Przejdź do zawartości

Powrót (Sieroszewski, 1914)/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Wacław Sieroszewski
Tytuł Powrót
Pochodzenie Nowele
Wydawca Spółka nakładowa »Książka«
Data wyd. 1914
Druk Drukarnia Narodowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
V.

Rzeka łuszczyła się cała od wiatru. Podarte, płowe chmury płynęły po niebie i chwilami ćmiły słońce. Naówczas wiatr się wzmagał i na ściemniałych falach pojawiały się białe, pieniste „zające“. Szkuta zaczynała się gwałtownie kołysać, bryzgi wody leciały przez burty i wśród kupców wszczynał się popłoch...
— Damjanie, przeklęty człowieku, chcesz nas utopić!... Wczoraj, kiedy była ładna pogoda, toś balował... Hej! chłopcy, pomarliście?... Mieszacie wiosłami, jak łyżkami w zupie... Toć nas zaleje! Dalej!... Żywo!...
Wylękli oryle sami wytężali siły i orali wiosłami, aż się pióra gięły w łuk i dulki piszczały żałośnie.
— Aby prędzej, aby prędzej... aby przelecieć strzał rzeki. A tam pod górą wiatr już nie chwyta!... — pocieszał ich Guran, dzierżąc mocno ster i wypatrując pilnie drogi wśród biegnących naukos fal.
Pani Anna, zamknięta w swej budce, nic nie widziała. Ale skrzyp podrzucanej szkuty, sapanie i krzyki ludzi, ryk bałwanów, świst wiatru, śmiganie wodnej kurzawy, trzepotanie żaglowego obszycia, trwożyły ją niezmiernie. Nadomiar Oleś płakał, a Karski siedział na dnie szkuty z korczakiem w ręku i czerpał wodę, szybko napływającą do zęzy. Utkwiła więc Anna wystraszone oczy w śniadą, skupioną twarz Gurana, szukając w niej pokrzepienia i otuchy. Chłop dostrzegł w przelocie ten wzrok modlitewny, uśmiechnął się dobrotliwie i rzekł:
— Zaraz, zaraz... Popiły się psiekrwie wczoraj i teraz siły nie mają... Hej, pilnuj!
Ogromny wał podniósł wysoko dziób statku, następnie pienistym końcem tak trzasnął w jego burtę, że wybił wiosła z dulek i, nim je zdołano założyć, łódź obróciła się wzdłuż fal. Ze zwycięskim rechotem poniosły ją nurty i bałwany, chyląc mocno na bok; jedna jej krawędź już czerpnęła wody. Kupcy przestali krzyczeć, Bryłkin grobowym głosem odmawiał modlitwy, inni dzwonili zębami i szlochali. Karski porwał oszołomioną żonę i posadził na krawędzi pomostu. Guran całą mocą porał się z nieposłusznym rudlem....
— Bij, uderz!... wiosłem... pra-a-a-wym!... przełóż!... trzymaj, trzyma-a-j!... — krzyczał.
Na przedzie szkuty, wśród skłębionych ciał ludzkich, panował nieopisany zamęt. Wreszcie ponad ramiona, głowy i nogi towarzyszów wynurzyła się silna postać Obucha z wiosłem w ręku. Siadł na ludziach, wiosło na dulkę założył i pociągnął. Łódź wstrząsnęła się, jakby zdziwiona, i w pląsach jęła niechętnie nawracać przeciw bałwanom. Cały wypadek trwał ledwie chwil kilka, mimo to wody nabrało się sporo i ociężały statek z trudnością posuwał się przeciw wiatrowi.
— Niema co, trzeba tu lądować na wyspie! Do tamtego brzegu nie zdołamy!... — rzekł Guran.
— A ląduj choć psu na ogon, byle prędzej!... — krzyczeli nań z dzioba.
Guran ruszył sterem i, nim się spostrzegli, fale już dopełniły rozkazu. Łódź wpadła piersią na rozmokłą, ilastą ławicę, ledwie wystającą ponad rozhukane bałwany. Jednocześnie najmłodszy z kupców, Tereszkin, zupełnie nagi, wytoczył się z pod płócien kajuty, jak bomba, i pobiegł z obłąkanym rykiem po bagnisku. Ugrzązł jednak niedaleko, w piasczystych rewkach i musieli go oryle na sznurach z urąganiem wyciągać.
— Zabiegliwy — zawczasu z siebie szmaty zrzucił...
— A tłusty taki, że niewiadomo, jak go brać: gdzie głowa — gdzie co?!
— Nie utonąłby, choćby mu kamień do nogi przywiązać... Pływałby, jak bania na kotwi...
Siał deszcz gęsty, drobny, zimny. Wiatr dął. Fale podbiegały pod dno łodzi i podnosiły jej tył wysoko, huśtały nią, ryjąc stewą i planką muły coraz głębiej. Przystań była niedogodna, ale nie mieli wyboru. Zanieśli daleko na wyspę kotwicę i wdziobnęli ją wąsami w piach. Poczym załoga znużona, przeziębia, bez ognia i gorącej strawy ułożyła się jak mogła na dnie statku i przespała szarugę pod płachtą smolonego płótna, ukołysana muzyką wiatru i miarowym pluskiem bałwanów.
Obudzili się nazajutrz, gdy już słońce dobrze przygrzało. Złoto-błękitna rzeka mknęła tuż obok nich, gładka, jak zwierciadło. Na niebie chmur nie było ani śladu. Za mielizną, na której ugrzęźli, dalej — za szeroką, bystrą łachą wznosiło się wysokie, rude, skałubiaste urwisko, omszone, porosłe krzewami w szczelinach, z modrzewiowym lasem na czubie, jeszcze mokre i ociekłe od wczorajszego dżdżu, jeszcze ciemne od wilgoci i cieniów wczesnego dnia.
Z wielkim trudem ściągnęli łódź z piachów. Zabłoceni, zmordowani przeprawili się wreszcie przez łachę i rozłożyli obozem na wązkim dziarstwowym gzymsie u wody popod samym wiszarem.
Spirydjon rozpalił ogień i nastawił kotły. Koźma z Guranem szykowali szkutę do dalszej drogi, poprawiali wczorajsze uszkodzenia i przeciągnęli „półkę“ holowniczą przez środek masztu. Kupcy wygrzewali się na słońcu i spacerowali boso wzdłuż brzegu po miałkich piaskach. Oryle suszyli odzież u ogniska i żartowali wesoło z wczorajszej przygody.
— Beknął kupiec... całe z siebie wypuścił powietrze! A ja — nic! — opowiadał poważnie Indor. — Dopiero jak mi Obuch na głowie usiadł, dałem znak życia.
— Ugryzłeś go? — spytał starszy Żygan.
— Mam zęby plombowane złotem, muszę je oszczędzać. Kopnąłem jeno Niemca w żołądek.
Niemiec uśmiechał się, zmieszany i uszczęśliwiony zwróconą nań uwagą.
— Nic nie czułem!...
— Ba, wszyscyście martwi byli od strachu! — mruknął Majdaniarz.
— Co, możeś ty ożył? — spytał przeciągle Indor. — Ja bo, przyznaję, zawsze przekładam wódkę nad wodę...
— Ha, ha!... gdyby spirytus w Lenie płynął, dawnobyś utonął! — rozśmiał się Obuch.
— Wszystkimby się teraz przydało!

Hej Damjanie, Damjanie!
Zbliż się do nas, kochanie...

śpiewał Indor, zabawnie kiwając na gospodarza palcem. Ten podszedł uśmiechnięty, zadowolony.
— Co, chłopcy, machniemy dzisiaj? A jaki brzeg cudny: miękki, równy, jak obstalowany... Raz-luli-moja-malina!...
— A nie zostało tam czego od wczoraj?... Chmiel dokucza... we łbie trzeszczy... Sił nie stanie!... Nie pociągniemy...
— Ho, ho! Nic z tego!... Basta!... Trzy dni ucztowaliście... Nadszedł, myślę, czas pomiarkowania!...
— A co, mówiłem: Faraon! Wywiódł nas na pustynię i zhardział...

Ej Damjanie, Damjanie,
Nie patrz na nas przez ramię...

Będziemy jeszcze mijali miasto Olokmińsk i łzy tam gorzkie wylejesz... Lepiej daj po półkwaterku...
— Dwadzieścia wiorst dwie doby płyniemy, a oni jeszcze wódki za to proszą!... — skarżył się Damjan Karskiemu, który właśnie podszedł do ogniska.
— Cóż to? Nie znasz starego obyczaju, aby jedno skończyć, nim drugie zaczniesz... Nie ruszymy, dopóki wszystkiego nie wypijemy... Zdradziłeś się, że masz... dawaj! — wołał Indor...
— Taka to droga wodna! — biadał Damjan. — Wczoraj omałośmy przez nich nie utonęli, a dziś gdzie nocować będziemy, niewiadomo... A pan pytał, kiedy będziem na Witymie... Czy to z niemi można co przewidzieć, oni gorsi od powietrza!...
— Nie skarż się, nie skarż!... Ludzi masz dość!... Wódki daj trochę, aby im w kościach przetarło się, i pójdą...
— Pójdziemy, Damjanie, aż pólka zatrzeszczy! — obiecywali chórem robotnicy.
Rad nierad przyniósł gąsiorek i znów zaczęła się pijatyka.
Karski cofnął się do żony, z trwogą wyglądającej z budki na hałasujących pod skałą ludzi.
— Wiesz, Stefanie, że to przechodzi wszelką miarę, to staje się katuszą! — mówiła.
— Pewnie dziś się skończy: wypiją resztę. Więcej dostać niema gdzie, ten brzeg zupełnie niezamieszkany. Wszystkie wsie po tamtej stronie... — odpowiedział Karski, wskazując na brzeg przeciwny, gdzie za smugami zielonych ostrowi, na liljowych podgórzach wysokiego lądu kłębiły się miejscami białe dymy i błyskały niewyraźnie szyby czy krzyże cerkiewne w świetle słońca.
Nurt wartki, potoczysty, rozlany jak morze, oddzielał ich od tych sadyb. Miasta wcale już widać nie było, znikło za potężnym zakrętem lądu.
Po obiedzie oryle zabrali się do roboty nadspodziewanie ochoczo. Nałożyli przywiezione z miasta śle z kory brzozowej na piersi i, zaciąwszy je w rząd pętlicami za koniec pólki, ruszyli sporym krokiem. Łódź, kierowana wprawną ręką Gurana, odbiegła daleko od brzegu na szor i poszła chyżo przeciw prądowi.
— Najedli się... ciągną!... — mówił z zadowoleniem Damjan.
— Niech pani się już niczego nie boi! — gadał Guran do Karskich. — W samą porę przyjdziemy... Tu już nic nie przeszkodzi... Chyba zdarzy się, że niedźwiedź wyskoczy!...
— Masz tobie! — jęknęła pani Anna, chwytając za rękę Olesia, który bawił się u jej nóg na wślednim pomoście.
— Niech się pani nie boi! — uspokajał ją Guran — on tu do łodzi nie przyjdzie... Sam w strachu przeraźliwym po brzegu zmykać będzie... Pamiętam, raz wpadł nam pod półkę, to z półtorej wiorsty przecwałował z rykiem, jak baran. Oryle uciekali przed siebie bez opamiętania, a on gnał za niemi też bez pamięci... Co nawróci w las i na sznur wpadnie — wrzaśnie wniebogłosy, aż góry jękną, i znów ku wodzie. A tam statek sunie z wielkim bulkotem. Więc znów mknął przed siebie. Lecieliśmy tak, niby parostatek, zanim oryle nie poodczepiali śli i w bok nie umknęli... Niedźwiedź poszorował dalej brzegiem, jak kula... Ta była strata, że szkuta, puszczona samopas, omało nie rozbiła się, bo ją wartem poniosło na rapy...
Karski nie mógł powstrzymać uśmiechu, wywołanego „pociechą“ sternika. Ale zgorszona pani Anna wzięła natychmiast syna na ręce i zamknęła się w swej budce. Daremnie Oleś opierał się i wołał „lu-lu-lu“, naśladując szemrzące nurty. Matka podejrzliwie spoglądała na malownicze skały, ostro wznoszące ku pogodnemu niebu zwichrzone lasami czoła, na cieniste jary, pełne kędzierzawej zieleni, zbiegające ku samej wodzie. Zwykle potok szumiał na dnie jaru wśród dzikich złomów, a żółte smugi piasków oddzielały ciemny bór i ciemne oramie urwiska od ciemnego odbicia ich w wodzie.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Wacław Sieroszewski.