Przejdź do zawartości

Powrót (Sieroszewski, 1914)/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Powrót
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VII.

Deszcz lał od kilku już dni. Szare jego pasma, zmieszane z mgłą, zasnuły okolicę. Niewyraźnie majaczące poza niemi cienie gór nadbrzeżnych i chmur w górze zasklepiały się w jeden ciemny korytarz pluchoty, po którego dnie ze zgryźliwym mamrotem mknęła sprana i spieniona rzeka. Znękani, przemokli oryle z trudnością wlekli ociężałą od wilgoci łódź.
— A to siepie!
— Jak Bóg da, będzie lało do samego Witymu.
— Och, bracia, nie dojdziemy!
— I kiej djabeł każę nam się tak mordować! — stęknął gniewnie Indor. — Kogo chcemy naszą pilnością zadziwić, kogo naszą cnotą pocieszyć... Czy to nas kto kiedy pożałował? Hę! Każdy o sobie myśli, a Bóg o wszystkich... Tak się na całym świecie dzieje... Więc wzięlibyśmy lepiej, chłopcy, niepoznacznie z barki wór mąki, połeć słoniny i... hajda! Szczerze mówię! Bez łodzi, to w pięć dni staniemy na Maczy...
Projektu wysłuchano w milczeniu; jedynie Żygani zagadali na wyścigi:
— A jakże... My wiemy... Tutaj są skróty w górach i łazy spirtonosów[1]... Nieraz nosiliśmy wódkę z Olokmy... Tu tajgą można przejść o wiele prędzej...
— Cóż ty na to, Obuchu, hę?...
Obuch wyprostował się i ślę brzozową niedbale na piersiach przesunął.
— Połeć słoniny wam pachnie! — mruknął. — Hej, nalegajcie! Balasy toczycie, a ja sam muszę ciągnąć!
Pochylił się naprzód i mocno ziemię wtył za siebie nogami odepchnął.
Szaruga, wiatr i pasy cisnące pierś przeszkadzały rozmowie. Mimo to Indor po niejakim czasie znowu zagadał:
— Mniej nas, a tosamo robić musimy... Woda bystrzejsza, górna, a siła mniejsza... Myślicie może, że wam ten oprawca co doda?... A jakże, szykujcie kieszeń!... Uhonoruje waszą cnotę! niech się udławi temi skórami, co mu je ciągniemy!... Ale niech co chce będzie, nie pójdę dziś dalej... Taki deszcz... Chcecie, to idźcie, ale ja mam tego dość!... Pójdę, położę się w łodzi... A najlepiej powiedzmy wszyscy, że chcemy się zatrzymać... Czy to mamy weksle płacić na Witymie, żebyśmy się tak śpieszyli?... Patrzcie, tu pod tym załomem skały miejsce wyborne, ogień rozpalimy, obsuszymy się i wyśpimy.... Hej, stop maszyna!
Holownicy zatrzymali się i wysłali Indora z uwiadomieniem, że chcą nocować.
— Zmiłujcie się, ledwie południe minęło!... takim sposobem my na zimę dowleczemy się do Maczy... — przekładał płaczliwie Damjan.
— Właśnie, czysty zysk: nic nie zapłacimy za letnie mieszkanie! — żartował Indor, zwijając pólkę.
— Jadła nie starczy, wziąłem prowjantu jak obciął, żeby wam było lżej....
— A ty psie, to skór nie mogłeś rzucić?! Na prowjancie ekonomję robisz?? Głodem nam grozisz?!
Pod skałą, u ogniska, wszczęła się zacięta kłótnia. Dzikie, obelżywe wyrazy, okropne groźby i złorzeczenia, zmieszane z pluskiem deszczu, świstem wiatru i rykiem wzburzonej rzeki, spadały na łódź, drgającą wśród nurtów na słabej uwięzi, jak uderzenia bezlitosnych pięści. Pani Anna zerwała się z posłania i, pochylona cała w stronę głosów, przysłuchiwała im się z przerażeniem.
— Stefanie, ty słyszysz?
— Słyszę!
— Co to jest?... Może to napad?... Nie chodź, nie chodź!... Błagam cię....
— Ależ dobrze, nie pójdę!... — odrzekł kwaśno Karski, wyszedł jednak z budki i stanął na wślednim, wysokim pomoście.
Guran, Koźma, kupcy, szli gromadnie ku migającym u ognia postaciom; część oryli, wypoczywających na łodzi, wysunęła z pod pokrowca głowy.
— Wstawajcie! Naszych turbują! — szepnął im Spirydjon.
Wrzawa wciąż się wzmagała. Nie robiła ona już na Karskim wrażenia, zbyt często ją słyszał. W miarę jednak, jak wsłuchiwał się w oddzielne wyrazy, ogarniało go wzburzenie:
— Anno, muszę iść... Tam istotnie zanosi się na coś niezwykłego.
— Poczekaj, i ja z tobą... Zabiorę Olesia! — szeptała pani Anna.
Słyszał, jak szczękały jej zęby.
— Nie, nie! Będzie gorzej... zaraz wrócę!
I, nie czekając na zgodę żony, skoczył na ziemię. Lecz burza u ogniska już była ucichła. Oryle rozmawiali przyjaźnie ze starszyzną szkuty. Wysłany po kotły Spirydjon wołał na Niemca; Żygani, Wiarus i Achmetka znosili drzewo. Karski dostrzegł beczułkę w ręku Damjana i dyskretnie się cofnął. Spotkał żonę w pół drogi i podał jej rękę.
— Chodź!... Sprawa załatwiona, ale... czym się to skończy, niewiadomo. Daruj, że lekkomyślnie naraziłem cię na tyle przykrości...
— Stefanie, nie mów tak, czyż sama nie chciałam wyjechać co prędzej!...
— Ci ludzie są istotnie źle płatni, wyzyskiwani, oszukiwani.. — mówił, nie zważając na nią. — Żyją z dnia na dzień, od zarobku do zarobku... Korzystamy z ich biedy i lekkomyślności, a kiedy budzi się w nich poczucie własnych praw, spajamy ich wódką... Nie uważasz, że jest coś ohydnego w naszym milczącym na to przyzwoleniu... Ba, w cichości serca cieszymy się z gładkiego rozwiązania zatargów... Silny, młody, syty i ciepło odziany jadę na karkach tych ludzi... Dlaczego? jakim prawem? Skoro zaczynam rozważać ten stosunek objektywnie i sprawiedliwie, wydaje mi się on niesłychanie dzikim!... Nieraz bierze mnie ochota przyłączyć się do nich, ulżyć im, ale wstrzymuje mię jakiś głupi przesąd!
— Wcale nie przesąd. Sądzę, że nie masz żadnych obowiązków względem kupców lub skór Damjana, które właściwie należałoby wyrzucić. Cóżeśmy winni, że on za mało wynajął ludzi... — przeczyła gorąco Anna.
— Tego zrobić nie mogę, nie mam prawa ani mocy. Ale nawet, gdybyśmy cały ciężar z łodzi wyrzucili, oni by dalej nas wieźli...
— Gdyby wszyscy poszli do sznura, to rozumiem, ale tak — coś ty gorszego od tych sklepikarzy?...
— O to właśnie chodzi, że chciałbym być lepszym, a dla tych, co ciągną, jestem taki sam... Nawet gorszy, bo... nie pocieszam ich wódką! Idą w łachmanach, źle odżywiani, smagani przez słotę... Nogi im brzękną i krwawią się, piersi i ramiona ścierają do kości... a tymczasem ja tyję sobie i nabieram rumieńców... Wiedziałem, że tak jest, ale działo się to gdzieś daleko, przykryte mirażem drobnych, ułudnych pozorów... Obecnie po raz pierwszy ujrzałem na jawie gromadę ludzi... ciągnących łódź życia!.. I... nie mogę, nie mogę... — powtarzał z przejęciem.
Pani Anna porywczo zarzuciła mu ręce na szyję.
— Masz rację, ale co począć, co począć? Usprawiedliwia nas mus... Myśmy doprawdy strasznie nieszczęśliwi ludzie, gdyż dobrze nam może być jedynie na dnie, na samym dnie...
— Ech, nie! Poco tak daleko? Po prostu plunę jutro na konwenanse i sprawię sobie ślę!... — odrzekł po namyśle wesoło mężczyzna.
Gdy nazajutrz Karski istotnie nałożył ślę i zaprzągł się do pólki, zdziwienie ogarnęło wszystkich. Wylegli tłumnie na przód łodzi patrzeć, jak „pan“ ciągnie.
— Pogrzać się wyszedł! Istotnie zimna pogoda!... Dajno i mnie ślę, Damjanie!... — rzekł kupiec Tereszkin.
Po paru jednak stajaniach wrócił zziajany do łodzi, wyrzekając na zmęczenie i wołając na całe gardło o przekąski i herbatę.
Karski wciąż szedł.
— Silny człowiek! — chwalił go Guran.
Ulewa z poprzedniego dnia zamieniła się w dokuczliwą „siepotę“, deszczyk, sączący się nieustannie z białej mgły, zbitej, zgęszczonej wiatrami w wązkim parowie. Zmącona, brunatna rzeka ciężko pluskała w kamiennym łożysku.
— Silny z pana człowiek! Wszyscy się dziwujemy!... — pochwalił Damjan Karskiego, gdy ten ze zmianą holowników wrócił wypocząć do łodzi.
Po twarzy młodego człowieka przeleciał cierpki wyraz, usta mu drgnęły, lecz poczuł na sobie zaciekawione spojrzenie Indora, Obucha i innych, więc się wstrzymał.
— Dobrego apetytu!... — życzył mu przeciągle Indor. — Auu!... Spirydjonie, kozia twoja mać, dawaj nam prędzej naszą śmierdziuchę!
Pojawienie się Karskiego u pólki następnego dnia wywarło już niezwykłe wrażenie. Najwięcej zadowolonym z tego zdawał się być Guran.
— Doskonały holownik! Jakby się urodził do śli!... Idzie jak zegarek, ani szarpnie.. — gadał do żony Karskiego.
Życzliwość okazywał mu również Koźma, który wbrew zwyczajowi wyszedł w dzień z ukrycia, zajrzał niespodzianie do budy pani Anny i spytał, czy czego nie potrzebuje.
— Jeżeli mężowi nogi popuchną, to niech je wymoczy przed snem w ciepłej wodzie. Oparzelizny należy tłuszczem smarować. Przyniosłem kawałek czystego, niesolonego łoju, niech pani weźmie! Przypiec łój nad ogniem i, gdy tłuszcz pociecze, posmarować.
Damjan zerkał na Karskiego i kręcił głową.
— Uważam, że z własnej to robi ochoty... z wesołości!... Mnie to niepotrzebne!... Zapłaciłem ludziom i powinni łódź dowlec do samej Maczy... Ale jeżeli kto chce dla własnej rozrywki, to owszem... Niech się bawi, przeszkody pasażerom nie stawiam — wypowiedział się wreszcie ostrożnie.
— To już nie zabawa, to już nazywa się... nieporządek! Od tego może się tylko we łbach chamom pomieszać! — mruknął surowo stary Bryłkin, patrząc z dzioba łodzi w stroną idących wzdłuż brzegu holowników.
— Cóż ja mogę? — skarżył się Damjan.
— A tybyś mu ślę schował! — przemówił niespodzianie Gubkin.
— Tego nie mogę!... O toby mogli ludzie mi się wzburzyć...
— A widzisz? zaczyna się...
— Niech lepiej pan z nim pogada, skoro uważa, że należy... bo ja nie widzę powodu, bo ja uważam, że to zabawa, i pieniędzy mu za to nie zapłacę... To mu tylko powiedzieć mogę że nie zapłacę... Ale czy to będzie korzystne dla przyczyny porządków?... zakończył znacząco.
— Właśnie o to chodzi. Gdybyś mu zapłacił, to co — to nic. Najął się. Byłby taki sam cham, jak inni, ale tak, to wygląda wcale nieporządnie... On pasażer... Słyszana rzecz, żeby pasażerowie pomagali holownikom? Za cóż płacimy pieniądze?... On wprowadza jakieś nowe obyczaje!... Pogadam z nim, pogadam... Dlaczego nie miałbym pogadać z młodym człowiekiem! — dowodził zgryźliwie Bryłkin.
Istotnie, gdy Karski przechodził mimo ich kajuty, kupcy zaprosili go grzecznie do siebie.
Usiadł ciężko na wskazanym kuferku. Na stole stała herbata, wódka i przekąski.
— Niech pan, panie młody człowieku, nie wzgardzi i przetrąci co z nami...
— Nie piję!...
— Więc herbaty...
— Żona czeka mię z obiadem.
— Taak! — przeciągnął Bryłkin. — Dobrze! A teraz powiedzcie mi, młody człowieku, dlaczego wyście, nie przymuszeni okolicznościami, nałożyli na siebie nagle taką ciężką pracę?...
Karski zamyślił się. W tonie kupców, w ich obejściu się z nim przeświecało od samego początku jakieś nieprzyjazne usposobienie, które obecnie odczuł szczególnie niemile pod formami zdawkowej grzeczności.
— Chciałem pomóc orylom! — odrzekł szczerze, po krótkiej rozwadze.
— Widzimy to, ale czy to pana rzecz!... Za to odpowiada Damjan. Pan zapłacił pieniądze i może od niego żądać!... A jeżeli on ludzi krzywdzi, pracą przeciąża, to oni mogą się na niego w mieście poskarżyć... Od tego są ustanowieni od rządu urzędnicy, sądy i kary.
Karski zrozumiał, że rozmowa może go zaprowadzić za daleko.
— Czy panom to szkodzi? — spytał łagodnie.
— A szkodzi. Ta hołota gotowa pomyśleć, że jej się należy, że i my obowiązani jesteśmy jej pomagać... Zaczną krzyczeć, wkońcu każą i nam ciągnąć, a sami siądą na nasze miejsca... Tutaj miejscowość pusta. Tutaj w ich mocy jesteśmy... Tu na setki wiorst niema wsi, ani władzy... A czy to pan nie widzi, z kim mamy do czynienia?... Głupi, dzicy ludzie... wszelkie wybierki, warnaki, pijaki... Gdy im się we łbie przewróci, gotowi Bóg wie na co się targnąć! Nikogo i nic nie uszanują! Niema dla nich świętości!... Dlatego nie można im pozwolić wychodzić z kolei!... Niech pamiętają, czym są, niech ciągną i basta!... — dowodził przekonywująco kupiec.
Karski słuchał ze zwieszoną głową. Zbyt dobrze znał tutejszych handlarzy, aby wdawać się z nimi w dysputę.
— Pobawił się pan i dość!... Już my pana prosimy, niech pan dla nas to zrobi i przestanie... Więc zgoda? co?...
Karski wstał.
— Nie, nie mogę... Myślę, że obowiązany jestem robić to, co robię!... Droga jest bardzo ciężka, a ludzie wyczerpani!...
— Ach, jaki pan przekorny... Wszystko pan robi na złość... Zmusić pana nie możemy, ale niech pan pamięta, że jak kto krzyka, tak mu się odzywa...
Karski odszedł. Przez płócienne przepierzenie słyszał w swej budce, jak kupcy mówili głośno ku wielkiemu przerażeniu pani Anny:
— Zaraz w pierwszej wsi spisać protokuł... Tak i tak: przykładem swym ludzi pociąga do buntu... Bez żadnych powodów robi, co do niego nie należy... Poskarżyć się!... Władza z takimi nie żartuje!... Żywo łokcie mu wtył ściągną...
— Nie bój się. Strachy na Lachy. Napewno kradzione złoto wiozą i więcej mają powodów wystrzegać się policji, niż my — uspokajał żonę Stefan.
— Zawsze... wolałabym tego uniknąć!... Drżę na sam widok jasnych guzików...
— Nie mogę ustąpić, kochana, nie mogę... straciłbym resztki szacunku dla siebie. I ty straciłabyś go dla mnie!...
Od tego dnia stosunki Karskich z sąsiadami i uprzywilejowaną częścią „towarzystwa“ mocno się popsuły. Kupcy traktowali Stefana wprost wrogo, i nieraz słyszał za swemi plecami, niby na wiatr rzucane, obelżywe wyrazy:
— Farmazon... sycylista!
Koźma już nie ukazywał się w budzie. Ostrożny Guran przestał mu udzielać wskazówek. Damjan znikł na czas jakiś z widnokręgu. Spirydjon zaczął im przysyłać gorsze obiady. Ale Karski ostro upomniał się o należne mu z umowy porcje, a na brak uprzejmości ze strony „towarzystwa“ nie zwracał uwagi. Przychodziło mu to tym łatwiej, że na łodzi mało bywał i mało miał teraz z tymi ludźmi do czynienia poza obrębem pracy, jedzenia i spania. Na to głównie zwracał uwagę.
Ale raz dostrzegł, że pani Anna, bez względu na wietrzną pogodę, wciąż stoi obok Gurana na mostku, a jednocześnie słyszał w przedziale kupców głośne chichoty, śpiewy i wykrzykniki. Słuchali ich z wielką uciechą odpoczywający na zmianę holownicy i robili wesołe uwagi. Odczepił więc ślę i kazał się wziąć na statek. Guran wzdragał się przybijać, Damjan też krzyczał, że czasu tracić nie można. Karski już się gotował pójść wpław do łodzi, gdy jeden z kupców wychylił głowę z pod płótna i pijanym głosem zawołał:
— Przybijaj, przybijaj!... Nie wzdragaj się!...
— Ty nie uwierzysz, co oni dziś wyrabiają!... Wprost takie wygadują rzeczy... takie nieprzyzwoitości, iż usiedzieć w budce niepodobna... Przecież oni wiedzą, że wszystko u nas słychać!... — skarżyła się pani Anna, czerwona od wzburzenia.
Karski spojrzał z wyrzutem na Gurana, który, zmieszany, oczami po rzece wodził, krzyczał zbyt głośno i zapamiętale:
— Sczyszczaj!.... Hej!... Miotaj!... Czepiaj!...
— Cicho!... Usłyszy!... — ostrzegał jeden głos w przedziale kupieckim.
— Co cicho!? Albo to ja się go boję, albo to ja nie zapłaciłem za miejsce?... Wolnoć Tomku w swoim domku!... Wolno mu ciągnąć — wolno mi śpiewać... — bronił się drugi głos, po którym Karski poznał Tereszkina. — Wielka rzecz, choćbyśmy się i pobili... Aby nie na śmierć!... Czy to pierwszyzna?...

Rano kawa i biskwity,
A wieczorem nos rozbity.
Uha!... Hal... Ha!...
Która z was mi buzi da!...

Dalszy ciąg był do tego stopnia nieprzyzwoity, że nawet Karski poczerwieniał. Szybko przeszedł po desce i pochylił się u wejścia do budy, trzymając oburącz za pałąk odrzwi.
— Proszę przestać!... Proszę natychmiast zaprzestać!...
— Co? A ktoś ty taki?... Wielka duszo na małych nóżkach!
— Odejdź! Niech pan sobie odejdzie i zostawi nas w spokoju!... — dodał starszy Bryłkin.
— Żądam zaprzestania nieprzyzwoitości!...
— Przecie pan się zgodził na odjezdnym nie krępować nas...
— Co tu z nim gadać!... Świadków niema... niech się skarży...
— Gospodarzu!... — wołał drżący z gniewu Karski.,
— Co? gospodarzu! My i gospodarzowi wybić zęby możemy... My tu się z nim porachujemy za wszelkie względem nas podłości...
Damjan też widać tego był zdania, gdyż wcale na wołanie się nie zjawiał.
Karski czuł swą bezsilność i ściskał obręcz w palcach tak mocno, że aż trzeszczała.
— Wrzucę do wody! — rzekł głucho.
— Oho!... Siła złego dwuch na jednego!...
— Związać go! — komenderował Tereszkin i szedł, potaczając się, ku przeciwnikowi z ręcznikiem w ręku.
Karski wyciągnął ramię, aby go schwycić za kark, ale kupcy odgrodzili go od towarzysza. Jednocześnie uczuł na plecach dobrze znane, delikatne dotknięcie.
— Stefanie, zostaw w spokoju tych złych ludzi, niech śpiewają!... — mówiła blada jak śmierć Anna.
Karski zrobił ruch niecierpliwy, ale spojrzał na płonące niespokojnie oczy żony, na wązką deseczkę, na której stała, na skłębione, mknące pod nią nurty i w mgnieniu oka ochłonął.
— Szkoda, żeś mię wstrzymała!... Oni mogą dojść, Bóg wie do czego!... — mówił, odprowadzając ją na miejsce.
— Niech pan się nie boi!... Już to się nie powtórzy... Znam ja ich... obwarzanki miejskie!... — uspokajał go pocichu Guran. — Jacy oni kupcy?!... Sami się chwalą... Po prostu kramarze. Dziś pijani, więc niech już pan wytrzyma, ale wódki mają mało, a trzeźwi nie odważą się... Toć widać, że pan może człowieka w gębę gwizdnąć!...
— Ewangielista!... Miłosierny baranek!... Litościwy sycylista!... A zaraz: utopię!... Oho! Wara! Do cyrkułu nie łaska!... — gdakali za płótnem pijani kupcy, przetykając swe sentencje niemożliwemi przekleństwami.
— Niech pan zejdzie na brzeg... Niech pan zejdzie na brzeg!... — nalegał Guran.
Karski usłuchał go. Czas jakiś jeszcze grzmiały na łodzi wykrzykniki i dzikie wyrazy, plugawiąc czyste powietrzne przestworza i wywołując potworne echa nad wodą i w górach, lecz zwolna ucichło wszystko.
Holownicy zukosa w milczeniu jakimś innym wzrokiem spoglądali na Karskiego, który wprzągł się znowu w ślę i parł z niemi statek, wygięty naprzód piersią. Wydało mu się, że w ich głosach, w ich obejściu tai się niezadowolenie z niego, tajona pogarda i drwiny...




  1. Spirtonosami nad Leną zwą kontrabandzistów, trudniących się wzbronionym handlem wódką z kopaczami złota. Ci kontrabandziści, zorganizowani w zbrojne bandy, staczają nieraz walki z kozakami, strzegącymi kopalni. Spirytus wymieniają oni zwykle na złoto szlichowe, które znów potajemnie przenoszą na południe i w miastach sprzedają przekupniom rosyjskim lub Chińczykom. Ludność tubylcza uważa to za zajęcie zaszczytne, rycerskie.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.