Przygoda w podróży

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Przygoda w podróży
Pochodzenie Poezye i urywki prozą
Wydawca Wydawnictwo „Bluszczu”
Data wydania 1912
Druk Piotr Laskauer
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Przygoda w podróży.


9 października 1873 r.

Za dawnych, szczęśliwszych czasów, opis przygód doznanych w podróży z Botzen do Wiednia i wiekopomnego noclegu z d. 8 na 9 października w stolicy austro-węgierskiej, mógłby był nosić tytuł:

Nieszczęśliwa godzina
czyli
Jedna noc w naddunajskiej stolicy ku nauce i przestrodze
nieopatrznych wędrowników spisana.

Dziś tytuły daleko wogóle są krótsze i mniej szczegółowo zawiadamiają czytelników o tem, co ich czeka, niekiedy robią im nawet siurpryzy, opowiadanie więc moje, mogłoby, ściśle biorąc, obejść się samą datą. Lecz, do rzeczy.
Z czarownej doliny nad Adygą i Passerą wyruszyliśmy d. 7 października rano, nie przeczuwając bynajmniej, ile bolesnych zawodów czeka nas w krótkiej podróży, której program był zawczasu ułożony.
Z dwóch moich towarzyszów jeden pozostać miał w Botzen, a drugi, poczciwy płocczanin, z którym poznaliśmy się przy winogronach, losy moje podzielać aż do Wiednia, jeśli nie do Drezna.
Słońce dopiekało, na górach wisiały malowniczo oświetlone chmury, powietrze było miłe, gawędząc przebiegliśmy piękną drogę do Bolzano, minąwszy pochyloną po włosku wieżycę w Terlan, gdzieśmy, obyczajem wszystkich podróżnych, sławnego wina tyrolskiego białego pokosztowali.
W Botzen raczyli nas przyjąć pod Cesarską Koroną, nakarmić wcale nieźle, i o godzinie szóstej, minucie jakiejś, według nieomylnego Hentschels’telegrafu, mieliśmy wsiąść na pociąg, idący z Verony do Monachium i do Wiednia. W tej małej nadziei, spędziwszy na gawędce pod kasztanami, ostatnie chwile pozostałe do otwarcia kasy, w chwili, gdy się odsunęło okienko jej, pośpieszyliśmy dla kupienia biletów.
W okienku ukazała się wąsata twarz urzędnika, chłodna i uważna, która na zażądanie biletów do Wiednia, objawiła nam wyrok, że — pociąg idący po szóstej wcale niema żadnego związku z temi, które do Wiednia dążą. Hentschel, czy my, cośmy go źle zrozumieli, byliśmy w błędzie, należało czekać nazajutrz, do godziny dziesiątej rano!!
Można sobie wyobrazić, jakie to na nas uczyniło wrażenie. Pan kasyer nasycał się zakłopotaniem naszem, jak każda poczciwa natura ludzka, zwykła cieszyć się biedą bliźniego. Siedzieć sobie spokojnie za szybą i patrzeć, jak się ludzie zwijają, zmęczeni, zbiedzeni, pod ciosami drobnych życia nieprzyjemności — jest w swoim rodzaju rozkoszą. Niemcy to nazywają: pikant. Nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać w takich razach człowieka, coby okazał współczucie — prawidłem jest uśmiech szyderski.
Koniec końców, policzone mając godziny, nie mogąc tracić drogiego czasu, postanowiliśmy jechać na Salzburg i tam wyglądać pierwszego pociągu, idącego do Wiednia. Salzburg, stara arcybiskupia stolica, wart też był widzenia.
Pożegnawszy towarzysza, zapakowani do wagonu z włochami i milczącemi jakiemiś postaciami tajemniczemi wyruszyliśmy z Bolzano. Wszystko znowu szło jak najlepiej, nie mieliśmy żadnego przeczucia przyszłości naszej, owszem najróżowsze nadzieje. Hentschel zapewniał, że staniemy w Salzburgu około ósmej rano, że pociąg do Wiednia wychodzi około drugiej po południu, a staje w stolicy naddunajskiej o dziesiątej. Udało się więc osiągnąć cel, nie stracić czasu, a zyskać oglądanie miejsca nieznajomego, bo Salzburg był nam obu terra incognita. To nam tak zrestaurowało humory, żeśmy drzemiąc i spoglądając na księżycem oświetlone krajobrazy na Brennerze, dojechali ani się opatrzywszy do Kufstejnu.
W Kufstejnie Bawarowie zabrali się z wielką gorliwością do rewizyi tłomoków, które tylko prześlizgnąć się miały przez ich terytoryum. Ledwieśmy przekonać ich potrafili, że kufry zamknięte, idące z austryackiego Bolzano do austryackiego Salzburga, niczem państwu niemieckiemu w przejeździe grozić nie mogły. Czy się obawiano ich exhalacyi! Nie wiem, dosyć, że bez rewizyi się nie obeszło, ale nie bez oglądania fizyognomii i zbadania ich charakterystyki.
W Rosenheim przesadzono nas na inny pociąg powolniejszy, a ten pięknym porankiem jesiennym wyrzucił nas na stacyi kolei o trzy kroki od Hotelu Europejskiego, przepysznie urządzonego, jakby na przyjęcie nasze. Korzystając z czasu, pojechaliśmy pokłonić się posągowi i domowi Mozarta, tunelowi arcybiskupiemu z szumnym napisem:

TE SAXA LOQUUNTUR

i ślicznemu położeniu miasta.
Obowiązek sumiennego turysty nakazywał wedrzeć się na starożytny zamek, pełen śladów sztuki XV wieku, rzeźb, malowniczych zabytków, — z którego wieży wierzchołka ogląda się szeroką panoramę okolicy uroczej, ale już spokojniejszej, nie mającej tego dramatycznego, namiętnego charakteru, co Merańskie dolomitowe skały.
Wróciwszy z tej wycieczki, lekką przekąską zaspokoiliśmy głód, który się nieco czuć dawał. Oba byliśmy tego zdania, że w drodze lepiej się trochę przegłodzić, a przybywszy do Wiednia, w hotelu dobrą pokrzepić wieczerzą. Układaliśmy nawet, polemicznie roztrząsając każdy punkt, nasz speiszettel wiedeński, co jeść, czego się strzedz. Ostrzyliśmy apetyt na wiedeńskie delicye. O marne ludzkie nadzieje.
W chwili, gdy kufry przybyłe z Kufstejnu przyszło odbierać i oddawać je na kolej do Wiednia, — okazało się, że jednego z moich dwóch — nie było! Istniał nań kwit urzędowy, świadczący o jego egzystencyi i wadze — kufer się ulotnił — nec locus. Urzędnicy kolejowi, znać nawykli do podobnych wypadków, przyjęli wiadomość o tem z zimną krwią i rzymskim stoicyzmem. Ja — nieszczęśliwy właściciel, z rezygnacyą starego włóczęgi, któremu się już i to trafiało. Obawiałem się tylko azali los nie dotknął tego tłomoczka, w którym były rękopisma i książki.
Szczęściem padły ofiarą koszule tylko, cały zapas starych, miłych koszul z lepszych czasów, które już przyjaciółmi się nazywać mogły.
A do starych rzeczy tak się człowiek przywiązuje...
Przetrawiwszy to utrapienie, siedliśmy na pociąg pośpieszny, z młodem małżeństwem, damą jakąś przyzwoitej powierzchowności i staruszkiem, który się przesiadł z klasy trzeciej z dopłatą, co mu do nieprzyjemnych sporów z konduktorem dało powód. Jakoś się to jednak złagodziło.
Pociąg pośpieszny leciał na wyprzódki z wiatrem. My z towarzyszem podróży snuliśmy plany przyszłości. Mieliśmy dla większego bezpieczeństwa znalezienia od razu mieszkania zajechać wprost do hotelu Métropole, do Donau, lub Taubera.
Po małym sporze zgodziliśmy się na Métropole. Ułożyliśmy sobie wieczerzę, zajęcia i godziny i w szczęśliwych zatopieni marzeniach, oglądając znowu księżycem oświecone kraje monarchii austro-węgierskiej, któraby mogła być jedną z najbogatszych w świecie, gdyby umiała, — zbliżyliśmy się do stolicy.
Na myśl nikomu z nas przyjść nie mogło, po pierwszym w Wiedniu pobycie i pustkach, jakieśmy tam znaleźli, aby jakikolwiek zawód miał nas spotkać.
Był to rok wystawy.
W tem zaufaniu, choć pociąg się opóźnił, co się tu regularnie codzień trafia, jak nas zapewniano, wyjąwszy fiakra o pół do jedenastej, ruszyliśmy do Hôtel Métropole.
Miasto wydało nam się wcale spokojne, uśpione, nie dawało żadnej oznaki nadzwyczajnego ożywienia, noc księżycowa, nieco chłodnawa, przyświecała powolnej i długiej po ulicach wędrówce. Nakoniec oświecony cyferblat zegara ukazał się zdala. Otóż i hotel. Zbliżamy się, fiakr staje...
Na nieszczęście nie wzięliśmy parokonnego, pokaźniejszego powozu, ale i z pośpiechu i przez oszczędność, skromną jednokonkę. Zadzwonił szwajcar, wyszedł oberkelner, ów absolutny pan życia i śmierci podróżnych. Mina jego już nam nic dobrego nie zwiastowała. Włożywszy ręce w kieszenie, oświadczył nam, że hotel cały zajęty i ani kątka dla nas w nim niema.
Próżne były błagania i ofiary, nieporuszony jak skała, wszechwładny pan hotelu zapewniał, iż niesłychanie nad tem ubolewa, że go to do rozpaczy przyprowadza, ale musi nas odepchnąć, gdyż hotel był zajęty. To nam dało do myślenia! Zegar wskazywał pół do dwunastej, woźnica burczał, że wozić nas z końca w koniec miasta po nocy, niema ochoty. Ledwieśmy go zdołali przekonać, że na bruk nas wyrzucić nie może. Dokąd jechać? Do Donau? — Kawał ogromny. Do Taubera? Nie mieliśmy ani pojęcia o tem, że Europa dopiero w ostatnich trzech tygodniach wystawy Wiedeńskiej opatrzeć się miała, iż ona była godną widzenia, że tłumy zbiegły się nagle zalegając wszystkie kąty. Ruszyliśmy do Taubera! który niedawno temu był pusty. Stój! Oberkelner wychodzi i zapewnia, że wszystko zajęte. Położenie zaczynało się stawać coraz przykrzejszem, a wieczerza coraz problematyczniejszą. Co gorzej, sam nawet spoczynek tak potrzebny po nocy bezsennej, ulegał wątpliwości.
Szanowny towarzysz mój wpadł na myśl zgłoszenia się do prywatnego mieszkania, które za pierwszą bytnością w Wiedniu zajmował. Było ono po drodze do Donau, a o Donau chodziły już wieści zastraszające, że się tam ani szpilka pomieścić nie mogła.
Jedziemy. Ze Stern-Prateru mała uliczka wwiodła nas w spokojne ustronie, miłe, ciche, nic nie zostawiające do życzenia, oprócz lekkiej dezynfekcyi. Powietrze czuć było przyszłością rolniczą i gospodarską w najlepszym gatunku. Amoniakalne wyziewy dusiły. A tu — gadano o cholerze właśnie. — Cóż robić, w mieście nie można być zbyt wybrednym, gdzie tylu dysze i wydycha!
Szukamy numeru ósmego! Oto jest! Dzwonienie do bramy! Towarzysz podróży rzuca się w otwarte nareszcie wrota i znika w ciemnościach — milczenie głuche. Chwila oczekiwania z brzaskiem lekkim nadziei.
Zwodnicza!! Smutny i pognębiony powraca, — ani izdebki, ani kącika, ale obok, niedaleko — Hotel garni. — Biegnę do tego garni, z trudnością otwierają, zajęty do strychu. Jutro możeby coś mogło być w ekspektatywie na poddaszu! W trzecim domu, gdzie miało się znajdować prywatne mieszkanie, odpowiedź aż niegrzeczna. Kto budzi ludzi po nocy!! Saperment! Dorożkarz, śmiejąc się, zapala fajkę.
— E! to jeszcze nic, — powiada z krwią zimną, wczoraj jednego pana, który przybył o szóstej, woziłem do pierwszej i nic nie znalazł. Śmieje się dobrodusznie Wiedeńczyk — rzecz zabawna, ale nie dla nas.
Na hałas, jaki się stał w spokojnej uliczce, otwierają się zewsząd okna, wysuwają głowy w szlafmycach i czepkach, poczciwe ludziska, gemütlich przysłuchują się i przypatrują biedzie naszej. Ten i ów coś radzi i inni podkpiwają i śmieją się.
Ulica już i tak nie wonna, napełnia się wyziewami, towarzyszącymi pracy nocnej, nad którą czuwa municypalność. Powietrze chłodne i wilgotne, — północ ponuro wybija na zegarach. Towarzysz mój zrozpaczony dobija się szturmem do dawnej swej gospodyni, wymową wielką serce jej porusza i — dają nam bosą służącą, która na Waschhausgasse u siostry tej pani ma nam wyrobić przytułek. W serca wstępuje znowu nadzieja! Wszystko to na papierze może się komu wydawać zabawnem, ale dla nas poczynało być nad wyraz smutnem. Towarzysz mój nie tyle może o sobie, co o mnie starszego i niezdrowego, był zakłopotanym. Ja zaczynałem nabywać tego humoru wesołego rozpaczliwie, który się rodzi w sytuacyach zawikłanych. Jeździć całą noc po Wiedniu, stukając do drzwi i serc zamkniętych — było wcale niepospolitą przygodą w podróży.
Siostra gospodyni dała się rozczulić, poseł przybył zdyszany oznajmiając, że pokój był, ale — w stanie trochę zaniedbanym.
Jedziemy dalej. Mojem zdaniem należało bądź co bądź korzystać z pierwszego nastręczającego się schronienia, nie narażając się na podróż odkryć w rodzaju kapitana Cooke. Dorożkarz stawał się coraz dokuczliwszym — burczał. — Zwróciliśmy więc ku tej przystani, na uliczkę gruzów pełną. Halt! stajemy.
Dom wskazany, od góry do dołu okryty rusztowaniem, restauruje się. Wejście doń po deskach, pokładzionych dla murarzy. Powierzchowność nader nieobiecująca, ale z niej sądzić się nie godzi.
Z sieni wchodzimy do kuchenki. Cóż robić! Z kuchenki do familijnego pokoju, w którym sprzęty zwalone z powodu restauracyi, stoją w malowniczym nieładzie. Wśród nich gospodarz w szlafroku. Excusez du peu, pan Maksymilian Schiller! Co za imię! Żona jego, typ czysto wiedeński, otyła, pełnych form, w najskromniejszej toalecie, okryta chustką, dwie panny bose z rozpuszczonemi włosami i w równie nieobfitym tylko stroju... Na pierzynach w oddali nadzieje przyszłości różnych lat podnoszą głowy, otwierają oczy ciekawe. Cała rodzina z pośpiechem gorączkowym znosi materace, kołdry, prześcieradła wątpliwego pochodzenia, aby nam usłać łoża wpośród sprzętów zapylonych, wśród najdziwaczniejszego ścisku rzeczy nam niepotrzebnych a zawadzających. Dwie świece na bok w lichtarzach — słabo oświecają tę scenę malowniczą, ale niewiele dobrego wróżącą.
Towarzysz mój spostrzega, nadaremnie przed nim kunsztownie skrywane, oblicze jednego z materaców, którego cera zgrozą go napełnia. — Niepodobieństwo!! woła — lepiej jeździć całą noc. — Ba! ale dorożkarz, odarłszy nas, wyruszył. Opuścili nas stróże, pobrawszy haracze, jesteśmy na łasce rodziny Schillerów, która hałaśliwie przekonywa, że na materacu, który wygląda tak chorobliwie, od urodzenia jego nikt nigdy nie spał, że kołdra była nietknięta i tylko dla przyjemnej barwy swej kładziona była na łożu, gwoli ubawienia oczu.
Cóż robić! śmiać się trzeba i przyjąć z ręki losu jego figiel trefny z nami. Ja się śmieję. Towarzysz mój blizki jest rozpaczy. Od Salzburgskiego lekkiego śniadanka nie mieliśmy nic w ustach. — Godzin około dwunastu. Gospodarze oprócz chleba, nie mogli nam nic dostarczyć.
Wtem, otyłej gosposi przychodzi myśl genialna.. Ma maleńki samowarek i — imbryczek czysty. U mnie w nieskradzionym kufrze znajduje się herbata. Wołamy — Hosannah! myją się szklanki. Małej jednej rzeczy nie dostaje — cukru. Zaczynam dowodzić, że zdrowszy jest napój chiński niesłodzony i że sami Chińczycy go tak zażywają. Smutne oblicze mego towarzysza dowodzi, że nie zdołałem go nawrócić. Chleb i herbata gorąca — ocalone życie!
Ale ochota do jedzenia odpada, patrząc na to, co nas otacza, pościele, z których jedna leży na podłodze... sprzęty, bielizna, a nawet familię Schillerów.
Postrach cholery, chłód nocny zmusza spróbować herbaty... Zabieramy się po niej do snu, drzwi zamknięte — cisza. Lecz wyobraźnia, zaludnia pustkę tysiącami stworzeń niebywałych, okazami entomologicznemi, które zdają się wędrować po bieliźnie, grożąc nam pożarciem. Towarzysz mój z heroizmem przezwyciężając wstręt, pada na poduszki, ja na wpół ubrany zajmuję miejsce mi wyznaczone, świecę zostawując na straży bezpieczeństwa.
Cisza głęboka, niekiedy z wnętrza domu słychać tęskliwy głos niemowlątka i chrapanie matron wiedeńskich. Dobranoc. Towarzysz mój zasnął, ale ze zmartwienia i głodu tak głęboko, że spał do siódmej. Ja zabawiałem się myślami i drzemaniem, a sny niedorzeczne, mieszając się z jawą dziwaczną, zupełnie z nią harmonizowały. Brało się na dzień, gdy świeca zagasła. Przez szpary okien wciskał się brzask poranku...
W chwili, gdy i mnie sen zmorzył, stało się coś — jak gdyby od trąb jerychońskich mury się walić miały... Stuk, łomot, trzask niewypowiedziany. Zerwałem się równemi nogami.
Murarze weszli byli na rusztowanie dom otaczające i zaczęli obijać tynki w sposób tak brutalny, że mogliby byli przebudzić nawet po tygodniowej bezsenności. Los wysilał się na udręczenie nas. Szczęściem towarzysz mój nie obudził się aż o siódmej, zdumiony tem, że łoskot, który dopiero teraz usłyszał, w początku go nie wyrwał ze snu.
Podnieśliśmy sztory, jasny dzień oświecił tę pieczarę, w której noc spędziliśmy z musu. Było to coś okropnego. Okna całe tynkiem zbryzgane, sufit popękany, sprzęty grubą warstwą pyłu wapiennego okryte, ruiny — a my wśród nich, z pamięcią o tem, żeśmy się znajdowali w znanej z rozkoszy, zbytku i pieszczot stolicy austryackiej. Niepodobna się było nie śmiać z rozwianych marzeń hotelów i wieczerzy!
Ubrawszy się piorunem, nie tykając śniadania, wybiegłem z mocnem postanowieniem znalezienia czegoś znośniejszego. Z kilku hotelów, które objechałem, odprawiono mnie z niczem, aż wreszcie przy ulicy Tabor, w gospodzie bawarskiej, znalazł się kąt niezajęty.
Noclegu tego niepodobna sto lat żyjąc zapomnieć. Wiedeń znaleźliśmy niesłychanie ożywionym, pełnym ludzi. Wiedeńczycy postawili na swojem i doczekali się tych tłumów, które wystawa ściągnąć miała. Teraz obchodzili się z niemi, jak ze zwyciężonemi. Wszystko trzeba opłacać na wagę złota.

„Nowiny” (warszawskie) z r. 1877.
№ 23, 27, 28, 31, 32.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.