Pretendent z Ameryki/XVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XVI.

Brady zjawił się z pudłem, poczem wyszedł, mówiąc:
— Kończą jeszcze jeden, ale zaraz po skończeniu przyniosą.
Barrow wyjął z pudła nieoprawny portret olejny wielkości stopy kwadratowej, bez komentarzy umieścił w odpowiedniem świetle i sięgnął po następny, rzuciwszy przelotne spojrzenie na Tracy. Wyraz kamiennej powagi w obliczu Tracy nie zmienił się; młodzieniec nie zdradził najmniejszego zainteresowania. Barrow umieścił drugi portret obok pierwszego, a sięgając po trzeci, rzucił jeszcze jedno ukradkowe spojrzenie. Kamienne oblicze złagodniało nieco. Numer trzeci zmusił upiora do uśmiechu, numer czwarty precz wygnał obojętność, numer piąty wywołał wybuch śmiechu, który brzmiał jeszcze w całej pełni, gdy wyjmowano numer czternasty.
— Zuch jesteście! — powiedział Barrow. — Widzicie, że i wy potraficie się zabawić.
Obrazy były ohydne w barwach i niegodziwe w wyrazie i rysunku. Ale rysy wywołujące animozję i śmiech, były z rodzaju tych, których całkowita siła nie umiejscowiła się w jednym portrecie, ale wymagała koniecznego potwierdzenia na innych obrazach. Jeden jaskrawo ubrany rękodzielnik w pozie uroczystej, z ręką na armacie, stojący na brzegu morza, z okrętem w głębi, to tylko paskudztwo; ale kiedy człowiek zobaczy tę samą armatę i ten sam okręt na czternastu obrazach zebranych razem, i zawsze innego rękodzielnika na warcie — trudno się nie śmiać.
— Wyjaśnijcie mi, wyjaśnijcie to zboczenie! — wołał Tracy.
— Nie są one dziełem jednego intelektu, ani jednego talentu — ale oba te czynniki składają się na te cuda. Są one kolaboracją; jeden artysta maluje postać, drugi akcesorja. Malarz postaci jest to szewc, niemiec, mający nieprzezwyciężony pociąg do sztuki, drugi to prostoduszny stary amerykański marynarz, którego możliwości są ściśle ograniczone do okrętu, armaty i plamy skamieniałego morza. Malują te rzeczy pod dwudziestu pięciu nazwiskami i dostają po sześć dolarów od sztuki, a namalować mogą po dwie sztuki dziennie, jeżeli nachodzi na nich to co nazywają tuman, czyli — natchnienie.
— I ludzie rzeczywiście płacą za te potwarze?
— Rzeczywiście, i do tego chętnie! A ci twórcy poronionych płodów mogliby podwoić ilość swoich arcydzieł, malując od czasu do czasu niewiastę, gdyby kapitan Saltmarsh potrafił zamiast armaty namalować konia, pianino, albo gitarę. Faktycznie, jego armaty są nieco nużące dla rynku. Nawet dla rynku męskiego. Tych czternastu odbiorców nie są zupełnie zadowoleni. Jeden jest stary „niepodległościowy” żołnierz, zamiast armaty chciałby mieć kolubrynę; drugi jest majtkiem na parowcu i chciałby mieć parowiec zamiast okrętu, itd., itd.. Ale kapitan nie potrafi namalować parowca, któryby był podobny, zaś kolubryna leży daleko poza jego możliwościami artystycznemi.
— Jest to najdziwniejszy sposób rozboju, jaki znam. Nigdy nie słyszałem o czemś podobnem. To ciekawe.
— Tak, tacy to są ci artyści! Są to ludzie zupełnie uczciwi i szczerzy. Ten stary marynarz jest głęboko religijny, z oddaniem studjuje Biblję. Nie znam człowieka o lepszem, bardziej gołębiem sercu, jak ten stary poczciwiec Saltmarsh, chociaż chwilami przeklina brzydko.
— Wydaje mi się wspaniały. Chciałbym go poznać, Barrow!
— Będziecie mieli sposobność. Zdaje mi się, że idą.
Artyści przybyli i zamienili serdeczny uścisk dłoni. Niemiec był wysoki, nieco otyły, z głową łysą, uprzejmym wyrazem twarzy i miłemi manierami. Kapitan Saltmarsh miał około lat sześćdziesięciu, był wysoki, wysmukły, doskonale zbudowany, z czarnemi jak węgiel włosami i zarostem; chód i postawa zdradzały decyzję, energję, ufność. Jego kościste ręce i przeguby pokryte były znakami tatuowanemi, a gdy rozchylał wargi, ukazywały się białe, nieskazitelne zęby. Głos miał głębokie tony dołu organów, i wprawiłby w drżenie płomień gazowy na odległość pięćdziesięciu jardów.
— To wspaniałe obrazy! — powiedział Barrow. — Właśnie je podziwialiśmy.
— To parzo mile, parzo pan lubić te obrazy — z głębokiem zadowoleniem powiedział Handel, niemiec. — A panu, panie Tracy, i panu się to podobało?
— Mówię szczerze, że nigdy nie widziałem nic podobnego!
— Schön! — zawołał z zachwytem niemiec. — Ślisys, kapitanie!! Oto tszentelmen chwalić nasza praca!
Kapitan był również zachwycony.
— Jesteśmy panu niezmiernie wdzięczni za komplement, aczkolwiek nie jest on teraz rzeczą tak rzadką, jak wtedy, kiedyśmy jeszcze nie byli znani...
— Czasami trudno zdobyć uznanie...
— To właśnie. Nie wystarczy umieć ściągnąć liny, trzeba, żeby mat uwierzył, że to potrafisz! Tak się robi reputacja. Dobre słowo powiedziane w odpowiednim czasie — takie słowo stawia cię na nogi. A niech zło spotka tego, kto ma złe myśli — jak mówi Izaak.
— To bardzo wzniosłe i określa istotę rzeczy — powiedział Tracy.
— Gdzie studjował pan malarstwo, kapitanie?
— Nigdzie nie studjowałem. Mam wrodzone zdolności.
— Urodził się z tą armatą. On nie ma z tem nic do roboty, to jego genjusz robi za niego. Zasypia, bierze pendzel do ręki, a armata sama się robi. Gdyby umiał robić Klavier, albo gitarę, albo konia — to byłaby fortuna, heiliger Johannis, to byłaby fortuna!
— To prawdziwa klęska, że interesowi szkodzą i ograniczają go...
Teraz kapitan wpadł w lekkie podniecenie:
— Pan powiedział, panie Tracy! właśnie ograniczają! Patrzno pan. Ten tutaj, na numerze jedenastym, jest kopaczem, znakomitym kopaczem. Chciałby mieć kopaczkę na obrazie. Tam, gdzie jest armata. Obszedłem tę trudność mówiąc mu, że armata jest naszym znakiem fabrycznym, że tak powiem — dowodzi, że jest naszem dziełem; i obawiam się, że gdybyśmy ją opuścili, ludzie nie wiedzieliby, że jest to Saltmarsh — Handel artykuł — czyby pan...
— Ależ, kapitanie, pan siebie krzywdzi! Kto raz widział dzieło Saltmarsh-Handel, nigdy nie da się nabrać na falsyfikat! Obnaż go, złup, ograb ze wszystkich szczegółów, za wyjątkiem barw i wyrazu twarzy, a każdy pozna odrazu, stanie oniemiały z bałwochwalczego zachwytu...
— O, co czuję, słysząc podobne pochwały!
— ...mówiąc sobie to, co już powiedział kilkakrotnie: sztuka Saltmarsh-Handel jest sztuką odmienną; niema nic w górze na niebie, ani tu na ziemi, coby przypominało...
— Nur hören Sie einmal! Nikdy w szyciu nie sliszalem tak mile slofa!
— Więcem mu wybił z głowy kopaczkę, panie Tracy, i ustąpił, ale prosił, żeby mu dorysować katafalk, bo jest też i karawaniarzem. Ale ja nie potrafię namalować i katafalku. Stoimy więc na martwym punkcie. I to samo dzieje się z kobietami. Lubią one słodziutkie obrazy...
— Czy ten genre zależy od akcesorjów?
— Tak; armata, kociak lub inny jaki drobiazg umieszczony w głębi daje odpowiedni efekt. Moglibyśmy robić kokosowe interesy z kobietami, gdybyśmy potrafili malować odpowiednie tło. Ale one nie dbają o artylerję nawet na tyle... to moja wina! — dodał kapitan z westchnieniem. — Andy wywiązuje się doskonale ze swego zadania — powiadam panu, to artysta do szpiku kości!
— Tość, tość, staruszku! Zafse tak mufi o mnie! — z zadowoleniem przerwał mu niemiec.
— Spojrzyj pan sam na jego dzieło. Czternaście portretów na jednej kupie. A niema dwóch podobnych.
To prawda. Nie zauważyłem tego przedtem. To zdumiewające — to wyjątkowe, co?
— Tak mi się wydaje. To właśnie jest właściwością Andy — on odróżnia. Odróżnienie kradnie Czas — psalm czterdziesty dziewiąty — ale mniejsza o to, jest to rzecz uczciwa i ostatecznie popłaca.
— Tak, pan Handel jest niezrównany w chwytaniu podobieństwa, to trzeba przyznać; ale — zastrzegam się, że bynajmniej nie krytykuję — ale czy technika pańska nie jest zbyt surowa?
Uwaga ta niewymownie przejęła kapitana. Pozostał chwilę nieruchomo, poczem mruknął do siebie:
— Technika, technika, politechnika, pyrotechnika — tak... hm — to coś jakby ognie sztuczne — zbyt jaskrawe...
Poczem powiedział z powagą i ufnością:
— Tak, macha pędzlem trochę nazbyt szczodrze. Ale oni wszyscy to lubią — tem stoi cały interes. Weźcie choćby ten numer dziewiąty. Eran, rzeźnik. Wchodzi do pracowni tak ponury w barwach, jak tylko można dobie wyobrazić; spojrzyjcie na niego teraz! Wygląda, jakby miał gorączkę! A rzeźnika cieszy to nieskończenie. Pracuję właśnie nad szkicem do wianka kiełbas, który mam powiesić na armacie, ale naprawdę wątpię, czy potrafię to zrobić. Jeżeli mi się uda — rzeźnik jest nasz!
— Niewątpliwie pański konfident — chciałem powiedzieć, pański współtowarzysz — jest to wielki kolorysta...
— O, danke schön!
— ...jest to niezwykły kolorysta; kolorysta, mogę to śmiało stwierdzić — nie mający naśladowcy ani tu, ani zagranicą; przytem ma on niezwykle śmiałe i dobre touch’e-touch’e, powiedziałbym niczem taran; a przytem ma manjerę tak romantyczną, przedziwną, tak niezwykłą, tak ad libitum, tak prostoduszną, że że... pan jest impresjonistą, prawda?
— Nie — poprostu odpowiedział kapitan. — Andy jest presbiterjaninem.
— To tłumaczy wszystko; w pańskiej sztuce jest coś boskiego, coś uduchowionego, niepokojącego, tęsknego, tajemniczego w bezkresie horyzontu, w niejasnym poszepcie przestrzeni barwy ultramaryny, w przenikliwym katakliźmie niespłodzonego przestworu, och, jeżeli pan, czy pan malował kiedy farbą klejową?
Kapitan odpowiedział energicznie:
— On nie! ale jego pies...
— Nie, to nie był mój pies!
— Przecież mówiłeś, że to twój pies!
— Nie, kapitanie...
— To był biały pies, prawda? z podwiniętym ogonem i naderwanym uchem...
— Daj mu pokój, zostaw! To był parzo mili pies! O, to djabla! ten pies...
Nigdy nie widziałem podobnego człowieka. Zacznij mówić o psie, a będzie się kłócił przez cały rok. Niech mnie djabli, jeślim nie był świadkiem, że kiedyś przez dwie i pół godziny gadał o tem samem.
— Zgaduję, kapitanie — powiedział Barrow — że chodziło o katafalki.
— Nie, panie, nie o katafalki. Poprostu kłócił się ze mną.
— Nie rozumiem, jak pan mógł to wytrzymać.
— Musiałbyś i pan wytrzymać, gdybyś żył z Andy. Ale to jego jedyna przywara.
— Czy nie boi się pan nią zarazić?
— O, nie! — spokojnie odrzekł kapitan. — Myślę, że o to niema obawy.
Artyści pożegnali się nagle. Poczem Barrow położył rękę na ramieniu Tracy, mówiąc:
— Spojrzyj mi w oczy, mój chłopcze! Spokojnie, spokojnie! Tak stało się, jak myślałem, to znaczy tak, jak się spodziewałem; uspokoiłeś się, chwała Bogu. Mózg macie w porządku. Ale nie róbże tego więcej — nawet na żarty. To nic mądrego. Nie uwierzyliby wam nawet, gdybyście byli synem earla. Nie mogliby w to uwierzyć — wiecie? Co na was naszło, żeby stroić takie fochy? Ale mniejsza o to; nie mówmy o tem więcej. Zrobiliście omyłkę. Sami to widzicie.
— Tak. Popełniłem błąd!
— Ale wygnajcie to już z myśli. Drobnostka. Urządzimy to jakoś. Zbierzcie się w kupę, nie dąsajcie się, nie traćcie nadziei. Stoję za wami — macie się o coś oprzeć — nie bójcie się niczego!
Kiedy Tracy wyszedł, Barrow czas jakiś chodził po pokoju niepewnym krokiem. Mówił do siebie:
— Niepokoi mnie. Nigdy nie popełniłby podobnej omyłki, gdyby go nie wyprowadzono z równowagi. Ale wiem, do czego może doprowadzić człowieka brak pracy i widoków na przyszłość. Z początku szarpie mu wnętrzności, a potem budzi dumę; troski robią resztą — i człowiek jest gotów. Muszę pomówić z tymi ludźmi. Jeżeli mają w sobie jakieś ludzkie instynkty, a mają je w głębi duszy — będą dla niego łagodniejsi, wiedząc, że mu się pomieszało we łbie. Ale muszę mu znaleźć robotę. To najlepsze lekarstw na taką chorobę. Biedak! Jest tu sam jeden, bez przyjaciół...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.