Prawo mężczyzny (Lemański, 1922)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lemański
Tytuł Prawo mężczyzny
Pochodzenie Prawo mężczyzny
Wydawca F. Gadomski
Data wydania 1922
Druk T. Jankowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron

Pewna t. zw. rezolutna panna, którą trochę rozmarzyło wino, w towarzystwie, w salonie, wobec wszystkich, rzuciła się na mnie, jak zwierz drapieżny, i, nim zdążyłem temu przeszkodzić, pocałowała mnie.
A byłem jej przedstawiony wówczas po raz pierwszy i panna ta, jak się później dowiedziałem, miała już narzeczonego.
Jak w takim razie postąpić?
Gdyby to było sam na sam, to możebym jej ów pocałunek sumiennie oddał, i nawet, bez względu na krótkość czasu, z sutym procentem. Ale tak publicznie być pocałowanym, tak ulec zgwałceniu w swojem prawie wolnego i nieprzymuszonego wyboru! Nie! Uznałem to za obrazę tak ciężką, że podniosłem rękę i uderzyłem tę pannę, przez wino rozochoconą... tak, uderzyłem ją w twarz.
Zgrzeszyłem. Dziś ze skruchą spowiadam się z tego.
Niech ten, kto nigdy nie gniewał się na kobietę i nie wyraził, swego gniewu czynem, ani myślą, i kto jest pewny, że do końca życia zachowa anielską łagodność względem spraw kobiecych, niech ten rzuci na mnie kamieniem potępienia.
Nie chcę się usprawiedliwiać. Zrobiłem źle, popełniłem zbrodnię. Ale czy tylko ja byłem jej winien. A ona, ta panna?
Gdybym tak ja, mężczyzna, po dobrej kolacji, cokolwiek winem podchmielony i mający narzeczoną, a zatem nie mogący się natychmiast zaręczyć, w towarzystwie, w salonie, wobec wszystkich rzucił się na pannę, którą mi właśnie... nie, której ja właśnie byłem przedstawiony, i gdybym ją pocałował, i gdyby ona mnie uderzyła, to z pewnością okrzykniętoby ją za bohaterkę, a przynajmniej za „dzielną dziewczynę“.
A dlaczegóż ja biedny stałem się zbrodniarzem, winnym tej zbrodni i związanych z nią dalszych?
Narzeczony tej „dzielnej dziewczyny“, tej dziarskiej, tego hajduczka miłego, narzeczony, jakiś rycerzyk, wyzwał mię na pojedynek, Musiałem go zastrzelić.
Nowa zbrodnia!
O, gdybym wówczas był nie uderzał! gdybym nie walczył ze złem! Ale walczyłem.
Przeto narzeczony musiał zginąć. Dlaczego nie on stał się wyłącznym odbiorcą pocałunków swej narzeczonej? Zginął.
Wyzwał mię potem brat.
To samo stało się i z bratem tej ochoczej osóbki. Mama zaś przysłała mi list anonimowy z najordynarniejszemu wymysłami, który to list, jak robaka, spaliłem w piecu.
Tyle zbrodni!
Co u Pana Boga? Czy mężczyźnie u nas niewolno mieć prawa, przysługującego najzwyklejszemu śmiertelnikowi w państwach innych, np. w oświeconej Ąnglji, w formie habeas corpus? Czy, jeżeli się osobie rodzaju żeńskiego zechce osobnika rodzaju męskiego, to już jest prawem boskiem, aby tenże osobnik natychmiast był temu wezwaniu posłuszny? Czy i mężczyzna nie może też wybierać, jak kobieta?
Wszystkie panie, osobliwie starsze, najniezawodniej odpowiedzą, że ce que la femme veut, Dieu le veut.
Tak, ale na ten aforyzm powołują się najczęściej te osoby żeńskie, które, ażeby znieść, trzeba mieć cierpliwość... boską.
Bo tylko Bóg, który wszystkich stworzył, wszystkich musi znosić.
Ale człowiek jest stworzeniem wolnem.

*

Poznałem raz parę małżonków.
Złączył ich w stadło konwenans, rozdzieliła ich niechęć wzajemna, trzymały w związku dzieci — też konwenans.
I mnie do nich zbliżył konwenans, przynajmniej do męża. Bo żonę zbliżyła do mnie tak zwana miłość.
Miłość ta początkowo składała się z utyskiwań na męża tyrana, nie umiejącego należycie ocenić skarbu, jaki posiada.
Następnie rozżaleniu i skargom na męża dawszy pokój, zaczęliśmy się zajmować głównie swemi osobami. Ale kiedy już zajęcie to doszło do zajęcia się płomieniem, naraz ten mąż, o którym już zdążyliśmy zapomnieć, uczuł, że dzieje mu się jakaś krzywda.
Jaka?
Czy to, iż z płaczącej, zmizerowanej, załzawionej kobiety ja zrobiłem ją pełną wesela i radości, żem ją zrobił tak powabną, jaką nigdy z nim, z tyranem, nie była?
Jeżeli chcesz ją kochać, to kochaj; nikt ci tego prawa nie odmawia, ale pozwól jej kochać tego, kogo chce ona, pozwól jej być Bogiem. Ce que la femme veut... Czyżbyś już nie uznawał, tyranie mężu, tego prawa, któreś tak głosił przed ślubem, kiedy ona wybierała — ciebie?
Nie, nie uznajesz?
Dobrze. Dwóch panów w tużurkach, pistolety, samochód. Zbrodnia.
Znowu zbrodnia!
A przecież, szanowna pani, ce que la femme... i t.d.
A przecież Bóg mi świadkiem, że nie jam chciał, tylko byłem chciany.
I ulegając tak wysokiemu prawu kobiecego chcenia, doszedłem do... zbrodni? Więc zbrodnią jest prawo kochanka?
Prawnik pewien, zapytywany przezemnie w tej kwestji, rzekł:
— Nie należy obsiewać cudzego pola, bo właściciel ma prawo plon nasz sprzątnąć. Jest to prawo męża.

*


Pewna dama zakochana była w sobie, ale niewiadomo dlaczego mówiła, że kocha mnie.
A raczej owszem, było to wiadomem. Mówiła, że kocha mnie w tym celu. abym ją najusilniej przekonywał o jej własnej piękności, dobroci, szlachetności i mówił jej o wszystkich jej powabach, istniejących niewątpliwie, jako też i o tych, których obecność można było zakwestionować.
Przyciągany jej zaletami istniejącemi niewątpliwie, dawałem się zlekka nakłaniać i ku tym jej chęciom, które zmierzały do ugruntowania we mnie przekonania co do jej zalet wątpliwych.
Pewnego razu dama ta zwróciła się do mnie z tem samem żądaniem, które pani Putyfarowa wystosowała była ongi do skromnego Józefa biblijnego, inicjatora praw uciemiężonego mężczyzny.
Już czułem falujące jej łono, już... kiedy, czy to że niewątpliwość jej zalet stała się dla mnie wątpliwą, czy że zbyt wyraźnie uwydatniła się nieobecność jej powabów domniemalnych, słowem, że zostawiłem na pastwę jej rozfalowanego (może bardzo) łona swoją... marynarkę z uratowaną cnotą biblijnie odszedłem.
Putyfarowa, w braku męża Faraona, który mógłby mię wtrącić do lochu, oskarżyła mię przed swoimi znajomymi i znajomemi o to, żem jej odmówił przysługi, jakiej ma niby prawo żądać każda kobieta od każdego mężczyzny.
Personel męski tych znajomych, urażony, że ich pominięto, owszem był nawet po mojej stronie ale damy... Kto wie, czym się bardzo im nie naraził.
Proszę was, o damy, jeżeli chcecie, aby prawo kobiety do każdego mężczyzny było prawem głównem, niechże będzie regułą, aby każda kobieta oddawała się każdemu mężczyźnie, który ją chcieć raczy.
Miałem przyjaciela, który mi często zwykł był mawiać:
— Bierz kobietę, która się oddaje tobie, bo inaczej odda się pierwszemu lepszemu dorożkarzowi albo innemu jakiemu automobiliście. Kobieta, która pożąda...
Czyli ta, która prowadzi życie po­‑żądne — przerwałem.
— E, ty zawsze z kalamburami. A ja ci powiadam zupełnie poprostu: kobieta, która pożąda ciebie, aż której ty nie zaspokoisz, oddać się gotowa djabłu samemu, choćby tylko przez zemstę. Nie chcieć kobiety, to znaczy ją unicestwić! Unicestwiona zapragnie życia za jakąbądź cenę. Brać kobietę, kiedy się oddaje, to najwyższa cnota. Carpe diem! To prawo mężczyzny.
Zapamiętałem sobie ten przyjacielski aforyzm.
Trzeba zdarzenia takiego, iż przyjaciel miał kochankę, a właściwie nie to jest ważnem zdarzeniem dla mnie, że on kochankę miał, ale to, że kochanka owa powiada mi razu pewnego: przyjdź do mnie i...
Zaświecił płomień mi w oczach.
Carpe diem! — pomyślałem i rzekłem jej: przyjdę.
Przyszedłem. I doznałem niewysłowionej uciechy.
I zdawało mi się, że niezmiernie też ucieszę przyjaciela, bom postąpił zgodnie z jego radą. Biegnę więc do niego i mówię mu:
— Tak i tak, uważasz. Schwytałem dzień.
— Co za dzień? Nie rozumiem.
— No diem felicem — szczęsny dzień złowiłem (razem z nocą). Tak mi radziłeś.
— Tak? A z kim?
— Czy ci wszystko jedno, z kim?
— Naturalnie, że wszystko jedno.
— Więc chociażby nawet z...
— Proszę cię, dokończ.
— Nawet... No, ciesz się, płoń radością, żem twój światopogląd przyjął.
Ale przyjaciel, zamiast się zapłonić, zbladł.
— Z nią! z nią? O Boże!
— Co ci jest? alboż nie wprowadziłem w czyn twojej zasady? Żyłem w błędzie. Tyś mi oczy otworzył. O jakże ci za to jestem wdzięczny. Mogę umrzeć już, bom poznał szczęście. A szczęściem jest to, co się nam oddaje, szczęściem jest oddająca się nam dusza niewieścia. Brać ją to prawo mężczyzny.
— Nędzniku!
— Jak śmiesz, bracie mój, potępiać mię za to, żem urzeczywistnił twoją wiarę, żem stał się tobą? Nazywasz mnie nędznikiem? Któż więc jesteś ty?
— Tak — załkał przyjaciel: — To jam jest nędznik, żem swoje szczęście utracił. Ale i to jest prawo mężczyzny.
I mój przyjaciel wielką powiedział prawdę.
Mieć szczęście jest prawem kobiety. Ale szczęście mając, utracić je — to prawo mężczyzny. Bo skądżeby się to szczęście brało, gdyby ktoś wogóle nie cierpiał. Ponosić ten trud życiowego cierpienia jest najwyższem prawem mężczyzny.

Mieć szczęście i pozwolić, aby ono, jak ptak złotopióry, odfrunęło od nas, dokąd chce, i patrzeć dobremi oczyma za nim, i nie przeklinać go, i przygnać mu wolność, chociażby się umierało z bólu — to prawo mężczyzny najwyższe.