Przez kraj szatana/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przez kraj szatana
Pochodzenie Ludzie, zwierzęta, bogowie, tom II
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegner
Data wydania 1929
Drukarz Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
II.
TAJEMNICZY LAMA — MŚCICIEL.

Zrobiwszy około 300 kilometrów, zbliżaliśmy się do jeziora Baga-Nor, gdzie spostrzegliśmy jurtę pastucha. Postanowiliśmy zatrzymać się tu na nocleg, gdyż była już godzina późna i zerwał się zimny wiatr, podnoszący chmury zmarzłego, kłującego śniegu. Obok jurty dojrzeliśmy wspaniałego konia karego pod bogatem siodłem, upiększonem srebrem i koralami. Gdy skręciliśmy z drogi w stronę jurty, wypadło z niej dwóch Mongołów. Jeden z nich wskoczył na siodło i szybko zniknął za niewysokiemi wzgórzami. Spostrzegłem poły żółtej szaty, która mignęła mi pod zwykłym kożuchem mongolskim, i duży nóż w zielonej pochwie, z rękojeścią z rogu i kości.
Drugi pozostał przy jurcie. Był to gospodarz jurty, — pastuch miejscowego księcia Nawancyrena. Spotkał nas z widoczną radością i wzdychał z ulgą.
— Kto to odjechał na karym koniu? — pytaliśmy pastucha.
Opuścił oczy i milczał.
— Mów! — nalegaliśmy. — Nie mówisz, więc przyjmujesz u siebie złych ludzi?
— Nie! Nie! — bronił się pastuch. — Dobry, wielki był ten gość, lecz wymienić imienia wiara nie pozwala.
Zrozumieliśmy, że ten, który odjechał, był albo księciem pastucha, albo wysokim lamą. Nie wypytywałem więcej. Zaczęliśmy urządzać dla siebie posłanie. Gospodarz tymczasem przygotowywał dla nas kolację, rąbiąc zmarzłe mięso baranie i wrzucając je do kotła z wrzącą wodą.
Dowiedzieliśmy się, że bolszewików tu nie widziano, ale że po krwawej łaźni, sprawionej przez żołnierzy chińskich Mongołom w okolicach Kobdo, ludność zaczęła się skupiać w oddziały, nad któremi dowództwo objął Tatarzyn, oficer Kajgorodow. Odpoczywaliśmy w jurcie pastucha, przejechawszy w dwie doby przy znacznym mrozie około 300 kilometrów, i spokojnie rozmawialiśmy, z apetytem spożywając smaczne i tłuste mięso, gdy raptownie usłyszeliśmy chrapliwy głos:
— Sajn! — Bądźcie pozdrowieni!
Odwróciwszy głowy, zobaczyliśmy niewysokiego, barczystego Mongoła w grubym kożuchu, w kołpaku z uszami i z nożem w zielonej pochwie za pasem.
— Amursajn! — odpowiedzieliśmy chórem.
Przybyły rozpiął pas i zrzucił kożuch. Pozostał w szerokim, żółtym płaszczu jedwabnym, jaki noszą lamowie — gełongi, przepasanym pasem niebieskim.
Ogolona twarz, ostrzyżona głowa, różaniec na ręku i żółta szata dowodziły, że widzimy przed sobą lamę wysokiego stopnia. Lecz za pasem gość miał zatknięty duży rewolwer Kolta.
Rzuciłem wzrok na pastucha i Cerena. Na ich twarzach malowały się głęboki szacunek i przestrach.
Nieznajomy podszedł do ogniska i usiadł przy ołtarzu z wizerunkiem Dalaj Lamy.
— Mówmy po rosyjsku! — rzekł zupełnie poprawnie i przyjął ode mnie kawał mięsa, który podałem mu na nożu.
Zaczęła się rozmowa. Nieznajomy okazał się człowiekiem bardzo uświadomionym i oczytanym; wkrótce przeszedł na tematy polityczne i zaczął się skarżyć na nieudolność ministrów „Żywego Buddhy“.
— Oni tam wyzwalają Mongolję, zdobywają Urgę, wyrzynają wojska chińskie, a my tu na zachodzie nic nie wiemy i siedzimy bezczynnie, pozwalając Chińczykom rżnąć nas, jak barany. Mógłby przecie Bogdo-Chan przysłać nam tu swych gońców? Dlaczego Chińczycy posyłają swych ludzi do Urgi i do Pekinu, prosząc o posiłki, a Bogdo nie może? Dlaczego?
— Czyżby Chińczycy otrzymali pomoc? Jaką odpowiedź przywieźli gońcy? — zapytałem.
Nieznajomy Mongoł zaczął się śmiać głucho i odpowiedział:
— Przyłapałem wszystkich gońców, pisma zabrałem, a ich posłałem... do ziemi...
Znowu się zaśmiał; źrenice błysnęły mu złowrogim ogniem.
Dopiero wtedy zauważyłem, że jego sucha twarz, o wystających policzkach ma rysy niezwykłe dla Mongołów Centralnej Azji. Był on raczej podobny do Tatara lub Kirgiza z Siedmiorzecza.
Milczeliśmy, puszczając dym z fajek.
— Czy prędko ma wyjść z Uliasutaju oddział konnych Czaharów? — zapytał nagle lama, podnosząc na mnie płonące źrenice.
Odpowiedzieliśmy, że o tem nic nie słyszeliśmy, i że w Uliasutaju nie było Czaharów podczas naszego pobytu. Wtedy gość nasz oznajmił, że z Pekinu został wysłany dla ujarzmienia Urianchaju i Mongołów obwodu kobdoskiego oddział, złożony z jeźdźców wojowniczego i rozbójniczego plemienia Czaharów pod dowództwem słynnego bandyty-chunchuza, który otrzymał od rządu rangę kapitana. Nieznajomy szczegółowo i systematycznie poinformował nas o ruchu wojsk sowieckich i przez to zwolnił nas od dalszej podróży do Kobdo.
— Nie potrzebujecie jechać teraz do Kobdo, gdyż wszystko już wiecie. Zresztą groziłoby to wam niebezpieczeństwem, ponieważ Kobdo zostanie niebawem zburzone i spalone przez Chińczyków. Wiem to ze źródeł wiarogodnych.
Gdy lama dowiedział się o naszych przygodach w Tybecie, zaczął się nam przyglądać z szacunkiem, a później klasnął w dłonie i zawołał w uniesieniu:
— Nie do Hutuhty Narabanczi powinniście byli jeździć z prośbą o pomoc w tej podróży, tylko do mnie! Z moim pismem doszlibyście nawet do Lhassy. Jestem Tuszegun-Lama.
Tuszegun Lama! Tyle razy słyszałem to imię, powtarzane z mistycznym strachem i uszanowaniem!
Tuszegun-Lama — rosyjski Kałmuk, który za propagandę niezależności swego szczepu przeszedł więzienie przy carach i za to samo — przy bolszewikach, uciekł do Mongolji, gdzie odrazu zjednał sobie rozgłos i olbrzymi wpływ na zachodzie. Dzięki temu, że był uczniem i „bratem“ Dalaj-Lamy, najbardziej uczonym wśród lamaitów cudotwórców i lekarzem, zdobył sobie stanowisko prawie niezależne od „Żywego Buddhy“ i opanował myśli nomadów Zachodniej Mongolji, Dżungarji i Turkiestanu.
Bezgraniczny wpływ jego polegał na „magicznej nauce“, jak sam się wyrażał, lecz opowiadano, że pochodził raczej z panicznego strachu, który wzbudzał w Mongołach tajemniczy i groźny Kałmuk.
Mongoł, który nie usłuchał rozkazu Tuszeguna, ginął — czy był pastuchem, czy księciem. Nie znał on ani dnia, ani godziny, kiedy do jego jurty, czy do jadącego w stepie przypadnie groźny, wszechsilny w czarach „brat“ Dalaj-Lamy. Pchnięcie noża, kula, lub mocne palce, ściskające, jak kleszcze, gardło, wykonywały wyrok sprawiedliwości, wymierzony przez „cudotwórcę“.
Za wojłokowemi ścianami jurty pastucha gwizdał i wył wicher i głośno uderzał w nie śniegiem. W wyciu wiatru można było słyszeć przeróżne głosy, wołania, krzyki męki i bólu, złowrogi i przeciągły śmiech. Byłem przekonany, że w takich warunkach łatwo jest zadziwić i podbić koczownika „cudami“, ponieważ sama natura usposabiała do mistyki.
Nie zdążyła jeszcze ta myśl przebłysnąć w mojej głowie, gdy Tuszegun raptownie zwrócił do mnie twarz z przymrużonemi, jarzącemi się oczyma.
— Dużo jest jeszcze niezbadanych rzeczy na świecie! — szepnął głosem przenikliwym. — Bardzo dużo! Poznanie części tajemnicy daje możność cudu. Lecz jest to dane tylko wybranym. Chcę dowieść tego, a pan mi potem powie, czy zdarzyło mu się widzieć kiedy coś podobnego...
Podniósł się, zakasał rękawy płaszcza, poły jego zatknął za pas, dobył noża z pochwy i zbliżył się do pastucha.
— Wstań, Mińczyk! — rozkazał.
Nie zdążył pastuch podnieść się ze swego posłania, gdy Tuszegun ruchem gwałtownym rozpiął mu kożuch i wbił nóż w piersi. Pastuch padł nawznak. Tuszegun pochylił się nad nim; zobaczyłem rozwartą, krwawiącą się pierś pastucha z oddychającemi płucami i bijącem sercem; rękawy i poły płaszcza Kałmuka były zbroczone krwią. Spostrzegłem, że nachylił się niżej i zaczął rozcinać brzuch leżącego Mongoła. Przymknąłem oczy... Po chwili podniosłem wzrok na Tuszeguna. Siedział zadumany na dawnem miejscu obok ołtarza, powoli puszczając dym z fajki. Po drugiej stronie ogniska spokojnie spał pastuch z rozpiętym kożuchem na piersiach.
— To zdumiewające — zawołałem. — Nigdy nic podobnego nie widziałem.
— O czem pan mówi? — obojętnym głosem zapytał Kałmuk.
— O doświadczeniu hipnotycznem, czy o „cudzie“, jak pan to nazywa! — odparłem zdziwiony jego tonem.
— Ja o takich rzeczach panu nigdy nie mówiłem — rzekł tym samym zimnym głosem, tylko w jego źrenicach błysnęły iskierki szyderstwa.
— Czy widzieliście? — zapytałem agronoma, melancholijnie ćmiącego fajkę.
— Co miałem widzieć? — odezwał się pan Władysław sennym głosem.
Zrozumiałem, że stałem się ofiarą hipnotycznej siły Tuszeguna.
Nazajutrz żegnaliśmy „czarodzieja“.
Nasza grupa postanowiła powracać do Uliasutaju, Tuszegun-Lama zaś miał zamiar „utonąć w przestworzu“, jak sam się wyraził.
Błąkał się po całej Mongolji, mieszkając w ubogich jurtach pastuchów, w kaplicach z pustelnikami, lub we wspaniałych siedzibach książąt i wodzów plemion, wszędzie otoczony jednakowym szacunkiem i zabobonnym strachem, porywając bogatych i potężnych, biednych i słabych płomienną wymową, przepowiedniami i cudami...
Kałmuk, ściskając mi rękę i uśmiechając się chytrze, rzekł przyciszonym głosem:
— Urzędnikom chińskim niech pan nic o mnie nie wspomina...
Obiecałem mu dochować tajemnicy.
Tuszegun odszedł ze mną nabok i w zamyśleniu zaczął mówić:
— To, co pan wczoraj widział w jurcie, jest drobnem doświadczeniem magicznem. Europejczycy nie chcą wierzyć, że wiedza tajemnicza kwitnie wśród nas — dzieci natury, koczujących wśród jej objawów, wśród jej sił potężnych. O, gdybyś pan widział cuda i siłę świętobliwego mędrca Taszi-Lamy, który rozkazuje lampom i świecznikom w świątyniach zapalać się przed starym Buddhą, ciężkim drzwiom świątyń otwierać się i zamykać, i z którym głosami ludzkiemi rozmawiają figury i obrazy bogów! Istnieje jeszcze potężniejszy człowiek, lecz jest on w innym świecie...
Przypomniałem sobie odrazu szczelinę górską koło Arszanów, w kotlinie Nogan-Kul, wychodzącą z niej parę siarkową i napis runiczny:
„Wejście do państwa podziemnego Aharti“.
Zabrzmiały, niby dalekie echo z głębokim, mistycznym szacunkiem i strachem wypowiadane przez nojona — lamę Soldżaku i przez nadwornego gelonga księcia Czułtu — słowa o „Wielkim Nieznanym“, tajemniczym, półlegendarnym, półrealnym „Władcy świata“, mającym swoją stolicę i olbrzymie państwo w podziemiach naszej planety.
— Władca świata w Aharti? — zapytałem.
Kałmuk drgnął i ze ździwieniem podniósł na mnie swe rysie oczy.
— Pan o nim słyszał? — szepnął i zamyślił się głęboko. Po chwili podniósł głowę i poważnym, smętnym głosem rzekł:
— Tylko jeden człowiek na ziemi zna jego prawdziwe imię, tylko jeden z żyjących obecnie ludzi był w państwie Wielkiego Nieznanego. To ja! Dlatego to właśnie poważa mnie najświętobliwszy Dalaj Lama i obawia się mnie „Żywy Buddha“ w Urdze. Lecz płonne są te obawy! Nigdy nie będę się ubiegał o świętą władzę najwyższego kapłana i pana Tybetu, lub o tron potomków Dżengiz-Chana, na którym zasiada urgiński Bogdo-Gegeni, wielki dostojnik żółtej wiary. Jam nie mnich. Jam wojownik i mściciel...
To rzekłszy Tuszegun nagłym ruchem skoczył na siodło i, uderzywszy konia, pomknął w step, rzuciwszy na pożegnanie zwykłe pozdrowienie mongolskie:
— Sajn! Sajn bajna!
W drodze powrotnej stary Ceren opowiadał nam setki legend, otaczających imię Tuszegun-Lamy. Jedno z takich opowiadań szczególnie utkwiło mi w pamięci, tem bardziej, że książę mongolski Dżap-Hun i kolonista rosyjski Jeryn, którzy byli świadkami wypadku, potwierdzili ten fakt.
Było to w 1911—1912 r., gdy zrozpaczeni Mongołowie z bronią w ręku walczyli z Chińczykami o wolność i prawa ludzkie. W Zachodniej Mongolji główną fortecą chińską było Kobdo. Rząd mongolski polecił księciu Bałdon-Hunowi zdobyć twierdzę. Na czele źle uzbrojonych i wcale niewyćwiczonych jeźdźców książę kilkakrotnie atakował Kobdo, lecz dziesięciotysięczna załoga, posiadająca karabiny maszynowe, odpierała napady. Napróżno ginęli Mongołowie pod murami fortecy, napróżno odważny i okrutny Bałdon osobiście szedł do szturmu: dziesiątkowany przez kulomioty oddział jego topniał bez skutku. Nagle nieoczekiwany przez nikogo zjawił się Tuszegun-Lama i, zwoławszy Mongołów, zwrócił się do „cyryków“-żołnierzy z taką przemową:
— Mongołowie, nie powinniście czuć strachu przed śmiercią i cofać się! Walczycie i umieracie za Mongolję, której sądzono od Boga stać się znowu wielkim krajem potęgi i mądrości. Spójrzcie w przyszłość!
Zatoczył rękami dwa szerokie koła, i wszyscy ujrzeli niezmierzoną okiem przestrzeń Mongolji z licznemi, bogatemi koczowiskami, z tysiącznemi stadami i tabunami bydła, owiec i koni. Po stepie mknęli na śmigłych, bogato przybranych wierzchowcach wspaniale odziani jeźdźcy. Kobiety w szatach jedwabnych, w ciężkich srebrnych i złotych ozdobach na głowach, gwarzyły poważnie i spokojnie. Długie karawany wielbłądów, prowadzonych przez kupców chińskich, uniżenie bijących pokłony majestatycznym, mongolskim saitom, otoczonym oddziałami „cyryków“, kroczyły gościńcem. Widzenie znikło po chwili, bo Tuszegun zaczął mówić znowu:
— Nie bójcie się śmierci! Ona jest tylko wyzwoleniem od trudów doczesnego życia ziemskiego i przejściem do królestwa błogości. Zwróćcie oczy na Wschód! Czy widzicie zabitych w tych bojach waszych braci i przyjaciół?
— Widzimy! Widzimy! — radośnie wołali mongolscy wojownicy.
Żołnierze i Bałdon-Hun opowiadali później, że ujrzeli jakieś komnaty, obszerne i oblane łagodnem światłem wschodzącego słońca. Były to albo olbrzymie jurty książęce, albo też sklepienia świątyni. Czerwone i żółte makaty jedwabne, zmieszane w jaskrawej grze kolorów, okrywały ściany i sklepienia; wszędzie połyskiwały pozłocone słupy i odrzwia. Na wielkim ołtarzu szkarłatnym paliły się jaskrawemi płomykami grube świece czerwone w złotych lichtarzach, stały drogie srebrne i złote naczynia z mlekiem ofiarnem, z orzechami i prosem. Na miękkich kobiercach i barwnych kocach siedzieli bogato ubrani Mongołowie, w których obecni poznali towarzyszy, zabitych pod murami Kobdo. Przed nimi stały niskie lakierowane stoły z wielkiemi tacami i misami, pełnemi dymiącego się mięsiwa, ciast, suchego sera, daktyli, rodzynek i orzechów. Mongołowie palili złote fajki i prowadzili wesołe pogawędki.
Obraz znikł z przed oczu zachwyconych widzów, a przed nimi pozostał tylko tajemniczy i groźny Kałmuk z podniesioną ręką.
— Ruszajcie do boju! — zawołał. — A nie powracajcie bez zwycięstwa! Będę z wami wszędzie.
Rozpoczął się szturm. Mongołowie walczyli, jak tygrysy, ginęli masami, lecz wdarli się na mury i do fortecy. Wtedy powtórzyły się dawno już przez ludzkość zapomniane obrazy rzezi, dokonywanych niegdyś przez tatarskie hordy, pozostawiające po sobie trupy, ruiny i zgliszcza.
Bałdon-Hun rozkazał nieść nad sobą trzy czerwone buńczuki. Było to znakiem, że wódz oddaje miasto zdobywcom na łup na przeciąg trzech dni. Zaczął się mord i rabunek. Wszyscy Chińczycy byli wyrżnięci, miasto zostało zrabowane i spalone. Fortecę zburzono doszczętu. Po zwycięstwie Bałdon-Hun na czele trzystu jeźdźców pomknął do Uliasutaju, lecz Chińczycy w popłochu porzucili już to miasto i przez Barkul pośpiesznie uchodzili w granice Chin. Książę zadowolił się tylko zburzeniem „Jamynia“ — fortecy chińskiej, którą widziałem z poszczerbionemi wałami, murami i budynkami, ze spalonemi basztami i porąbanemi wrotami warownemi.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.