Przygody Edzia

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bolesław Prus
Tytuł Przygody Edzia
Pochodzenie Pisma Bolesława Prusa. Tom XXII
Nowele, opowiadania, fragmenty. Tom I
Data wydania 1935
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PRZYGODY EDZIA.

— Uważasz, moje serce — mówił pleban do swego siostrzeńca Edzia — uważasz, moje serce, bardzo się cieszę z tego, żeś przyjechał...
— I ja się także cieszę, proszę wujka! — odparł Edzio, całując pokornie okrągłą rączkę sędziwego plebana. — Zawsze to między swoimi łatwiej o serce, i... pomoc... w trudniejszych okolicznościach...
Przy wyrazie „pomoc“ Edzio westchnął i rzucił tęskne spojrzenie w kierunku staroświeckiego kantorka.
— Tak, tak! — potwierdził wuj, zażywając tabakę. — Serce zawsze i pomoc... moralną!
Edziowi zrobiło się mdło. Dobry ten chłopiec już od trzech dni, to jest od chwili przyjazdu na probostwo, przy każdej sposobności starał się napomknąć o gotówce, lecz jego delikatne aluzje niedobrze widać były rozumiane. Teraz, korzystając z rozczulenia wujowego, przypuścił szturm stanowczy i otóż zaraz na wstępie spotkał się oko w oko z kapitałem wprawdzie, ale z kapitałem tylko moralnej natury!
Bądź co bądź należało kuć żelazo póki gorące; Edzio więc przemógł chwilowy niesmak i mówił dalej:
— Obecnie jestem już prowizorem...
— Piękne stanowisko! — dorzucił wuj — to tak jakby kawałek doktora... Ciekawym bardzo, jak też uważasz Morisona?...
— Doskonałe lekarstwo! — Chciałbym właśnie kupić aptekę w jednem powiatowem mieście...
— A kamfora, proszę cię, czy z mody nie wyszła?...
— O nie!... To wyborny środek przeciw molom... Otóż za aptekę chcą dwadzieścia tysięcy...
— I kupisz ją? — spytał wuj, podnosząc niuch tabaki.
— Kupię z największą chęcią, jeżeli wujek... pozwoli! — odparł posłuszny siostrzeniec.
Plebanowi tabaka rozsypała się na ziemię.
— Pozwolę, pozwolę! — odpowiedział szybko. — Ale jak kupisz aptekę, to się pewnie ożenisz, ja ci nawet pannę wynajdę.
— Wszystko od wujka przyjmę z wdzięcznością! — wykrzyknął Edzio, znowu rzucając się do ręki swego dobrodzieja.
— Panna, powiadam ci, porządna, dobra gospodyni... A jak ona, powiadam ci, kapłony przyrządza!... Palce lizać...
— Któż to taki?
— Weronisia, jedynaczka Haładrałowiczowej. Dziewczyna, powiadam ci, ma...
Tu wuj zażył tabaki.
— Ma i odrazu na stół ci wyłoży...
Po tych słowach utarł nos.
— Wyłoży ci gotówką trzydzieści tysięcy!... Jej matka posiada cząstkę w naszej parafji i nawet mówiłem z nią...
— O tem, żeby za mnie córkę wydała? — przerwał zadowolony Edzio.
— Czy za ciebie, czy za któregokolwiek z moich siostrzeńców. Przecież dzięki Bogu jest was sześciu, każdy chłop dorzeczny, zdrów i przytem goły jak bizun. Akurat zdatny na męża!
— Więc mogę rachować na to, że mnie wuj wyswata?...
— Nawet jutro.
— Jutro?...
— Jutro cię zapoznam; bo będę u nich święcił święcone — a po Wielkiejnocy, da Bóg doczekać, pobierzecie się.
— I dostanę trzydzieści tysięcy na aptekę? — pytał Edzio, drżąc ze wzruszenia.
— Trzydzieści tysięcy od matki, a ode mnie...
— I od wuja?...
— Ode mnie błogosławieństwo, ślub darmo...
Edzio westchnął.
— I mój faworytalny zegarek. Słyszysz, jak chodzi?
Z temi słowy pleban wydobył z kieszeni ogromny złocony klekot, który gdakał jak zegar wieżowy, lecz wart był co najwyżej dwanaście rubli.
Edzio posmutniał i cichym głosem rzekł:
— Zawsze przed weselem potrzebowałbym kilkuset rubli na oporządzenie się...
— Ja ci pożyczę! — uspokoił go wuj — ale po deklaracji.
— Ja już jestem zdeklarowany, proszę wuja.
— Tak, to dobrze! Ale widzisz, trzeba jeszcze pannę poznać, w głowie jej trochę pokręcić... no, przecież musisz to umieć?
— Umiem, wujku! i nawet zrobię to jutro natychmiast, bylem miał słowo wujka co do tych kilkuset rubli... — mówił rozgorączkowany Edzio.
— Masz moje słowo! ale teraz idźmy spać.
— Jakto, spać o dziewiątej?
— Rozumie się! szkoda zdrowia i światła. Nafta droga.
Po tych słowach wuj wyszedł do swego pokoju, zostawiając siostrzeńca pogrążonego w rozkosznych marzeniach.
Mówiąc między nami, Edzio był chłopak dobry i niegłupi, lecz trochę utracjusz i impetyk. Do żeniaczki wstrętu nie miał, lecz do kobiet czuł żal z następującego powodu.
Będąc jednego roku w Ciechocinku, poznał tam ładną i majętną panienkę i począł jej robić grzeczności. Panienka gustowała w przystojnym i eleganckim Edziu, a jej ciotka okazywała mu dosyć przychylności, czem zachęcony, oświadczył się w wyrazach bardzo doborowych.
— Cieszę się z tego — odparła ciotka — tylko, że widzisz pan... wczoraj o panu źle mówiono w pewnem towarzystwie...
— Cóż takiego? — spytał zatrwożony Edzio — w tej chwili bowiem przebiegła mu przez myśl dość znaczna liczba kucharek i pokojówek.
— Mówiono... że pan jest... aptekarskim subjektem!
Ponieważ Edzio był istotnie aptekarskim subjektem, porwał więc kapelusz i milcząc, pożegnał widocznie chorą na umysł damę. Od tej chwili jednak nienawidził kobiet, a prawie odchodził od siebie z gniewu, gdy kto w ich towarzystwie ośmielił się przypomnieć mu o jego specjalności.
Tym sposobem brak taktu ze strony jednej kobiety szkodliwie wpłynął na usposobienie Edzia i coraz bardziej usuwał go od całego zastępu płci nadobnej.
Po odejściu dobrego wuja, Edzio wyszedł na spacer, aby wystawić rozgorączkowaną głowę na zbawienny wpływ chłodnych powiewów wietrzyka. W tej chwili nie myślał on o swej ciechocińskiej przygodzie, lecz raczej o pięknej i posażnej Weronisi, o aptece w mieście powiatowem, o zegarku swego drogiego wuja, a nadewszystko o kilkusetrublowej pożyczce, po którą umyślnie przyjechał, a bez której nie mógł się nawet pokazać w Warszawie, dzięki niewyrozumiałości wierzycieli.
Nadeszła noc, w ciągu której Edzio miał sny bardzo prorocze. Widział się już właścicielem apteki, mężem Weroniki i ojcem dorodnych dzieci. To też wstawszy rano, zdziwił się swemu kawalerstwu i pałał żądzą poznania swojej przyszłej, pewnym będąc, że się dziś jeszcze oświadczy, zostanie przyjętym i otrzyma od wuja obiecaną pożyczkę.
Około trzeciej po południu (a było to w wielką sobotę), pani Haładrałowiczowa przysłała konie po plebana, z którym zabrał się rozkochany młodzieniec.
Po półgodzinnej jeździe, wuj wyrzekł:
— Widzisz ten folwark?... To Haładrałówka! Pamiętaj dobić targu, bo się ciebie wyrzeknę.
Edzio czuł, że mu serce uderza coraz spieszniej, nie był jednak pewnym z jakiego powodu: czy z miłości, czy też dlatego, że bryczka okropnie trzęsła.
Gdy zajechali przed ganek, ukazała się na nim sędziwa matrona, z którą pleban zapoznał Edzia.
— Prezentuję pani mego siostrzeńca Edwarda Flaczkowskiego...
— Aha! — odparła dama z roztargnieniem, które Edzia ubodło.
Ściśle rzeczy biorąc, nie miał się czego gniewać, roztargnienie bowiem damy pochodziło stąd, że jej się ciasta nie udały.
— Mój proboszczu! — rzekła matrona — mam ci parę słów powiedzieć. A pan, niech pozwoli tymczasem do saloniku.
Gdy zostali sami, pleban zaczął:
— Cóż, podobał się jejmości ten wyrostek? Tęgi chłop.
— To do mojej Weronisi? — spytała matrona z uśmiechem. — Niczego chłopak!
— Zrobimy im wesele, co?
— Ja tam nie od tego! byle się sobie oboje podobali. Czemże on jest?
— Aptekarzem — odparł pleban.
— Dobry kawałek chleba.
— Chce kupić teraz aptekę, ale nie ma pieniędzy.
— Znajdziemy! — rzekła figlarnie pani Haładrałowiczowa — byle Weronisi wpadł w oko!
Tak rozmawiając, poszli staruszkowie oboje na czworniak; czeladzi bowiem miał proboszcz najpierwej poświęcić.
Widzimy więc, że interes Edzia był na świetnej drodze. Podobał się matce odrazu i przysiąc prawie było można, że przed upływem miesiąca, zostanie już szczęśliwym mężem Weroniki.
Edzio jednak nic nie wiedział o swem położeniu, a co gorsza był już zniechęcony. Zdawało mu się, że matrona przyjęła go lekceważąco, a gdy jeszcze nie zastał nikogo w saloniku, wpadł w wielki gniew i z impertynenckiemi myślami rzucił się na kanapę.
Nagle w drugim pokoju, do którego drzwi były przymknięte, usłyszał szmer i rozmowę na dwa głosy. Była tam widocznie panna Weronika ze służącą.
— Czy już jest ten obiecany?... — pytała panna.
— Jest... Ażeby też panuncia wiedziała jaki ładny!
— Musi być ładny, bo proboszczowskiego chowu.
Usłyszawszy to, Edzio zsiniał.
— Taki mastny, panunciu.
— Że możnaby z niego parę słoików pomady wycisnąć — dopowiedziała panna.
Odchodzący od przytomności, Edzio przyznał jednak w duchu, że włosy jego istotnie zbyt mocno były wypomadowane.
— A pachnie!... — prawiła służąca — rychtyg jak aptekarz.
— Fe — odparła panna. — Nie jak aptekarz, tylko zwyczajnie jak prosiak!
Edzio zerwał się wściekły i otworzywszy drzwi, krzyknął:
— Ja pachnę jak prosiak, ale pani zato masz mniej rozumu od gęsi!...
Panna Weronika zalała się łzami, a konkurent jej jak szalony piechotą poleciał na probostwo.

W godzinę potem wrócił stary pleban fioletowy z gniewu. Zdawało się, że go apopleksja zabije.
— Gamoniu jakiś! — krzyknął na siostrzeńca, stając w progu. — Ja z matką układałem się już prawie o dzień ślubu, a tyś tymczasem łotrze pannie nawymyślał?...
— Ona mnie obmawiała! — szepnął struchlały Edzio.
— Obmawiała cię?... Ona ze służącą rozmawiały o prosiaku, którego im darowałem na święta!... Nie chcę cię znać, hultaju!... Obie te poczciwe kobiety rozchorowały się przez ciebie.
W tej chwili przed oczyma Edzia przesunęła się jakaś krwawa chmura, wśród której znikły: panna Weronika, apteka, pozłacany zegarek i kilkusetrublowa pożyczka wuja.
Pewni jesteśmy, że biedny chłopak szkaradnie święta przepędził.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Głowacki.