Pretendent z Ameryki/XIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ XIX.

Tymczasem earl i Hawkins rozmawiali na stronie, przerażeni i zaniepokojeni. Earl mówił:
— Najbardziej gnębi mię tajemnica, skąd wziął drugą rękę?
— Tak, i mnie to uderzyło. I jeszcze jedno mię niepokoi: jest to angielska zjawa. Jak to wytłomaczyć, pułkowniku?
— Mówiąc uczciwie — nie wiem, Hawkins; naprawdę nie wiem. To zdumiewające i wstrętne.
— A nie przypuszczasz czasem, że to nie ten?
— Nie ten? A ubranie?
— Suknie są te same. Co do tego niema wątpliwości. Co zrobimy? Nic nam z tego nie przyjdzie. Wyznaczono nagrodę za jednorękiego amerykanina, a tu stoi dwuręki anglik.
— No, może to nie będzie powód do objekcji... Widzisz, nie jest to mniej niż żądali. Jest to właściwie więcej...
Ale sam zdał sobie sprawę, że argument ów jest słaby, więc mu dał spokój. Czas jakiś przyjaciel jego siedział milcząc, zadumany nad popełnioną omyłką. Nagle twarz Earla rozjaśniła się, jakby natchniona, i earl zawołał z naciskiem:
— Hawkins! materjalizacja jest to szlachetniejsza i wspanialsza nauk, niżeśmy przypuszczali! Nie zdawaliśmy sobie właściwie sprawy, iż dokonaliśmy rzeczy wzniosłej i godnej podziwu. Tajemnica jest dla mnie obecnie jasna — jasna jak dzień. Człowiek składa się z dziedzicznych i pochodnych atomów swoich przodków. Ta oto materjalizacja jest niezupełna. Doprowadziliśmy ją najwyżej do początku tego wieku.
— Co ty mówisz, pułkowniku? — zawołał Hawkins; groźne słowa i ruchy starego dżentelmena zbudziły w nim dreszcz strachu.
— Tylko tyle. Zmaterjalizowaliśmy przodka bandyty.
— O, nie mów tego! nie mów! to okropne!
— Ale prawdziwe, Hawkins. Wiem. Przypatrz się faktom. Zjawa jest angielska. Zanotuj to. Mówi poprawnie. Zanotuj i to. Jest artystą, i to zanotuj. Ma maniery i postawę dżentelmena. Zanotuj to również. Gdzież więc jest twój cowboy? Odpowiadaj!
— Rossmore, to okropne! To okropne! Nie mogę nawet myśleć...
— Z bandyty nie zmartwychwstał ani jeden wiecheć — nic, nic, za wyjątkiem ubrania!
— Pułkowniku, więc rzeczywiście przypuszczasz...
Pułkownik z emfazą opuścił pięść, poczem powiedział:
— To właśnie przypuszczam: materjalizacja nie dojrzała; bandyta wyślizgnął nam się rąk; ten — to tylko jego nędzny przodek!
Wstał i w wielkiem podnieceniu zaczął się przechadzać po pokoju. Hawkins powiedział płaczliwie:
— To gorzkie rozczarowanie — gorzkie.
— Wiem, wiem, Senatorze! Czuję to niemniej głęboko od ciebie. Ale musimy zrezygnować — z moralnych powodów. Potrzebuję pieniędzy i ubogi jestem, ale Bóg mi świadkiem! nie na tyle, aby przyłożyć rękę do ukarania przodka za winy, popełnione przez potomstwo tego przodka!
— Ale pułkowniku, — błagał Hawkins — zastanów się! nie bądź taki prędki! Wiesz, iż to jedyny sposób zdobycia pieniędzy, a przecież nawet Pismo święte mówi, że aż do czwartego pokolenia potomstwo karane będzie za zbrodnie, popełnione przez przodków o cztery pokolenia wstecz, aczkolwiek nic z tą zbrodnią nie ma wspólnego. Wystarczy tylko odwrócić ów werset i zastosować go w obu kierunkach...
Pułkownik był zaskoczony surową logiką tego twierdzenia. Przechadzał się tam i z powrotem, myśląc z natężeniem. Wkońcu powiedział:
— Jest w tem pewna racja! I chociaż wydaje mi się rzeczą pożałowania godną kazać się pocić temu biednemu przodkowi za zbrodnię, do której nie przyłożył ręki, to jednak — jeżeli obowiązek tego wymaga — przypuszczam, iż powinniśmy go oddać w ręce władzy!
— Jakbym to zrobił! — radośnie, z ulgą zawołał Hawkins. — Oddałbym go, choćby miał być tysiącem przodków zawartych w jednem!
— Na Boga! ależ on jest tem właśnie! — powiedział Sellers, z rodzajem westchnienia — tem właśnie! wszyscy przodkowie złożyli na niego rodzaj kontrybucji! Są w nim atomy kapłanów, żołnierzy, krzyżowców, poetów, słodkich i wytwornych niewiast — ludzie wszelkich stanów i zawodów, którzy stąpali po tej ziemi w dawnych, dawnych wiekach, zniknęli z jej powierzchni przed laty, a teraz aktem naszej woli zostali zbudzeni z wiecznego snu, by odpowiadać za okradzenie jednego nędznego banczku gdzieś na granicach Cherokee-Strip! I to jest krzycząca niesprawiedliwość!
— O, nie mów tak, pułkowniku! To mi szarpie serce i każe wstydzić się roli, którą proponuję, byśmy ode...
— Czekaj! Już mam!
— Pomyślne wyjście?! Powiedz! ginę z ciekawości.
— To bardzo proste. Dziecko wpadłoby na to! Przecież mi się udał. Nie widzę w nim najmniejszej skazy... Skoro udało mi się doprowadzić go do początku tego wieku, dlaczego miałbym się na tem zatrzymać? Co mi przeszkadza doprowadzić go do naszych czasów?
— Do djabła! nigdy nie przyszłoby mi to na myśl! — zawołał Hawkins, promieniejąc nową radością. — Tego nam potrzeba! Co to za głowa! A czy straci zbyteczną rękę?
— Straci.
— I angielski akcent?
— Ten zniknie zupełnie. Będzie mówił akcentem z Cherokee-Strip i popełniał inne błędy gwarowe.
— A może się przyzna, pułkowniku?
— Przyzna? Tylko do okradzenia banku!
— Tylko? tak. Ale dlaczego tylko?
Pułkownik zaczął z naciskiem:
— Hawkins, ależ on będzie zupełnie w moich rękach. Każę mu się przyznać do wszystkich zbrodni, jakie popełnił. Muszą ich być tysiące... Rozumiesz myśl?...
— Nie — nie bardzo.
— Nagrody same do nas przyjdą!
— Wspaniała koncepcja! Nigdy nie widziałem głowy, któraby jednem spojrzeniem obejmowała wszystkie odległe możliwości i odgałęzienia podstawowej idei!
— Drobnostka. To samo na mnie nachodzi. Kiedy skończy odsiadywać jedną karę w więzieniu, zacznie drugą — itd. itd., a my nie — tylko zbieramy nagrody w miarę, jak on idzie z więzienia do więzienia. Będziemy mieli do końca życia stałe dochody, Hawkins! A ponieważ on jest niezniszczalny — uważam to za najlepszą inwestycję...
— To wygląda — to wygląda na to, co ty mówisz. Naprawdę!
— Wygląda? Bo jest! Chyba nikt nie zaprzeczy, że mam za sobą długoletnie i głębokie doświadczenie handlowe, a jednak nie waham się powiedzieć, że to uważam za najcenniejszą zdobycz, jaką kiedykolwiek posiadałem!
— Rzeczywiście tak myślisz?
— Ależ tak! naturalnie!
— Och, pułkowniku! bolesne strzały i groty nędzy!... Gdybyśmy tak mogli zrealizować zaraz... Nie mówię o sprzedaniu wszystkiego — ale odstąpić cząstkę — wystarczającą na...
— Zobacz no, jak drżysz! To z powodu braku doświadczenia! Mój chłopcze, gdybyś oswoił się z wielkimi operacjami finansowemi tak jak ja, byłbyś spokojny. Spojrzyj-no na mnie! Czy oko moje pała? Czy zauważyłeś we mnie najmniejsze podniecenie? Zmierz mi puls — pul! pul! pul! — jak gdybym spał. A jednak — co się dzieje w moim spokojnym, zimnym mózgu? Tłum postaci, sam widok których przyprawiłby nowicjusza w sprawach finansowych o zawrót głowy! Otóż, tylko zachowując spokój, i rozglądając się wkoło, człowiek widzi rzeczy jakiemi one są i chroni siebie przed błędem, popełnianym przez nowicjusza — błędem, którego tyś się dopuścił: gorączką realizowania. Wysłuchaj mnie. Chciałbyś sprzedać jego cząstkę za gotówkę. A jakie są moje plany? zgadnij!
— Nie mam pojęcia! mów!
— Kapitalizować go!
— No, nigdy nie wpadłbym na to!
— Bo nie jesteś finansista. Mówię ci, że ma na sumieniu tysiące zbrodni. Nie jest to wiele. Dość spojrzeć na niego — nawet w tym niedoskonałym kształcie — żeby widzieć, że popełnił ich miljony. Ale dla ostrożności powiedzmy tysiąc. Pięć tysięcy pomnożone tysiąckrotnie daje nam pewną jak dwa razy dwa sumę — jaką? 5.000.000!
— Poczekaj, niech odetchnę!
— I objekt niezniszczalny. Zawsze owocujący — zawsze. Gdyż objekt z takiemi skłonnościami będzie stale popełniał zbrodnie i dostarczał nam nagród!
— Zdumiewasz mnie! w głowie mi się kręci!
— Niech się kręci! niema w tem nic złego. Teraz kiedyśmy wszystko omówili, nie wtrącaj się! W odpowiednim czasie zrobię inwentarz. Oddaj sprawę w moje ręce. Chyba nie wątpisz, że zdolny jestem wykonać to, co zasługuje na wykonanie?
— Oczywiście! Stwierdzam to z całą szczerością!
— A więc doskonale! Każda rzecz ma swój czas. My, starzy praktycy, pracujemy systematycznie i porządnie. Na żadne tam hokus-pokus nas nie weźmie. No, na co teraz kolej? Doprowadzenie materjalizacji do naszych czasów. Zaraz się do tego zabieram. Przypuszczam...
— Słuchaj-no, Rossmore! Nie zamknąłeś go! Stawiam sto przeciw jednemu, że uciekł!
— Uspokój się. Nie zaprzątaj sobie tem głowy.
— Ale dlaczego nie miał uciec?
— A niech sobie ucieka, jeśli chce! cóż z tego!
— No, uważałbym to za poważne nieszczęście!
— Ależ mój chłopcze, kto raz dostał się pod moją władzę, zawsze pod nią będzie. Może sobie wchodzić i wychodzić, ile zechce. Mogę go przyciągnąć wszędzie, gdzie zechcę — jedynie siłą woli.
— Ach, słucham tego z radością! Upewniam cię!
— Dam mu do malowania wszystko, czego zażąda, a my i nasza rodzina postaramy się, żeby czuł się u nas swobodnie i dobrze. Nie widzę powodu ograniczenia jego ruchów. Przypuszczam, iż uda mi się w niego wmówić, żeby zachował zupełny spokój, gdyż materjalizacja w stanie niezupełnego ukształtowania musi być z konieczności delikatna, wiotka i bezsubstancyjna — ale, ale, ciekaw jestem, skąd on się wziął?
— Jakto? Co to znaczy?
Earl wskazał na niebo gestem znaczącym i pytającym. Hawkins zdumiał się, zamyślił się głęboko, poczem smutnie pokiwał głową i wskazał ziemię.
— Skąd te myśli, Waszyngtonie?
— Nie wiem! ale sam widzisz, iż nie zdaje się być związany ze swojem ostatniem miejscem pobytu.
— Dobrze pomyślane! Słusznie dedukujesz! Zrobiliśmy mu łaskę. Przypuszczam, że uda mi się go spokojnie wybadać. I przekonamy się, żeśmy mieli słuszność.
— Ile czasu potrzebujesz na wykończenie go i doprowadzenie do naszej epoki?
— Chciałbym to wiedzieć — ale nie wiem! Jestem dosłownie przybity tym nowym szczegółem — nieprzewidzianą koniecznością stopniowego materjalizowania osobnika, począwszy od jego przodków, a kończąc na ostatecznym wyniku w postaci potomka. Ale dam mu kuksańca — niech się żywiej rusza!
— Rossmore!
— Jestem, kochanie. Tu w laboratorjum. Chodź, i Hawkins tu jest. Słuchaj-no, Hawkins, dla całej rodziny musi on być istotą ludzką, żywą. Nie zapominaj o tem. Oto idzie.
— Siedźcie, siedźcie, ja nie wchodzę! Chciałam tylko zapytać, kto tam maluje?
— Kto maluje? O, pewien młody artysta, młody anglik, nazwiskiem Tract. Bardzo obiecujący — ukochany uczeń Jana Krzysztofa Andersena, a może innego ze starych malarzy — ale jestem prawie przekonany, że Andersena! Ma odrestaurować niektóre z naszych włoskich arcydzieł. Rozmawiałaś z nim?
— Parę słów tylko. Wpadłam na niego jak bomba, nie spodziewając się, że ktoś jest w pokoju. Chciałam być uprzejma; zaproponowałam mu przekąskę (Sellers zrobił w kierunku Hawkinsa szeroki gest ręką), ale odmówił, twierdząc, że nie jest głodny (nowy sarkastyczny gest), więc przyniosłam mu parę jabłek (parę wymownych znaków) i zjadł...
— Co?! — Pułkownik skoczył na parę jardów w górę, i oparł trzęsąc się ze zdumienia.
Zdziwienie odebrało lady Rossmore mowę. Spojrzała na zbaraniałą powłokę posła z Cherokee Strip, potem na męża, potem znowu na posła... Wreszcie powiedziała:
— Co się z tobą dzieje, Mulberry?
Nie odrazu odpowiedział. Odwrócił się plecami. Pochylony nad krzesłem, macał siedzenie. Ale po chwili odrzekł:
— A mam cię! ćwieczek!
Dama przyglądała mu się z niedowierzaniem, poczem powiedziała podstępnie:
— A, to ćwieczek! Chwała Bogu, że nie cały gwóźdź, bo byłbyś zajechał na Drogę Mleczną! Niecierpię żeby mi w ten sposób targano nerwami! — Odwróciła się na pięcie i wyszła.
Zaledwie wyszła, pułkownik zaczął przytłumionym głosem:
— Chodź. Zobaczymy sami. W tem musi być jakieś nieporozumienie.
Podnieśli się ostrożnie i zajrzeli. Sellers szepnął z rozpaczą:
— Je! Co za ohyda! Hawkins! to wstrętne! Zabierz mię — nie mogę tego ścierpieć!
Chwiejnym krokiem wrócili do laboratorjum.
Praca Tracy postępowała powoli, bowiem mózg jego zajęty był czem innem. Niejedno go tu dziwiło. Nagle przejrzał — tak mu się przynajmniej zdawało — i powiedział do siebie:
— Nakoniec mam klucz! rozum tego pana szwankuje: nie wiem, do jakiego stopnia, ale na paru punktach jest nie w porządku, to jasne! W każdym razie to tłumaczy jego pomieszanie. I te ohydne chromolitografje, które on bierze za starych mistrzów; te straszne portrety, które w jego oszalałym mózgu reprezentują Rossmore’ów; herby, napisy na odrapanej budzie, Rossmore-Tower, i te nieznośne zapewnienia, że na mnie czekał! To niemożliwe, żeby spodziewał się odwiedzin moich, lorda Berkeley. Wie z pism że osobnik ten zginął podczas pożaru New Gadsby.
— Do djabła! ależ on właściwie nie wie, na kogo czekał! Sądząc z tego, co mówił, nie spodziewał się anglika, ani artysty, a jednak pomimo tego ja odpowiadam jego wymaganiom! Wydaje mi się zupełnie zadowolony z mojej osoby... Oczywiście, jest trochę — nie tego; faktycznie musi być nie tego, biedny stary dżentelmen! Ale jest interesujący. Przypuszczam, że wszyscy ludzie w tym stanie są interesujący. Mam nadzieję, że będzie zadowolony z mojej pracy. Chciałbym módz przychodzić tu codzień i studjować go. A kiedy doniosę ojcu — o, to boli! nie powinienem o tem myśleć, to niezdrowo dla mnie!
— Ktoś idzie... Trzeba brać się do roboty... Znowu ten stary. Wygląda markotny. Może moje ubranie wydaje mu się podejrzane — i jest podejrzane u artysty! Gdyby sumienie pozwoliło mi je zmienić — ale o tem niema nawet mowy! Ciekaw jestem, w jakim celu robi te passy w powietrzu... Zdaje się, że ja jestem objektem... Czy chce mnie mesmeryzować? To mi się nie podoba. Jest w tem coś niemiłego...
Pułkownik mruknął do siebie:
— To robi efekt; widzę wyraźnie. Przypuszczam, że na pierwszy raz wystarczy. Nie jest jeszcze bardzo solidny, i mógłbym go rozłożyć. Zadam mu teraz kilka łatwych pytań, i spróbuję dowiedzieć się, skąd przychodzi i kim jest z zawodu...
Zbliżył się i powiedział uprzejmie:
— Niech pan sobie nie przerywa, panie Tracy. Chciałem tylko rzucić okiem na pańską pracę... A, ładnie — naprawdę! Bardzo elegancko pan to robi. Córka moja będzie zachwycona. Mogę usiąść?
— O, proszę, będę bardzo rad!
— Nie przeszkadzam panu? to znaczy, nie przerwę panu natchnienia?
Tracy roześmiał się, mówiąc, iż nie jest na tyle eteryczny, by dać się łatwo speszyć.
Pułkownik zadał mu kilka podstępnych i dobrze obmyślonych pytań — pytania te wydawały się Tracy bardzo dziwaczne i nieporządne — odpowiedzi jednak widocznie były zadowalniające, gdyż pułkownik mruknął do siebie tonem, w którym duma pomieszana była z wdzięcznością:
— Porządna robota, jak dotąd. Jest solidny, zupełnie solidny i dojdzie mi z czasem. Solidny, jak rzeczywistość. Przypuszczam, że potrafiłbym wprawić go w zdumienie.
Po małej pauzie przerwał:
— Woli pan być tu, czy tam!
— Tam? gdzie?
— No — tam, gdzie pan był.
Myśl Tracy pomknęła do jadłodajni i odpowiedział stanowczo:
— O tutaj! o wiele!
Pułkownik zdumiał się i mruknął do siebie:
— Wszystko jest jasne. Biedak mówi wyraźnie, skąd przybył. Jestem zadowolony. Jestem szczęśliwy, żem go stamtąd wyciągnął.
Siedział i milczał, milczał i śledził ruch pendzla. Wreszcie powiedział do siebie:
— To mi się wydaje zapłatą za chybione starania w sprawie tego biednego Berkeley’a. Widocznie poszedł w przeciwnym kierunku. No, mniejsza o to. Tam jest mu lepiej.
Właśnie z ulicy weszła Sally Sellers, wyglądając ładniej, niż kiedykolwiek. Przedstawiono jej artystę. I tu zaszedł fakt wzajemnej miłości z pierwszego wejrzenia, chociaż żadna strona być może nie zdawała sobie z tego sprawy. Anglik pomyślał z ulgą: „Może to nie warjat...” Sally usiadła, zdradzając zainteresowanie malowaniem Tracy, co mu się niezmiernie podobało. Sellersa paliła chęć odpowiedzieć wszystko Hawkinsowi, więc pożegnał się, mówiąc, że „jeżeli dwoje młodych adeptów barwnej muzy” potrafi obejść się bez niego, zajrzy do swoich interesów. Artysta mruknął do siebie: „Zdaje mi się, że to trochę dziwak, ale nic ponad to”. Wyrzucał sobie, iż oczernił człowieka, zanim dał mu sposobność okazać, czem jest w istocie.
Oczywiście Nieznajomy szybko poczuł się, jak u siebie i rozmawiał bardzo swobodnie. Przeciętna amerykańska dziewczyna posiada cenne zalety: naturalność, uczciwość, oraz niewinną szczerość; jest niemal zabezpieczona przed nudnym konwenansem i sztucznością; w rezultacie osoba jej i sposób bycia są bezpretensjonalne, i człowiek uważa się za jej znajomego i jest z nią na przyjacielskiej stopie, zanim zrozumie, jak się to stało.
— Nowa znajomość — właściwie przyjaźń — postępowała szybko. A dowodem owej szybkości i głębi niech będzie niezaprzeczalny i dość wyrazisty fakt, iż po upływie niespełna pół godziny obie strony zdawały się nie pamiętać o stroju Tracy.
Później świadomość ta się zbudziła. I wtedy Gwendolina zrozumiała, iż się zupełnie na niego godzi, Tracy zaś — nie.
Świadomość tę zbudziła prośba Gwendoliny, by artysta zechciał zostać na obiad. Musiał odmówić, ponieważ pragnął żyć — teraz, kiedy było po co żyć — nie mógł zaś przeżyć myśli, iż dżentelmen zasiądzie w takim stroju do obiadu. Ale odszedł szczęśliwy, albowiem zmartwienie Gwendoliny nie uszło jego uwagi.
A dokąd poszedł? Wprost do składu z gotowemi ubraniami i kupił tam schludny i przyzwoity garnitur, jaki w jego przekonaniu anglik nosić powinien. Powiedział — do siebie, ale w duchu: „Wiem, że to źle. Ale postąpiłbym również źle, nie robiąc tego. A dwie rzeczy złe nie robią jednej dobrej”.
To go zadowolniło i ulżyło jego sercu. Być może, zadowolni to również czytelnika, jeżeli zrozumie znaczenie tych słów.
Starcy byli zaniepokojeni widokiem Gwendoliny podczas obiadu, ponieważ była milcząca i roztargniona. Gdyby baczniej ją śledzili, nie uszłoby ich uwagi, iż zdradza zainteresowanie i żywość, ilekroć rozmowa schodzi na malarza i jego prace. Ale to uszło ich uwagi. Rozmowa schodziła na inny temat, a potem znów ktoś zaczynał ubolewać nad Gwendoliną, pytając, czy nie czuje się niezdrowa, albo czy nie spotkała jej jaka przykrość w jej zawodzie.
Matka proponowała znane patenatowane lekarstwa i wzmacniające środki z żelazem i innymi metalami, ojciec ofiarował się posłać po wino, chociaż był zaciętym prohibicjonistą i głową zakonu na tę dzielnicę — odrzucała wszystkie te uprzejmości — z wdzięcznością, ale i z uporem.
Kiedy wybiła pora spoczynku i cała rodzina się rozeszła, niepostrzeżenie schowała jeden z pendzelków, mówiąc do siebie: „Tym malował najwięcej”.
Nazajutrz Tracy opuścił mieszkanie, ubrany w nowy garnitur; w dziurkę od marynarki wpiął goździk — codzienny dowód pamięci Kizi. Duszę miał przepełnioną Gwendoliną Sellers i znajdował się stanie prawie artystycznego natchnienia. Przez cały ranek pendzel jego żwawo migał po płótnie, prawie nieprzytomnie — nieprzytomnie w sensie, iż nie zdawał sobie z tego sprawy, aczkolwiek niektóre powagi mają co do tego wyrażenia pewne objekcje — malując jeden po drugim całe cudy sztuki dekoracyjnej, jako akcesorja portretów; a czynił to ze zręcznością i pośpiechem, które wprawiały w zdumienie weteranów firmy, wywołując z ich strony nieustanne wybuchy zachwytu.
Tymczasem Gwendolina straciła południe i wiele dolarów. Przypuszczała, że Tracy przyjdzie zrana — do wniosku tego doszła bez niczyjej pomocy. Co chwila zbiegała ze swojej małej pracowni, żeby przygotować pendzle i inne rzeczy oraz zobaczyć, czy jeszcze nie przyszedł. A kiedy siedziała w swojej pracowni, to nie było z tego żadnego pożytku — nawet przeciwnie, co stwierdziła z przykrością. W ostatnich czasach poświęcała wolne chwile na komponowanie oryginalnej i wspaniałej sukni dla siebie: dziś miała ją skończyć. Ponieważ jednak myśli jej bujały gdzieindziej — spartoliła wszystko.
Przekonawszy się, co zrobiła, Gwendolina zrozumiała przyczynę, odłożyła robotę, mówiąc że poddaje się przeznaczeniu. Od tej chwili nie wychodziła już z Sali Audjencjonalnej, ale została tam, czekając:
Po drugiem śniadaniu, czekała również. Całą godzinę. Wielka radość przeniknęła jej serce, gdy spostrzegła, że idzie. Szybko wbiegła po schodach, skracając sobie czas szukaniem najpotrzebniejszego pendzla, który gdzieś zarzuciła — wiedząc gdzie, zresztą.
Tymczasem zebrali się wszyscy domownicy, szukając owego pendzla; wezwano również Sally; długo nie mogła go znaleźć, ale znalazła wkońcu, gdy wszyscy poszli szukać w kuchni, piwnicy, drwalni, i w innych miejscach, gdzie ludzie szukają przedmiotów o obyczajach bliżej im nieznanych.
Podała mu więc pendzel z uwagą, że powinna była dopilnować, żeby wszystko było przygotowane — nie uważała tego jednak za pilne, gdyż się nie spodziewała, że przyjdzie tak wcześnie. Tu Sally umilkła, zdziwiona tem, co mówi. Czuł się zawstydzony i załapany i powiedział do siebie: „Wiedziałem, że moja niecierpliwość przygna mnie tu przed czasem, że mnie oszuka i tak się stało. Widzi mnie nawskróś i śmieje się ze mnie w duszy, oczywiście”.
Gwendolina była bardzo uradowana z jednego szczegółu, i wręcz przeciwnie z drugiego. Cieszyła się z nowego garnituru oraz zmiany, jaką sprawił. Mniej cieszył ją goździk w butonierce. Wczorajszy goździk prawie jej nie zainteresował. Ten był zupełnie do tamtego podobny, ale czemciś zwrócił i przykuł jej uwagę. Marzyła, by dowiedzieć się jego historji i w sposób zręczny i obojętny. Nagle odważyła się. Powiedziała:
— Bez względu na wiek, mężczyzna zawsze może odmłodzić się o kilka lat, nosząc w butonierce jaskrawy kwiatek. Zauważyłam to już niejednokrotnie. Czy dlatego nosicie kwiaty?
— Zdaje mi się, że nie. Ale i ten powód byłby pewnie dostateczny. Dotychczas nigdy nie przyszło mi to do głowy.
— Pan zdaje się lubić goździki... Czy lubi pan ten kwiat, czy barwę?
— O, nie — odpowiedział poprostu. — Dostaję goździki. Nie wydaje mi się, żebym wolał je od innych kwiatów...
— Dają mu kwiaty! — szepnęła do siebie i natychmiast ochłodła dla goździków. — Ciekawa jestem, kto mu daje kwiaty i jak ona wygląda?
Kwiat zaczął wypełniać sobą cały pokój. Narzucał się. Zasłaniał i psuł wszystko dookoła. Nagle stał się nieznośnie uciążliwy i jaskrawy.
— Ciekawa jestem, czy on dba o nią... — Ta myśl sprawiła jej spokojną, przewlekłą przykrość.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.