Przed świtem (Reymont, 1925)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
(Przekierowano z Przed świtem (Reymont))
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł Przed świtem
Pochodzenie zbiór Na krawędzi
Data wydania 1925
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
PRZED ŚWITEM


I.

— Która godzina?
— Wybiła już dziesiąta.
— W tej chwili bije... słyszę wyraźnie.
— To tylko ostatnie echa dźwięczą w korytarzach.
— ...Cztery, pięć!
— I deszcz pluszcze w rynnach.
— ...Siedem... zaraz umrze godzina... osiem... powstrzymać, siostro, powstrzymać... dziewięć... boję się, przechodzi nieubłaganie... dziesięć. Już jej niema... już wpadła w wieczność... już jej nic nie powróci... nic... Jak mi jej żal! Czy siostrze nie żal tych godzin pomarłych?
— W Bogu jest wszystko.
— Czy siostrze nie żal tych ludzi, tych drzew i zwierząt pomarłych?
— „We mnie zmartwychwstaniesz wszystek“ — rzekł Pan.
— Rzekł Pan... — powtórzył jak echo.
— Chrześcijanin powinien w to wierzyć.
— Wierzę... ale... ale mi żal... — szepnął trwożnie, i oczy jego nasączyły się powstrzymywanemi łzami.
— ...Ale mi żal umarłych lat... — powtórzył cicho i zatopił oczy w mroku, zalewającym szpitalną izbę.
Biały kornet siostry chwiał się w ciemności niby skrzydła... a pod nim występowały ostro z cieniów jej ręce, białe, długie, rozmodlone ręce... Ziarna różańca spadały monotonnie z dziwnym, przejmującym szelestem.
— ...I tych, które umrą do końca świata!
Poruszył się, poczuł jej wzrok w sobie — ostry wzrok czuwania, który czarnym, lśniącym promieniem przenikał mroki i spadał mu na czoło gorącym pocałunkiem.
Milczenie dokoła, cisza mrących godzin, cisza tych lepkich, przyczajonych do ścian cieniów, wśród których żyły jedynie i czyhały jej spojrzenia miłosierne, oczy litości.
Przez otwarte drzwi widać było salę szpitalną, biały gościniec smutku, zatopiony w bolesnem świetle oliwnych lampek, które rozkrążały ropiące smugi na głowy chorych.
Usnąć i nie zbudzić się, usnąć...
Ale sen nie przychodził, więc znowu otwierał oczy i ślizgał się niemi po ścianach, po kornecie siostry, po jej rękach zamodlonych, i tonął tam... wśród uśpionych błądził.
Oddechy wszystkie słyszał... jęki przez sen, bicia serc, dyszenia przyczajonej trwogi, nieme krzyki konających oczu, wołania przepadających. Bolesnym, okropnym rytmem brzmiały te głosy w jego sercu i rozpierały się nieopowiedzianym bólem.
A potem, zdało mu się, że idzie wskroś tych łachmanów ludzkich, po tem śmietnisku dusz, wskroś płaczących nędz wszelkich... wskroś pustek nieobjętych, w których żyły tylko konające echa skarg.
— I umarłe żale...
— I umarłe nadzieje...
— I wszystek ból człowieczy...
— Uciekać, uciekać! — krzyczało przerażenie i strach, i ból go chwycił i wyrwał z nicości, i trzymał nad przepaściami, wczołgał się w niego kolczastem cielskiem, tarzał się po jego wnętrznościach i rozdzierał rozpalonemi pazurami.
— Siostro! siostro!
Nie, nie mógł wołać, nie mógł wyrwać z siebie tego krzyku, nie mógł się poruszyć, tylko wołał ratunku oczyma przekrwionemi, krzyczał strachem i rozpaczą... umierał w męce... a ona w głębokiej kontemplacji przesuwała ziarna różańca i całowała oczyma Chrystusową twarz, wiszącą na ścianie.
Czuł, że umiera, że chwila jeszcze... że się już kołysze nad krawędzią nicości, że się stacza... zapada.
Tak, to ona idzie przez izbę szpitalną, ona... jakby ze zgaszonego światła ma utkaną szatę... umarłych wód ma oczy... bez dna przepaście, przerażający lej... otchłań... idzie. Pochyla się nad łóżkami... idzie dalej... uśmiechem promienieje... nie widać ust ni twarzy, a ten okropny uśmiech wybłyskuje z niej, migoce nad głowami konających, zapełnia szpital, wije się w ciemności jak błyskawica zaguby... jak trupie światło... przenika serce, rozlewa się po nim miljardami ostrych, zimnych, przerażających błysków...
— Śmierć! Nie, nie! — krzyknął oszalały i zerwał się z łóżka.
Oprzytomniał, bo zniknęło wszystko; zakonnica ułożyła go zpowrotem i podawała lekarstwo.
Ból przeszedł, a on leżał w największym bezwładzie, jakby na dnie niepamięci, i tylko przyczajonym wzrokiem błądził po ścianach, czepiał się rzeczywistości, jak topielec wychylał się z głębi i chwytał źdźbła nadziei z rozpaczą. Nie wierzył jeszcze, że żyje, nie wiedział gdzie jest, a może już tam... obłąkane grozą śmierci myśli kłębiły się w nim chaosem widm, kłębem postrzępionych obrazów, falą, która z łoskotem zawalała się i powstawała na nowo, zalewała go i pogrążała w coraz boleśniejszy lęk.
— Jestem? Jestem?... — powstawało w nim pytanie, a potem obraz szpitala i zakonnicy, i sprzętów, utrwalał się coraz silniej na fali powichrzonych myśli, pokrywał rozprężenie, tłumił chaos i trwał.
— Siostro!... — rzucił lękliwie, jakby w próżnię, pewien, że odpowie mu milczenie.
Stanęła przy nim.
Patrzał na nią, jak na majak własnej wyobraźni, jak na cień własnych pragnień i myśli.
— Ciemno, ciemno... — szepnął, rozglądając się trwożnie.
— Rozświetlę lampę!
Drgnął cały; usłyszał wyraźnie: to był głos z zewnątrz, z pewnością to był głos żywy; długo milczał i żuł radość stwierdzenia życia.
— Czy ja spałem?...
— Bardzo mocno.
Nie miał już wątpliwości: to ją słyszał; ten głos miękki, pieszczotliwy, dźwięczny rozlewał po nim radosne ciepło istnienia.
— Która godzina?
— Jedenasta.
— Spałem całą godzinę. Tak, teraz wiem, że jestem, wiem...
Rozjaśniła płomień, radosne światło zalało pokój, oślizgiwało się po ścianach, skrzyło w mosiężnych ozdobach łóżka, uwypuklało wszystkie kontury, wydobywało barwy z bukietu, stojącego przy łóżku, stwierdzało jego podejrzliwie badającym oczom rzeczywistość!
Gdy mu podawała lekarstwo, pochwycił jej ręce i całował z najwyższem uniesieniem szczęścia.
— Nie umarłem, siostro! żyję! żyję!
Wyrwała mu ręce i cofnęła się w głąb pokoju, żeby ukryć dziwny, pomieszany ze łzami radości, rumieniec.
On poczuł się dobrze, ból jakby się w nim wyczerpał i omdlał pod uderzeniem niezmiernego szczęścia istnienia, tlił się gdzieś w głębiach pamięci, czyhał... Z lubością nieopowiedzianą poruszył głową, wyciągnął nogi, a nawet przegarnął sobie włosy; mógł znowu poruszać sobą bez męki: to go wprawiało w stan takiej błogiej, bezmyślnej, dziecinnej radości, że zagwizdał walca, a potem chciało mu się śpiewać, to mówić, sprzeczać się, choćby kłócić nawet.
Czemu ona milczy? czemu się nie odzywa do mnie? — myślał i patrzał na nią tak długo, przenikliwie, ostro, że chociaż nie patrzała, rumieniec znowu wypełzł z pod kornetu i pokrywał jej twarz.
— Wie siostra, czuję się doskonale, tak dobrze, że za parę dni się wypiszę od was.
Podniosła głowę na mgnienie, że tylko pochwycił, wykradł jej spojrzenie, pełne łzawego lęku i żałości ostrej.
A jego przejął gniew.
Beczy, a nie mówi. Czemu nie mówi z nim? czemu nie patrzy?
— Czemu siostra nie mówi ze mną? czemu siostra nie patrzy na mnie?
— Modlę się.
— Mnie bardziej potrzebną jest siostra, niż Bogu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Lepiej panu?
— O zupełnie dobrze, zupełnie, ale było strasznie, tak strasznie, że już myślałem...
— Bez woli Boga nic się nie stanie. Bóg nie chciał zabierać jeszcze pana, to Jego łaska święta, że pan nie umarł bez spowiedzi... Trzeba mu podziękować za to.
— W jaki sposób? — spytał niepewnym szeptem.
— Wyspowiadać się. Zobaczy pan, że choroba się prędzej przesili, wzmocni pan Łaską duszę i zwycięży chorobę.
— Nie, nie... poco?... Spowiadać się i zdychać! Nie, ja chcę żyć. Niech mi siostra nie wspomina o Bogu. Nie męczcie mnie swoją mityczną kukłą... Nie trzeba mi przebaczenia, ani litości, mnie trzeba życia, a tego mi nie da ta wasza okrutna bajka, nie, bo wasz Bóg jest bogiem zła, ciemności, choroby, nieszczęść... nie jest Bogiem żywych! Gdzie męka, gdzie ból, tam Go przywłóczycie, aby dobił ofiarę. Słyszy siostra! Nienawidzę Go za wszystkie męki świata, za wszystkie łzy ludzkie przeklinam. Dusiciel dusz!... Tak, niechaj zdechnę na wieki, ale przeklinam! — krzyczał tak rozdrażniony, że już był nieprzytomny, nie odrywał oczu od świecących, mosiężnych gałek łózka i klął, krzyczał coraz głośniej, przeklinał.
— Jezus! Cicho! Cicho! — i modlitewnemi, przerażonemi rękoma zakrywała mu usta, aby nie bluźnił, ale chwycił ją zębami tak mocno, że z krzykiem bólu wyrwała ręce i padła na kolana.
— O Panie miłosierdzia nieprzebranego!
Zmiłuj się nad nim!
O Panie miłości, o Panie dobroci,
Usłysz wołanie moje!
Usłysz żebrzący głos duszy mojej i przebacz mu!
Przebacz mu, Panie, to męka obłąkała duszę jego.
O święty! o nieśmiertelny, o Boże mój, łzami serca, miłością, bólem, pokorą wołam do Ciebie, przebacz! Zmiłuj się nad nim!
Wołała drżącym, głębokim głosem, i sznury perłowych łez płynęły z jej cudnych oczu, a twarz płomieniła się najwyższą ekstazą błagania, miłości, rozpaczy i strachu. Trzęsła się, rozchwiana huraganem zgrozy, i całą mocą uniesienia rzucała czystą duszę pod stopy Pana i krwią serca zebrała zmiłowania dla niego.
Oniemiał!
Zwinął się w kłębek i wlepił w jej twarz rozpalone oczy, przełzawiony głos przenikał go ogniem, radością, siłą, a te łzy rozpaczy, jakie wylewała za niego, ten krzyk płomienny duszy wierzącej, owiewał go żarem dziwnym, lubieżnym ogniem chodził mu po kościach, przyspieszał bicie serca. Nie słyszał słów, nie rozumiał ich, patrzał na nią, na jej twarz cudną, całował ją oczyma.
— Nie warto się modlić za mnie! — wyszeptał z trudem, dyszał chwilę chrapliwem rzężeniem, bo ta oślepiająca, ohydna żądza zapchała mu gardło, stłumiła głos i tak roztrzęsła go wewnętrznie, że tchu złapać nie mógł.
Zakonnica usiadła na dawnem miejscu, i znowu monotonny, cichy szelest spadających ziarn różańca, drżał w ciszy pokoju, a jej oczy, czuwającej trwogi i smutku oczy, przeszklone nieobeschłemi jeszcze łzami, padały na jego twarz pocałunkami... lub trwożnie a głęboko spoglądały w okno ku stronie świtów, ale tam noc była jeszcze głucha i majaki drżących z zimna i potopionych w mrokach drzew, i złowrogie, tajemnicze szepty ciemności...
— Siostra jest cudownie piękna! — szepnął znowu i uniósł się na poduszkach. — Tak, niesłychanie piękna. Pod tym okropnym strojem kryją się cuda, przeczuwam je, widzę nawet, widzę... — zatrzymał się, bo znowu brakło mu głosu.
Zakonnica wyszła, przymykając drzwi za sobą.
Nie widział tego, gorączka objęła mózg w czerwoną falę ognia, leżał jakby na dnie samego siebie, w pustce okropnej, w ciemności, a rozprzęgły mózg wyrzucał automatycznie, bez woli jego i wiedzy coraz straszniejsze obrazy, coraz wstrętniejsze szczegóły, wszystkie zgrzęzy życia i wyobraźni, wszystkie plugastwa....
Naraz zamilkł i powlókł oczyma, bo jakiś spazmatyczny, okropny płacz przedzierał się od drzwi.
— To ona płacze, ale dlaczego? dlaczego?
I czuł, że ten płacz przygniata go ciężarem niezmiernym, że każda jej łza, jak roztopiona kropla metalu, spływała mu w serce, przenikała nawskroś niego i spływała do serca gryzącą strugą ognia, palącego ognia.
— Boże! mój Boże!... — i okropny żal wsadził swój kolczasty łeb w jego duszę i ssał ją, tak strasznie ją ssał, że tracił przytomność i zapadał w drzemkę pełną dręczących wizyj i jaw tak przerażających, że zrywał się z krzykiem śmiertelnego przerażenia, wyciągał ręce po ratunek i padał znowu w okropne ramiona półsnu, w oślizgłe, trupie objęcia męki.
Oprzytomniło go lekarstwo i jej ręce, ocierające mu twarz spoconą.
— To siostra?
Pochyliła się nad nim, poprawiając poduszki, łzy lśniącą strugą płynęły po jej twarzy, a usta drżały jak płatki róży.
— Która godzina?
— Dwunasta!
— Północ! Mój czas się zbliża!
— W ręku Boga jest wszystko!

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Umrę o świcie — zawołał nagle i tak ostro, że wypuściła z rąk różaniec i patrzała na niego.
— Dobrze, dobrze... o świcie pójdę... — mówił cicho, coraz ciszej, jakby odpowiadał wezwaniom idącym z głębin nocy... z tamtej strony.
— Pójdę... — szepnął ledwie dosłyszalnie, i przed duszą roztworzyły mu się bezmierne widnokręgi, nieskończone pola wieczności... To tam, gdzie mży ten świt rozpaczny, purpurowy świt nieubłagania, tam płynie ta niepojęta ciżba na zatracenie...
...Oto znajomi a nieznani teraz; oto swoi a obcy... oto bliscy a dalecy; oto nigdy niewidziani, oto nigdy nieprzeczuwani, oto nigdy nawet niemarzeni; oto oceany umarłe, drzewa, kwiaty, zwierzęta — mieszały się razem w gęstwą skarg i płynęły wszystkiemi drogami światów, wszystkiemi szlakami gwiazd, wszystkiemi majaczeniami myśli...
Wypalone łzami oczy podnosili ku świtom i szli w ciszy śmiertelnej oczekiwania, w milczeniu tajemnicy...
A ciche tchnienie jego żałości powiewało a nad nimi jak wicher palący...
...i płakały dusze kwiatów pomarłych.
...i płakały dusze drzew pociętych.
...i płakały dusze zwierząt pobitych.
...i płakały dusze wód wyschłych.
...i płakały dusze porodzonych a pomarłych.
...i płakały dusze gwiazd pogasłych.
...i płakały dusze rzeczy wszelkich.
...i płakała śmierć sama i wyła dziką pieśń — straszliwą pieśń złorzeczenia, pieśń buntu przeciwko Niemu...
Ale płynęli niepowstrzymanie tym nieubłaganym szlakiem musu, przez te przepaście zgrozy, przez okropną pustynię przerażenia, przez wiry czarnych, pogasłych gwiazd, przez ulewy słońc konających, zielono-okropnych, rozpadających się słońc, z których sypały się bryły krwawych żużli deszczem ognistym i, niby ciężkie łzy umierającego wszechświata, spadały wskroś ciemności, w głąb bezmiaru, w głąb niepojętą... aż ku świtom... aż na serce Jego.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

— Idę... idę... — wołał i oczyma, w których już była tylko otchłań rezygnacji, szedł z niemi, gonił tę nieskończoną falę, a poruszyć się nie mógł... Tłumy szły przez niego, przez jego mózg przeciągały strasznym korowodem, przez jego serce przelewały się jak wody oceanów, jak wszystek krzyk jestestw ginących brzmiały mu w duszy, a on unosił się i opadał w sobie, mocował się z sobą w męce odrywania, i pokonany ciężarem własnego trupa, panującego lat tyle nad nim, pozostawał niby krab po odejściu fali na krawędzi życia, chwiał się, a nie spadał w głąb, konający już, a nie umarły, nie trup i nie życie, widmo raczej niż człowiek. Kontur blady istnienia, fosforescencja próchnicy.
Wiedział, że kona, że leży w szpitalu, że jest jeszcze, i ta jakby emanacja rzeczywistości: kamieni ścian, izby, łóżek, świateł lamp, zakonnicy — rzucały cień twardy i bolesny na jego czucie, trzymały go jakby szponami, odgradzały sobą i nie pozwalały wyjść i złączyć się z wizją i przepaść z nią razem...
Najwyższem natężeniem woli przebudził się, wizje odpłynęły w dal szarą, rozprysnęły się w mrokach, a on cichym, przejmującym głosem zaśpiewał:

„Kto się w opiekę odda Panu swemu“...

Automatycznie, zupełnie nieświadomie, niezbadane nory mózgu wyrzuciły z siebie tę pieśń pochłoniętą niegdyś w dzieciństwie, ale on na dźwięk własnego głosu ożył i oprzytomniał zupełnie.






II.

— Która godzina?
— Pierwsza.
— Świt jeszcze daleko?
— Daleko.
— Bo o świcie umrę z pewnością. Wiem, że już mnie nic nie ocali, wiem! Dlaczego drzewa tak patrzą w okna?
— Wiatr niemi kołysze.
— Nie, nie!... one czuwają nade mną, one patrzą na mnie... one wiedzą, że... Co to?...
Krzyk długi, bolesny, wstrząsający krzyk rozdarł ciszę i długo echami tłukł się pośród niemych murów szpitala...
Zakonnica wyszła prędko, ale wróciła po chwili.
Wskazał ręką sufit i oczyma powiedział:
— Wiem, umarł tamten z pierwszego piętra. Wiedziałem o tem...
— Nie, nie... — zaprzeczała lękliwie, kryjąc twarz w cieniu korneta.
Uśmiechnął się dobrotliwie.
— I ja umrę o świcie... — poruszał ustami i nasłuchiwał w ciszy, w której szeleściły cichutko drzewa za oknami, słuchał szmerów nocy i jakichś słabych ledwie odczuwanych stąpań czyichś...
— Ktoś chodzi po podwórzu!
— Niema tam nikogo.
— A jednak śmierć nie jest snem nieprzespanym, nie — powiedział głośno i usiadł na łóżku. — Nie można uznawać Przyczyny i mieć ją za głupią. Żarna mogą być tylko symbolem życia... Prawda, siostro?
— Tak, tak...
— Czy siostra żyła już kiedy?
Spojrzała na niego litościwie.
— Mnie się zdaje, że dużo jest dusz przychodzących za wcześnie, jak kwiaty złudzone ciepłą godziną marca... nierozwinięte pąki przysypie śnieg... może przetrwają i zakwitną o prawdziwej wiośnie, w drugiem życiu, ale więcej marznie na śmierć wieczną, nim się dowie, że żyją... Prawda, siostro?
— Tak... tak...
Niepojęty słodyczą spokój szczęścia rozlewał się po nim.
Nie bolało go nic; ani ciało, ani myśl żadna, ani smutek, czuł w sobie ukajający bezwład górskiego jeziora, bezwład martwej wody, nie poruszanej najlżejszym powiewem, zapadłej w głuchą moc bezmiernego spokoju, nie śpiącej i nie umarłej, a bezsilnej w najgłębszej treści swojej i opadającej niewidzialnie, nieświadomie a ciągle i zwolna w jakąś głąb tajemniczą...
Jego poczucie siebie, jego świadomość kurczyła się i malała niepostrzeżenie, że już tylko niektóre myśli i obrazy niektóre snuły mu się po głowie, jak majaczenia oślepłego zwierciadła.
Słodycz miał tylko w sercu, słodycz październikowego słońca i zwarzonych mrozem lewkonij, słodycz cichej ofiary łez.
— Chciałbym się przejść po pokoju... dobrze?
Pomogła mu wstać, ubrała go w biały, ciepły szlafrok, ujęła mocno pod rękę i wolno, z rozczulającą troskliwością prowadziła.
— Raz... dwa... teraz lewą nogą... odważnie... tak... o widzi pan, doskonale... mamy siły...
— Nie, nie mam już sił... Usiądę na fotelu pod oknem...
Usadowiła go, jak mogła najwygodniej. Długo siedział bezmyślnie wpatrzony w noc i w końcu szepnął:
— Pilno mi, siostro... naprawdę już mi pilno.
Przyciągnął kwiaty i z głęboką rozkoszą dotykał ustami barwnych płatków i wchłaniał ich woń zamierającą...
— To są oczy tajemnicy. Dzieci miewają takie same spojrzenia, a czasem umarli.
Pochylił się ku oknu i długo a badawczo patrzał w noc.
Głuchy, wilgotny szum wichru grał smutny hymn na pochylonych, rozchwianych drzewach, a tam... w otchłaniach, jak ciężkie sny chorych, przewalały się chmury ledwie rozeznane.
— Do świtu jeszcze daleko...
— Daleko...
— Siostra płacze?
— Modlę się tylko.
— Modlitwa to dręczące pytanie duszy, rzucone w nieskończoność: „Czy Jesteś?“
— Nie, nie... to błaganie serca: „Usłysz mnie!“
Nic nie odpowiedział, bo jakieś niewyraźne, jeszcze ciemne, jeszcze nierozeznane przypomnienie wychyliło się z głębin i zalewało go cichym, melancholijnym żalem, a gdy zrozumiał, sznury łez rozsypały się po jego wychudłej twarzy.
— Pan płacze? Może bok boli?...
— Boli mnie żal, siostro, stary żal.
Wyjął z portmonetki wszystkie pieniądze i nieśmiało zwrócił się do niej:
— Mam prośbę do siostry...
Podniosła oczy na niego.
— Tyle jest dzieci biednych... dzieci nędzarzy... dzieci strasznie biednych i opuszczonych, któremi się nikt nie zajmuje... spotykała siostra podobne?
— Za wiele jest takich nieszczęśliwych.
— To są pieniądze, mnie one już na nic zupełnie... Niechaj je siostra weźmie i kupi tym dzieciom zabawek... wie siostra, koniki... szabelki... lalki... wózki... piłki... one z pewnością nigdy nie mają zabawek, nigdy im nikt nie daje... ja to wiem... Proszę o to całą duszą — dobrze?
— Dobrze — szepnęła przez łzy.
— Ja to wiem... bo... nigdy nie miałem zabawek... Mnie już nic i niczego nie żal, tylko mi jeszcze żal, że mi nikt w dzieciństwie nie dał ani jednej zabawki... Wie siostra, ja całe lata marzyłem o blaszanej szabelce i siwym koniku na biegunach, całe lata tęskniłem i lałem morze łez gorzkich... ale mi nikt nie dał... I, że łzy zalały moje życie, to może dlatego, iż mi brakło rozśmiechniętych wspomnień dzieciństwa.
Przerwał, bo dalekie, głuche uderzenie zegara płynęło z ciemności.
— Która godzina?
— Druga.
— Noc już blednie, świt już idzie... prawda?
— Nie widzę różnicy, ciemno jest jak było — powiedziała śpiesznie.
Milczenie zaległo.
Ona zapatrzyła się w bolesną, przemęczoną twarz Chrystusa, a on wpił się oczyma w ciemność i śledził ją badawczo; z ciężkich opon cieniów już zwolna wyłaniały się potwornie bezkształtne grupy drzew i ledwie wyczute kontury domów, świt był jeszcze daleko, ale już niepostrzeżenie wsączał pierwsze brzaski w ciemności ziemi, pełzał wśród chmur bezwładnie zwalonych na siebie i obrzeżał je łzawą jasnością.
— ...I uśmiechnie się do nich siostra! — szeptał znowu, przenosząc oczy na jej twarz: — takim dobrym, słonecznym uśmiechem. Dzieci trzeba kochać, trzeba je brać na ręce, pieścić, przytulać, całować... one żyją miłością. Ucałuje je siostra?...
— Zrobię wszystko, wszystko.
— Mnie nikt nie kochał — dodał szeptem.
— Tak mnie razi światło — jęknął, zakrywając oczy.
Przyciemniła tak nerwowo, że zgasło zupełnie.
Utonęli w ciemności.
Zakonnica osunęła się na kolana i modliła się żarliwie, a on zapadał w cichy sen.
Budził się co chwila, błędnie spoglądał w okno, czasem zrobił jakiś ruch bezcelowy, nieprzytomnie patrzał w szarzejącą coraz jaśniej noc, to chciał iść, to usiłował myśleć, przypomnieć sobie coś, zatrzymać siebie na tej ostrej krawędzi życia, z której się zsuwał nieubłaganie i... zasypiał.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·
· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Jaśniej... coraz jaśniej...
Świt!
Cicho! cicho!
Niechaj odpocznienie przyjdzie dla znużonych; niechaj sen przywrze oczy czuwających; niechaj zapomnienie uciszy serca cierpiące.
Ptak śmierci tak słodko trzepoce do snu...
A żywi niechaj śpią, niechaj się krzepią tem, że nie wiedzą.
Oto już świt dla czekających.
I wybawienie z męki.
I radość zmartwychwstania!
...I weselne życie w Panu.

· · · · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Świt się uczynił na świecie.
Ostry brzask zalał przestrzenie i kwietnym pyłem zórz mżył na omroczoną ziemię, na pochylone sennie drzewa, na przytulone do siebie trawy, na przymknięte oczy kwiatów, na zamglone snem źrenice wód i... na bezwładnie zwieszoną głowę chorego.
Podniósł się nagle, spojrzał w świetlistą głąb zórz i wyszeptał:
— Świt! świt!...
I jak drzewo ścięte zwalił się na ręce zakonnicy.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.