Przed aparatem telewizyjnym

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Przed „aparatem telewizyjnym“
Pochodzenie Na skrzyżowaniu dróg
Wydawca Instytut Wydawniczy Szkoły Morskiej w Tczewie
Data wydania 1929
Druk Instytut Wydawniczy Szkoły Morskiej w Tczewie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera) Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
PRZED „APARATEM TELEWIZYJNYM“
Jestem bardzo, bardzo stary... Doprawdy! Nikt tego nie zauważy odrazu, bo czuprynę mam jeszcze taką, że może wzbudzić zazdrość (nie robię tu nikomu przytyku!); mogę dużo chodzić, jeździć konno, polować i pływać, nie obawiam się protestu wątroby i serca przeciwko czwartej lampce wina (chociażby — najmocniejszego), umiem się śmiać wesoło i wcale nie mam zawiści, co znaczy, iż woreczek żółciowy jeszcze pozostaje na swojem miejscu.

A jednak jestem bardzo stary... Czuję wyraźnie brzemię minionych przeistoczeń i dalekich wędrówek, odbywanych przez moją niespokojną duszę. Jednego tylko nie jestem w stanie dotąd określić, w jakim punkcie kuli ziemskiej moja nieśmiertelna dusza po raz pierwszy osiągnęła dar świadomości. Czy było to w okolicach tajemniczej Arzawy, stolicy Chetytów, czy w małej warownej osadzie na południu Flandrji za czasów druidów.
Długo musiałbym pisać, dlaczego tak myślę, lecz byłaby to nudna heca, obchodząca zresztą wyłącznie mnie; jednak czuję się wprost w obowiązku (o, znowu nawyknienie starca!) zaznaczyć, że 24-go grudnia, rok-rocznie, wyraźnie przypominam sobie moich przodków — czyto aryjskich Chetytów, czy owiniętych w niedźwiedzie skóry druidów — kapłanów, żeglarzy i wojowników. Widzę, jak wlepiają oczy w firmament niebieski, wyglądając im tylko znanej gwiazdy — jasnej, kojącej i przejmującej wzruszeniem niepojętem. W Arzawie mój dziadek nazywał ją — „Ghazel biraket”, w lasach, gdzie oczekiwali jej przyjścia surowi druidowie (cioteczni bracia mojej matki) — „gwiazdą nowego boga”.
Jednak, gdy się zjawiała owa gwiazda, i ci i tamci szeptali:
— Przyjdzie Bóg nowy i nieznane drogi ludom czterech stron świata wskaże!
Przed laty (dawno to już było!) zwierzyłem się z tych zagadkowych a wyraźnych wspomnień wielkiemu pisarzowi, wizjonerowi i fantaście — Juljuszowi Verne.
Odwiedziłem sędziwego i wspaniałego staruszka w jego skromnej siedzibie w Amiens.
Uczyniłem to dlatego, że moi przyjaciele — krytycy gryźli go, jak moskity afrykańskie, jak syberyjski gnus, jak małe, czerwone pchły z Gobi, za jego niezdrowe fantazje, sprowadzające logiczną myśl na manowce nieuzasadnionego marzycielstwa. Bronili zaś logiki dlatego, że podobno stary pisarz miał otrzymać jakąś nagrodę literacką.
Przyjechałem do wielkiego fantasty po mocnem pijaństwie, więc przyniosłem w sercu, oprócz alkoholu, szczerość bezmierną i przebaczenie „urbi et orbi”. Powiedziałem staruszkowi, że dziękuję mu za manowce „niedorzecznych” myśli, po których błąkam się z lubością, bo...
I właśnie w tem miejscu opowiedziałem mu o „gwieździe nowego boga”, druidach i innych dziwacznych rzeczach.
Umilkliśmy i zachowywaliśmy ciszę i skupienie przez długą chwilę.
— Widzenia pana, mój młody przyjacielu, idą wstecz wieków, moje — naprzód, lecz, niestety, nie ogarniają dalekiej przyszłości, muskając tylko jutrzejszy dzień społeczeństwa. To, o czem tak nielogicznie piszę, już stoi na progu naszego życia, a ludzie tego nie wyczuwają i nie widzą, że nadchodzą nowe czasy, a z niemi razem przyjdą nowi ludzie, nowy byt, nowe, trudne do przewidzenia wypadki. Ja już nie dożyję, lecz pan jest młody i pan się doczeka niezwykłych, jak na chwilę obecną, a zadziwiająco prostych wynalazków, gdy, siedząc w Paryżu, będzie pan rozmawiał z San-Francisko, słuchał opery Nowo-Jorskiej i widział, co się dzieje w Kalkucie...
I oto minęło 30 lat, a ja siedzę przed małem pudełkiem „telewizyjnego aparatu”, kręcę błyszczącą korbką, nastawiam wskazówkę na dowolny punkt ziemi i spoglądam na cały świat; jednocześnie marzę jednak o aparacie „retrowizyjnym”, który dałby mi możność ujrzeć ludzi i dzieje zamierzchłych wieków, gdzie też się odbywały rzeczy nie mniej wybitne, jak afera Waldemarasa, zbrodnia 76-letniego starca, wojna w Meksyku, kasa chorych lub marsz wojsk przebiegłego Dżan-Tso-Lina na rewolucyjny Kanton.
Usiadłem właśnie do aparatu, ofiarowanego mi przez Jego Królewską Mość Mohro-Naba XXXII, władcę szlachetnych Mossi, i zamierzałem przyjrzeć się temu, co robi w tej chwili mój przyjaciel Śmietański, nazywający się obecnie Smetoną, gdzie się ukrywa towarzysz Trocki i do jakiego banku zagranicznego szmugluje czerwońce sowieckie ten i ów z bolszewickich „chamów na Kremlu”?
Nakręciłem korbkę na Kowno, gdy nagle moja starcza dusza odezwała się, jak zwykle tej nocy:
— Ghazel biraket! Gwiazda nowego Boga!
Podniosłem głowę i spojrzałem w okno. Wysoko, w zenicie czarnego namiotu nieba pałała gwiazda, która przywiodła do żłobka pasterzy, a za nimi wkrótce wielkich i potężnych magów, noszących na szatach i tjarach cudowny talizman „El Bali”, o którym niedawno napisałem rozprawę dla mego znakomitego przyjaciela „Lat Bezgrzesznych” — Kornela Makuszyńskiego.
Zamyśliłem się głęboko nad tajemnicą narodzin Syna Bożego i Człowieczego i, nie zdając sobie sprawy, odruchowo kręciłem korbką telewizyjnego aparatu, z roztargnieniem spoglądając na mały kryształowy ekranik, gdzie przesuwały się w nieładzie różne krajobrazy i ludzie.
W chwili, gdy się urwała myśl, powróciła przytomność wzrokowa, i z zaciekawieniem zacząłem się przyglądać migającym na ekranie obrazkom i postaciom.
Niby w mglistej oddali majaczyły przed oczami wnętrza świątyń chrześcijańskich.
W sewilskiej katedrze, gdzie zamarły w swym niepohamowanym wzlocie gotyk przez wieki walczy z wyczerpanym w rozkosznem lenistwie stylem maurytańskich architektów, przelewa się, jak rozszalałe morze, tłum. Za złoconą balustradą dostojni kapłani, z kardynałem na czele, modły zanoszą do Tego, który przyszedł na świat przed wiekami, rzuciwszy nowy, nieznany ludziom siew miłości.
W tłumie czarno i modrookie senority, kokieteryjnie otulone mantyllami, prowadzą z „caballeros” rozmowy miłosne zapomocą wachlarzy. Światowe, niedostępne małżonki hidalgów rzucają pogardliwe spojrzenia na plebs, i nagle oczy im błyszczeć zaczynają i żywiej krążyć krew. Przez tłum przeciska się matador don Jullito Hernandez, bożyszcze Hiszpanji, pastuch świń z Andaluzji.
Najdumniejsza z dam porozumiewawczo patrząc na wiotkiego, muskularnego Jullito, nieznacznie rzuca mu pod nogi różę i w jej pałających oczach czytam myśl:
— Nic to! Po nabożeństwie pójdę do wróżki Sybilli, aby mi dała talizman arabski na obronę cnoty!...
Cyganka-gitana leży krzyżem w bocznej kaplicy i modli się namiętnie, aby Bóg dał jej dużo, dużo ciężkich pezetas i bogatego kochanka — tego Anglika, co wczoraj przyglądał się jej tańcom. W pobliżu gruby, czerwony hodowca bydła wzdycha do Boga, prosząc o najwścieklejsze byki dla areny cyrkowej...
Mglisty plac wspaniałej europejskiej stolicy, stary kościół, organy, śpiewy i spokojny dobrze wyreżyserowany tłum. Kaplica dla bogaczy.
Pobożni stoją i patrzą przed siebie, gdzie połyskuje złoty krzyż, lecz myśl, nawykła do czynu, pracuje szybko w ciszy i chwilowem odosobieniu.
Bankier rozmyśla o nowej aferze, która rzuci tysiące bezrobotnych do zarażonych żółtą febrą błot brazylijskich; siwy generał cieszy się z odznaczenia synów, strzelających z kulomiotów do jakichś barwnych ludzi; dyplomata rozważa w spokoju nowy fortel, mający zbić z tropu marzycieli o trwałym pokoju na ziemi; w ciemnym kącie jakaś kobieta westchnęła, przypomniawszy nagle męża, zabitego na wojnie, i nawet westchnęła jeszcze raz, z ulgą i radością, spojrzawszy na drugiego męża — bogatego fabrykanta gazów trujących i nowych pocisków.
Widzę ciemny namiot drzew pomarańczowych, a pod nim — jaśniejący ołtarz i zniszczonego przez febrę białego misjonarza, nawołującego czarnych ludzi do miłującego serca Chrystusowego. Cisną się zewsząd odświętnie ubrane murzynki i czarni mężczyźni, oczy, jarzące wiarą, wlepiają w krucyfiks i błagają nowego dla nich Boga, aby dał im urodzaj prosa i bawełny, przypłód obfity kobietom i owcom, aby pozbawił siły czarowników i złe duchy.
Jakaś murzynka pada przed ołtarzem i łka, wołając:
— Bogu! Bogu! Mąż mój wprowadził do zagrody nową, młodą żonę. Uczyń tak, aby złośliwy fetysz urzekł ją, aby zmarniała do reszty i oddała mi miłość mego Dialu!...
We wszystkich świątyniach naraz podnoszą się na ambony kaznodzieje i rzucają słowa miłości, wiary i nadziei. Lecz nikt ich nie słucha, bo ci, co doszli do wiedzy, nie potrzebują bogów, jak pouczał mędrzec Budda, a ci, co knują krzywdę i mord bezkarny, lub ci, co cierpią męki bez wytchnienia, nie wierzą w miłość i prawdę.
Słowa kapłanów są niby ziarna pszenicy, padające na kamienistą glebę.
Na ekran tymczasem wypływa nowy krajobraz.
Nasza mieścina polska, rynek i fara sędziwa.
Młody, wysoki, o natchnionej, surowej twarzy ksiądz z ambony przemawia do tłumu, skupionego i przejętego urokiem chwili. Nie słyszę głosu, lecz rozumiem myśli i słowa księdza o wyrazistem obliczu.
Bóg się objawia w prawdzie, w pięknie, w dobrych czynach i w nich jest nieśmiertelny! Cieszcie się, dzieci Boże, albowiem jesteście synami i córami narodu, posiadającego Boga wiecznego, a wszechpotężnego! Prawdą była nasza męka, pięknem — porywy i wytrwałość, dobrym czynem — wiara w zmartwychstanie Polski... I oto mamy ją — umiłowaną, gdzie swobodnie rozbrzmiewa nasza mowa, gdzie wytryska szczytna myśl, gdzie niemasz żądzy zaboru i krzywdy, a gdzie najwcześniej zaświta — pokój ludziom dobrej woli...
Nagle... bezwiednie posunąłem wskazówkę aparatu w innym kierunku i ujrzałem na krysztale „gwiazdę nowego Boga”, mury Arzawy, święty gaj druidów, niebieską wstęgą Gangesu, żółty prąd Nilu, kapłanów, magów, faraonów, królów i pospólstwo, wpatrujących się w daleki horyzont i oczekujących z upragnieniem przyjścia — Boga... o postaci ludzkiej, zwykłej, o mowie — zrozumiałej i prostej.
Retrowizja!... Chciałem sprawdzić na jakim znaku zatrzymałem wskazówkę, lecz przy niebacznem poruszeniu ręki ekran zgasł i więcej powtórzyć tej zjawy nie potrafiłem.
W ten sposób wszystko pozostało jak dawniej. Nie wiem, skąd pochodzę: z Arzawy, czy z warownej osady starej Flandrji; nie wiem, czy marzenia wymarłych ludów ziściły się i czy ziemia nasza wydała Boga — człowieka przed przyjściem Tego, który nie głosił wiedzy i dumy, potęgi i krzywdy, lecz niósł miłość i przebaczenie.
Nie wiem tego, lecz czuję, że gdybym spotkał nagle egipskiego Ra-Ammona — rozpiąłbym nad sobą parasol i zacząłbym wypytywać boga o sztukę zapładniania Nilu; ujrzawszy Jowisza, stanąłbym w pobliżu piorunochronu i przyglądałbym się kochankowi Ledy z ciekawością; na widok naszego pijanego od ognia Peruna — na wszelki wypadek dałbym sygnał do straży ogniowej; przy widzeniu się z Buddą, klepnąłbym mędrca z Sakya po opasłym brzuszku i uśmiechnąłbym się chytrze, bo coś-niecoś z jego przeszłości doszło do mego słuchu.
Gdy zaś patrzę na „Ghazel biraket” w noc narodzin Jezusa z Nazarei, dusza moja się korzy przed jasnością Jego prawdy, a później miota się w męce i rozpaczy, a na myśl o ludzkości, która przetrawiła tę prawdę bez śladu, niby przywieziony z nieznanej krainy owoc wonny i ożywczy, woła do Boga:
— Przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią!
Przysięgam, że słów tych nie stosuję ani do przyjaciół „od serca”, ani nawet do swoich krytyków!
Albowiem moje serce przepełnia bezmierna miłość i przebaczenie, jak wtedy, gdy odwiedziłem Juljusza Verne, chociaż dziś jestem trzeźwy, zupełnie trzeźwy...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.