Pretendent z Ameryki/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Mark Twain
Tytuł Pretendent z Ameryki
Data wydania 1926
Wydawnictwo E. Wende i Spółka
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz J. P.
Tytuł orygin. The American Claimant
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


ROZDZIAŁ II.

Pułkownik Mulberry Sellers (działo się to na parę dni przed napisaniem owego listu do lorda Rossmore) — siedział w swojej „bibliotece”, która służyła mu jednocześnie za „bawialnię”, a zarazem była „galerją obrazów” i „pracownią”. Zależnie od okoliczności i potrzeby nadawał jej tę lub inną nazwę. Pracował właśnie nad konstrukcją jakiejś zabawki mechanicznej — i zdawał się być niezwykle zaabsorbowany swojem dziełem. Był to siwowłosy już mężczyzna, zachował jednak dawny czerstwy i młodzieńczy wygląd, i był jak zwykle ożywiony i pełen fantazji. Jego stara kochająca małżonka siedziała opodal z robótką szydełkową w ręku i kotem na kolanach. Pokój był obszerny, jasny, zaciszny, wyglądający zasobnie, chociaż meble były lichego gatunku i bardzo nieliczne, a ozdoby i inne drobiazgi niezbyt kosztowne. Ale stały w nim kwiaty, i było coś nieokreślonego i nieuchwytnego w owej izbie, co zdradzało obecność w domu osoby o dobrym smaku i troskliwej dłoni.
Nawet nieubłagane chromolitografje na ścianach wisiały to bez zamiaru obrażenia kogokolwiek; zdawało się, iż powieszono je jedynie w celu oczarowywania gości, gdyż każdy, kto choć raz rzucił na nie okiem, zachowywał pamięć o nich do grobowej deski — wszyscy znamy ten rodzaj obrazów. Niektóre z tych straszydeł były „landszaftami”, inne parodjowały morze, inne znowu miały pozory portretów — a każdy z nich był przestępstwem. „Portrety” były wizerunkami szlachetnych i zasłużonych amerykanów, ale jakaś śmiała ręka odpowiednimi napisami kazała im odgrywać rolę „earlów Rossmore”. Najnowszy z „portretów” rozpoczął swój żywot jako Andrzej Jackson, ale obecnie starał się jaknajlepiej odgrywać rolę „Szymona Lathers Lorda Rossmore, obecnego earla”. Na jednej ze ścian wisiała tania stara mapa sieci kolejowej w Warwickshire. Tę przechrzczono od niedawna na „Posiadłości Rossmorów”. Na przeciwległej ścianie wisiała inna mapa — i ta była najbardziej imponującą ozdobą pokoju, i pierwszą rzeczą, która przykuwała uwagę gości — a to dzięki swoim rozmiarom. Ongiś nosiła skromną nazwę „Syberja”, ale obecnie wyraz „przyszła” został dopisany na pierwszym planie. Były jeszcze i inne dodatki: porobione czerwonym atramentem liczne miasta, z oznaczoną ilością mieszkańców, rozsiały się po obszernej równinie w miejscach, w których dotychczas niema ani miast, ani mieszkańców. Jedno z miast, z ludnością półtoramiljonową, nosiło nazwę „Liberty-orlofskoizalinsk”, ale było jeszcze i większe, w samem centrum kraju, z tytułem „stolica”, nazwane: „Frydomolownaiwanowicz”.
„Dwór” — tak zazwyczaj nazywał pułkownik dom, w którym mieszkał — był koślawym, dwupiętrowym budynkiem okazałych rozmiarów; w zamierzchłej przeszłości jaskrawo pomalowany — ale z biegiem czasu zdawał się sam o tem zapomnieć. Stał w odległej dzielnicy Waszyngtonu i prawdopodobnie służył kiedyś za letnią rezydencję. Otaczał go zaniedbany dziedziniec z drewnianym parkanem wymagającym naprawy, i furtka, która usiłowała otwierać się i zamykać prawidłowo.
Około drzwi wejściowych wisiało kilka skromnych napisów. „Pułk. Mulberry Sellers, doradca prawny” był najważniejszym. Inne głosiły, że pułkownik był materjalizatorem, hipnotyzerem, odgadywaczem cudzych myśli, itd. Gdyż był to człowiek, który potrafi wszystko.
Siwowłosy murzyn w okularach i zniszczonych wełnianych rękawiczkach, zjawił się nagle, stanął na baczność i zameldował:
— Massa Waszyngton Hawkins...
— Wielkie nieba! Wprowadź go, Danku, wprowadź!
Pułkownik i jego żona w jednej chwili byli na nogach, a w następnej serdecznie ściskali dłonie silnemu, dzielnemu mężczyźnie, którego ogólny wygląd nasuwał myśl, że ma lat około pięćdziesięciu, ale którego uwłosienie świadczyło o stu.
— Doskonale, ślicznie, cudownie, Waszyngtonie, mój chłopcze, dobrze jest widzieć cię znowu! Siadaj no, siadaj, i bądź jak w domu. No tak — a jakże, wyglądasz doskonale; trochęś się postarzał, odrobinkę, ale poznałabyś go pomimo to, prawda Polly?
— O tak, Berry, on wygląda właśnie tak, jak jego ojciec wyglądałby, gdyby nie był umarł. Drogi, kochany, skąd do nas spadłeś? Poczekaj, niech sobie przypomnę, ile to czasu...
— Śmiem twierdzić, że przeszło piętnaście lat, pani Sellers.
— Tak, tak, jak to ten czas leci! tak, i te zmiany w nas...
Głos jej się nagle załamał, i wargi zadrżały, podczas gdy mężczyzna milczał z uszanowaniem, czekając na koniec zdania; odwróciła się, przykładając fartuch do oczów, i cicho odeszła.
— Widocznie przypomniałeś jej dzieci, biedactwu. Umarły wszystkie, oprócz najmłodszej. Ale precz z troską — nie czas na nią — dalej w tan, niech żyje wesołość — oto moje hasło — jeżeli jest ktoś odpowiedni do tańca i weselenia się, a ty jesteś pierwszy do tego, jak zazwyczaj — wiem to z doświadczenia, a znam ludzi i świat aż nadto dobrze. No, a gdzieś to przepadał przez te piętnaście lat i czy wracasz stamtąd obecnie, lub raczej skąd przybywasz?
— Wątpię, czy zgadłbyś, pułkowniku. Z Cherokee Strip.
— Moja ojczyzna.
— Tak pewne, jak to, że żyjemy!
— Żartujesz chyba. Mieszkasz tam obecnie?
Tak, jeżeli w ten sposób można to określić; gdyż jest to właściwie kraj dzikich królików, gotowanej fasoli, skórzanych kurtek, przygnębienia, straconych złudzeń, nędzy we wszystkich jej odmianach.
— I Luna tam mieszka?
— Tak, i ona, i dzieci.
— Nie zabrałeś ich ze sobą?
— Nie stać mię było na to.
— O, już widzę — przyjechałeś wnieść skargę przeciwko rządowi. Bądź spokojny — zajmę się tem.
— Ależ nie chodzi o skargę na rząd!
— Nie? Chcesz być urzędnikiem pocztowym? Ależ nic łatwiejszego. Pozostał to mnie. Już ja to przeprowadzę.
— Ależ nie chodzi mi o pocztę — ciągle jeszcze nie możesz utrafić!
— Ależ, dobry Boże, Waszyngtonie, dlaczego nie powiesz mi otwarcie, o co właściwie chodzi?! Dlaczego jesteś tak wstrzemięźliwy i nieufny w stosunku do starego przyjaciela? Czy przypuszczasz, że nie potrafię utrzymać tajemni...
— Ależ niema w tem żadnej tajemnicy! poprostu nie dajesz mi przyjść do słowa, i...
Słuchaj-no, stary przyjacielu, znam ja rodzaj ludzki; i wiem, że jeżeli ktoś zjawia się w Waszyngtonie, czy przybywa z nieba, czy choćby z Cherokee Strip, to ma w tem jakiś interes, czegoś chce. I wiem równie dobrze z góry, że to mu się nie uda; że będzie próbował czego innego — i znowu napróżno; i to samo szczęście będzie miał przy następnej próbie; i będzie sterczał w Waszyngtonie do wydania ostatniego grosza, i ostatecznie będzie zbyt biedny i zawstydzony, by powrócić nawet na Cherokee Strip; a wreszcie serce mu pęka, a oni zrobią na niego składkę i urządzają mu pogrzeb. Tak — nie przerywaj mi, wiem co mówię. Szczęśliwie i spokojnie żyłem na Dalekim Wschodzie, czyż nie? Ty wiesz coś o tem. Byłem pierwszym obywatelem Hawkeye, szanowany przez wszystkich, coś w rodzaju autokraty, właśnie autokraty, Waszyngtonie. No, i nic nie mogłem na to poradzić — musiałem iść na ministra do st. James, gubernator i wogóle wszyscy żądali tego, wiesz to przecie, i wreszcie ustąpiłem — nie chcąc, musiałem się zgodzić i przybyłem tutaj. O jeden dzień zapóźno. Pomyśl o tem — jak to jednak, lada drobnostka zmienia historję świata — tak, mój panie, miejsce było już zajęte. No, ale ze mną musiano coś zrobić. Byłem skłonny do kompromisu i godziłem się jechać do Paryża. Prezydentowi było ogromnie przykro, itd., ale ta miejscowość nie leży na Wschodzie, a więc nie można mnie było tam wysłać. Nie było rady, musiałem ustąpić raz jeszcze — każdego z nas czeka ten los, wcześniej czy później, Waszyngtonie, i dobrze jest przyjąć go pogodnie i spokojnie — a więc ustąpiłem raz jeszcze i zaproponowałem wysłanie mnie do Konstantynopola. Zastanów no się nad tem, co powiem, Waszyngtonie — po miesiącu prosiłem o naznaczenie mię do Chin; po upływie następnego miesiąca błagałem o Japonję; a po roku, kiedy byłem już zupełnie pogrążony, ze łzami w oczach skamlałem o najskromniejszą posadę rządową w Stanach Zjednoczonych — zbieracza krzemieni w piwnicach departamentu wojny. I do djabła — nie dali mi jej.
— Zbieracza kamieni?
— Tak. Urząd ustanowiony za czasów rewolucji, w zeszłem stuleciu. Stolica dostarczała posterunkom wojskowym broni. Czynią to do dzisiejszego dnia; gdyż chociaż skałkówki zostały zarzucone, a fortece runęły — dekretu nie odwołano — przeoczono go i zapomniano o nim, jak widzisz — a więc miejsca, gdzie ongiś stał stary Ticonderoga i inni, stale otrzymują rocznie swoje sześć kwart krzemieni do skałkówek.
Waszyngton powiedział w zadumie po chwili milczenia:
— Zdaje się, to tak dziwne — zacząć jako minister dla spraw angielskich z pensją dwudziestu tysięcy rocznie i skończyć jako dozorca krzemieni.
— Trzy dolary tygodniowo, to życie człowieka, Waszyngtonie — krótkie streszczenie ludzkich ambicyj i walki — koniec; dążysz do pałacu, a topisz się w kanale...
Nastąpiła nowa pełna zadumy cisza. Następnie przemówił Waszyngton, z poważnem współczuciem w głosie:
— A więc, przybywszy tutaj wbrew swojej woli, jedynie, aby uczynić zadość swemu pojęciu obowiązków patrjotycznych i dogodzić egoistycznym żądaniom publiczności — nie uzyskałeś nic.
— Nie? — pułkownik był zmuszony unieść się i powstać, aby mieć miejsce do wylania swego zdziwienia. — Nic, Waszyngtonie! Pytam się ciebie: czy tytuł dożywotni wieczystego członka — jedynego wieczystego członka Ciała Dyplomatycznego, akredytowanego przy jednem z największych mocarstw na świecie — czy ty nazywasz to niczem?
Z kolei Waszyngton się zdumiał. Ze zdziwienia oniemiał; ale szeroko otwarte oczy, pełen szacunku podziw, rysujący się na jego twarzy, były wymowniejsze od słów. Wpłynęło to na złagodzenie zadraśniętej dumy pułkownika, który ze spokojem zajął poprzednie miejsce. Pochylił się lekko wprzód i ciągnął z naciskiem.
— Czyż mniej należało się człowiekowi, sławnemu przez swoje doświadczenia, które nie mają sobie równych w historji świata? Człowiek ów został niejako uświęcony dyplomatycznie i dożywotnio, że się tak wyrażę, gdyż chwilowo, przez własne swoje żądania, zetknął się ze wszystkiemi stanowiskami dyplomatycznymi, które znajdowały się w rozporządzeniu rządu, od Posła Nadzwyczajnego i Ministra Pełnomocnego przy dworze w St. James — poprzez wszystkie urzędy aż do konsulatu na jednej z pokrytych guanem skał prowincji Sunda — pobory wypłacane w Guano — ta skała została zniszczona przez wybuch wulkanu w wilję dnia, w którym nazwisko moje miało być wniesione na listę aplikantów. Ma się rozumieć, że powinienem był otrzymać stanowisko dość dostojne, któreby odpowiadało moim wyjątkowym i rzadkim doświadczeniom. Przez powszechne głosowanie tej gminy, przez aklamację ludu, tej najpotężniejszej formy wypowiedzenia się, która koryguje prawa i kodeksy, i od dekretów której niema apelacji, zostałem mianowany dożywotnim członkiem Korpusu Dyplomatycznego, reprezentując rozliczne władze i cywilizację świata przy Dworze Stanów Zjednoczonych Ameryki. Procesje z pochodniami odprowadziły mię do domu.
— To nadzwyczajne, pułkowniku, wprost nadzwyczajne.
— Jest to najzaszczytniejsze stanowisko na całym świecie!
— Tak przypuszczam. I najbardziej nakazujące.
— Powiedziałeś. Pomyśl nad tem. Zmarszczę brwi — i wybucha wojna; uśmiecham się, i walczące narody składają broń.
— To straszne. Mówię o odpowiedzialności.
— Drobnostka. Odpowiedzialność nie jest dla mnie ciężarem; przywykłem do tego; zawsze zwalano ją na mnie.
— Ale ta praca! praca! Czy musisz brać udział we wszystkich posiedzeniach?
— Kto, ja? Czy Cesarz Rosji bierze udział w zjazdach gubernatorów prowincji? Siedzi spokojnie w domu, i dyktuje swoje kaprysy.
Waszyngton milczał przez chwilę, następnie głębokie westchnienie wyrwało mu się z piersi.
— Byłem dumny przed godziną! A teraz mój mały awans wydaje mi się tak nędzny. Pułkowniku, przybyłem do Waszyngtonu, ponieważ jestem wybrany posłem na kongres z Cherokee Strip!
Pułkownik zerwał się na równe nogi i wybuchnął niezmiernym zachwytem.
— Podaj mi rękę, mój chłopcze — ależ to bardzo ważna nowina! Winszuję ci z całego serca! Moje przepowiednie sprawdziły się. Zawsze mówiłem, że to cię czeka. Zawsze mówiłem, że urodziłeś się do najwyższych zaszczytów i otrzymasz je. Zapytaj Polly, czy nie mówiłem tego!
Waszyngton był zaskoczony tym nieoczekiwanym wybuchem.
— Ach, pułkowniku, to nie ma z tem nic wspólnego. Ten mały ciasny, spustoszały, bezludny, podłużny skrawek trawy i żwiru, zagubiony w odległych obszarach olbrzymiego kontynentu — no, to tak, jak gdybym reprezentował stół bilardowy, i do tego wybrakowany...
— Sza, sza, jest to ważny awans i zapewnia ci szerokie wpływy.
— Ts, pułkowniku, ależ ja nie posiadam nawet prawa głosu.
— To nic; mowy możesz wygłaszać.
— Nie, nie mogę; ludność wynosi zaledwie dwieście głów.
— Doskonale, doskonale.
— Nie mieli prawa mnie wybrać; nie jesteśmy uznani nawet za terytorjum; akt o uorganizowaniu nie został jeszcze ogłoszony. Rząd niema najmniejszego pojęcia o nas.
— Nie martw się tem; ja ci to przeprowadzę. Nie będę z tem bałamucił — zorganizuję was w jednej chwili.
— Zechciałbyś to zrobić, pułkowniku? O, to zbyt łaskawie z twojej strony; ale oto stoi przed tobą twój prawdziwy sobowtór, twój stary wierny przyjaciel — i łzy wdzędzności popłynęły z oczów Waszyngtona.
— To tak, jakby już zrobione, mój chłopcze. Podaj mi dłoń. Weźmiemy cugle w swoje ręce. Ty i ja, i pokażemy jak się jedzie.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Samuel Langhorne Clemens i tłumacza: anonimowy.