Przemiany (Owidiusz)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Owidiusz
Tytuł Przemiany
Pochodzenie Przemiany
Życie i poezja Owidjusza
Data wydania 1933
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Bruno Kiciński
Tytuł orygin. Metamorphoseon, Libri Quindecim
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V. Deukaljon i Pyrra.

Od Aonów dzieliła podetejskie plemię[1]
Focyda, ziemia żyzna; lecz teraz tę ziemię
Całą pokrywa morze i tylko z wód łona
Swemi dwoma wierzchołki nad chmury wzniesiona
Góra Parnas ku gwiazdom czoło wzbija śmiało.
Tam Deukaljon, gdy ziemię morze pokrywało,
Przybył z Pyrrą, na szczupłej łodzi uniesiony.
Bóstwom góry i nimfom składają pokłony
I Temidzie, wróżącej w Korycejskiej grocie.
Nad niego żaden więcej nie kochał się w cnocie,
A nad nią pobożniejszej na świecie nie było.
Widząc Jowisz, że morze jest ziemi mogiłą
I że z miljonów ludzi pozostaje dwoje,
Oboje bogom wierni, niewinni oboje,
Spędza mgły, Akwilonem pasmo chmur rozrywa,
Niebu ziemię, a ziemi niebiosa odkrywa.
I gniew morza ustaje. Neptun trójząb złożył,

Bystre wiatry uciszył i wody ukorzył.
Woła Trytona — Tryton, wyższy nad bałwany
Przypływa; grzbiet ma siwy muszlami nadziany.
Pan morza w brzmiącą konchę dąć mu każe silnie
I wodom do odwrotu dać znak nieomylnie.
Tryton porywa trąbę wydrążoną, krętą,
Jak ślimak, zrazu cienką, zaś w końcu wydętą;
Gdy nią zagrał, po morzu w oba ziemi końce
Głos się rozległ, gdzie wschodzi i zachodzi słońce;
Z mocnych piersi dobyty, dzielny dech w nią przelał
I tak rozkazów władcy poddanym udzielał.
Słyszą je wszystkie ziemskie i morskie potoki,
A te, co je słyszały, spełniają bez zwłoki.
Już Ocean ma brzegi, łoże swoje rzeka,
Wzgórki wychodzą z morza, woda w zdroje ścieka.
Ląd się wznosi i wzrasta przez morza ubycie,
Widać lasy bez liści; na ich martwym szczycie
I na konarach nagich muł pozostał tłusty —
Świat się z wody wychylił, bezludny i pusty.
Gdy na milczącej ziemi byli tylko sami,
Deukaljon do Pyrry tak mówi ze łzami:
»Siostro,[2] żono, kobieto, jedna pozostała,
Z którą mię od początku wspólna krew związała,
Później śluby, dziś jeszcze wiąże nieszczęść brzemię,
Od wschodu do zachodu na obszerną ziemię
W nas dwojgu świat jest cały: w morzu znikli inni.
I my jeszcze nadziei ufać nie powinni,
Jeszcze chmury nad nami prorokują burzę:
Cóż, gdybyś sama jedna została w naturze?

Jakżebyś zniosła trwogę, o nad życie miła,
Boleść albo zmartwienie z kimżebyś dzieliła?
Wierz mi, gdybym cię widział w morzu pochłonioną,
I ja w morze za tobą rzuciłbym się, żono!
O, czemuż ojca mego nauką nie słynę
I nie umiem wlać duszy w ulepioną glinę!
Na nas stoi ludzkiego rodu utrzymanie,
W nas chcieli choć wzór ludzi zachować niebianie«.
To rzekł; oboje nowych lękając się ciosów,
Chcą od wyroczni przyszłych dowiedzieć się losów;
Bez zwłoki postępują nad Cefizu brzegiem,
Co płynął w dawnem łożu, lecz powolnym biegiem.
Włosy i szaty świętą pokropiwszy wodą,
Do Temidy świątyni trwożne kroki wiodą;
Dach jej okrył mech brzydki, schody muł błotnisty,
A na ołtarzach ogień wygasł płomienisty.
Przyszedłszy do świątyni, padają na twarze
i tak się modlą, zimne całując ołtarze:
»Jeśli prośba śmiertelnych może zmiękczyć bogi,
Jeżeli dla nich niebo gniew łagodzi srogi,
Rzeknij, jak można klęski potopu naprawić,
Temido, racz nieszczęsnych wysłuchać i zbawić«.
Wzruszone bóstwo taką wydaje wyrocznię:
»Twarz zakryjcie, z świątyni wychodźcie niezwłocznie
I ciskajcie za siebie kości wielkiej matki!«
Trwożą ich niepojęte wyroczni zagadki.
Najpierwsza Pyrra długie przerywa milczenie,
Lękając się bogini spełnić polecenie:
»Nie — rzekła — nigdy taką zbrodnią się nie zmazę
I tak sromotnie cieniów matki nie znieważę«.
Tymczasem, roztrząsając te ciemne wyroki,

Odkrył Deukaljon światło z ponurej pomroki
I rzekł: »Albo myśl moja fałszywą się wyda,
Albo nic od nas złego nie żąda Temida.
Wielką matką jest ziemia, kośćmi są kamienie:
Te rzucając wznowimy ludów pokolenie«.
Uwierzyć wieszczbie męża małżonka się waha,
Jemu nawet nadzieja wydaje się błaha,
Ale mogą tej wróżby doświadczyć bez straty.
Więc wychodzą, twarz kryją, rozpasują szaty[3],
A wieszczącej bogini świętą pełniąc wolę,
Poza siebie kamienie ciskają na pole.
Głazy — któżby dał wiarę, lecz żywe odwiecznie
Ludzi podanie stwierdza ten cud dostatecznie —
Ostrości i twardości zaczęły pozbywać,
Mięknąć i już przemiękłe pewien kształt nabywać;
Gdy zmieniwszy naturę zwolna rosnąć zaczną,
Przyjmują postać ludzką, choć jeszcze nieznaczną,
I podobną do owych posągów rzeźbiarzy,
Gdy pierwsze cięcie dłuta odznaczy rys twarzy.
Część ziemna lub wilgotna, co kamień składała,
Zaraz przechodzi w ciało, w krew i w soki ciała;
Część twarda i niezgięta w kości się przemienia,
Żyła zostaje żyłą, nie tracąc imienia.
Tak odżył świat, potopu wyludniony klęską.
Głaz, rzucony przez męża przybrał postać męską,
Z rąk kobiety kamienie kształt kobiet przybrały.
Stąd poszedł ród nasz twardy, na prace wytrwały,
Na świadectwo, skąd wziął się i skąd się wywodzi.

Przypisy

  1. Podetejskie plemię — mieszkające pod Etą (Oeta), pasmem górskiem, które stanowi południową granicę Tessalji.
  2. Pyrra była siostrą stryjeczną Deukaljona.
  3. Rozpasanie oznaczało zupełne oddanie się bóstwu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Owidiusz i tłumacza: Bruno Kiciński.