Przemiany (Owidiusz)/XXXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXXIX. Dryopa i Lotys.
(Opowiadanie Ioli).

Jest jezioro; brzeg jego, jak morski, pochyły
Mirtowe naokoło gaje uwieńczyły.
Dryope tu przybyła, losów nieświadoma,
Z wieńcem dla nimf, własnemi uwitym rękoma.

Nad rok młodszego synka trzymała na łonie,
Co chciwie pokarm matki przez usteczka chłonie.
Przy samej wodzie, pyszny tyryjskim szkarłatem,
Lotos w jagód nadziei wonnym błyszczał kwiatem.
Ten dla syna zabawy zerwała Dryope.
I ja w tym samym celu śmiałą zbliżam stopę;
Już sięgam, a wtem krople krwi ściekają z drzewa
I gałązka się chwieje, choć wiatr nie powiewa.
Bo jak z ludu podania nam znanego słynie,
Miała się nimfa Lotys zamknąć w tej roślinie,
Przelękła zuchwałemi Pryapa zaloty;
Lecz zatrzymała imię po zmianie istoty.
Tajnem to siostrze było. Wzrok dziwem rażony
Mając, chce odejść, nimfom oddawszy pokłony.
Wtem noga więźnie w ziemi, iść próżno się sili,
Już tylko wyższem ciałem w owej włada chwili;
Zwolna korą od dołu aż na łono rośnie.
To widząc, gdy chce z głowy rwać włosy żałośnie,
Z głowy, w wierzch drzewa przeszłej, liście tylko chwyta.
Syn jej Amfis, tak zwany przez dziada Euryta,
Uczuł, jak piersi matki twardną i po darmu
Usiłuje z nich dobyć kropelkę pokarmu.
Byłam świadkiem, bolałam nad karą zbyt ostrą
I nie mogłam ci pomóc, nieszczęśliwa siostro!
Pnia i lubych gałęzi nie przestając ściskać,
Chciałam albo z nią umrzeć albo ją odzyskać.
Mąż i ojciec przybiegli trwożliwemi stopy,
Pytają; ja wskazuję na drzewo Dryopy.
Całują ciepłą korę, objąwszy pień drzewa,
Każdy z nich go przytula i łzami oblewa.
Już cała drzewem była, twarz tylko została

I łzy zrosiły liście, powstające z ciała.
Dopóki usta głosu przepuszczały brzmienie,
Takiemi słowy swoje tłomaczy cierpienie;
»Jeżeli nieszczęśliwi mogą znaleźć wiarę,
Przysięgam, że niewinna tę odnoszę karę.
Jeśli zmyślam, niech stracę tę z liści zasłonę,
Niech suchą topór zetnie i niech w ogniu spłonę.
Lecz maleństwo z drzewnego oderwijcie wątku!
Niech pod mem drzewem mamka daje ssać dzieciątku.
Gdy będzie mogło mówić, niech matkę powita,
Niech powie: »Matka moja w tem drzewie ukryta«.
Lecz stawy niech omija, kwiatów niech nie zrywa,
Bo może w każdem drzewie bóstwo się ukrywa.
Mężu, ojcze! ostatnie uściski już bierzcie
I jeśliście łaskawi, liści moich strzeżcie
Równie od stad szczypania, jak od twardej kosy,
A że chylić się do was wzbroniły mi losy,
Raczcie wznieść się aż do mnie. Matka was zaklina,
Póki mogę całować, podajcie mi syna.
Więcej mówić mi trudno: zachodzi na szyję
Łubka miękka, już głowa w wierzchołku się kryje.
Powiek mi nie ściskajcie: bez waszej pomocy
Sama kora w wieczystej pogrąży mię nocy«.
Usta zamilkłszy, znikły, lecz po zmianie ciała
Długo Dryope w drzewie znak życia dawała.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.