Przed premjerą „Młodości”. Maks Halbe

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
>>> Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Rittner
Tytuł Przed premjerą„Młodości”. Maks Halbe
Pochodzenie Świat R. I Nr. 16, 21 kwietnia 1906
Redaktor Stefan Krzywoszewski
Wydawca Tow. Akc. S. Orgelbranda Synów
Data wydania 1906
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Indeks stron
Przed premjerą „Młodości”.

Maks Halbe.

Jeden z przedstawicieli „nowego“ dramatu w Niemczech. Jeden z tych eks-młodzieńców, urodzonych między rokiem 1860 a 1870, którzy przewrócili (niegdyś) wszystko „do góry nogami“. Zresztą Halbe najmniej osobiście „przewracał". Korzystał z wielkiej, literackiej rewolucyi, której mózgiem była para: Arno Holz i Johannes Schlaf, a sercem i talentem Gerhart Hauptmann. Korzystał. Był jednym z tych, którzy nie ryzykowali wiele (rozporządzając dość skromnym kapitałem własnym), a mieli szczęście do ludzi i do tantyem. Nawiasem mówiąc: wcale naiwne, „sympatyczne“ szczęście. Cala jego organizacya psychiczna jest taka, że musiała się podobać „szerszej“ publiczności. Notabene: w Niemczech. A więc nie był temu nie winien, że się podobał.
Człowiek błogosławionej miary we wszystkiem. Surowy realizm młodego Hauptmanna et comp. przemienił się u niego w coś tak miękkiego jak jedwab. Wszystkie postulaty literackich Robespierów (urodzonych między rokiem 1860 a 1870) przemieniły się u niego w coś bardzo niewinnego i miękkiego. Trzymał się przepisów nowej „szkoły“ skrupulatnie i pilnie. Ale nie przesadzał. Nie był pierwszym w klasie. I za to właśnie dostawał od publiczności „celująco“. Naprzykład za swą „Młodość“.
Nie ulega wątpliwości, że kiedyś i ta „młodość“ była młodą. Dzisiaj liczy kilkanaście lat... ale tu nie o to chodzi. Niebezpieczną zaletą tej „młodości“ jest to, że jest zanadto reprezentatywnym typem. Jest zanadto doskonałym i charakterystycznym obrazem tego, co wczoraj chcieli, pragnęli i czuli młodzi niemieccy rewolucyoniści. Całkiem „stara“ szkoła działa czasem młodziej, niż ta jeszcze uśmiechnięta, a już miniona szkoła — wczorajsza. Co jest wieczne, to nie „szkoła", ale silna indywidualność.
Halbe nie jest indywidualnością, tylko wcale utalentowanym „dobrym uczniem“. Robi wcale udatnie „środowisko“. Czasem nie robi nic oprócz środowiska. A jeżeli sobie przy końcu sztuki przypomni nagle „akcyę" — robi także bardzo pierwotne i naiwne „katastrofy“. Jego „środowiska“ różnią się tem od dzieł (mniej zdolnych) naturalistycznych szeregowców, że — zawsze czemś pachną. Zdaje się, że jest artystą tego jednego zmysłu — powonienia. W „Młodości“ pachnie — miłość. Zresztą może wszystko jest robotą i kłamstwem? Ale ten zapaszek miłości bardzo młodych (choć niestety bardzo niemieckich) ludzi może jeszcze i dziś zawrócić głowę widzom w teatrze. Bez tego nie miałaby także „Matka Ziemia" żadnego powodzenia. Ani żadna inna sztuka — bo on pisze „sztuki" — Halbego.
On pisze „sztuki“. Robi teatralnych ludzi, którzy mają różne teatralne przejścia, a kończą zawsze „nagłą a nieprzewidzianą" śmiercią. A robi ich niejako z musu dla „ożywienia krajobrazu“. Bo to pejzażysta.
Ojczyzną Halbego są Prusy Zachodnie. Okolica dwóch narodów: Niemców i — Polaków. Konsekwencyą tego nie może być miłość. Halbe jest zanadto Niemcem, aby nas kochał, a — mimo wszystko za mało artystą, aby się tego nie czuło jako „tendencyę“ w jego dramatach. To co mi psuło zawsze (nie przesadzajmy: czytałem tylko raz w życiu tę sztukę) lekturę jego „Młodości“ — to te, niby polskie, potwornie przekręcone wyrazy, które wplata w dyalog swych niby — polaków. Ale te irytujące szczególiki językowe znikną naturalnie w polskim przekładzie. A wszystko inne jest zanadto naiwne i jaskrawo umyślne, aby mogło obrazić naprawdę patryotyczne uczucia. Naprzykład to, że z dwóch księży w „Młodości“ typem mniej dodatnim i niesympatycznym jest Polak. To tylko razi jako brak niewinności artystycznej.
Wystawienie „Młodości“ na scenie polskiej, da się usprawiedliwić tylko z jednego punktu widzenia. A mianowicie, że sztuka (grana nie źle) wywołuje dość silną teatralną sensacyę, a tworzy zarazem ciekawy „przykład“ dramatycznej literatury niemieckiej z przed lat kilkunastu. Ma wszystkie znamiona ś. p. niemieckiego realizmu. A choć żadna może z osób dramatu nie ma krwi prawdziwej, to jednak w całości jest krew i chwilami bucha ze sceny gorący dech życia. I gdyby nie o dwa akta za dużo, jak na eksplozyę, gdyby nie tempo za powolne, jak na szał młodości, to miałoby się (pod względem stylowym) coś w rodzaju „Cavalerii“ niemieckiej.

Tadeusz Rittner.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Rittner.