Powrót (Sieroszewski, 1914)/X
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Powrót |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Wstał dzień szary i wietrzny. Poniżej szybko płynących chmur, w wąwozach rzeki tłukły się z hałasem wiatr i fale. W niektórych załamach rzecznego koryta pęd powietrza takiej nabierał wściekłości, że holownicy ledwie mu mogli podołać. Pochyliwszy głowy, szli z zamkniętymi oczyma, bodąc prąd powietrza, sprzysiężony z prądem rozszalałej rzeki. Guran nie krył trwogi.
— Nic nie widać... Łuszczy się i łuszczy, a czy się łuszczy od mielizny, czy od wiatru... Bóg raczy wiedzieć!... Radziłbym przeczekać powietrze!...
Ale holownicy słyszeć o tym nie chcieli. Woleli raczej, aby Guran dodał im ciężaru, puszczając statek dalej od brzegu na pewniejszą, choć bystrzejszą „wodę dojezdną“. Dnia tego wszyscy byli w ruchu: i Damjan, i nawet kupcy, wyjąwszy starego Bryłkina.
Mimo to zaledwie pod wieczór przybyli do ostatniej niebezpiecznej skały, którą musieli obejść. Opoka wrzynała się w sam wart i woda od wiatru i prądu kotłowała się tu, jak ukrop. Ogromne, sterczące z dna głazy, oślizgłe od piany, utrudniały przeprawę.
— Nocujemy, chłopcy! Niema co! — zawyrokował Damjan.
— A jakże! kto ci tu siedzieć będzie w takim cugu, mając szynk pod bokiem... Toć przecie, dzieci, zaraz za tą górą Macza... Szczere moje chłopy!... Światło stąd widać... Poradzę ci, Damjanie, po ludzku: albo ruszajmy zaraz, dopóki jeszcze dni się, albo... nie ufaj nikomu i szkutę nazad cofnij na ciche wody — radził znacząco Indor.
Damjan wzdychał, gdyż zrozumiał, że rada istotnie była słuszną, że nazajutrz mógł się obudzić bez połowy ludzi.
— Szukaj ich potym, albo najmuj po pięć rubli z mordy! — mruczał na dowodzenia Gurana.
— Jeżeli ruszać, to ruszać! Dalej, dzieci, do pólki, noc za pasem!... — kazał wtedy sternik.
Pierwszą skałę obeszli dość pomyślnie, ale poza nią była druga znacznie niebezpieczniejsza. Pośrodku urwisko tworzyło niewielki wnęk, do którego zawracała woda z „progu“ i tworzyła cichą „radę“. Ale grzęda, cały zator rumowisk, spadłych z opoki w nurt, przeszkadzała szkucie tam się dostać. Tylko orylów, potrzebnych do przeciągnięcia statku, przewieziono z wielką trudnością na „duszegubce“. Szkuta została wśród huczących bałwanów głównego koryta. Karski z przerażeniem patrzał na siwe łapy wód, skaczących wokoło głazów i łodzi, na kotłowanie się głębiny ryczącej, szczekającej, wyjącej, jak kłąb białych, rozwścieczonych, gryzących się, opienionych, kudłatych potworów... Od tego hałasu, od biegu i migotania fali, od drżenia bitych przez nią skał grał wciąż w głowach orylów straszny, nużący, obezwładniający zamęt. Tymczasem należało pilnie baczyć na dygocące i napięte, jak struny, liny szkuty, na „byty“ kotwic, na cumy, na bosaki słabo zaczepione z burt o oślizgłe rapy.
Szkuta nieustannie tańczyła, podnoszona gwałtownie grzbietami walących się pod nią wodospadów z tego skalistego jazu. Trzeba było wiele zręczności i uwagi, aby statek w równowadze utrzymać. Nadomiar wiatr z góry i dołu prał na skałach przeziębłych robotników, obrzucając ich mokrym żwirem i wodną kurzawą. Rozpalili więc ognisko ze znalezionych w szczelinach badyli i grzali kolejno zgrabiałe członki, podczas gdy inni, czepiając się złomów i brocząc krwią z poranionych nóg i rąk, silili się przewlec „duszegubkę“ ze sznurem dokoła „byka“. Dwa razy zbliżała się ona do strasznego cypla i dwukrotnie ją woda i wiatr odrzucały nazad. Czółenkiem kierował Obuch, a Indor siedział w tyle i ciągnął pólkę. Koźma, dla przyczyn jemu tylko wiadomych, został na szkucie, zapewne, aby ratować ją w razie, gdyby oberwały się cumy. Widząc jednak niepowodzenie Obucha, stary wioślarz zmienił zdanie:
— Nie przepłyniecie! Hej, wracajcie!... Niech Obuch idzie do szkuty!... Przewiozę was! — krzyczał, siląc się zagłuszyć ryk wody, ale Indor tylko mu się grzecznie kapeluszem kłaniał. Znów czółenko zbliżyło się do fatalnej skały: Obuch niespokojnie wiosłował, pochylony naprzód. Indor robił pożegnalne giesta, stateczek jak łupina osuwał się chybotliwie z bałwana na bałwan. Wtym znikł za zakrętem, lecz rychło ukazał się, mknąc na strzał rzeki, wywrócony do góry dnem. Nikt nawet nie krzyknął. Holownicy na brzegu i na łodzi też się nie ozwali. Wszyscy jakby skamienieli. Pierwszy Koźma wrzasnął z pokładu:
— Łapaj, łapaj!... Dawaj!... Bywaj!... Sznur!... Tutaj!.. Obuch!...
Naówczas dostrzegli głowę ludzką, nurzającą się śród wirów. Cumy nagle drgnęły i ludzie oszołomieni byliby może puścili statek na pewne rozbicie, gdyby Guran nie zagrzmiał jak piorun:
— Hej! wy tam na brzegu... pilnować cum! Napiąć sznury!...
Obucha wydobyto, ale Indor popłynął za wielu innymi, z twarzą zwróconą na dół.
Damjan udał się natychmiast „kozim łazem“ do miasteczka po łódź i ludzi. Oryle przesiedzieli noc u ogniska, nie śpiąc i nie jedząc, gdyż nie śmieli cum zaczepić o skały w obawie, żeby ich nie przetarło kołysanie. Karski, siedząc z orylami na brzegu, żałował, że żony z dzieckiem też nie przewiózł na ląd. Od czasu do czasu pani Anna ukazywała się z Olesiem na mostku sterniczym w połysku ognia, bijącego od stosu na skalne złomy, na spienione wody i utkwioną wśród nich szkutę. Ryk „progu“ nie pozwalał im rozmawiać. Dawała jedynie znaki mężowi, że się nie boi, i prosiła, by nie troszczył się o nią.
Przed świtem wiatr, zgodnie z przepowiednią Gurana, ucichł. Z za czarnej skały, w perłowym rozbrzasku rzeki, ukazała się łódź z ludźmi i strażnikiem. Linkę pólki przy ich pomocy zaniesiono bez trudu za przylądek i szkuta wypłynęła nareszcie szczęśliwie z „progów“.
Na wysokim brzegu rozłożystej doliny zabielała przed wędrowcami dawno oczekiwana zasobna ludzka osada. Las dymów, różowych od zorzy, wił się nad nią, a w licznych oknach tu i owdzie skrzyły się już blade blaski dnia.
Gdyby nie cień Indora, który szedł za niemi, oryle kres swych wysiłków powitaliby napewno pieśnią. Obecnie szli w skupieniu, bezwiednie przyśpieszając kroku. Karskiego nie było z niemi; rozumiał, że nie był im już potrzebny wobec przybyłej z osady pomocy; zbierał więc i pakował teraz swe rzeczy na szkucie.
— Nareszcie, nareszcie!... — powtarzali małżonkowie z tymsamym uczuciem, z jakim mówili ten wyraz, wyruszając ze swojej starej sadyby, a następnie z Jakucka.
Ale i w Maczy parostatku nie zastali.
— Może będzie dziś, może jutro... a może wcale nie przyjdzie!... Wszystko zależy od stanu wody w górze rzeki... — objaśniano ich w pasażerskiej budce na przystani.
Nie było rady, musieli z kuframi i całym bagażem windować się na górę do osady, gdyż na brzegu nie mieli rzeczy gdzie zostawić. Jakaś karykatura dorożki, zaprzężona w zabiedzonego, kulawego konia, powiozła ich do „hotelu“.
— Tani, ale dobry!... Upewniam... — jak mi Bóg miły — powtarzał dorożkarz z czerwonym nosem.
„Hotel“ okazał się przestronną chałupą sybirską, której połowa zwieszała się nad krawędzią urwiska i była z dołu podparta wrytemi w zbocza palami. Karski mimowoli przypomniał sobie owe bajeczne „potrzaski witymskie“, o których opowiadano, że gość za pociśnięciem klapy wprost z pościeli staczał się do Leny. Przemógł jednak w sobie odrazę i wszedł do wnętrza. W obszernej izbie, służącej za korytarz i przedpokój, spali ludzie pod ścianami na ławach i pryczach. Na wezwanie wyszła z głębi kobiecina czarno ubrana, z żółtą, okrągłą twarzą i bielmem na oku...
— Pokój?... Owszem... owszem... jest!...
Pokazała im pokoik znośny i powiedziała umiarkowaną cenę...
— Będzie państwu dobrze; mój dom cichy, spokojny... Stają sami znajomi... Państwo z dziećmi?... Wiem, wiem, co to dziecko w drodze, sama mam córeczkę!... Zaraz dostarczę świeżego mleka... Czy państwo na długo?....
— Do parostatku!...
— A!... Rozumiem, ale on może i wcale nie przyjdzie!... Tym lepiej... Chętnie państwa przez zimę przetrzymam... O zajęcie będzie panu tu łatwo, skoro pan piśmienny... Postaramy się!...
Dorożkarz bez pytania zniósł rzeczy do korytarza i zażądał za przewóz rubla.
— My tu wolni! Tu tajga!... Tu bez sporów trzeba płacić, co mówią! Taksy niema! — dowodził stanowczo na uwagę Karskiego, że to za drogo za tak mały przejazd.
Karski westchnął i zapłacił. Pocieszał się, że potrwa to przecie niedługo. W ostatecznym razie gotów był spieniężyć część rzeczy i wyruszyć pocztą.
Tymczasem po herbacie żona posłała go na miasto porobić sprawunki, dowiedzieć się czegoś stanowczego o parostatku oraz kupić rewolwer.
— A obejrzyj też na wszelki wypadek inne „hotele“, może znajdziesz gdzie przyzwoitszy.
Miasteczko jeszcze spało. Sklepy były pozamykane. Zaczął więc Karski od poszukiwania „hotelu“. Lecz przeszedł spory kawał błotnistej ulicy, zanim spostrzegł napisane wielkiemi literami na ścianie: „Numera“. Po schodkach przez wązkie wejście dostał się do niemniej wązkiego korytarzyka. Po obu stronach ciągnął się szereg zamkniętych drzwi, poza któremi słychać było śmiech i przyciszoną rozmowę. Długo chrząkał i tupał napróżno, zanim w końcu korytarzyka ukazał się rudy, brodaty żyd, w pantoflach, kratkowanych pantalonach i odpowiedniej marynarce.
— Co trzeba?
— Numer!
Żyd pchnął w milczeniu jedne drzwi i grzecznie pod łokieć wsunął w nie Karskiego. Ten więc nie mógł się cofnąć natychmiast, a tymczasem w pokoju na samym środku stała w grubym negliżu kobieta...
— Przepraszam!... — bąknął.
— Owszem, owszem!... Nic nie szkodzi!...
Karski wszakże cofał się i pchał żyda nazad energicznie, aż znalazł się w korytarzu, gdzie gospodarz otworzył drzwi następne. I w tym pokoju była kobieta, ale jeszcze spała. Znowu więc cofnął się Karski... Żyd otworzył trzecie drzwi. Poza niemi Karski znalazł... dwoje.
— Ale ja panu zaraz oswobodzę lokal z przyległościami!... — mówił wesoło mężczyzna.
— Który więc numer podoba się panu? — pytał, śmiejąc się, żyd.
— Nie chcę żadnego! — wykrztusił Karski.
— Na cóż pan przychodził? Co to jest?!...
Karski już był na progu.
— Niech się pan wróci!... Są jeszcze inne... Może która odpowiedniejsza... Są zupełnie młode piętnastolatki!... — śmiał się za nim żyd. Śmiał się mężczyzna, śmiały kobiety, nagie i rozespane, które tłumnie ze wszystkich pokoi wyległy nagle na korytarz.
W drugim „hotelu“ znalazł znowu samych mężczyzn. Dał więc poszukiwaniom pokój.
— Przebiedujemy jakoś!... Niedługo, zaczekamy może dzień, najwyżej dwa! — rozmyślał, idąc na przystań, gdzie ruch był większy, niż w miasteczku.
Z błękitnego ujścia rzeki, wpadającej do Leny naprzeciw osady, płynęły ku niej jakieś statki żaglowe i wiosłowe, ciągnąc za sobą bruzdy roziskrzonej w blasku słońca fali. Zielony szmat lasu, otoczony amfiteatrem sinych gór, zamykał widnokrąg.
— Wszystko to bardzo ładne, ale... parostatek!... — rozmyślał Karski, zbiegając z pochyłości.
Na przystani znów jakiś jegomość powtórzył mu stanowczo, że parostatku nie będzie.
— A tu napisane, że miał być przed tygodniem! Więc był już? — pytał Karski, wskazując na przybity na ścianie rozkład jazdy.
— Nie był! Więc co? Cóż to mię pan tak indaguje?... Czy to ja pisałem rozkład?... Nie był i nie będzie!... Powtarzam panu raz jeszcze. Niech pan to sobie, gdzie chce, zapisze!...
Odwrócił się i odszedł, gwiżdżąc wyzywająco.
Inni jeszcze mniej mu mogli powiedzieć.
— Panie, czy to na parostatki można liczyć... Są, albo ich niema!... Przychodzą albo i nie przychodzą! Żadnej nawigacji tu u nas nie wprowadzono!... Wszystko gazeciarska blaga!... Niech pan zwróci się do orylów... starodawnym obyczajem!... Powolutku, ale napewno...
— O, nie! Mam ich dosyć!...
— Więc pocztą!
Wracając do miasteczka, Karski rozważał, że aby sprzedać rzeczy, będzie się musiał pewnie zatrzymać dni kilka, nawet może dłużej... Co gorzej nie miał nic takiego, coby tutaj posiadało sprzedażną wartość: trochę bielizny, trochę książek, stare, jedwabne suknie żony, jego paltot zimowy... na wszystko to musiałby szukać amatora. Kupił więc w sklepie więcej żywności, niż mu żona kazała, oraz wybrał sobie rewolwer. Ale gdy chciał naboje do bębna założyć, subjekt, pilnie zważający na jego ruchy, zabrał pośpiesznie pudełko z kulami.
— Niech pan włoży rewolwer do kieszeni, wtedy pan dostanie naboje! — rzekł stanowczo.
— Dla czego?
— Był tu taki. Broń nabił, subjekta zabił, drugiego zranił... za rewolwer nie zapłacił... W dodatku kasę zrabował!...
— Przepraszam, nie miałem zamiaru...
— To nic! Nic nie szkodzi!... My się nie gniewamy, ale więcej nie pozwalamy broni w sklepie nabijać!... Zabroniono raz nazawsze i wszędzie!...
Trochę stropiony wracał Karski pośpiesznie do „hotelu“, zapadając od czasu do czasu w błotniste wyboje, zręcznie zakryte rozsuwającemi się łatwo deskami.
W cichej do niedawna spelunce już się roiło. W przedpokoju pełno było znanych Karskiemu jeszcze z jakuckiej przystani postaci, wydało mu się nawet, że wśród nich mignęła na chwilę posępna twarz Majdaniarza. Jakiś barczysty, podpasany krajką jegomość w futrzanej czapce na głowie oglądał postawione tymczasem w korytarzu kufry Karskiego z miną współwłaściciela.
— To wasze rzeczy? — spytał, gdy Karski mimo przechodził.
— Moje... Albo co?
— Dobre... okucie!... — przecedził jegomość i splunął cienko przez zęby.
Za ścianą ktoś jęczał boleśnie.
Żonę znalazł Karski w strasznym wzburzeniu. Siedziała na krześle za barykadą ze stołu i materaca, z zamkniętemi oczami i rękami opuszczonemi rozpaczliwie wzdłuż ciała...
— Znowu? Co ci jest? Co się stało?...
— Masz aby rewolwer? masz rewolwer? — spytała porywczo, otwierając oczy.
— Ależ mam! Uspokój się!...
— Wciąż mi powtarzasz tosamo, a nie wiesz, gdzieśmy trafili — to wertep... Lękam się, że stąd już cało nie wyjdziemy... Mąż gospodyni siedzi „przez omyłkę“ w więzieniu, jak mi mówiła jego żona... Ten chory, co jęczy, to postrzelony spirtonos... Sama gospodyni mi to też opowiedziała, uprzedzając „oszczerstwa“. A tu — słyszysz? — wskazała na sąsiedni, oddzielony cienkim przepierzeniem pokój.
Istotnie, tam co czas jakiś rozlegało się charakterystyczne trzaskanie obracanego bębna rewolweru. Ktoś widocznie się bawił w ten miły i niewinny sposób...
— Oleś, Oleś! Chodź tu! — wołała pani Anna na dziecko, które, korzystając z nieuwagi matki, wychyliło się z za bezpiecznej barykady.
— Dobrze, żeś przyszedł. Gdybym jeszcze chwilkę znosić to musiała, czułam, że zaczęłabym szczekać, wyć, kąsać... Z temi ludźmi inaczej nie można!... Uchodźmy, uchodźmy, rzućmy im wszystko: rzeczy, kufry, pieniądze...
Karski nabijał rewolwer. Sąsiad, usłyszawszy z kolei jego trzaskanie, zaprzestał zabawki, a gdy wyszli na korytarz, wyjrzał ciekawie przez uchylone drzwi. Przeszli mimo zdziwionych ich nasrożonemi minami ludzi i, rzuciwszy okiem na rzeczy, wyszli na ulicę.
— Na przystań!... Tam zanocujemy w tej budce... Uproszę, ubłagam — mówiła pani Anna — żeby nam pozwolili... Zawsze tam bliżej czegoś, co nasze, swojskie, ludzkie...
Los jednak gotował im przyjemniejszą niespodziankę. Gdy stanęli na zrębie urwiska, skąd ulica spuszczała się na ukos ku rzece, spostrzegli nagle na błękitnej wodzie statek, płynący ku przystani z kitą siwego dymu, wijącą się nad nim.
Karski z początku nie wierzył oczom, a przyszedszy do siebie, co prędzej odprowadził żonę z dzieckiem na wybrzeże, poczym najął furmankę i wywiózł ostentacyjnie rzeczy z „wertepu“, zapłaciwszy gospodyni w czarnym ubraniu dość słony rachunek.
W kilka godzin potym siedzieli w małej kajucie, wybitej ceratą, i pili wesoło herbatę. Na twarzy pani Anny zakwitła znowu dawna słodycz, z oczu Stefana znikł dziki niepokój. Oleś pełzał swobodnie po wszystkich kątach.
Wieczorem, gdy statek, bijąc potężnie kołami i sypiąc z komina skry w miarowym oddechu, biegł wśród mierzchnącej rzeki, Karski, pochylony nad maszynowym lukiem, patrzał z zachwytem, z tkliwością nieledwie na stalowe koła, korby i tłoki, błyskające w elektrycznym świetle, i dumał o dziwnym tworze ludzkim, o zaklętym w metal zbiorowym duchu i zbiorowych wysiłkach gdzieś tam daleko pracujących rzesz, który duszom swych twórców pozwalał się układać w innym, wyższym i lepszym porządku...