[203]
PRZECZUCIE.
[205]
Oto nadzieją błysnął orzeł biały!
Pod broń młodzieńcy! — W imię naszej matki!
Pod broń, kto żyje! — Liczne już oddziały,
Powstańcze burki i konfederatki
Czekają w lasach rozpoczęcia dzieła
Pod hasłem: Jeszcze Polska nie zginęła!
We dworze pusto — nie widać nikogo,
Bo dziedzic jego z dwoma już synami
I swą czeladzią tajną jakąś drogą
Ruszyli, by się złączyć z powstańcami,
W domu zostały same białogłowy,
Najmłodszy z synów, Julek, i karbowy.
Julek, jak mleko białe miał oblicze,
Lat siedemnaście pewno, że nie więcej,
Na brodzie włosy miękie, bo dziewicze,
Brzytwy nie znały, a choć tej chłopięcej
Twarzy młodzieńca piętno nadać chciały,
To w oczach jeszcze widniał dzieciak cały.
Oczy te miały blask łagodny nieba,
Gdy po niem smętne przeciągają chmurki,
[206]
Czoło by mogło zdobić posąg Feba:
Szerokie z dwoma wypukłemi wzgórki.
Dwoma kątami zachodziło w skronie
I w jasnozłotych zwojach włosów tonie.
Gdy się weseli już na krwawe boje
Dwaj starsi bracia z ojcem wybierali
Gotując szable, kule, proch, naboje,
I jego także w drogę namawiali,
Lecz Julek milczał, wzrok przybierał mnicha
I tylko czasem westchnął czegoś z cicha.
Nieraz do dworu przyszedł proboszcz stary —
Ołów na kule topił sam staruszek —
„Spiesz“, mawiał, „chłopcze, wroga naszej wiary
„Bij, nie zasypiaj tu w popiele gruszek.“
Julek znów milczał, dławiła go pycha,
Tylko ukradkiem westchnął czegoś z cicha.
I tak dzień za dniem jednostajnie płynie:
Jejmość dla rannych wciąż bieliznę pierze,
Panienki skubią szarpie przy kominie,
Ksiądz kule leje, szepcze swe pacierze;
Niekiedy tylko słychać zdala strzały
Czasem pies zawył, brzozy zaszumiały.
Między pannami oprócz córek pani
Była Różyczka, daleka kuzyna
Podobna z ruchów do młodziutkiej łani.
Brunetka, biała, żywa, jak sprężyna.
Gdy się w nią Julek wpatrzył, jak w anioła
Ona do niego z śmiechem tak zawoła:
[207]
„Jedźmy do braci, drogi Julianie,
Zabierz mnie z sobą. Jeśli chcesz, opaszę
Ciebie fartuszkiem mym, i na śniadanie
Będziesz w obozie tam gotować kaszę,
A ja za ciebie pójdę bić moskali,
Co strzelę, zaraz jeden się powali“.
Siostry w śmiech — wszystkie jeszcze krzyczą: brawo,
Żadna się nie chce ująć za swym bratem.
Julek się spojrzał na Różyczkę łzawo,
Lica mu krwawym palą się szkarłatem,
Nic nie rzekł — śmiechów słucha obojętnie,
Tylko po cichu czegoś westchnął smętnie.
Nazajutrz Julka boży ranek cały
Szukano wszędzie, wysyłano gońce;
Matka płakała, panny bo się śmiały,
Myśląc, że wyszedł ranne widzieć słońce,
I zasnął słodko, marząc, pod brzeziną
Z Hamletem w ręku albo z Balladyną.
W kilka dni potem... smutny proboszcz zrana
Przybiegł z gazetą i rzekł: „Odpoczynek
„Wieczny za duszę zmówmy Juliana. —
„Już w niebo wzięty dobrodziejki synek
„Bo w pierwszej bitwie — wola boża była —
„Pierwsza go kula armatnia trafiła“.
Tu mu głos przerwał niewiast jęk płaczących.
Wszystkie przed krzyżem padły na kolana,
Ksiądz proboszcz czyta akty konających,
[208]
Różyczka milczy, bieluchna jak ściana,
Martwe jej oczy w Chrystusie utkwiły —
Płakać nie mogą — bo cierpi nad siły.
W Krzeszowicach 1882.