Przejdź do zawartości

Powrót (Sieroszewski, 1914)/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Powrót
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VI.

Brzeg był istotnie wyśmienity, holówka równa i czysta. Oryle szli wesoło i sporo. Podzielili się na dwie partje, które zmieniały się co cztery godziny. Jedną prowadził Obuch; za nim szedł Indor, dalej dwóch sennych, małomównych, ale pracowitych chłopów sybirskich, a na końcu szeregu plątał się Niemiec. Drugiej przewodniczył Majdaniarz, za którym szedł Achmet, dalej dwóch Żyganów, wreszcie marny człeczyna, którego wzywał na świadka w zaburzeniu Damjan, a którego zwali Wiarusem, ponieważ twierdził, że służył niegdyś w wojsku.
— A jakże, służyłem na Kapkazie i tam sądzony byłem wojennym sądem polowym, ale swego stanu nie zostałem pozbawiony — opowiadał.
— Pewnie kurę ukradłeś! — wtrącił Indor. — Przyznaj się, wsypali ci?
Weteran uśmiechnął się i ręką z niechcenia krzyż sobie głaskał. Przyjaźnił się z Niemcem, równie jak on pogardzanym przez zespół orylski; wciąż z gałganów, których mieli spory zapas, coś obaj do współki zszywali i sztukowali w chwilach wolnych na postojach, siedząc na przodku łodzi, gdzie u ognia królował Spirydjon. Ten zawsze był rad słuchaczom i potajemnie wyróżniał swych nowych przyjaciół przy rozdawaniu porcji warzy. Ogromnie brzydki, ogromnie brudny kuchta miał głowę pełną romantycznych opowieści, z których wiecznie się komuś zwierzał:
— Bez pamięci mię kochały kobiety... Niektóra uściśnie, niby płomieniem opali, a ja nic... Obojętne miałem dla nich serce... Pieniędzy, jedzenia, wszystkiego, co się zwie, wbród! A ja nic... Pochodzę jak „torysta“, przyjrzę się miejscowości, okolicę poznam i mówię; „Żegnaj, kochanko wierna, muszę cię porzucić, pójść dalej swojej doli szukać!...“ Ona w płacz, ręce łamie, w omdlenie wpada, a ja nic. Jedna kupcówna była tak tłusta i żałosna, że jak zapłakała, to wszystko w niej drżało, niby galareta, a ja nic... Chciała gwałtem, żebym się z nią żenił... Tysięczny majątek miała, dom na najlepszej ulicy, konie, powóz, magazynów dwa, służby i subjektów moc... A ja nic... „Dola wędrownicza moja droższa mi nad wszystko!“ — mówię jej. Poszedłem. Przyszedłem do Saratowa...
— Ach, wiem. Znam Saratow. Piękne miasto. Byłem z moim gienerałem — przerwał Wiarus.
Spirydjon spoglądał nań wzgardliwie, usta zacinał, ale słuchał grzecznie, udając, że go opowiadanie zajmuje.
— Przyjechaliśmy. Stanęliśmy w hotelu. Zaraz samowar, bułki, wędlina. Zjedliśmy, wypiliśmy. Potym do teatru albo na koncert. Gienerał do środka, a ja stoję na korytarzu i czekam. Dość wesoło. Chodzą cywilni, baby i kawalerzy, palą papierosy. O północy do domu, znów samowar. Potym spać. I tak codzień. A następnie dalej do drugiego miasta. Znów stajemy w hotelu. Znów samowar, bułki, wędlina... albo coś w tym rodzaju... Zjemy, wypijemy, potym do teatru. Cały kraj objechaliśmy z gienerałem, nawet w Paryżu byliśmy...
— Było, wszystko było!... — uśmiechał się lekceważąco Niemiec.
— Ale posłuchajcie mnie przedewszystkim, bo nie daliście mi skończyć. Z Saratowa do Carycyna. Tutaj idę sobie z tobołkiem na plecach, wtym zbliża się do mnie służąca, wcale dostatnio ubrana, ładna, z kolczykami w uszach i broszką na piersiach i mówi: „Słuchaj, przechodniu, pani moja, która mieszka tu naprzeciwko...“
— Hej! Sczyszczaj! Zrywaj! Żywo! Nie widzicie, ślepe cietrzewie, co się dzieje! — rozlegał się okrzyk Gurana.
Opowiadanie urywało się; opowiadacz, uzbrojony w miarę lub bosak, rzucał się na koniuszczek dzioba i starał się odczepić pólkę, zahaczoną za prądowinę lub kamień podwodny. Z brzegu pomagał mu ostatni holownik, a wstrzymany statek tymczasem zwolna biegł półkolem ku ziemi.
— Ażeby wam się rodzona babka przyśniła, gaduły przebrzydłe! Języki wam nie odpoczywają chwili, mielecie jak sroki... i łżecie, aż się kurzy, a nas szarpie! — wymyślali gawędziarzom holownicy.
Rozmowy milkły na chwilę na przedzie statku i słychać było jedynie, jak w głębi łodzi kupcy kłócili się, grając w karty, lub jak Guran uspokajał panią Annę:
— Zupełnie głupio pani rozumuje. Wcale tak nie bywa, żeby się w prostych smugach na płaskoci pólka urwała. I nic to wielkiego. Szkuta przybija jeno do brzegu i... stop!... Ot, kiedy przyjdziemy do „skał“, do „byków“, które obchodzić trzeba na bosakach, tam zdarza się... że istotnie lina się przetrze, albo pazur haka z głazu zemknie... Ale w takim równym miejscu jak tutaj, zawczasu się bojać — to na nic!... To od tego zdrowia nie przybędzie!...
Karski, zasłyszawszy zdala podobne ojcowskie strofowania, śpieszył czymprędzej z przodku łodzi, gdzie słuchał opowiadań Spirydjona, lub z dachu budy, gdzie, oparty o maszt, czytał książkę — i dyplomatycznie sprowadzał rozmowę na inny przedmiot.
Pogoda sprzyjała. Szli dzień i noc, gdyż zmrok nie gęstniał jeszcze do tego stopnia w tych szerokościach, aby przeszkadzać podróży.
Wiodły ich w przejrzystą dal wody, blednąc stopniowo, wysokie przylądki, zielone ostrowia, mgliste lasy, jasne łąk smugi, podszyte u wody żółtemi piachami, odbite w ruchomych kryształach i srebrze szemrzących odmętów. Czasem wietrzyk rzucił świerz na rzekę, niby garść pereł po niej rozsypał, czasem słońce w złotą łuskę ją odziało lub księżyc położył płachtę światła na drgające w biegu, lustrzane jej łono. Ruiny skał na brzegach spały w ciszy głębokiej, wiekowej i szkuta posuwała się wzdłuż nich ostrożnie, krając nurty swą stewą. Bulkotał wart, trącając o wypukłe burty statku, ogień żarzył się na dziobie czerwono, białe płótno budy chwiało się jak złożone skrzydła płynącej do gniazda rybitwy, opodal głucho chrzęściał piach i żwir pod nogami oryli. Pani Anna nuciła cichutko, usypiając syna:

Aa, aa! Kotki dwa,
Szare, bure obydwa!
Śpią, śpią, nie płaczą.
Jak się wyśpią, to skaczą!...

Z tyłu odbicia mijanych gór, lasów, wybrzeży tańczyły cudacznie na fali, to kurcząc się poczwarnie, to wydłużając, jak nitki, niby z wielkiej uciechy, że marne a niespokojne ludzkie istoty opuściły je nareszcie.
A na przodzie statku Spirydjon, mieszając w kotłach, opowiadał przyciszonym głosem nowemu, znęconemu kąskiem słuchaczowi...
„Kochała mię, tak mię kochała... — Żegnaj, duszo! Uwielbiam cię, ale muszę cię już porzucić! — Kochanku mój najmilszy... nie przeżyję rozłączenia... — Godna osobo, każdemu przeznaczony los do spełnienia...“ Ty śpisz, widzę! Cóż to znaczy?
— Wcale nie... tak się tylko pochyliłem. Śla starła mi lewe ramię, więc muszę się na prawym opierać... — bronił się słuchacz.
Karskiego dziwiło niezmiernie, że nie widywał prawie wcale Kożmy. Damjan we dnie grał z kupcami, a w nocy spał, lecz co robił jego wspólnik, to długo pozostawało dla Karskiego zagadką.
W ten sposób dotarli do Olokmińska. Spostrzegszy zdala miasto, bielejące w zorzy poranku, przeprawili się przez rzekę i zawinęli do przystani. Wypoczywać mieli dzień cały. Damjan zakupywał po sklepach nowe zapasy żywności. Koźma wypełzł z pod pokładu i umieścił się na dachu płóciennej kajuty. Kupcy ubrali się w odświętne kaftany i poszli do znajomych. Oryle pili w szynkach. Karski zabrał żonę i udał się na poszukiwanie towarzyszów.
Przechodnie wskazali im mały domek, gdzie widocznie spano jeszcze, gdyż okiennice były zawarte. Gdy, zastukawszy, powiedzieli mieszkańcom domku, kim są, ci, choć znali ich zaledwie ze słyszenia, otwarli czymprędzej drzwi i porwali ich w objęcia. Przejezdni, szczególniej powrotni, byli dla nich osobami nadzwyczajnemi, nosicielami nadziei, zwiastunami glorji, przyszłego zwycięstwa. Kobiet nie było w kolonji i pani Anna nie miała komu powierzyć swych trosk podróżniczo kobiecych. Zato Karski nagadał się i nasłuchał sowicie. Wieczorem, odprowadzany przez towarzyszów do łodzi, jeszcze powtarzał, jakby chciał wylać wszystkie myśli, wykołysane sennym ruchem holowanego statku, o których prawdzie sam siebie przedewszystkim starał się przekonać:
— Grunt nie w formach, lecz w ludziach! Ich potrzeby, namiętności, przyzwyczajenia, instynkty, stanowią treść społeczeństw i historji... Ich należy zmienić, a formy przyjdą same...
— Ach, jakby to było dobrze, gdyby było inaczej! — westchnął jeden ze słuchaczów.
— Wcale nie; formy wychowują ludzi! — odrzekł drugi.
— Dajcie pokój!... Przecieżeście już o tym mówili!... — wstrzymywała ich pani Anna. — Ot i nasz statek!
Na wierzchu budy siedział u masztu Koźma i patrzał w stronę miasta.
— A gdzie ludzie?
Koźma ręce rozpaczliwie rozłożył.
— Grzechy!... Ale niech pan nie odchodzi, gdyż mogą przyjść lada chwila...
Znów rozegrała się tasama, co w Jakucku, scena, i jedynie dzięki energji policji szkuta ruszyła dalej, holowana przez zmniejszoną o dwuch ludzi partję orylów. Indora, śmiertelnie pijanego, kozacy gwałtem wrzucili do łodzi.
— Ten nie został!... Tego skarbu nikt nie bierze!... Ha, czełdony żółtobrzuche, zcichapęki! Opuściły mię chłopy sybirskie! — zwrócił się do Karskiego Damjan. — Wywiozłem ich z piekła nędzy, u piersi swej ogrzałem żmijaków... Jedli, pili, spali jak króle... Roboty mieli mało. Cieszyłem się, że będę z nich miał pociechę, a oni opuścili mię właśnie teraz w potrzebie, jak jaką ladacznicę... Kupiec się taki znalazł, widzi pan, co ich najął znowu do Jakucka... Zacny człowiek, niema co, innym holowników odmawia!... A jeżelibym ja naprzykład tak z nim postąpił, pomstowałby pewnie... Łatwe są u nas prawa, oj łatwe!... Łatwe i słabe! — wygadywał na swych ziomków Damjan.
— Och, grzechy! — wzdychał Koźma. — Źle się stało! Te chłopy, co taić, były posłuszne i robotne, i przydałyby się osobliwie teraz, kiedy to zacznie się kraj niespokojny, warty, „skoły“, „byki“ i inne przyczyny...
— Ech, byle tylko złych ludzi ominąć!... Pociągną ci, co zostali!... — pocieszał go Guran.
— A na tamtą stronę gdzie się przeprawimy? Co?...
— Ludzie mocno są teraz pijani, ale trzeba przeprawić się, bo jutro i reszta zemknie... Pan nam pomoże? Co? — zwrócił się Damjan do Karskiego.
— Kupców też trzeba poprosić!... — radził Guran.
— Ale! nic z tego! Oni też śpią, w czubach mają! Lepiej ich nie budzić, wrzasku narobią, ze strachu umrą... Ja, Koźma, pan Karski... Achmetka jest trzeźwy, Wiarus też ujdzie — to w pięciu damy radę. Na tamtym brzegu przenocujemy. Wyśpią się ludzie, to i pójdą! — gadał Damjan.
Z wielkim trudem przecięli rzekę, szybko mknącą w blasku księżyca, i zatrzymali się pod wysoką górą z rumami głazów, nawalonych na szczycie i zboczu.
Szkuta znikła bez śladu w ogromnym cieniu opoki, ale sieroca, czerwona gwiazdeczka jej ogniska skrzyła się i migała noc całą na atramentowo-czarnym tle bezludnego pobrzeża.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.