Powrót (Sieroszewski, 1914)/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Powrót |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Wiosłując, ominęli cypel piaskowy, poczym oryle wyskoczyli na brzeg. Koźma rzucił im duży zwitek sznura. Guran stanął u steru. Holownicy, trochę pijani i rozmarzeni, uszykowali się długim szeregiem wzdłuż wody. Koźma w małym czółenku krążył między łodzią a brzegiem. Kupcy wyszli z budy i przysiedli na burtach z butelkami i kieliszkami w ręku. Spirydjon, trzymając drążek mierniczy, siadł na samym dziobie statku, jak na koniu.
— Hej! Ruszaj! Z Bogiem! W imię Ojca i Syna...
Holownicy pochylili się, tryl napiął, łódź zakołysała i pomknęła przeciw prądowi, odkładając stewą w obie strony na wodzie dwa srebrne wąsy bruzd. Wślad zakłębiły się zmącone odmęty, a odbite obrazy miasta, brzegów i gór tańczyły na nich fantastycznie.
Karski z żoną wyjrzeli ze swej budy po raz ostatni na chowające się za łoziny miasto. Zielona, kędzierzawa gęstwina chłonęła jeden za drugim wesołe domy z roziskrzonemi blaskiem słońca oknami, ulice, kopulaste cerkwie, statki i ludzi na brzegu. Gwar miejski dobiegał coraz niewyraźniej, mieszał się ze szmerem rzeki, z pluskiem fal, bijących o brzeg holowanej łodzi, i ginął zwolna, pokonany przez nie.
Leon i Makary stali na przystani na wysokim sągu drzewa i machali czapkami. Pani Anna z dzieckiem na ręku odpowiadała im, powiewając chusteczką mokrą od łez.
— Boże, Boże! Jacyż oni biedni, jacy... biedni!... — szeptała do męża.
Oj! Jekuckie zacne miasto,
Ma dziewki lipkie jak ciasto!...
z humorem zanucił jeden z kupców na przedzie łodzi.
Oj, dębino! huknijmy wraz!
Oj, zielona, sama pójdzie!
Szarpnij-my!... Szarpnijmy!...
Huknij-myyy...
Och!
chórem odpowiedzieli holownicy.
Chłopów tęgich, zawsze pijanych,
Nieumytych, nieczesanych...
szydził dalej kupiec.
Oj, dębino, huknijmy wraz!
Oj! zielona, sama pójdzie...
odpowiadał chór.
Nakoniec znikło miasto, znikł biały klasztor na jego końcu. Z poza czubów wikliny wyglądały czas jakiś wierzchołki okolicznych gór, wreszcie i one zapadły za nie, a przed niemi, za niemi i wszędzie wokoło widniała tylko srebrna rzeka, obrzeżona złotemi piaskami i bladą chwiejną zielenią.
— Hej! Pilnuj!... Sczyszczaj!... Miotaj!.. Lekciej! — grzmiał co chwila Guran od rudla.
Jeden z holowników podbiegał naówczas do wlokącego się po nadbrzeżnych krzach i rzece tryla, spychał go z gałęzi kijem lub oswobadzał od zadzierzystych, ukrytych pod wodą „wilków“.
— Pięć, trzy, dwa i pół... pięć... — wykrzykiwał monotonnie Spirydjon, zanurzając w nurt miarę.
Koźma na czółenku wyprzedzał szkutę i drogę badał.
Damjana nie było.
Zgięci w pałąk, z liną na ramieniu, holownicy ciężko brnęli przez piachy, podśpiewując i pokrzykując naprzemian. Skoro jednak łódź zawróciła wązkim kanałem w labirynt wiklinowych „pławi“, piosenka umilkła. Znikły piasczyste, dogodne nadbrzeża: trzeba było przedzierać się przez środek zarośli, gdzie ludzie, związani sznurem, plątali się wciąż, jak w sieci.
Szkuta posuwała się wolno krętemi, jak strumienie, łachami o brzegach niewyraźnych, nizkopłaskich, zalanych, gdzie wiklina wyrastała często wprost z wody, jak trzcina, gdzie nurt rwał przez zarośla z łoskotem, jak na kamiennych ławicach, i kołysał krzewami, jak wicher. Musieli więc wciąż buchtować; oryle wtedy zwijali sznury, siadali do łodzi, chwytali za wiosła lub wlekli statek z trudnością, czepiając się giętkich, wężowatych wicin nadbrzeżnych. Najwięcej napracował się zawsze Koźma, przewożąc ludzi i sznury z kępy na kępę, badając drogę lub odczepiając wciąż plączący się w gałęziach tryl i cumy. Czółenko jego krążyło bezustannie dokoła statku, jak mała, stroskana kaczuszka dokoła wielkiej matki, która zaniemogła.
— Koźma!... Ej Koźma!... Brodaczu!... Czasby zatrzymać się! — wołali nań i kupcy i oryle, lecz Koźma milczał i wciąż płynął dalej...
Wreszcie słońce zapadło za wikliny. Mrok mglisty i chłodny napełnił wązkie łachy i poczernił wodę.
— Dość! Nie pójdziemy dalej!... — rzekli holownicy.
— Jeszcze trochę!... Cóż to... Tutaj nic przecie niema... tu błoto... tu i pohulać nie będzie gdzie!... Dowleczcie się choć do tamtej kępy... Tam sucho, tam Damjan kazał czekać!... Tutaj on nas nie znajdzie! A bez niego nic nie będzie — nie będzie wódki — przemówił wreszcie Koźma.
Oryle niechętnie poszli we wskazanym kierunku.
Wybrana wysepka przedstawiała wydmę piasczystą, okoloną niby łysina zakonniczą tonsurą — wiankiem zarośli. Leżała na samym skraju „pławi“, a poza nią głucho szumiała już macierz rzeki, otwartej tu, aż po brzeg przeciwny — wysoki i lesisty. Chłód, mgła i wiatr szły stamtąd i mąciły cieplejsze, stęchłe powietrze zamulonych łach i krzewiastych ostrowi.
Karski wyszedł na brzeg i z czuba pagórka spojrzał ku miastu. Znajdowało się bliżej, niż przypuszczał. Złocone kopuły jeszcze się lśniły w blaskach zorzy. Dymy wieczorne snuły się z kominów i, mieszając z mgłą rzeczną, kładły liljowe cienie na dalekie góry, na niebo z blademi gwiazdami, podarte na zachodnim skraju zorzą w długie wstęgi purpurowe i seledynowe. Między miastem i wyspą legły kobiercem gęste, równe i splątane, jak sierść niedźwiedzia, zarośla wiklinowe. Karski przyglądał się dobrze znanej okolicy, szukał wśród odległych urwisk białego szlaku drogi, po której zwykł był w ciągu lat tylu spuszczać się z płaskowyżyny do miasta; przypomniał sobie rozmaite wypadki z tych podróży, towarzysza zabitego na tej drodze przez niewiadomych złoczyńców, napad na siebie rzezimieszków, z którego cudem wyszedł cało; dalej — swoją zagrodę, pracę wieloletnią w polu, dni i miesiące pełne tęsknoty, chorobę Anny, z której dźwignęła ją jedynie nadzieja powrotu, wreszcie miłe, dobre twarze towarzyszów, żyjących samotnie w nieprzejrzanych borach. Westchnął i spojrzał na przytuloną do brzegu szkutę. Anna z owiniętym w chustkę Olesiem szła ku niemu. Wziął dziecko z jej rąk, a ona oparła głowę na jego ramieniu i biegła wzrokiem w tę samą stronę, gdzie niedawno on błądził myślami.
— Kochany! Przecież i tam były chwile, żeśmy się czuli szczęśliwi!...
— Wróciłabyś?...
— Nie, za nic!
— Co nas czeka? Nie wiem. Przyjedziemy bez grosza... Trudno będzie o zajęcie; zapomniałem pracować w sposób cywilizowany...
Kobieta poczęła szybko oddychać.
— Ale tam — śmierć! — szepnęła przez łzy. — Czułam, jak dusza mi gasła, i tak się bałam, tak strasznie się bałam, że nie ujrzę już świadomemi oczyma kraju... Chcę widzieć ciebie i syna wśród swoich, w otoczeniu ludzkim. Wtedy odejdę z tego świata w spokoju...
— Poco masz odchodzić!... Co za pomysły... Zdrowie wróciło!... Mówiłem o kłopotach, ale nie są to rzeczy niepokonane... Głupstwo!... Wszystko się ułoży i znajdzie!... — mówił gorąco Karski, zawstydzony swą chwilową słabością.
Objął żonę i przycisnął do siebie. Anna potrząsła głową.
— Nie udawaj. Wiem, że nam łatwo nie będzie, ale... poza nami coś... niby straszna hydra, lodowaty potwór o białych oczach i kłach... Wydaje mi się wciąż, że wyciąga ku nam drapieżną rękę... i dla tego biegłabym bez wytchnienia, nie jedząc, nie śpiąc... uciekałabym przed siebie... wprost... aż... aż... Strasznie wolno posuwać się będziemy! Mam wrażenie ciągłego spóźniania się i żarłoczne wprost pragnienie pośpiechu. Zobacz, czy nie zgubiłeś przypadkiem paszportu! Dziewięćset wiorst rzeką!... taka olbrzymia przestrzeń! Nie wierzę, żeby ci ludzie byli w stanie nas tam dociągnąć... Jacyś włóczędzy z pod ciemnej gwiazdy...
— Zwykli tutejsi oryle. Widzisz: już rozpalili ogień na piasku. Wartoby zagotować i dla nas herbaty.
— Idź, nastaw imbryk... Ja pójdę do łodzi... Boję się ich!
Gdy Karski podszedł z naczyniem do ognia, Spirydjon odebrał mu je z ręki i powiesił na kołku obok innych kotłów i imbryków. Oryle zrobili mu miejsce u ognia i ciekawie zaczęli się przyglądać jego śmiałym, trochę chmurnym rysom. Jeden tylko Obuch nie ruszył się i nie zwrócił ku niemu oczu, nieruchomo utkwionych w płomienie. Karski mimowoli spojrzał uważnie na silną postać i wyrazistą twarz pięknego blondyna.
— O czym myśli ten człowiek?... — rozważał, śledząc twarde kanty jego czaszki i mocne skręty uszu, ozdobionych srebrnemi kolczykami.
W tej chwili włóczęga podniósł głowę, ziewnął i przeciągnął się.
— Hę!... Coś ckliwo!... Na co czekamy, chłopcy!...
— Na wódkę. Damjan jeszcze nie wrócił!...
— Aha!...
— Już jedzie! — uspokoił ich Koźma. — Słyszycie?...
Cichy, miarowy plusk wioseł zbliżał się, nurtując wśród wiklin. Pary kaczek, spłoszone przez płynących, porywały się od czasu do czasu z krzykiem i zataczały szerokie koła w mroczno-różowym powietrzu.
Holownicy ożywili się. Posłani ponownie po drzewo Żyganowie przynieśli ogromne naręcza suchych patyków i wrzucili je na stos. Obuch z Majdaniarzem przywlekli z brzegu wielką kłodę płatwy, porzuconej tam przez powódź.
— Aj, da! Zuchy jesteście!... — chwalili ich kupcy, wygrzewający u ognia grube członki i okrągłe żołądki.
— Macie siłę! — dodał Tereszkin i spróbował podnieść kłodę, ale nie zdołał.
Obuch spojrzał na nich i uśmiechnął się milcząco.
— Starczy na całą noc! — poważnie zauważył Guran.
— Ciepło będzie...
— Zawsze co drzewo, to drzewo, nie patyk.
Wszyscy jednak, z wyjątkiem kupców, którzy mieli „swoją wódkę“, choć pozornie zajęci rozmową, zwracali niecierpliwie uszy, a niektórzy i oczy w stronę gdzie coraz wyraźniej pluskały wiosła.
— Oha! — krzyknięto im z wody.
— Bywaj! — odpowiedzieli.
Dno łodzi otarło się z chrzęstem o piasek. Część orylów pobiegła na spotkanie przybyłych. U ogniska pozostali kupcy, Obuch, Majdaniarz, młody Tatar, Achmetka, i Spirydjon wraz ze szpakowatym, chuderlawym włóczęgą, przezywanym Niemcem. Obaj doglądali kotłów.
Niezadługo w świetle ognia ukazał się Damjan, poprzedzony przez tyczkowatego Żygana Większego z beczułką na ręku. Niósł ją pieczołowicie, jak dziecko, miauczał i udawał oblizującego się kota.
— Cóż, kolacja?
— Jest. Siadajcie i opowiadajcie, co słychać w mieście...
— Dawajcie, napijemy się najpierw herbaty, jak się godzi...
Koźma rozdał orylom suchary i cukier; każdy z nich kubek lub filiżankę postawił przed sobą, poczym Niemiec, dźwigając oburącz ogromny imbryk, szedł wokoło i rozlewał napój. Damjan przysiadł koło kupców, którzy też kazali przynieść ze szkuty swe „jadło“: białe obwarzanki, masło, wędzoną rybę, szynkę...
— A cóż ten? — mruknął Bryłkin, kiwając głową w stronę łodzi.
— Woli sobie... sam na sam z żoną!... — odpowiedział Tereszkin.
Wszyscy się rozśmieli i posypały się żarty. Gruby Tereszkin cały czas zabawnie wzdychał, przewracał oczami i rżał zcicha.
Tymczasem Spirydjon, owiany kłębami dymu i pary, dobywał uroczyście z kotła kawały mięsa i składał na ogromnej pokrywie. Majdaniarz przelewał wódkę z beczułki do flaszek. Damjan podał niezwłocznie jedną napełnioną najstarszemu kupcowi.
— Cóż, dzieci, szczęśliwej życzmy sobie drogi... żeby nam się powodziło, żeby wiatr wciąż dął w rudel, żeby ominęły nas mielizny, rapy, źli ludzie!... Chaim!... W twoje ręce, Damjanie!...
Przeżegnał się, wypił i chrząknął.
Kiedy kielich obszedł kolej, tensam kupiec zatrzymał butelkę i zwrócił się do Damjana.
— Nie godzi się. On sobie może robić, co chce, ale stary obyczaj każe nikogo nie omijać.. Idź, Damjanie, proś swego pasażera!...
Karski cicho rozmawiał z żoną, oparty o galeryjkę pomostu. Oleś spał w budzie, zawieszonej chustą.
Przejrzysta noc podbiegunowa wisiała nad zamgloną rzeką. Srebrne wody, równie blade jak niebo, wypełniały widnokrąg. Ciemne ostrowia wikliny oraz ciemne pasma gór w dali były jedynemi chmurami, plamiącemi w tej chwili opalowe przestworza.
— Przekonana jestem, że niema miejsca, gdzieby ludzie tacy, jak my, spokój znaleźli. Po powrocie zacznie się tosamo. W pustyni skazani jesteśmy na tęsknotę do ludzi: wśród ludzi na ciągłą troskę, niepokój i walkę z niemi... Trzeba ich wciąż uspokajać, oporządzać i ratować, wbrew ich chęciom i oporowi, jak brudne, zaniedbane, nieszczęśliwe dzieci!... Już sił nie starczy!... — mówiła pani Anna z goryczą.
Stefan milczał, szukał wyrazów pociechy i nie znajdował ich. Sam czuł lęk pewien przed tym przepaścistym, ludnym światem, od którego odwykł i który nagle się znów przed nim otwierał.
— Jakoś to będzie! — wyrzekł wreszcie.
— Szanowni państwo pasażerowie! — zabrzmiał w pobliżu małżonków głos chropawy.
Anna drgnęła i schwyciła męża za rękę.
— ...Czy nie raczycie przyłączyć się do naszej kompanji na zapoczątkowanie pomyślne podróży?... — gadał uroczyście Damjan, występując z za łodzi.
— Idź, Stefanie, ja położę się spać, jestem zmęczona... — powiedziała Anna.
Po chwili Karski siedział w kole orylów i znów ciekawie przyglądał się ich malowniczym postaciom w blasku ognia.
Nie pił, więc wkrótce poczuł się tu intruzem.
— Owszem. Więcej dla nas zostanie! — wyrzekł kupiec z obrazą, biorąc od niego nietknięty kieliszek.
Karski ruszył ustami, lecz odpowiedzi nie znalazł, uśmiechnął się tylko. Uśmiech nie wywołał współczucia. Oryle spoglądali nań wyczekująco i nieprzyjaźnie.
— Życzę wam powodzenia! — wykrztusił wreszcie Karski i podał rękę Damjanowi. Czuł się jak na szpilkach i bardzo był kontent, gdy nagle szmery na rzece zwróciły w tę stronę uwagę obecnych.
— Płynie ktoś!
— A niech płynie! Dalej, chłopcy, zabierajcie się do jadła, bo do północka przesiedzimy, czekając niewiadomo na co... Dać panu mięsa, panie pasażer?! A może pan i mięsa nie jada?
Karski kiwnął głową, przyjął kawałek nadzianej na drewniany szpikulec wołowiny i wyciągnął swój nóż z pochwy. Inni już pracowali nożami i zębami, obgryzając z chrzęstem kości i mlaskając wargami. Kieliszek krążył, twarze rumieniły się, oczy poczynały błyszczeć.
— A szkoda, że Indor z nami nie poszedł... Wesoły... — rzekł z żalem kupiec Bryłkin.
— Niech Bóg uchowa!... Ofiarowałem już świętemu Mikołajowi świeczkę po powrocie do domu, że mię od niego wybawił... Burzyciel, przechera i niewiadomo co jeszcze... — mówił żałośnie Damjan.
— Niebezpieczny człowiek! — potwierdził Koźma.
Oryle uśmiechali się nieznacznie i milczeli.
— O tak, szkodnik on! — przywtórzyli jedynie obaj Żyganowie. Lecz jednocześnie obejrzeli się za siebie na rzekę, skąd coraz wyraźniej dobiegał łopot uderzających wioseł.
— Ohej! — doleciał ich wkrótce pytający okrzyk.
— Bywaj!... Kto tam?...
— A wy, czyi jesteście?
— Koźmy i Damjana!...
— Właśnie! Was szukamy! Przybijaj!
Czekali z wyciągniętemi szyjami, zapatrzeni w stronę, gdzie wśród krzewów łoskotała przybijająca łódź. Za chwilę wikliny rozstąpiły się i ukazał się... Indor z przewoźnikiem, Jakutem.
— Skąd? Poco?...
— Stęskniłem się do was!... — mówił poważnie Indor z ręką na sercu. — Taką uczułem tęsknotę, że zaraz siadłem list pisać, ale że poczta tu nie chodzi, więc go sam przywiozłem. Oto on! Nie odtrącajcie osieroconego towarzysza — dodał, wyjmując z zanadrza zaszarganą kopertę. Podawał ją najbliższym, ale wszyscy odsuwali się ze śmiechem, podejrzewając żart nieprzyzwoity.
— Przyznaj się, stary opoju, że zwąchałeś wódkę! — żartował zadowolony Bryłkin.
— Nawet wiedziałem, że napewno będzie... Wasza miłość słów nigdy na wiatr nie rzuca! Widziałem tego Judasza, jak wynosił z szynku beczułkę. Wydała się wartą fatygi. I nawet ta jakucka morda dała się przez nią skusić!
— Tylko ty, Indorze, tutaj nie możesz już sobie pozwalać. Judaszem mię znowu, słyszę, nazywasz! — obruszył się Damjan. — Tu nie miasto, tu z tobą krótkie gadanie.
Włóczęga przyjrzał się szyprowi zmrużonemi wzgardliwie oczami, poczym trzymany w ręku kieliszek wódki szybko wychylił i wąsy ręką obtarł.
— Oj, Damjanie! Damjanie!... Niewdzięczniku! Losy ci posyłają wybornego wioślarza, starego doświadczonego oryla, a ty wydziwiasz! Czyżby was, bracia, było istotnie za dużo i łódź wydawała się wam za lekką?... Ale nie po to przychodzę, a z powodu, że nie mogło sumienie moje, Damjanie, znieść twego zadatku... Po to jedynie przyjechałem, aby ci go oddać... Ale ponieważ, psia twoja mać, wzgardę mi okazujesz, oddam ci go za karę dopiero jutro!...
Wszyscy, wyjąwszy Damjana, brali się za boki.
— Ach, szelma!... Pies!... Słyszeliście, co wymyślił... Su-mie-nie!... Ha!... Ha!...
— Już dobrze! Dość!... Rachunki jutro!... Dzisiaj dawajcie, chłopcy, hulać, śpiewać... Dalej, Indor, zaczynaj!... — nalegali kupcy.
— Poczekajcie, niech sobie trochę gardło przetrę... Mam jeszcze grdykę pełną mgły rzecznej.
Bryłkin podał włóczędze już nie kieliszek, ale pełną filiżankę wódki. Indor wypił, czapkę na ucho nasunął, oparł się rękami o kolana, pochylił naprzód i zaśpiewał wysokim falsetem:
Oj na morzu, morzu sinym
...........
Oj na morzu, morzu sinym —
odpowiedział nizko i potężnie chór.
Płynie łabędź, łabędź biały —
wciął się znów weń ostrym głosem Indor,
Płynie łabędź, łabędź biały —
huczał wtór.
Karski odszedł na ubocze i położył się na miękkim wydmisku twarzą do góry. Wysoko nad nim, na mleczno-szafirowym sklepieniu drżały ledwie dostrzegalne gwiazdy. Wokoło głucho szumiały nurty, wietrzyk szeleścił w wiklinach, zwiastujących rychły świt. Białe, zwiewne opary sunęły ponad wodami, siląc się nadążyć za pieszczącemi ich rąbki srebrnemi wartami.
Karski zamknął oczy i wyobrażał sobie, jak też wygląda z oddala wśród tego ogromu i majestatu drobna wysepka z iskrą płonącego ogniska, przyćmiona bałwanami kłębiącego się dymu, poplamiona marami dziwacznych cieni, skaczących w rubinowej łunie pełgającego blasku... Nikłe głosy chóru zapewne ledwie mąciły wiekuistą pieśń rzeki!...
Ale zblizka hulaszcza, ludzka piosenka głuszyła wszystko...
Och, och!... Juchy,
Wy dziewuchy,
Udajecie, żeście zuchy;
A jak przyjdzie
Co do czego,
Każda boi się wszystkiego...
...........
Każda boi się wszystkiego.
Oj Derbent, Derbent, Kaługa,
Derbent, Ładoga moja!
Oj luli luli la
Derbent, Ładoga moja!
grzmiał zaciekle chór.
Karskiemu po niejakim czasie zdawało się, że wyspa kołysze się pod nim i płynie z głosami. Usiadł i spojrzał na śpiewających. Na przedzie siedział krwawy od płomieni ognia Indor i, trzymając nóż za koniec ostrza, wybijał nim takt w powietrzu. Dopóki on śpiewał z ręką wzniesioną do góry, chór milczał poza nim w napiętym skupieniu i tylko po zmiennych cieniach, falą przepływających w takt pieśni na zasłuchanych twarzach śpiewaków, po blasku ich oczu, drżeniu zaciętych warg poznać było, że melodja gra im we krwi nieustannie. Lecz w miarę, jak zwrotka dobiegała do końca, ledwie dostrzegalny dreszcz rósł wśród pieśniarzy, a z ostatnim jej dźwiękiem zmartwiała ich gromada nagle ożywała: jeżyły się wąsy i brody, otwierały szeroko usta, błyskając zębami, nabrzmiewały grube gardziele, pęczniały na czołach żyły i mięśnie, drgały ramiona, wzlatywały ręce, przytupywały nogi, ogorzałe, obnażone piersi wznosiły się gwałtownie, niby gotowe pęknąć, i pieśń dzika, wolna, porywająca, choć napozór nierozumna, zgodnie leciała w przestworza:
Oj Derbent, Derbent, Kaługa,
Derbent, Ładoga — moja!
Oj luli — luli — la!
Derbent, Ładoga — moja!
Poczym chór ucinał równie gwałtownie, jak gwałtownie wybuchał...
I znów ostry, wysoki głos solisty wywodził inną zwrotkę w nagle zapadłym milczeniu, a wtórzył mu jeno szum rzeki i ciche, srebrne echa, zbudzone przez pieśń wśród dalekich skał i lustrzanych roztoczy... I znowu ożywał wielogłosy, wszczepiony w ciemność potwór śpiewaczy, głuszył i pokrywał wszystko, drgał, ruszał się i prężył... A choć każdy śpiewał inaczej, innym ruchem sobie przywtórzał, inaczej głowę chylił, inaczej czapkę na ucho nasuwał, lecz wszystkich łączyła jakaś potężna współdźwięczność, jakaś współbieżność głęboko nurtujących instynktów, rosnąca sama przez się i gotowa wszystko, zda się, w nieskończonym swym rozmachu zdeptać, pokruszyć, rozwalić...
Karski daremnie w sobie tego czegoś szukał.
— Co tu gadać: niema. Znikło, a może nigdy nie było!... — rozważał ze szczyptą żalu, gdyż, bądź-co-bądź, śpiew robił swoje i budził w nim tęsknotą do chwilowego choć, ale zupełnego zapomnienia się, do zupełnej beztroski... On nigdy nie zaznał takiego całkowitego rozkiełznania swej osobistości. Leżał rozmarzony na nagrzanych piaskach i słuchał, aż pieśń zamieniła się w niesforny wrzask pijanych, rozwydrzonych głosów. Wtedy wstał i odszedł ku łodzi.
Na brzegu, w ciemnościach, dwie figury szamotały się z sobą.
— Idź już, mówię ci... odbijaj... dalej od grzechu... — szeptała jedna.
— On mię najął! Bez niego nie mogę... Teraz noc!... — krzyczała druga.
Poznał Koźmę i przewoźnika Jakuta. Podszedł ku nim; przestali się szarpać.
— O co chodzi?...
— Upił się i jechać nie chce...
— Człowieka przywiozłem!... — tłumaczył się Jakut.
— Wynoś się, wynoś, nie wódź ludzi na pokuszenie!... — gadał Koźma i pchał przeciwnika ku wodzie. Karski nie mieszał się do sporu, ale nie odchodził... Zrozumiał pobudki starego oryla, a nie miał również najmniejszej ochoty siedzieć na wyspie lub wracać do miasta. Jakut zmiękł nagle, siadł do łodzi i zażądał tytuniu.
— Masz i wynoś się, i żeby tutaj w blizkości ducha twego nie postało!... — wyprawiał go Koźma.
— Przyjadę jutro!... — groził krajowiec z ciemności.
— A jakże! Już my cię tu przywitamy! Pan nie uwierzy, coby to było jutro, gdyby te psy znów zwietrzyły możność powrotu do miasta! Znam ich dobrze!... Jeden albo dwóchby uciekło, a resztaby się zbuntowała: — Nie chcemy ciągnąć!... Mało nas!... Wracaj do miasta!... — A właściwie o co im chodzi: o szynk. Och, grzechy, grzechy... przewinienia!...
— A Indor? — spytał Karski.
— Pójdzie i Indor. Dokąd się podzieje?! Dokoła woda... Choć, prawdę powiedziawszy, lepiej, żeby go z nami nie było. Ha, trudno! Co ma być, to będzie! Będziemy się strzec! Co, spać pan idzie?
— Spać!
— Tak, tak!... Jutro rano ruszamy... Niech pan spoczywa z Bogiem... Dobranoc!
Obejrzeli się poza siebie na wzgórek, gdzie w krwawej łunie ogniska skakały kosmate cienie i tłukła się ochrypła pieśń, rwąc już nadaremno ku niebu. Koźma znikł gdzieś w cieniu szkuty, a Karski ostrożnie wpełznął pod daszek swej budy.
— Nie śpisz, Anno? — spytał, słysząc westchnienia żony.
— Te wycia umarłego byłyby w stanie obudzić! Straszni ludzie i jakie... nieprzyzwoite rzeczy wygadują. Tyle dni razem!... Jak ja, po tym wszystkim, twarz im pokażę! — biadała pani Anna.
Karski milczał.