Powtórne życie (Junosza, 1897)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Powtórne życie
Podtytuł Obrazek
Pochodzenie Powtórne życie
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1897
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Klemens Junosza - Buda na karczunku ornament 04.png


I.

Zazwyczaj cicho i spokojnie było w Rudawce. Cicho we dworze, w folwarku, a wieś była w takiem oddaleniu, że odgłosy kłótni wieśniaków nie dochodziły nigdy do uszu dziedzica.
Jużci nie bez tego żeby czasem Agata gospodyni nie wybuchnęła gniewem na dziewkę, a ekonom Kulbacki na fornala; nie bez tego żeby parobcy nie powadzili się niekiedy ze sobą, żeby pachciarz Mordka Butterglanz nie przeklinał głośno swych wrogów, z powodu że pastuch nie dba o krowy, ale tego rodzaju hałasy nie zwracały na siebie szczególnej uwagi, nie robiły wrażenia, gdyż są zwykłe, powszednie, jak szum wiatru, turkot kół młyńskich, warczenie młocarni w stodole, pianie kogutów o północy. Po za tymi krzykami, któreby raczej zwykłymi objawami życia, mową dnia nazwać należało, panowała słodka, niczem nie zamącona cisza i spokój. Ludzie chodzili pomaleńku, nie spiesząc, zwierzęta nie zadzierały łbów do góry, nawet ptaki miały ruchy poważne i spokojne.
Życie mieszkańców Rudawki płynęło spokojnie niby woda płytkiej rzeczułki, wijącej się wśród łąk, i spokoju tego nie mącił nikt, nawet dziedzic, gdyż gospodarstwem nie zajmował się prawie i więcej czasu w mieście gubernialnem, w sąsiedztwach, aniżeli w domu przepędzał.
W nieobecności dziedzica rządy sprawowane były: we dworze i gospodarstwie kobiecem przez Agatę, w folwarku i na polach przez ekonoma, wreszcie w pilniejszych sprawach finansowych przez Mordkę.
Dobrze z tem było i Agacie i Kulbackiemu i Mordce, a widocznie nieźle i dziedzicowi, gdyż rzeczoną trójkę zaufaniem darzył, czynności jej akceptował, wymówek nigdy nie czynił.
Aż raz, nagle, niespodziewanie, bez żadnego widocznego powodu, bez określonej przyczyny, w cichej zazwyczaj Rudawce zrobiło się istne piekło; spokojna fala życia zaczęła się burzyć, kipieć, szaleć, grozić zerwaniem tamy.
Nie bez racyi mawiał Kulbacki, że są dnie feralne i że wśród nich najgorszy jest poniedziałek. Nie dla tego, że wypada po niedzieli i przynosi z sobą bóle głowy, bo to swoja rzecz, ale dla tego, że sprowadza nieszczęścia, najczęściej niespodziewane, nagłe, spadające na człowieka, jak grom z pogodnego nieba.
W niedzielę wszystko działo się dobrze, poczciwie, normalnie; dziedzic od trzech miesięcy nieobecny, Agata była w miasteczku na odpuście, Kulbacki u pisarza kancelaryi gminnej na preferansie. Mordka pojechał do swego familjanta na wesele. Wszyscy się zabawili, poszli spać dość późno, spoczywali dłużej niż zwykle.
Mordka przyjechał dopiero nad ranem, rozespany, ziewający i wyglądał tak, jak gdyby mu i pachciarstwo i wszelkie interesa i samo nawet życie obrzydło.
Wyprzągł szkapę z biedki, a sam chciał się położyć i wypocząć — gdy wtem wietrzyk na swoich lotnych skrzydłach, przyniósł mu dźwięki trąbki pocztowej. Drgały one w czystem powietrzu wrześniowego poranku, coraz donośniej, brzmiąc jużto nutą pocztowego sygnału, jużto skoczną melodyą zawadyackiego krakowiaka.
Mordka drgnął, odrazu senność go odbiegła, wyraz znużenia i apatyi zniknął z jego twarzy i ustąpił miejsca zaciekawieniu. Bystre oczy pachciarza zwróciły się w stronę, z której dźwięk dochodził, umysł zaczął kombinować, snuć domysły, kto to nadjeżdża? Mordka myślał w ten sposób: pocztyljon nie jest taki głupi, żeby dla byle kogo psuł sobie gębę i jeżeli tak ślicznie trąbi to zapewne jest przekonany, że ma do czynienia z porządnym pasażerem, który potrafi poznać się na rzeczy; pasażer zaś wzbudzający w pocztyljonie takie przekonanie z pewnością nie jest zwyczajnym pasażerem, ale osobą; zresztą już to samo, że jeździ końmi pocztowymi, świadczy o jego zamożności, albo też nagłości interesu, będącego powodem lub celem podróży.
Różne myśli przychodziły Mordce do głowy, różnych osób się spodziewał, ale nie dziedzica. — Ten napisałby przecież do Kulbackiego, z poleceniem, żeby konie na stacyę przysłał.
Chude, ale chodliwe szkapy pocztowe pędziły po drodze galopem, a pocztyljon przynaglał je jeszcze do pośpiechu; podnosząc tumany kurzawy, ekwipaż wtoczył się w dziedziniec i zatrzymał przed dworkiem.
Mordka pośpieszył ku dworowi i ujrzał człowieka, z wąsami podkręconymi zuchowato do góry, w eleganckim płaszczu podróżnym.
— Co wielmożny pan sobie życzy, zapytał, kłaniając się nizko. Naszego pana dziedzica niema w domu, on wyjechał, nie wiadomo kiedy powróci.
Podróżny zeskoczył z bryczki i położył dłoń na ramieniu Mordki.
— Czy wzrok straciłeś? zapytał groźnie.
Żyd cofnął się zdumiony.
— No cóż? — nalegał przybyły — nie poznałeś mnie?
— Wielmożny panie, niby głos pana, ale osoba... Czy pan sam?
— Ja jestem ja, Bolesław Michalski, właściciel tego folwarku.
— Wielmożny pan miał brodę!
— Teraz nie mam.
— Wielmożny pan był krzynkę grubszy.
— Teraz jestem cieńszy.
— Wielmożny pan był jakby starszy.
— Teraz jestem młodszy. Czy jeszcze masz jakie wątpliwości?
— Jakie wątpliwości? wielmożny pan pewnie potrzebuje pieniędzy?
— Naturalnie, zaraz o tem pogadamy.
— No, już teraz widzę, że pan dobrodziej jest ten sam; nasz wielmożny dziedzic, nasz kochany dziedzic, tylko cokolwiek odmieniony. Pan zapewne na kuracyi był, zapewne jeździł do góry, do ciepłe wody, do winogrono.
— Tak... tak... o tem potem, ale co tak cicho? Śpią jeszcze wszyscy; śliczne rzeczy. Zaraz tu się wszystko odmieni, zaraz będzie inny porządek. Biegnij no Mordka po Kulbackiego, żeby natychmiast tu przyszedł... Ciekawym gdzie się ten dziad obraca.
— Pewnie na folwarku.
— Pewnie śpi.
— Nie wiem, wielmożny panie; ja tylko co przyjechałem z drogi.
— Z drogi?
— Z wesela. — Pachciarz w Klepaczkowie wydawał swoją córeczkę za mąż; on trochę familjant mój jest.
— Niech pocztyljon zajedzie do stajni.
Mordka pobiegł do Klepackiego.
Drzwi dworku otworzyły się i wbiegł z nich w wesołych podskokach piękny wyżeł; skomlił, rzucał się panu Bolesławowi na piersi, to znów do nóg przypadał, szczekał, skakał, ręce lizał i wszelkimi sposobami okazywał swą radość.
— Medor, Medorek, mój psisko!
Medorek odpowiadał skomleniem.
We drzwiach ukazała się Agata, tylko co ze snu zbudzona, narzuciła na siebie chustkę, włosy gęste jasne, w nieładzie spadały jej na ramiona, oczy niebieskie, bleu faïence wyrażały zdziwienie, przestrach i zarazem radość.
— O la Boga! — zawołała — toć chyba pan.
— No, ja.
— Nie poznałabym, gdyby nie pies, że się tak radował i skomlał. Taki pan teraz ładny jakby dziesięć lat temu.
Pochyliła się do ręki dziedzica, aby złożyć na niej pocałunek, ale pan Bolesław nie pozwolił na to.
— Dajże pokój... cóż za głupstwa wyrabiasz?!
W porcelanowych oczach Agaty odmalowało się zdumienie.
— A toć witam pana grzecznie, cóż za dziwota... chcę spytać czy pan zdrów, mocny do nas przyjechał... chcę powiedzieć co to było, jak żyliśmy przez te czasy. Toć pan do domu swego powraca, to pewnie ciekawy wiedzieć, co się dzieje... a pan powiada: głupstwa wyrabiasz.
— Bo wyrabiasz. Idź że już, zakrzątnij się, głodny jestem. Kawy mi daj, albo herbaty i ogarnij się bo tak...
— O!
— Mówię ci wyraźnie i proszę słuchać. Ja tu wnet inny porządek zaprowadzę. Tak jak jest dłużej być nie może.
Agata stała jak wryta, pulchne jej policzki zaczęły drgać i kurczyć się komicznie, niebieskie fajansowe oczy łzami zaszły, chciała odpowiedzieć, ale powstrzymało ją ostre spojrzenie pana Bolesława i krótki rozkaz.
— Idź i zrób, co kazałem...
Zrzucił z ramienia płaszcz podróżny, przeszedł się kilkakrotnie po pokoju, spojrzał w lustro. Musiało mu ono coś ciekawego powiedzieć, gdyż zatrzymał się przed niem dłuższą chwilkę, marszczył brwi, pokręcał wąsy i kilkakrotnie powtarzał.
— Szkoda, szkoda, szkoda!
W sieni dały się słyszeć ciężkie kroki, do pokoju wszedł Kulbacki. Uprzedzony przez Mordkę o zmianie powierzchowności dziedzica, nie objawiał zdziwienia, ale przypatrywał mu się z podoka.
— Witamy wielmożnego pana, — rzekł.
— Ślicznie, bardzo ładnie, — odpowiedział z ironią pan Bolesław. — Przyjeżdżam, dzień jak wół, a cały folwark śpi! Pan Kulbacki jeszcze w łóżku, fornale i parobcy przewracają się na drugi bok, dom zamknięty.
— Wielmożny panie...
— Agata jeszcze spoczywa...
— Co do Agaty, nie moja głupia kompetencya, wielmożny dziedzicu, ale parobcy są na nogach; fornale na nogach i ja, jak wielmożny pan widzi, także oto nie siedzę, ani nie leżę.
— Widzę że jesteś na nogach panie Kulbacki, ale na jakich?
— Toć na własnych.
— Nie przeczę, ale nie na pewnych i gdyby ci teraz przejść po wązkiej kładce nad wodą... skąpałbyś się niezawodnie.
— Wolno wielmożnemu panu przy dobrem zdrowiu żartować z biednego człowieka, ale od żartów do sprawiedliwości kawał drogi i niech spuchnę, jeżeli kłamię, że dziś jeszcze ani kropli, nie tylko jakiego trunku, ale nawet czystej wody w ustach nie miałem.
— No, no; znam ja się na tych kroplach i wiem, że je kwartami mierzyć można. Korzystacie z mojej nieobecności, aby próżnować i brać pieniądze darmo. Gospodarstwo zaniedbane, nieład, ludzie rozpuszczeni, jak dziadowskie bicze.
— Wielmożny dziedzicu, przepraszam...
— Co mi z tego.
— Do słowa pan przyjść nieda.
— Nie chcę słuchać żadnych tłómaczeń, od dzisiejszego dnia zaprowadzam zmiany, sam wszędzie będę i wszystkiego dojrzę.
— Owszem, panie dziedzicu.
— Za godzinę Kulbacki niech tu przyjdzie i przyniesie z sobą rachunki i kassę.
— Nie ciężar, panie dziedzicu... przyniosę.
— Porządek ma być taki począwszy od jutra.
— Słucham.
— Rano o godzinie czwartej przyjdzie Kulbacki po klucze.
— Niby do kogo?
— Do mnie.
— Pan dziedzic będzie jeszcze spoczywał.
— Nie będę. Wyda Kulbacki obroki... O szóstej ma być przed gankiem koń osiodłany.
— Niby jak?
— Osiodłany, powtarzam, dla mnie.
— Trudno to będzie.
— Dla czego?
— Wielmożny dziedzic nigdy takich rozjazdów nie praktykował, siodło, co niby jest w spichrzu, angielskie, szelmy szczury zdezelowały, z puśliska zrobiłem naszelniki.
— Więc niema u nas siodła.
— Jest wielmożny dziedzicu tylko gapa i też zdezelowana.
— Niech będzie gapa tymczasowo, dopóki nowego siodła nie sprowadzę.
— Dobrze tylko proszę pana dziedzica.
— Bez żadnego gadania. Tak chcę i tak ma być.
— No, niby owszem, ale konia takiego, żeby był podobny nie mamy.
— Konia nie mamy?!
— Fornalne w robocie i prawdę mówiący, sama skóra i gnaty, a z wyjazdowych kasztan kuleje, a łysy mało co widzi. Chyba że swoją źrebicę dla wielmożnego pana osiodłam.
— Niech będzie i tak. Codziennie objeżdżać będę pola, dopilnuję roboty, nie dam nikomu pić, ani spać. Rozumiesz, panie Kulbacki.
— Rozumiem, rozumiem.
— Za godzinę czekam, proszę przynieść rachunki. Tu wszystko musi być inaczej.
Ekonom wyszedł, i na dziedzińcu spotkał Mordkę.
— Ny, panie Kulbacki, — zapytał żyd — cóż nasz kochany dziedzic?
— Albo ja wiem. Odmienili go, czy urzekli, czy może szaleju się najadł.
Pan Bolesław pośpiesznie wypił kawę i przeszedł do drugiego pokoju, który mu służył za sypialnię i za gabinet zarazem. Przy oknie stało duże, staroświeckie biurko, na niem kałamarz bronzowy, przybory do pisania, nóż do rozcinania książek, lichtarze.
Wyjął kluczyk z kieszeni, otworzył szufladę biurka, wydobył ztamtąd pudełko papieru i koperty, usiadł i z wielkim zamachem pogrążył pióro w kałamarz; ale wnet zerwał się z krzesła rozgniewany, kałamarz bowiem był pusty.
— A niechże was! — zaklął, — ładnie gospodarują; kropli atramentu w domu niema.
Zadzwonił tak gwałtownie, że przybiegła nie tylko Agata, ale jeszcze dwie dziewczyny z kuchni i zamorusany chłopak.
— Czegoż chcecie? Co za zbiegowisko, zawołał pan Bolesław, wynoście się, dzwoniłem na Agatę.
— Myślałam.
— Nie myśl nic, tylko odpowiadaj na pytanie, gdzie się podział atrament.
— Proszę pana, odrzekła Agata, ja nie pisarz, na atramencie się nie znam; nie był on tu nikomu potrzebny.
— Ale mnie jest potrzebny, do licha! szukać zaraz, może jest we flaszce.
— Nie wiem, ale zkądby zaś, są flaszki, ale z czem innem.
— To pójdź do Kulbackiego i przynieś, ale zaraz.
Agata pobiegła, pan Bolesław zaczął chodzić po pokoju i mówił sam do siebie.
— Jak ja mogłem tak żyć, jak mogłem? Nieład, nieporządek, rozprzężenie, wszystko licho wie po jakiemu, atramentu nawet niema w domu... Okropność...
Agata przyniosła wielki kałamarz drewniany i postawiła go na stole.
— Toć jest, rzekła z tryumfem, jest cała maźnica, a Kulbacki powiedział, że panowy atrament wziął i wysechł.
— No, no — idź już.
— Co mam się wdawać w długie wstępy, mruczał pod wąsem pan Bolesław, odrazu przystąpię do rzeczy. Ciotka jest dobra kobieta, zrozumie o co mi idzie.
List brzmiał tak:
«Kochana Ciociu! Już dawno miałem zamiar prosić, aby Ciocia raczyła zamieszkać w Rudawce i objąć zarząd mego domu, atoli różne okoliczności nie pozwalały mi zająć się zmianami, jakichby przybycie Cioci wymagało. Teraz powróciłem do Rudawki i już nie mam zamiaru wyjeżdżać, zajmę się więc natychmiast urządzeniem odpowiedniego apartamentu dla Cioci. Kochana Cioteczko, mam nadzieję, że jako osoba wolna, nie mająca obowiązków rodzinnych, nie odmówisz prośbie swego siostrzeńca. Upraszam o odpowiedź, a jeżeli ta będzie przychylną, natychmiast po Ciocię przyjadę. Przywiązany siostrzeniec».

Bolesław.

Skończywszy pisanie tego listu, właściciel Rudawki zaczął natychmiast drugi tej treści:
«Kochany Olesiu! Zawsze słyszałem od Ciebie, że źle robię — otóż chcę Cię przekonać, że jesteś w grubym błędzie i w tym celu proszę, abyś raczył przyjechać do mnie na kilka tygodni. — Wyjednaj sobie urlop, co jak sądzę, nie jest niemożliwem — i przybywaj. Dołożę starań, żebyś się nie nudził i żeby pobyt na wsi nie zapisał się źle w Twej pamięci. Twoja obecność, Twoja dobra rada, jest dla mnie bardzo pożądana i potrzebna. Czekam wiadomości, kiedy mam przysłać konie na stacyę».

Twój Bolesław.

Gdy pan Bolesław drugi list włożył w kopertę, w stołowym pokoju dało się słyszeć kaszlnięcie.
— Kto tam?
— To ja, Mordko.
— Bardzo dobrze, żeś przyszedł. Proszę wejść — zapewne wybierasz się do miasta?
— Ja się zawsze wybieram.
— Ale dziś zaraz?
— Oj, oj. Czy w naszym stanie jest czas na bałamuctwo? U nas, panie dziedzicu, zawsze dziś i zawsze zaraz. Dopiero człowiek śpi, już jedzie, dopiero jedzie, już handluje, ledwie ukończył handlować, znów włazi na biedkę. — Ciężkie życie, a mały zarobek. Czy wielmożny pan co potrzebuje z miasteczka?
— Trzeba te dwa listy oddać na pocztę.
— Za co nie. Ja i to potrafię. Nie pierwszyzna mi, abym tylko się pokazał, to poczmajster zaraz szuka listów do Rudawki... Więc tylko oddać, więcej nic?
— Nic więcej.
— Dobrze, ja za godzinkę jadę. A może jakie sprawunki potrzebne? Cukier, herbata, świece, cygary, może jakie trunki? Wszystko może być, co tylko pan każe.
— Zobaczymy później. Co słychać w okolicy?
— Stara bieda, nie ma żadnej nowości. Zboże zawsze jednakowo, wełna wielmożny pan wie. Pewnie Kulbacki pisał, że musieliśmy sprzedać taniej niż zeszłego roku.
— Jednak w Warszawie stała drożej.
— Co wielmożny pan równa!! Warszawa co inszego, nasze miasto co innego. Niech pan na przyszły rok posyła do Warszawy. Owszem, ja nie będę miał przynajmniej zmartwienia.. Czy to łatwo sprzedać wełnę? Wcale nie łatwo. Zdrowie można stracić.
— Mniejsza o to, stało się już. Słuchaj no Mordku.
— Co wielmożny pan każe?
— Czy nie miałeś jakich wiadomości z Osin?
— Widziałem pachciarza tamtejszego temu tydzień... Spotkałem też i państwa z Osin, jechali do kolei. Pan, pani, panicz i panienka. Cała familia. Jechali dużą bryczką w cztery konie. Aj, jakie konie, bardzo ładne konie mają.
— Dawno to było?
— Temu tydzień.
— To zapewne już wrócili?
— Nie wiem, ale wiedzieć mogę, choćby dziś. Zapytam w mieście...
— Dobrze. Mnie potrzeba koni.
— Jakich?
— Do wyjazdu, choćby parę tymczasem i jednego pod wierzch...
— I to może być. Wszystko może być, co tylko potrzeba. Od tego moja głowa. Jak ja powiem, że będzie, to choćby ta rzecz wcale nie była, też musi być. Wielmożny pan mnie zna.
— Oczywiście, że znam, — zabierz że te listy i jedź — to pierwsza rzecz, o innych interesach będziemy mówili wieczorem. Nie zapomnij tylko o listach, są one bowiem ważne.
— Za pozwoleniem, pana, chciałem o coś zapytać.
— No?
— Gdzie wielmożny pan był i dla czego w panu taka odmiana jest?
— Nie ma o czem mówić... Byłem w Warszawie, chorowałem ciężko.
— Chorował pan?
— Tak. Jedną nogą byłem już na tamtym świecie.
— Aj waj. Niech nasze wrogi.
— No, ale jakoś wygrzebałem się. Naturalnie, że po takich przejściach musiałem się trochę zmienić. Nie ma w tem żadnego cudu, ani nadzwyczajności.

Klemens Junosza - Powtórne życie ornament 024.png



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.