Przygody Jurka w Afryce/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przygody Jurka w Afryce
Data wydania 1932
Wydawnictwo Janina Kwiatkowska
Druk Zakłady graficzne „POLSKA ZJEDNOCZONA“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
NA OCEANIE.

Jurek nie posiadał się z radości.
Pozostał zaledwie jeden dzień podróży morskiej do portu Grand-Bassam.
Całe trzynaście dni płynął statek po wzburzonym Atlantyku, i chłopak chwilami czuł mdłości i zawrót głowy. O jedzeniu nie mógł nawet myśleć i tylko pił dużo.
Ogromnie lubił smaczny napój, przyrządzony przez stewarda[1] okrętowego z soku pomarańczowego z dodatkiem cukru i plasterka cytryny.
Dziś w południe kapitan, obchodząc pokład i witając pasażerów, wołał głośno:
— Jutro o świcie przybędziemy do Grand-Bassam!
Jurek ogromnie się ucieszył z tej nowiny.
Podróż morzem byłaby niezmiernie ciekawa, gdyby nie te obrzydliwe fale, co podrzucały statkiem, pochylały go z burty na burtę i zmuszały zanurzać się dziobem do wody, a po chwili wspinać się na pienne grzbiety bałwanów.
Jurek płynął po raz pierwszy.
Za postępy w szkole tatuś zabrał go ze sobą do Afryki na całe wakacje. Ojciec chłopaka, inżynier Bolesław Waniewski, oddawna już pracował na francuskiej kolonji Wybrzeża Kości Słoniowej.
Jako kierownik pewnego amerykańskiego przedsiębiorstwa wybudował tam duży tartak, gdzie obrabiano dostarczane z dżungli kloce mahoniowe.
Na tartaku zamieniano je w deski i forniry, które wywożono do Ameryki.
Pan Waniewski już szósty rok pracował w Afryce, odwiedzając rodzinę raz na trzy lata i spędzając w domu pół roku.
Tym razem inżynier zabrał ze sobą dwunastoletniego synka, chcąc, aby chłopak zobaczył kawał świata, a szczególnie tak interesujący i niezwykły, jakim jest Afryka, — czarny ląd, o którym marzą żądni wiedzy i wrażeń chłopacy.
Nasi podróżnicy wsiedli na statek we francuskim porcie Bordeaux (Bordo) i byli wkrótce na otwartem morzu.
Po kilku dniach mijali wyspę Maderę i brzegi francuskich posiadłości w Maroku.
Z oddali widzieli żółto-różowy ląd afrykański, gdzie wznosił się i znikał w głębi kraju ciemno-szafirowy łańcuch gór Atlasu.
Statek zawinął do portu Cazablanka i stał na redzie kilka godzin.
Pan Waniewski wraz z Jurkiem i grupą pasażerów wsiedli do łodzi i odpłynęli do miasta.
Tatuś opowiedział chłopakowi, że Maroko jest krajem muzułmańskim, to znaczy, wyznającym Islam — wiarę w jedynego Boga, ustaloną przez proroka Mahometa, który urodził się w Arabji i spisał wszystko, czego nauczał, w księdze, „Koranem“ zwaną.
W tym rozległym kraju panuje sułtan, rządzący narodem, złożonym z Arabów, niegdyś tu przybyłych z Azji, i dawnych mieszkańców — Berberów.
W wiekach średnich było to państwo niezmiernie potężne, które zagrażało Europie, szczególnie Hiszpanji, gdzie też kalifowie marokańscy przez długi czas panowali, zdobywszy południowe miasta: Kordobę, Sewillę i Granadę.
Po okresie świetności w Maroku wynikły wojny domowe aż wkońcu państwo rozpadło się na mniejsze i słabsze państewka. Część ich przeszła w ręce Italji i Francji, pozostało tylko niezależne Maroko, lecz i tam sułtanowi w rządzeniu pomagają Francuzi; bez rady i zezwolenia ich władca nie może uczynić żadnego poważnego kroku.
Jurek, wyszedłszy z łodzi i idąc z ojcem przez miasto, z ciekawością się rozglądał na wszystkie strony.
W mieście, rozbudowanem w ostatnich latach przez francuskie władze, bardzo mało pozostało z dawnej arabskiej siedziby. Przeważnie wielopiętrowe, nowoczesne domy, zajęte przez europejskie biura handlowe i okrętowe lub wspaniałe sklepy i urzędy, były piękne, lecz dla Jurka, który znał dobrze Francję, — nieciekawe.
Zato oczy mu się paliły do tłumu.
Co chwila spotykał poważnych, zamyślonych Arabów w białych, granatowych lub brunatnych, rozwiewnych burnusach, w białych zawojach na głowach.
Pan Waniewski rozpoznawał wśród nich mieszkańców różnych dzielnic Maroka.
— Patrz, Jureczku! — mówił do synka. — Ten wysoki, wiotki, prawie czarny Arab w brunatnym burnusie i z twarzą, osłoniętą białą płachtą, zdaleka musiał tu zapewne przybyć. Jest to mieszkaniec północnych oaz pustyni Sahary. Niezawodnie przyjechał tu na czele karawany wielbłądów, dostarczając kupcom francuskim worków i skrzyń, napełnionych daktylami i figami. Ten znów w granatowym burnusie i śnieżno-białym turbanie — to góral z Atlasu, zapewne właściciel dużego stada baranów i jednocześnie dostawca wełny. Teraz zaś spójrz na tego grubego Araba w białym burnusie i w zawoju, owiniętym czerwonemi sznurami...
— Ten, którego inni całują po rękach? — spytał Jurek.
— Właśnie! — kiwnął głową inżynier. — Człowiek ten odbył pielgrzymkę do Mekki, świętego miasta muzułmanów...
— Takiego, jak dla nas Jerozolima?
— Tak! — odpowiedział ojciec. — Wszyscy poznają tego bogobojnego i pobożnego człowieka, a o jego pobożności świadczą te czerwone sznury na turbanie.
Jurek z zachwytem patrzał na przejeżdżających przez plac jeźdźców na gorących, pięknych rumakach, na leżące przed składami towarów ciągle żujące wielbłądy.
Tam i sam przemykały się czarno ubrane kobiety o twarzach, okrytych białemi lub czarnemi zasłonami.
Spostrzegłszy zdumienie na twarzy synka, inżynier rzekł:
— Obyczaj i religja zabraniają kobiecie muzułmańskiej pokazywać twarz obcym, a więc zmuszone są zasłaniać ją „czarczafem“...
Doszli wreszcie do arabskiej dzielnicy i zagłębili się w labiryncie wąskich, pod ostrym kątem załamujących się uliczek, zatłoczonych, dusznych i zgiełkliwych.
Panował tu półmrok.
Nad uliczkami mieszkańcy urządzili namiot z dziurawych mat i kawałków tkanin o przeróżnych barwach.
Po bokach uliczek, pozbawionych chodników, lepiły się jeden przy drugim sklepiki arabskie, żydowskie, hinduskie i syryjskie.
Handlarze, wrzeszcząc z całej siły, zachwalali swoje towary: jedwabie, dywany, obuwie, wyroby safjanowe, starą broń, siodła, perfumy, daktyle i inne owoce.
Poważny Hindus o twarzy bronzowej i oczach niezwykle przenikliwych dzwonił w mały gong i pokazywał rozłożone na ladzie i w szafkach srebrne bransoletki i kolje arabskie, ciężkie kolczyki, przywiezione z głębi Sahary, i klejnoty, pochodzące z Indji.
Tuż obok rzeźnik potrząsał nad głowami przechodniów kawałami tłustego mięsa przed chwilą dopiero zarżniętego barana i przysięgał, że było to najbardziej utuczone zwierzę, widziane kiedykolwiek w Maroku.
Ogłuszeni straszliwym wrzaskiem uliczek arabskich, Jurek z ojcem powrócili do miasta i wstąpili do cukierni na kawę.
Naprzeciwko stała świątynia muzułmańska, tak zwany meczet.
Gdy Jurek wyjrzał przez okno, spostrzegł Araba w białym burnusie, stojącego na szczycie minaretu — wieży, wznoszącej się obok świątyni.
Po chwili rozległ się jego śpiew — tenorowy, drgający.
Włóczący się po placu i siedzący w cieniu murów Arabowie wnet poklękali i, chyląc się kornie, dotykali głowami ziemi, lub, zwracając twarz ku wschodowi, wznosili ręce ku niebu.
— Jest to modlitwa południowa — objaśnił pan Waniewski, — muezzin, który jest pomocnikiem kapłana-mułły, śpiewa modlitwę, wysławiającą Allaha, jedynego Boga i Stwórcę.
Stojący na minarecie człowiek wysokim, donośnym tenorem wykrzykiwał po arabsku:
La Illa Illah Allah u Mahomed Rassul Allah — Allah Akbar!
— Co to znaczy? — spytał Jurek.
— Niema Boga ponad Boga Allaha, jak uczy Mahomet — prorok Allaha — Allaha przedwiecznego! — przetłumaczył inżynier słowa modlitwy arabskiej, którą powtarzał modlący się tłum.
Zwiedziwszy malowniczo położony bulwar, ciągnący się wzdłuż wybrzeża, wsiedli do łodzi i powrócili na statek.
Wkrótce parowiec, ryknąwszy przeraźliwie, podniósł kotwicę i ruszył w dalszą drogę.
Podróżnicy widzieli na horyzoncie, rzucającą w nocy jasny snop promieni potężną latarnię morską, stojącą na północnym przylądku wysp Kanaryjskich, a od wschodu inne — słabsze, świecące z brzegu afrykańskiego.
Chłopak przyglądał się falom, połyskującym w mroku srebrnemi i zielonemi ognikami. Kapitan opowiedział mu, że te iskierki w wodzie to są drobne istotki, świecące w ciemności. Jedne z nich oświetlały sobie tym sposobem drogę, inne — wabiły do siebie jeszcze bardziej drobne żyjątka, na które napadały i pożerały.
W dzień Jurek, rozparty na leżaku, obserwował coraz to nowe zjawiska.
Pewnego razu spostrzegł, że powierzchnia morza pokryła się niby łuską drobnemi falami. Ocean zdawał się kipieć.
Chłopak podszedł do stojącego przy burcie marynarza i spytał go, co się to dzieje na morzu.
— Płynie tam ławica ryb, nie wiem jakich, być może sardynek, makreli lub tuńców — odpowiedział majtek. — Gdy zaczniemy rybom przecinać drogę, zobaczysz rzeczy niezmiernie ciekawe! Będzie nielada zabawa!
Marynarz, widać, dobrze znał morze.
Istotnie Jurek ujrzał wkrótce płynące dokoła statku ryby.
Były to zielono-lazurowe o czerwonych centkach makrele. Płynęły zwartą gromadą, bok przy boku. Płynące głębiej, wypychały te, które znajdowały się wyżej. Wszędzie widniały co chwila wynurzające się grzbiety i koralowe płetwy ryb.
Duże, szare mewy z drapieżnemi krzykami rzucały się na nie, porywały i odlatywały, ścigane przez chciwe towarzyszki.
Z wody, w znacznem od okrętu oddaleniu, wyskakiwały inne ryby — duże, wrzecionowate, o ciemnych grzbietach i białych brzuchach. Goniły płynące stada makreli i napadały na nie z wściekłością drapieżników.
Biedne, bezbronne ryby, miotały się, wyskakiwały wysoko ponad wodę i z pluskiem wpadały zpowrotem, lecz nie mogły się ukryć w głębinie oceanu, bo trafiały na zbite, ogromne, stłoczone stado, z miljonów ryb złożone.
Inni wrogowie dołączyli się wkrótce.
Stało się to wtedy, gdy ławica zbliżyła się do Zielonego przylądku.
Duże stado delfinów runęło na płynące ryby.
Ostremi pyskami roztrącały stado, chwytając i pożerając makrele, które nie domyślały się uciec na wielką głębię, gdzie potrzebujące powietrza zwierzęta nie mogły już je ścigać.
Delfiny wyrzucały się z wody i zabawnie nurkowały, wyprzedzając szybko sunący okręt lub przepływając pod jego dnem.
Gdy statek zbliżał się do wysp Zielonego przylądku, Jurek spostrzegł wystającą z wody trójkątną płetwę jakiejś, zapewne dużej ryby.
Przyglądał się jej uważnie, pragnąc dojrzeć samą rybę, lecz ta nie zbliżała się do burty parowca.
— Czy wiesz, jaka to tam płynie ryba? — spytał go ojciec, podchodząc do chłopca. — Jest to rekin. Zobaczysz go, gdy kucharz wyrzuci coś za burtę.
Jurek niedługo czekał, bo z kuchni okrętowej niebawem wylano do morza kubeł z pomyjami, kawałkami chleba i kartoflami.
Przechyliwszy się przez ogrodzenie burty, chłopak ujrzał długiego na dwa metry rekina. Z pod wody wydawał się biały, lecz na jego ciele widniały czarne plamy i pręgi. Zdawało się, że bardzo leniwie porusza płetwami i ogonem, tymczasem płynął on równolegle z okrętem, który aż wzdrygał się cały od silnych i szybkich obrotów śruby.
— Jest to rekin-tygrys, zuchwały drapieżnik! — zawołał pan Waniewski. — Spójrz na tę okrągłą, tępą paszczę z kilkoma rzędami zakrzywionych zębów, na te małe, złe i badawcze oczy, a zrozumiesz, jak niebezpiecznem jest dla pływaka spotkanie z tym potworem morskim i bandytą!
Do rozmawiających pasażerów podszedł jeden z oficerów okrętu.
Wskazując na wystające koło brzegu ciemno-czerwone skały, rzekł:
— Jest to przylądek Meduzy... Nazwano go tak ku pamięci statku „Meduza“, który się w tem miejscu rozbił i zatonął. Rekiny pożarły wszystkich pasażerów i załogę. Smutne wspomnienia — nieprawdaż?
Prawdopodobnie Jurek jeszcze wiele innych ciekawych rzeczy mógłby zobaczyć i nasłuchać się o nich, gdyby nie zerwał się silny wiatr, który wzburzył ocean.
Chłopak nie mógł już wychodzić na bujający pokład, przez który co chwila przewalały się ciężkie, słone fale. Spędzał więc całe dnie w salonie, gdzie grał z ojcem w szachy lub czytał, popijając smaczny sok pomarańczowy.
Cieszył się teraz zatem, że już jutro wylądują w Grand-Bassamie.





Przypisy

  1. Czytaj stiuard.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.