Przygody Jurka w Afryce/Rozdział V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przygody Jurka w Afryce
Data wydania 1932
Wydawnictwo Janina Kwiatkowska
Druk Zakłady graficzne „POLSKA ZJEDNOCZONA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ V.
JUREK-PRZYRODNIK

W domu ojca Jurek czuł się wyśmienicie.
Wszystko go tu interesowało. Uczył się codziennie, nie z książek, lecz z żywej natury i z rozmów z ludźmi, którzy spędzili w Afryce długie lata i polubili ten kraj potulnych, uczciwych ludzi o czarnej skórze, kędzierzawych włosach i o sercach dużych dzieci.
Cały dom przepełniony był zbiorami afrykańskiemi.
Nietylko skóry zabitych przez młodego inżyniera zwierząt — nieraz najrzadszych, jak naprzykład „prosiaka ziemnego“ — wroga termitów, lecz nawet pięknie wypchane okazy ich stały po kątach, na półkach lub też wisiały na ścianach.
W biurze umieszczono oszklone szafki, pełne owadów i tek, zawierających zielniki.
Broń murzyńska — łuki, kołczany, strzały, oszczepy, miecze i maczugi, maski i stroje czarowników, amulety, bożki z gliny, skóry i drzewa zdobiły ściany gabinetu pana Waniewskiego i Burneya, a barwne tkaniny tubylcze okrywały posadzkę i zwieszały się z sufitu, tworząc z holu wzorzysty namiot.
Dom oddawna zamienił się w jakieś muzeum afrykańskie, gdzie żądny wiedzy Jurek uczył się codziennie, dowiadując się rzeczy mu nieznanych, a ciekawych niezmiernie.
W tych kilku izbach domu amerykańskiej firmy drzewnej chłopak doskonale poznawał Afrykę, jej przyrodę — a więc zwierzęta, roślinność i obyczaje, wiarę i prawo, kierujące życiem murzynów.
— Mój Boże! — wzdychał Jurek. — Jakżeżby się ucieszył nasz profesor przyrody, gdyby mógł mieć wszystkie te zbiory w swoim gabinecie gimnazjalnym!
Ojciec spojrzał na chłopaka z uśmiechem i odparł natychmiast:
— Któż ci broni, mój syneczku, sprawić mu tę przyjemność?
— Jakto? — spytał Jurek, nie rozumiejąc jeszcze.
— Masz przed sobą, całe dwa miesiące wakacyj, spędzanych w Afryce i to w tak bogatej i pięknej kolonji, jak Wybrzeże Kości Słoniowej. Dlaczegóż nie miałbyś łapać i preparować owadów, gromadzić i suszyć roślin dla zielnika? John nauczy cię tej sztuki, a Herkules, który pomaga w tem Burneyowi, będzie ci w tych wyprawach przyrodniczych towarzyszył chętnie.
— Prawda! — ucieszył się Jurek. — Zaczynam więc zaraz po obiedzie!
— Bardzo pochwalam ten zamiar! — powiedział pan Waniewski i natychmiast dał potrzebne zlecenia Herkulesowi.
Ten, uśmiechając się życzliwie, słuchał i kiwał głową, mrucząc:
— Dobrze... dobrze, mussu... Zbierać motyle, pająki, kwiaty... Herkules znać miejsca, gdzie być gniazda dużych, czarnych pająków, tych, które chwytać małe ptaszki... Znaleźć tarantule... skorpjony...
Od tego dnia Jurek wraz z murzynem spędzał dużo czasu w dżungli, wychodząc z domu skoro świt, gdy słońce niezbyt jeszcze dokuczało swym żarem.
Wkrótce chłopak zgromadził dużą ilość motyli — ogromnych, barwnych i małych — niekiedy podobnych do iskierek, tak bogato nowojorskiego, wymieniał nazwy wszystkiemi kolorami tęczy, to znów skromnych, szarych lub czarnych.
Burney, który znał się na zoologji i botanice, gdyż układał swoje zbiory dla muzeum nowojorskiego, wymieniał nazwy wszystkich okazów, a Jurek pisał je na małych kartkach, przyczepionych do zasuszonych owadów.
Pewnego razu Herkules poprowadził chłopaka do dużego osypu kamieni, widniejącego na brzegu małej rzeki, płynącej przez dżunglę.
Murzyn przewracał kamienie grubym kijem.
Jurek spostrzegł wkrótce nigdy niewidziane stworzenia.
Wyglądem swoim przypominały mu raki. Ogony tylko miały niezwykle długie, cienkie i zadarte wysoko, a zakończone zakrzywionemi, ostremi haczykami.
— Skorpjony! — szepnął Herkules, ostrożnie biorąc zwierzątka dwoma patyczkami i wrzucając je do słoju ze spirytusem, zmieszanym z formaliną.
Były tam skorpjony żółte — większych rozmiarów i mniejsze — czarne, bardzo zwinne i ruchliwe.
W domu dowiedział się od Burneya, że zadraśnięcie jadowitym haczykiem skorpjona powoduje u ludzi opuchliznę, dolegliwy ból i gorączkę, a nawet zakażenie krwi, które kończy się nieraz śmiercią człowieka, zranionego przez trujący owad.
— Szczególnie niebezpieczne jest zadraśnięcie czarnych skorpjonów, murzyni nazywają je „duchami śmierci“ — objaśnił Amerykanin, przyglądając się zdobyczy Jurka. — Nie wiem, czy rana, zadana przez nie, jest zawsze śmiertelna, lecz w każdym razie należy ją natychmiast wypalić ostrym kwasem, lub rozgrzanem do białości żelazem.
Jurek zdobył też inne jeszcze pająki.
Kryły się one w okrągłych norach, wykopanych w ziemi.
Wygnać ich stamtąd nie było żadnej możliwości, lecz Herkules wiedział, w jaki sposób je można wypłoszyć.
Zabrawszy ze sobą butelkę z wodą, wylewał ją do nory, a wtedy z podziemnej skrytki gramolił się duży, czarny lub brunatny pająk, o długich i grubych nogach. Ten rodzaj pająków nosi włoską nazwę „tarantula“. Trujące ugryzienie pająka w klimacie gorącym uważa się za bardzo niebezpieczne, daleko groźniejsze dla życia człowieka, niż ugryzienia jego pobratymców, spotykanych w Hiszpanji, Italji i Azji.
Tarantule i skorpjony są nieprzejednanemi wrogami, i zbrojne spotkanie się ich kończy się zawsze śmiercią jednego z zapaśników.
Jurek wraz z Herkulesem nałapali sporo tarantul, przechowując je w słoiku, napełnionym alkoholem z gliceryną, co im doradził Burney, mówiąc, że taki płyn konserwuje włosy, któremi okryte jest ciało jadowitych pająków.
Wiele czasu poświęcił Jurek na zbieranie najbardziej rozpowszechnionych w Afryce owadów-termitów i mrówek. Istnieją różnorodne gatunki tych żyjątek, chłopak więc strawił kilka dni, by dotrzeć do wnętrza kopców termitowych. Były to wysokie do dwóch metrów budowle stożkowate, wzniesione z cementu, albo podobne do głazów okrągłe zwały szarej, twardej jak granit ziemi, lub zabawne, przypominające grzyby chatki, okryte strzechami o zwisających okapach. Zamieszkiwały je termity, należące do różnych gatunków.
Mrowiska afrykańskie mają też wygląd osobliwy.
Rzadko je można spotkać na powierzchni ziemi.
Najczęściej ukryte są pod ziemią, a niekiedy nawet w dziuplastych pniach gnijących drzew.
Jurek znajdywał małe mrówki o czarnem lub białem zabarwieniu, inne były większe lub zupełnie duże — brunatne lub czerwone.
Jedne z nich wydawały ostry, przykry zapach gnijącego mięsa, z jakiego powodu nadano im nazwę — „mrówek trupów“; inne — wyrzucały z odwłoków gryzącą ciecz, za pomocą której broniły się przed wrogami; były też takie, które wydawały dźwięki, podobne do ostrego chrzęstu.
Czarne mrówki o długich nogach nazywały się tu „włóczęgami“ lub „zbójcami“. Nie budowały sobie gniazd, włóczyły się gromadami, czyniąc zuchwałe napady na mrowiska i kopce termitowe.
Herkules znalazł niedużą, czerwonawą mrówkę o czarnej plamie na odwłoku i, pokazując ją Jurkowi, rzekł jakgdyby wylękłym głosem:
Manjan... manjan!...
Na pytania chłopaka, zaciekawionego tem, powtarzał z przestrachem w oczach:
— O, mały mussu! O, dobry mussu!
Jurek dopiero w domu się dowiedział, że mrówki-manjan są postrachem murzynów.
Z niewiadomej przyczyny owady te w pewnych okresach wychodzą z mrowisk, tworzą olbrzymie armje i rozpoczynają pochód.
Wszystko, co tylko po drodze spotyka groźna armja mrówek — ginie śmiercią straszliwą. Koczujące owady pożerają trawę, liście drzew, ptaki i zwierzęta, które nie zdołały ratować się ucieczką, zasiane pola, wszelki dobytek ludzi, a więc: śpichrze z manjoką, kukurydzą i ryżem, śpiżarnie, drób, bydło, a czasem nawet pożerają dzieci i starców, którzy nie zdążyli opuścić domów, napadniętych przez żarłoczne i drapieżne mrówki — „manjan“.
— Po przejściu takiej koczującej armji pozostaje naga pustynia i kości pożartych przez mrówki zwierząt, a czasem i ludzi! — zakończył swoje opowiadanie pan Bolesław.
W ciągu kilku dni Jurek zgromadził bardzo obfite zbiory, a Burney starannie je opakował i przygotował do dalekiej drogi.
Jurek zkolei zabrał się teraz do zbierania roślin.
Obiecywał sobie, że przywiezie i podaruje swemu profesorowi piękny zielnik.
Na pierwszą wyprawę botaniczną wyruszył razem z Burney‘em i olbrzymim, roześmianym Herkulesem.
Amerykanin doradzał, jakie należy zbierać rośliny, i wskazywał najrzadsze rodzaje drzew, krzewów i traw.
Zbierano też owoce, a murzyn, szczerząc zęby, obiecywał Jurkowi, że wysuszy mu je wspaniale i ułoży w drewnianych skrzynkach z przegródkami.
Po pierwszej wyprawie chłopak zapuszczał się do dżungli już tylko w towarzystwie wiernego Herkulesa, z którym zaprzyjaźnił się na dobre i z żalem myślał o rozstaniu się z nim.
W pokoiku Jurka z dniem każdym gromadziło się coraz więcej tek, wypełnionych arkuszami grubej bibuły, w której suszyły się okazy zielnika.
Podczas jednej z wycieczek, w chwili, gdy Herkules wlazł na drzewo, aby zrywać owoce „kapoku“ — podobne do podłużnych orzechów, zawierających we wnętrzu biało-srebrzysty puch, przed Jurkiem, zbierającym obok żywicę kauczukową, coś raptownie spadło na ziemię.
Chłopak zobaczył ogromnego, czarnego i kosmatego pająka.
Był tak duży, jak pięść Jurka, a jego grube i krótkie nogi okryte były czarnym włosiem.
Pająk, podniósłszy się na nogach, stał w groźnej postawie.
Jurek pokazał go murzynowi, który wkrótce zeszedł z drzewa.
— Aj-jo! — zawołał Herkules. — To największy pająk! Mussu nazywać go „Mygale“. On napadać małe ptaszki i zabijać...
Po chwili „mygale“ powędrował do słoju z alkoholem i formaliną.
Do towarzystwa dodano mu kilka pająków-krabów i parę olbrzymich, rogatych żuków o straszliwie długich wąsach.
Dzień, w którym złapano „mygale“, obfitował w bardzo niebezpieczne spotkania. Powracając do domu, na obiad, przyjaciele przechodzili przez zwaliska kamieni i piargów, pozostałych po wznoszących się tu niegdyś skałach.
Droga była niełatwa, bo kamienie co chwila usuwały się z pod nóg. Ludzie ślizgali się na nich i potykali, tłukąc sobie i kalecząc stopy.
Herkules wydał nagle przeraźliwy okrzyk i uskoczył na bok, wołając:
— Uciekaj!... Uciekaj, mały mussu!
Jurek, nie namyślając się i nie tracąc ani chwili, poszedł za przykładem murzyna, odbiegając na stronę.
Stanął obok Herkulesa i zapytał go z trwogą w głosie:
— Cóż cię tak nastraszyło?
Murzyn, drżąc cały, odpowiedział szeptem:
— O-o, mussu, ujrzeć tuż przed sobą dużą, starą „naja“...
— Naja? — powtórzył chłopak.
— Najjadowitsza żmija, która niesie śmierć... O, naja — to straszna żmija!
Jurek jął oglądać kamienie, z których obaj zeskoczyli przed chwilą.
Wkrótce zobaczył żmiję. Długa na półtora metra, leżała zwinięta, a nad skręconem jej ciałem wznosiła się mała główka, ledwie widzialna na rozdętej w kształcie kołnierza szyi. Żółte oczy błyskały jej wściekle, w rozwartej paszczy występowały dwa zakrzywione kły, i szybko śmigał czarny język. Ogon żmiji prężył się i drgał.
— Uciekajmy, mussu, uciekajmy! — błagał Herkules i, porwawszy chłopca na ręce, przesadził pobliskie krzaki i wpadł do dżungli, mrucząc:
— Herkules nie bać się lew i pantera, zato bać się „naja“, o, bać się bardzo, bardzo!
Gdy do tartaka pozostawało jakie dwa kilometry, bo już dobiegał turkot motoru i zgrzytanie szybko obracających się, okrągłych pił, Jurek spostrzegł wysuwającą się z pod korzenia płaską, trójkątną głowę innej żmiji.
Wskazał ją murzynowi, pytając, czy to znowu nie „naja“, przypadkiem, lecz Herkules uspokoił go, mówiąc:
— Wipera... zwykła wipera... Żmija jadowita... lecz nie być żmija śmierci... Mussu Burney leczyć rany kłów wipery... gorące żelazo... dymiący kwas...
To mówiąc, wyciął długi pręt, rozwidlony na końcu i, zaszedłszy od tyłu, przycisnął głowę płazu do ziemi.
Gdy zdechła, włożono ją do blaszanki.
Jurek obejrzał zdobycz uważnie. Żmija posiadała szarą barwę, była gruba, jak ręka chłopaka w przegubie, i długa na trzy czwarte metra.
Podczas następnych swoich wypraw, Jurek kilkakrotnie miał spotkania z „wiperami“, lecz płazy nigdy nie atakowały go i kryły się w stosach kamieni lub pod gnijącemi kłodami.
Herkules, skradając się bez szelestu, podprowadzał chłopaka do drzemiących w cieniu drzew antylop — małych i rudych, tak zwanych — antylop-świń, z powodu wydawanego przez nie chrząkania, a nawet wielkich, jak nasze krowy, „kob“. Pokazywał mu też pasiaste antylopy o niezmiernie ostrych, jak szydła, rogach i śmiałe, wojownicze, „sing-singi“ o rogach, podobnych do świdrów.
Pewnego dnia, już przed wieczorem, przedzierali się przez bambusowe zarośla tuż nad brzegiem rzeki.
Zdaleka już posłyszeli plusk wody i głośne pomruki.
Murzyn położył się na ziemi i, nic nie mówiąc, znakami zmusił Jurka, aby uczynił to samo.
Długo tak pełzli, ostrożnie rozsuwając badyle bambusów, aż wytknęli z nich głowy i ujrzeli przed sobą brzeg powolnie płynącej, mętnej rzeki.
— Tamta strona — to już Liberja, wolny kraj czarnych ludzi... — szepnął murzyn, lecz po chwili syknął i położył palec na ustach, oczami wskazując na rzekę.
Jurek spojrzał i ledwie się powstrzymał od głośnego okrzyku.
Ujrzał bowiem przed sobą piękny i niezmiernie rzadki obraz.
Z prawie czarnej toni wynurzały się ogromne łby hipopotamów. Wybałuszone, jakgdyby u olbrzymich żab, oczy wpatrywały się podejrzliwie w haszcze nadbrzeżne, małe uszki poruszały im się niespokojnie. Zwierzęta co chwila roztwierały paszcze z potwornemi kłami, głośno i chrapliwie wciągając powietrze.
Na brzegu, opuściwszy pysk do wody, stał ciemno-szary byk z grubemi, rozłożystemi rogami i pił. Ogonem bił się po biodrach, strasząc dokuczliwe bąki. O kilkanaście kroków dalej, stojąc w rzece po kolana, kąpała się para słoni. Zlewały sobie grzbiety wodą, wyrzucaną z trąb, i bez przerwy wachlowały się szerokiemi uszami, czujnie nasłuchując i od czasu do czasu wydając basowe mruczenie.
Po kąpieli wgramoliły się na grząski brzeg i nagle podniosły trąby i nastawiły uszy. Jakieś zwierzę wyskoczyło z wysokiej trawy i z pluskiem pogrążyło się w wodzie.
Jurek poznał krokodyla.
Wystawiwszy długi, zębaty pysk, płynął rzeką, a jego grzebieniasty kark co chwila wynurzał się z wody, wspienionej uderzeniami silnego ogona.
Chłopak wydał głośny okrzyk radości, że widzi na wolności wszystkie tak rzadkie okazy zwierząt.
Ledwie przebrzmiał głos chłopca, gdy obraz raptownie się zmienił.
Z donośnem westchnieniem znikły pod wodą głowy hipopotamów, z hałasem i łomotem tratowanych krzaków rzuciły się do ucieczki spłoszone słonie, dziki bawół, prychnąwszy wściekle, zawrócił na miejscu i jednym susem wpadł w gąszcz, a nawet krokodyl pogrążył się w odmęty rzeczne, i tylko lekka smuga wzburzonej wody świadczyła o tem, że gad płynie pod jej powierzchnią, oddalając się coraz bardziej.
Wkrótce zapadła cisza.
Mąciły ją tylko ryby, z pluskiem wyskakujące z rzeki, gadatliwy skrzek papug, usadawiających się na nocleg i dalekie rechotanie małp.
Herkules powstał z ziemi i z uśmiechem rzekł do Jurka:
— Mussu widzieć dzikie bestje... cha! cha! cha! A teraz do starszego mussu biegiem... biegiem, bo noc nastąpić szybko!...
Przedzierali się przez dżunglę i parli co tchu ku domowi.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.