludzką do nadużyć skłonną, nigdy do domu nie powracał z podróży niespodzianie i nagle: oznajmił wprzódy, ażeby ludzie czas mieli znaleźć się na stanowiskach, powytrzeźwiać i zakazane czynności lub sprzęty pochować. Tym sposobem był pewien że go nigdy w domu niemiła niespodzianka nie spotka. Jakoż i tym razem przodem pchnął wóz z popasu do Rogowa, a jadący na nim dworski i kuchta nie mieli nic pilniejszego, przybywszy do domu, nad opowiedzenie przygody młodego Hińczy, którego wiózł z sobą dziedzic.
Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie to zrobiło na całym dworze, począwszy od panny Dydyny, aż do marszałka i niższéj hierarchii. Jedni obawiali się nowego faworyta, który mógł im odkraść łaskę pańską; drudzy przepowiadali mu, że po kilku tygodniach, na furze do miasteczka, obyczajem starym, odprawiony zostanie. Tymczasem ciekawość była wielka. Zwykle gdy oznajmiono o powrocie dziedzica, cały dwór zbierał się w wielkiéj sali na prawo od sieni, która służyła za jadalną, aby go na wstępie powitać. Łowczy stante pede, często nie zrzuciwszy delii przesłuchiwał summaryjnych raportów, gderał, buzował i zebrawszy treściwy rachunek z tego co zaszło w jego niebytności, szedł uspokojony do tak zwanego gabinetu przytykającego do sypialni — gdzie w krześle wygodném odpoczywał, przywołując przed swe oblicze tych, których mu fantazya podyktowała.
Teraz w pełnym komplecie zebrał się dwór cały, na czele marszałek, po drugiéj stronie panna Dydyna, a w głębi kapelmajster niemiec, jego chłopcy, para rezydentów, goście i kwestarz. Oddzielnie nieco stał jegomość przybyły z Warszawy, niewiadoméj profesyi, w sukni francuzkiéj, w peruce pysznéj, w trzewikach, w pończochach, w mankietkach, z ręką założoną za kamizelkę i nogami tak wykręconemi misternie, iż panna Dydyna nie mogła pojąć, jak ten człowiek na tych powyginanych badylach mógł się utrzymać. On podróżny przyjechał w niebytności Łowczego, z listem polecającym. Mówił źle po polsku, lub raczéj prawie nic; dawał jednak do zrozumienia, iż jest artystą, niewiadomo tylko jakiego kunsztu. Z tłomoczków trudno się było tego domyśleć: widne w nich były dwa rapiry, mała skrzyneczka, okute pudło tajemnicze i niby kramik starannie oszyty ceratą. Marszałek, który mówił po francuzku gorzéj od hiszpańskiéj krowy, a nawet od włoskiego osła, wyrozumiał z niego że był Markiz, emigrant, wielkiéj familii, ale usiłujący pracą na życie zarobić i niepospolicie utalentowany.
Markiz ów czekał na gospodarza.
Oprócz niego, do gości się liczył szlachcic Zawadyński, który od lat dziesięciu nie miał nic nad kałamaszkę i chudego konia, a w niéj woził skrzynkę papierów, tyczących się procesu, który od lat dwudziestu przechodził z familią o sukcessyą, żebrząc po dworach o pomoc dla zwyciężenia prepotencyi swych przeciwników. Zawadyńskim bawili się wszyscy: jadł, pił, przesiadywał po dworach, opowiadał o swéj sprawie, któréj nikt oprócz niego nie brał na seryo, i zyskawszy małą zapomogę ruszał daléj. Najprawdziwszą prawdą było że proces toczył, który go kosztował całe mienie i życie całe.
Ale mimo nieszczęśliwego robaka który go toczył, Zawadyński był wesół, hulaka; lubił podpić, a podpiwszy śpiewał piosenek mnóstwo starych i nowych.
Że nie wszystkie, prawdę powiedziawszy, dla uszów niewieścich były przeznaczone, te tylko późno w noc, coram familiares się nuciły.
Drugim gościem był rejent Chobrzyniec, dawno ze swego urzędu spadły, który się utrzymywał z cudownéj maści, cudownych pigułek i cudownego eliksiru swojego wynalazku. Cudowna maść leczyła złamania i zwichnięcia, łamanie w kościach, gwoździec, suche bóle, odrętwienia i t. p.; pigułki czyściły krew, szczególniéj porą wiosenną, skutecznie odwodziły humory, służyły apoplektykom i grubokarczystym, a eliksir generalnie wszystkim na wszystko pomagał... krzepiąc siły i dodając vigoru. Oprócz tego ex-rejent, który wiele w książkach szperał, miał niezliczoną massę sekretów i przepisów. Wszystko to w zamkniętych ogromnych księgach z sobą woził, na żądanie udzielał przepisane przez siebie, biorąc wedle ważności sekretu, od złotówki do dukata. Chwalił się nawet czasem dla obudzenia punktu honoru i emulacyi w ludziach niepochopnych do zapłaty, iż mu niektórzy wielcy panowie, za proszki dla koni po pięć czerwonych złotych dawali.
Rejent był usłużny, znał wszystkich, wstęp miał wszędzie; oprócz pigułek, maści i eliksiru, zamówień, egzorcyzmów i t. p., pomagał często do najrozmaitszych spraw jako pośrednik. Był powszechnie cierpiany, ale siadał na szarym końcu stoła i nie czyniono sobie z nim wielkiéj ceremonii.
Gdy bryka Łowczego zaturkotała przed gankiem, wyszedł przeciw panu marszałek: wysadzono pod ręce pana Hińczę, a chłopak za nim sam wyskoczył. Wyglądał wcale niepociesznie, tak jak wyszedł z klasztoru, i nie mógł dobrego uczynić wrażenia: suknie miał stare, wytarte, a że w drodze się spocił i spylił, twarz miał zamazaną, oczy zaś wystraszone i postawę wylękłą. W podróży oswoił się z Łowczym, ale tu w Rogowie, dwór, państwo... wieża... obce postacie, strasznie go onieśmieliły. Zajrzawszy do sali, nie śmiał do niéj wejść. Ale Łowczy nie zapomniał o nim i przyjąwszy ledwie powitanie, zaraz obejrzał się, troskliwy o Marka.
Ante omnia: mały, to jest siérota, krewniak mój, Hińcza, którego z rąk Bernardyńskich wyzwoliłem, boby go byli w habit odzieli, a Hińcza jeszcze żaden nie wytrwał pod tą sukienką. Marszałek zajmie się jego wyprawą, panna Dydyna bielizną, a...
Tu się obejrzał.
— Pójdź tu — rzekł do słusznego chłopca, blondyna, imieniem Kacperka, który mu listy pisywał i zwał się jegomościnym amanuensem.
Kacper Szyszyński wyprężony wystąpił naprzód.
— Polecam ci nadzór nad Markiem — dodał — co znaczy, żebyś mu do urwiszostwa pomagał, a karku nie dał skręcić... bo ja ci twego nadłamię... To jest mój wychowanek: polecam łasce waszmościów... — odezwał się do dworu.
— Teraz go Kacper weźmie na stancyą do siebie, umyje, odzieje... i — ochędoży jak konia po przegonach... aby się nie ochwacił...
Dopiéro mu Markiz kłaniający się tancerskim sposobem (zawsze z ręką założoną za kamizelkę) wpadł w oko.
Skłonił mu się Łowczy, z uśmiechem przyglądając téj figurze parawanowéj. Hińcza wprawdzie czytał niekiedy po francuzku, niby ten język rozumiał, ale wymawiał go metodą jezuicką z łacińska i mówił nim na sposób tych, co go nigdy nie używają. Porozumienie się nie było łatwe. Francuz potrzykroć wypalił wyuczony komplement, a Łowczy zawsze jeszcze ucha nadstawiał. Szczęściem miał list od starosty sąsiada, i ten dopiéro objaśnił: iż Markiz de Saint Adelgonde, nieszczęśliwa ofiara rewolucyi, szukał przytułku w kraju gościnnym, a zarazem uczył fechtów, tańców, języka francuzkiego, przyprawiania sałaty i deklamacyi. Talenta te z trudnością mogły być zużytkowane w Rogowie, wszakże Łowczy go przyjął i prosił ażeby pozostał.
W czasie rozmowy napatrzéć się na niego nie mogli poczciwi, ociężali i ruszający się jak ich Bóg nauczył, mieszkańcy Rogowa; Markiz bowiem stał w pierwszéj tanecznéj pozycyi, z nogami wywróconemi zewnątrz — ale to nic: gdy się dźwignął, zgiął, skłonił, mówił, słuchał, każdéj jego czynności towarzyszyła najwyszukańsza mimika. Głowa, piersi, nogi, palce u rąk, oczy, nos, grały rolę przeważną w każdéj zmianie położenia.... Wszystko to zdawało się jakby jakiemi sznureczkami pociągane, nagle wyłamywać, prostować i zaokrąglać, wedle jakiéjś nieznanéj sztuki prawideł. Dla naturalnych ludzi domorosłych, Markiz był po prostu śmiesznym; ale dla znawców kunsztu świata mógł się wydać niezrównanym artystą. Łowczy znajdował go w najwyższym stopniu pociesznym.
Ledwie się z nim rozmówił, opadli go zaraz Zawadyński z oracyą, a ex-Rejent z ofiarą usług i oznajmieniem, że znacznie wydoskonalony eliksir, który on zwał Vitalongą, a nieprzyjaźni mu Dziwolągą, przywiózł dla JW. Łowczego, aby złożyć go w ofierze wielkiemu znawcy i najczcigodniejszemu mecenasowi.
— E! Vitalonga! przyznaj się Rejencie: tożto poprostu piołunówka.. Żebyś sto tysięcy zjadł! poco to chrzcić, nie wiedzieć jakiém imieniem?
— A! — zawołał obrażony Rejent, podnosząc głowę — tego, tegom się od JW. Łowczego nigdy a nigdy nie spodziewał! Prosta piołunówka! W tém ars, mospanie, w tém sztuka, by piołun pokrył tajemnicę... Jest on quasi velum na ten nieporównany ekstrakt... Ale proszę wziąć na język mądry, kroplę tego nektaru i zamknąwszy oczy, zdać sobie sprawę z tego, co przez język do duszy zagada. W nim mądrość starożytnych, doświadczenie wieków, ostatnie swe wypowiedziały słowo; w nim esencya roślin, co raz w sto lat kwitną, które zrywać trzeba w pewnych gwiazd konjunkturach, aby moc przedziwną, od Twórcy natury udzieloną — miały... w nim z łona zawistnego przyrodzenia...
Tu obejrzał się Rejent i ujrzał że Łowczego już nie było; nie chcąc więc przed profanami szafować elokwencyą, zamilkł nagle i wszedł w tłum. Sala się wypróżniała. Markiz chciał do gabinetu wnijść, ale Marszałek swoją francuzczyzną mu oznajmił, żeby się udał do przeznaczonego mu pokoju... w ten sposób:
Mosie! mosie! destinata cambre non se va... pas permis... avec je!... — Dla jaśniejszego wykładu wziął go pod rękę.
Audyencya była skończona.
Do wieczerzy, którą podawano zwykle około siódméj, zostawało godzin parę; dzień był cudny: goście się rozeszli wedle humorów.
Marka wziął pan Kacper w czułą opiekę i poprowadził do izdebki swojéj na górę; ale zakłopotany był co z niego zrobi, tak wyglądał brudno, a odzież miał obrzydliwą. Na dworze kuchta Łowczego lepiéj wyglądał... Trudne było zadanie; Kacper wszakże, pochlebnik, sztukmistrz zawołany, chciał dokazać tego, by Łowczy zobaczywszy Marka, nie poznał. Gotów był na wszelkie ofiary: sprytu mu nie zbrakło. Po podwórzu chodził żydek z Łosic, który przywiózł właśnie kontusz dla Marszałka i był krawcem nadwornym Rogowa; żydek chudy, żółty, zgarbiony, ale zręczny i żwawy, jak żywe srebro: kiwnął na niego Kacper, aby z nimi szedł na górę... Szmul pośpieszył.
Nic nie mówiąc Markowi, pokazał go krawcowi amanuensis...
— Patrz na mnie i na niego...
— No, to co? no, to co?
— Jak dużo czasu potrzeba, żeby ze mnie na niego poprzykrawać i choć zrygować suknie, żeby się do jutra trzymały: hę?
— A waj!... trzeciego dnia fertig...
— Ja ci mówię że muszą być fertig nim zadzwonią na wieczerzę... dobywaj nożyc, nici, igły i nie gadaj, bo ci pejsy powydzieram.
Żyd chciał drapnąć, Kacper drzwi zaryglował, kufer otworzył, dobył kontusz, żupanik, hajdawery, żyda pchnął na środek izby, a Marka przed niego, aby miarę brał.
Jak tam sobie rady dał Kacper, nie wiem; ale o godzinie siódméj, gdy na wieczerzę zadzwoniono, faktem jest że Szmul wypadł wpinając igłę w kołnierz, a Marek umyty do pięt, ostrzyżony, wytarty i ubrany jak na niedzielę. Kacper choć nie umiał, szył razem z krawcem.
Odniósł w ten sposób tryumf niesłychany. Łowczego oko postrzegło metamorfozę, poznało popsutą odzież odświętną Kacpra; odgadło, jak się to wszystko stało i uśmiechnęło się do uszczęśliwionego, a tegoż wieczora straty sowicie wynagrodzone zostały.
Marek wyglądał tak, że go poznać było trudno... mówiliśmy już, iż schudnąć sobie nie pozwalał: był zażywny, pucołowaty, krzepki, i choć nie piękny, miał w sobie coś, co zdradzało rassę.
Odzież porządniejsza zrobiła z niego prawie przystojnego chłopca.
Inny może byłby z tego szczęśliw, wesół, okazałby radość dziecinną; Marka czy przedwczesna dojrzałość, czy obudzona nieufność, uczyniły takim mrukiem, iż się nie rozchmurzył nawet. Spoglądał na rękawy, na poły i milczał zamyślony. Zdawało mu się, jakby ludzie tylko zaległy względem niego dług wypłacali.
Baczny pan Łowczy tę powagę dostrzegł i nietylko jéj za złe nie wziął, ale mu dała do myślenia.
Po wieczerzy, gdy panna Dydyna usiłowała napróżno chłopca przyswoić i rozgadać, Hińcza wziął do gabinetu Kacpra, dał mu, ścisnąwszy rękę, kilkanaście dukatów, i polecił wychowańca w te słowa:
— Póki ja co obmyślę, nie spuszczaj go z oka. Widzisz, mruk onieśmielony, obałwaniony i twardéj natury; oswajaj go powoli jak niedźwiadka, ucz potrosze, zaglądaj mu wewnątrz co tam siedzi. Powiesz mi. Może się z niego da co zrobić. Ja waszeci będę wdzięczen, a żeś mi wstydu u wieczerzy nie zrobił, Bóg ci zapłać!
I pocałował go w głowę, wziąwszy ją oburącz, co się nigdy nie trafiało.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.