Przemiany (Owidiusz)/XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XV. Penteusz.

Rozchodzi się wieść cudu przez aońskie miasta,
A z uiszczonej wróżby sława wieszcza wzrasta.
Sam tylko boskich cudów i bogów potwarca,
Urąga się Penteusz z przepowiedni starca,
Wyrzuca mu ślepotę, z straty wzroku szydzi.
Siwą wstrząsając głową wróż, co przyszłość widzi:
»Abyś i ty wzrok stracił, z serca ci to życzę —
Rzeki — nim przyjdą Bakchusa święta tajemnicze.
Już jest bliską ta chwila, mam przeczucia wieszcze
W której zjawi się Bakchus, bóg nieznany jeszcze,
I gdy mu nie dasz ofiar, co bogom przystoją,
W tysiąc sztuk rozszarpany, zbroczysz las krwią twoją;
Własna matka dla ciebie okaże się sroga,
I stanie się, co mówię, bo nie uczcisz boga.
Królu! ślepota moja jest jasnowidząca«.
Na ten głos Pentej wieszcza od siebie odtrąca,
Lecz przepowiednię starca potwierdzają losy.
Wjeżdża Bakchus w tryumfie, brzmią radosne głosy,
Biegną matki, mężowie, wodze, gminu rzesza
I cały lud na święte obchody pośpiesza.
»Cóż to za szał, Tebanie! — rzekł odważny Pentej —
Przodkuje waszej myśli, urokiem przejętej?
Dźwięk piszczałek, brzęk miedzi i gusła kuglarskie
Czyż zdołają pokonać Marsa plemię dziarskie?

Czyż tych, których wojenna trąba nie przestrasza,
Ani chmura pocisków, ani błysk pałasza,
Dziś huczny odgłos bębna, słabych niewiast krzyki,
Szum winny i nikczemne zmogą lubieżniki?
Hańba dla was, wy starce, wy Tyru wygnance,
Co po trudach bez końca te wznieśliście szańce!
I wam hańba, młodzianie, rówiennicy moi,
Którym miecz trzymać w ręku, a nie tyrs[1] przystoi,
Na czole nieść przyłbice, a nie z bluszczów wieńce.
Na wasz ród i na chwałę pomnijcie, młodzieńce.
Z kłów smoka pochodzicie, na wzór jego czyńcie;
On zginął przy swem źródle: wy przy chwale zgińcie!
On dzielnych przezwyciężył: wy gnuśnych rozpędźcie
I dla sławy naddziadów waszych dni nie szczędźcie!
Gdy los chce Teb upadku, niech walą tarany,
Niech gród, ogniem i mieczem legnie pokonany.
Nieszczęściem, nie podłością upadek odznaczmy,
Wzbudźmy litość, nie wzgardę, i bez wstydu płaczmy!
Lecz dziś któż gromi Teby? — Słaby jeden młodzian,
Ani konnicą zbrojny, ni zbroją przyodzian;
Włos ma skropiony mirrą, wieńce z miękkich róży,
A szkarłat, złotem tkany, za odzież mu służy.
Pójdę, schwytam kuglarza i zaraz wyjaśnię
Rodu jego i cudów wymyślone baśnie.
Czyż fałszywości bóstwa dowodów nie mamy?
Odważył się Akryzjusz zamknąć przed nim bramy,
Całe Argos jest świadkiem, jak wzgardził tułaczem:
Czyż my jedni, strwożeni, zuchwalcy przebaczem?

Idźcie — rzekł do sług Pentej — bez zwłoki się sprawcie
I przywódcę tej zgrai w więzach mi dostawcie!«
I dziad i wuj Atamas wstrzymują Penteja;
Ale daremna była proszących nadzieja,
Owszem, coraz go bardziej jątrzyły ich prośby
I silniejszym wrzał gniewem i powiększał groźby.
Tak strumień, kiedy nie ma tamy i przeszkody,
Wolno i z lekkim szmerem toczy ciche wody;
Lecz gdy mu bieg wstrzymają drzew stosy lub skały,
Sroży się i z łoskotem pędzi rozszalały.
Wracają, pokrwawieni! — »Gdzież jest syn Semeli?«
Rzekł Pentej; słudzy ręczą, że go nie widzieli.
»Ale nam przecie w ręce wpadł jeden wichrzyciel.
Ato jest ten Tyreńczyk[2], ten Bakchusa czciciel,
Ten mniemanego boga obchody czyniący.«
Zmierzywszy go spojrzeniem Pentej, gniewem wrzący,
Ledwie zemstę wstrzymuje, ledwie karę zwleka
I rzekł: »Na przykład innym sroga śmierć cię czeka.
Potępieńcze, odpowiedz: Kto jesteś? Skąd rodem?
I jakim się z Bakchusem złączyłeś powodem?«
Bez trwogi rzekł mu więzień: »Acetes się zowię,
W Meonji żyli moi w ubóstwie przodkowie.
Nie zostawił mi ojciec wołów, ni zagrody,
Ani stad, ani owiec wełnistych, ni trzody.
Nie był wcale bogaty; w sieci i więcierze
I na zwodnicze wędki chciwe ryby bierze.
Skarb cały miał w swej sztuce; gdy mię do niej wprawił,
Mnie, następcy swojemu, przed zgonem zostawił

Wędki, sieci i wody w liczne ryby żyzne;
Tę jedyną po ojcu objąłem spuściznę.
Nie chcąc przez całe życie jednych skał pilnować,
Nauczyłem się sterem okrętu kierować,
Poznałem dżdżystą gwiazdę Olenijskiej kozy.
Tajgetę i Hyady i obadwa Wozy
I wiatry i dogodne nawom stanowisko.
Raz, gdy płynąc do Delos byłem Cei blisko,
Każę kotwicę majtkom zarzucać ochotnym
I z innymi na piasku wysiadam wilgotnym.
Noc przeszła; gdy dnia promień zabłysnął jaskrawy,
W świeżą wodę opatrzyć rozkazuję nawy.
Jedni idą do zdrojów; ja ze szczytu góry
Patrzę, co mi zwiastują i wiatry i chmury,
A wracając na okręt, towarzyszy wzywam.
Najpierwszy z nich Ofeltes zawołał; »Przybywam.«
Za nim inni w triumfie, jakby zdobycz, wiodą
Chłopczyka ozdobnego dziewiczą urodą;
Snem i winem zmożony za nimi się taczał,
Lecz go ubiór i postać i chód tak odznaczał
I coś w nim tak czarowną zajmowało siłą,
Żem widział, iż to dziecię śmiertelnem nie było.
Rzekłem do towarzyszy: »Czy nie miarkujecie?
Nie wiem, jakim, lecz pewnie bożkiem jest to dziecię.
Ktokolwiek jesteś, witaj, w pracy nas wspomagaj
I przebacz nieświadomym!« — »Ty za nas nie błagaj« —
Rzekł Dyktys najzwinniejszy, czy się piąć na żagle,
Czy gdy z wierzchołka masztu przyjdzie skoczyć nagle.
Libis i Melant, ładu na okręcie dusza,
I Epopej, co śpiewem w takt wiosła porusza,
I Alcymedon chwalą Dyktysa wyrazy;

Tak chciwość ich do boskiej podnieca obrazy.
»Ja tu mam pierwsze — rzekłem — rozkazania prawo:
Nie dam popełnić gwałtu« i staję przed nawą.
Z wściekłością wpada na mnie Likabas zuchwały;
Z Etrurji go za zbrodnie prawa wywołały.
Ten, gdy kościstą pięścią w skronie mię uderzył,
Byłbym przepaści morskie niezawodnie zmierzył;
Szczęściem padłem na linę, odurzony ciosem.
Poklaskują majtkowie jednomyślnym głosem.
Bakchus — bo był nim więzień — na gwar tylu ludzi
Odzyskuje przytomność i ze snu się budzi.
»Gdzie jestem? Co za wrzawa? — zapytało dziecię —
Któż mię do was sprowadził? Gdzież mię to wieziecie?«
— »Złóż bojaźń — rzecze Ofelt — jesteś między swemi;
Wskaż nam port: wysiądziemy na wskazanej ziemi«.
— »Obróćcie się ku Naksos; tam waszą uczynność
Przez hojną — rzecze Bakchus — nagrodzę gościnność«.
Bezwstydnem mu na wierność poprzysięgli czołem,
A podłą knuli zdradę; ja żagle rozpiąłem.
Naksos był z prawej strony, więc płynę na prawo.
— »Cóż to znów za szaleństwo? Gdzie sterujesz nawą?
W lewo płyń!« — rzecze Ofelt. Potakują wszyscy,
Dalecy znaki dają, w ucho szepcą bliscy.
— »Niech inny — zawołałem — w miejscu mojem siądzie:
Nie chcę wiedzieć o zbrodni i okrętu rządzie!«
Powstaje na mnie wrzawa burzliwej młodzieży.
— »Czyż nasze bezpieczeństwo od ciebie zależy?« —
Rzekł Etaljon szydersko, silnie ster porywa
I zaraz w sprzeczną stronę od Naksu odpływa.
Bożek, jakby dopiero dociekał ich zdrady,
Patrzy z nawy na morze, a drżący i blady,

Prawie ze łzami mówi: »Nie w te chciałem strony
I nie ten brzeg, majtkowie, był mi upragniony.
Cóżem wam winien? Jakąż odniesiecie chwałę,
Gdy wszyscy oszukacie jedno dziecię małe?«
Płakał, lecz się litością serca nie uniosły,
Owszem, prędzej po morzu zamiatali wiosły.
Tu powiem rzecz prawdziwą choć do wiary trudną.
Niech ten bóg, który mową pogardza obłudną,
Skarci mię, jeśli zmyślam. W pędzie swego biegu
Stanął okręt, jak gdyby na piaszczystym brzegu.
Majtki żagle rozpuszczą, wiosłem biją żwawo,
Przez siły podwojone chcą sterować nawą;
W tem bluszcz wiosła okręca i w górę się wije,
Mnóstwem gron żagle zniża i maszt cały kryje.
Bakchus, mając koronę z winogron uwitą,
Macha dzidą, w liść winny dokoła okrytą;
Przy nim dziki ostrowidz i tygrys zażarty
I nigdy krwi niesyte zaległy lamparty.
Na ten widok czy trwogą, czy urokiem zdjęty,
Każdy z majtków w bezdenne rzuca się odmęty.
Pierwszy Medon kształt traci; na zmienionem ciele
Twarda łuska i giętkie wyrastają skrzele.
»W jakiż potwór się zmieniasz?« — Likabas zawołał;
Lecz zaledwie tych kilku słów domówić zdołał,
Twarz jego się rozszerza, a skóra twardnieje,
W koło połyskującą łuską się odzieje.
Libis, gdy chce wiosłami siec słone topiele,
Niknące jego dłonie zmieniają się w skrzele.
Drugi, gdy chce się zsunąć po skręconej linie,
Rąk nie ma, spada z góry i po morzu płynie,

Bijąc wodę skręconem w półkole ogonem,
I znaczy ślad po sobie na morzu spienionem.
Tym sposobem majtkowie, w delfinów zmienieni,
Pluskają się i skaczą po wodnej przestrzeni.
Raz się do dna zanurzą, to grzbiet fali muszczą,
I zaczerpane morze nozdrzami wypuszczą,
Igrając przy okręcie swem rozkosznem ciałem.
Z dwudziestu towarzyszy sam jeden zostałem.
Strwożonemu łagodną bóg pociechę niesie.
— »Rzuć trwogę — rzekł — do Naksos płyńmy, Acetesie!«
Zaledwie tam przybyłem, szczęściem niespodzianem
Bakchus raczył mię swoim mianować kapłanem«.
»Milczałem, gdyś mi zmyślał niedorzeczną powieść —
Rzekł Pentej — lecz dziś prawdy trzeba jawnie dowieść.
Porwijcie go i karą, zbrodniom równającą,
Dręczcie; straszliwe męki niechaj w Styks go wtrącą!«
Słudzy biorą kapłana Bakchusa tajemnic
I okutego w więzy wtrącają do ciemnic,
A pełniąc, co okrutny nakazał im sędzia,
Sposobią miecz i stosy i śmierci narzędzia.
Nagle drzwi się otwarły i spadły kajdany
I sam wyszedł z więzienia kapłan, nie poznany.
Nie przestał na tem Pentej; już sługom nie każe,
Lecz sam idzie, gdzie stały Bakchusa ołtarze,
Na góry Cyteronu, gdzie bijąc w niebiosy,
Rozlegały się huczne Bakchantek odgłosy.
Jak gdy z daleka trąbę wojenną usłyszy,
Drży rumak niecierpliwy i za wojną dyszy:
Tak słysząc, jak się wkoło krzyki rozlegały,
Zawrzał ognisty Pentej nowemi zapały.
W połowie Cyteronu, w dość obszernem kole

Gęsta knieja otacza niezarosłe pole;
W to miejsce, gdy go zgubna przywiodła pokusa,
Gdy chciał śledzić tajemne obchody Bakchusa,
Pierwsza widzi go matka, pierwsza k’niemu bieży
I pierwsza tyrsem syna, szalona, uderzy.
— »Do mnie, o siostry! do mnie bywajcie!« — wykrzyka —
»Dzik niszczy nam winnice: uderzmy na dzika!«
Zbiegły się do niej wszystkie, gdy te słowa rzekła,
I za jednym się puszcza cała zgraja wściekła,
I na jednego razem Bakchantki napadły.
Już żałował swej winy, już drżący i zbladły;
— »Zaklinam cię — zawołał — na cień Akteona,
Katuj mię, Autonoe, ciotko ulubiona!«
Lecz co to za Akteon, Bakchantka już nie wie
I prawicę Penteja rwie w szalonym gniewie;
Druga ciotka rwie lewą. Już go ból przemagał;
Chciał wznieść pokorne ręce, by matkę przebłagał:
Rąk nie ma, martwy kadłub stoi przed Agawą.
Ona z wściekłym zapędem, z radosną postawą
I z włosem rozczochranym, zemsty niecierpliwa,
Wśród wycia głowę syna od karku odrywa.
»Cieszcie się, siostry — woła — już zwyciężyłyście«!
Nie tak nagle w jesieni powarzone liście
Mroźny wicher z drzew zdziera, jak wściekłość zuchwała
Nieszczęśliwego męża członki rozszarpała.
W Tebach odnosi skutek ta nauka gorzka:
Kadzidłem i ofiarą czczą nowego bożka.


Przypisy

  1. »Tyrs« (thyrsos) — laska Bakchusa, owinięta winogradem i bluszczem, zakończona szyszką.
  2. Tyreńczyk — tyle co Lidyjczyk, gdyż Tyrenowie czyli Etruskowie mieli pochodzić z Lidji.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.