Powrót (Sieroszewski, 1914)/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Powrót |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Pogodny, letni poranek wyzłocił i rozbłękitnił rzekę.
Nawet ubogie, odrapane miasto wyładniało w jego promieniach. Ciemny pas nadbrzeżnych budowli, świecące ponad nim głowice cerkiewnych dzwonnic, biały klasztor za łączką na zielonym przylądku, dalekie, mgliste góry, wszystko rozświetlone i radosne, przeskoczywszy piachy nizkich mielizn i szeregi statków, przeglądały się zalotnie w potężnym zwierciedle mknącej mimo nich wody. Jarmark w zatoce jeszcze się nie ocknął. Większość barek spała cicho, szczelnie zamknięta. Nieliczne postacie ludzi rysowały się ostro w rannym, niezbrukanym kurzawą powietrzu. Przeciągali leniwie zdrętwiałe we śnie członki, prali bieliznę, myli twarze, palili fajki lub pili herbatę, siedząc u ogni, których siwe dymy cieniutkiemi strugami płynęły ku błękitom.
Na uboczu, u wylotu zatoki, oddzielnie od niedawnych towarzyszek, pokryta półkolistą budą żaglową, z masztem wzniesionym pionowo, opięta, osmolona, ogładzona, podwiązana stała duża łódź, gotowa do drogi. Nurt trącał o nią i biegł dalej z pomrukiem, jakby wabił ją z sobą, a ona drżała wciąż, kołysała się z lekka od tej pieszczoty i napinała dzierżące ją cumy, starając się nawrócić ku niemu.
Podróżni już dawno siedzieli na miejscach. W środkowej części, za płóciennemi zasłonami kupcy gadali głośno i dzwonili butelkami. W tyle umieściła się pani Karska ze śpiącym Olesiem na kolanach i wylękłemi oczami patrzała na męża. Ten, chmurny, stał na wślednim pomoście i nie spuszczał oczu z przodu łodzi, gdzie podniesione do góry żaglowe obszycie pozwalało dojrzeć pustą zupełnie, zawaloną worami komorę. Mieli tam sypiać robotnicy. Ale dotychczas śladu ich tam nie było. Jedynie mały, marny, podobny do gnoma kucharz Spirydjon kręcił się na samym dziobie łodzi, koło wyłożonego cegłami ogniska, i przestawiał niespokojnie naczynia z miejsca na miejsce. Od czasu do czasu prostował się, poprawiał łachmany na piersiach i spoglądał przeciągle na brzeg w stronę starej, przewróconej do góry dnem, na budynek przerobionej barki, z oknami przebitemi w bokach i rurą żelaznego kominka pośrodku. Stamtąd, to wzmagając się, to cichnąc, dolatywał nieustannie gwar głuchy, wielogłosy, swarliwy. Dwaj „wodni strażnicy“, z żółtemi blachami na piersiach i krzywemi szablami w czarnych pochwach u boku, krążyli dyskretnie w pobliżu.
— Na co czekamy? Gdzie gospodarz?! Gdzie robotnicy?! — krzyknął Karski do kucharza.
— Nie wiem. Chyba... chyba, mniemać można, że są... tam! — odpowiedział, kiwając w stronę budynku.
Karski zaczął się przysłuchiwać lecącym z tej strony odgłosom. Nawet jeden z kupców wysunął okazałą twarz z za płachty i spojrzał ciekawie.
— A co tam?
W tej właśnie chwili drzwi budynku otwarły się, wyskoczył z nich Damjan, kiwnął na strażnika, coś mu szepnął, i obaj znikli napowrót w szopie.
Karski zszedł na brzeg i podążył w tym kierunku. Spirydjon biegł za nim o jakie pół kroku.
— Bo to, widzi pan, co się komu należy, to się należy!... — mruczał, ciężko dysząc. — Byłbym i ja dawno z niemi, lecz... moja rzecz, kucharska rzecz... ogniowa. Zatym stoję na warudze. Brodzić po wodzie nie będę, więc mi ani brodnie, ani onucze nie są do tego stopnia potrzebne.... Mogę i tak, jak jestem... Więc nie mam nieodwołalnego powodu. Gdybym tam się znalazł, łatwoby mię spytali: a ty tu poco? a gdzie pasport?... Poco narażać się na nieodpowiednie pytania?... Powiedzą zaraz: burzyciel! A i to prawda, że jestem bitny i krewki... Gadać długo nie lubię! Raz, dwa, trzy... potym w zęby i dalej, jak się należy... Muszę się więc wystrzegać wszelkiego wzruszenia!...
Na drodze dopadł ich Leon, który biegł pośpiesznie od strony miasta.
— Dzięki Bogu; jeszczeście nie odjechali! Spóźniłem się... Wczoraj wieczorem przyjechał Makary i całą noc przedyskutowaliśmy. Makary też chciał przyjść pożegnać się z tobą, ale usnął tak twardo, że go się dobudzić w żaden sposób nie mogłem... Wiesz co, Karski, zazdroszczę ci, że wracasz właśnie teraz do Europy, w taką ciekawą, przełomową chwilę... Ale dokąd tak pędzisz na brzegu?
— Awantura! Pytanie jeszcze, czy pojadę... Zdaje się, że zmowa... — odrzekł sucho Karski.
— Zmowa?... Tutaj zmo-wa-a, strejk?... — przeciągnął zachwycony Leon. — Co ty mówisz? Gdzie? Niepodobna!... Strejk!...
Karski wskazał palcem na szopę.
Gdy weszli, gwar przycichł. Strażnik wyprostował się, Damjan opuścił wyciągniętą ku nieprzyjaciołom rękę. Robotników było dużo, znacznie więcej, niż ich najął Damjan. Widocznie zebrali się na widowisko, a po części dla dodania towarzyszom odwagi. Stali w głębi wzdłuż ścian, malowniczo oparci o siebie, i co chwila wybuchali drwinami, śmiechem, robili głośno uwagi. Na przedzie kupili się oryle Damjana.
— Zbliżcie się, panowie, zbliżcie; spójrzcie i wydrukujcie w gazetach, jak to krzywdzą nas, biednych i bezbronnych ludzi! — zwrócił się patetycznie do Karskiego i Leona obdarty włóczęga, stojący na czele gromady. Był to chłop krępy, zwięzły, z twarzą czerwoną, z buremi, wesołemi oczami i dużym, sino-żyłkowanym nosem. Nad nizkim ale wypukłym czołem wichrzyła mu się strzecha rudych, gęstych włosów.
— Ta oto pijawka, wyżymaczka bezlitosna, wyzyskiwacz, żyd w kształcie człowieka, obiecał nam dwie pary brodni i cztery pary onuczy na drogę, a jak przyszło co do czego, to daje jeno parę obutek i połowę szmat... Nie, nic z tego, kozia twoja mać, istnieją przecie prawa i w naszym państwie...
Rzucił na zakończenie brzydkim, czteropiętrowym tak dziwacznym przekleństwem, że aż szopa zadrżała od śmiechu robotników.
— A nieprawda!... A łżesz!... Dam wszystko, nie odmawiam, ale... w połowie drogi, w Olokmie, bo teraz przepijecie... Boso potym nie będziecie chcieli iść... Znam was... Ty pierwszy na piasku się położysz, burzycielu, Indorze przeklęty!... W złą godzinę spotkałem się z tobą. O dolo moja! Żebyś skisł, żebyś spłonął od gorzały, wstrętny opoju!... — złościł się Damjan.
— Bez twego wołania przyszedłbym bronić braci moich... — zimno odpowiadał Indor. — Dawaj obutki, niema co!... A co zechcemy z niemi uczynić, to nasza rzecz: może dziewczynie swojej zechcę podarować, żeby sobie z cholewy uszyła... futerał, a może worek każę z nich uszyć na pieniądze... Skąd ty możesz wiedzieć, gębo opasła, czego moja wolna dusza pragnie? A nie chcesz dać, coś obiecał, to pocałuj psa w nos, powiedz otwarcie i zostań z Bogiem!... Matkę własną do łodzi wprząż, Koźmę wprząż... Dołącz do tego przyszłe swoje potomstwo. Gurana wprząż i hajda!...
— Ty sobie gęby mną nie wycieraj! — obruszył się nagle ubrany dostatnio na uboczu stojący chłop sybirski.
— A bo to nie mam czym? Wielorybowi-by na serwetę starczyło! — rozśmiał się Indor, spoglądając szyderczo na tęgą, mięsistą figurę Gurana.
— Co wieloryb!... Sam wąż morski miałby dosyć!... — przywtórzyli mu wesoło słuchacze.
— Otrząśnijcie, bracia, proch z nóg waszych i chodźcie za mną!... Już oni nam nic nie dadzą! Już ja to widzę. Rusz się, Obuchu!... — zwrócił się do siedzącego na stole słusznego blondyna o rysach regularnych i niebieskich oczach. Ten potoczył rozśmianym wzrokiem po obecnych, lecz nie kwapił się do wyjścia.
— Nie słuchajcie go, chłopcy!... Miejcie rozum. Czy to pierwszy raz pływacie?... Są tu przecie tacy, co już ze mną chadzali... Naprzykład... Spirydjon, albo ty, Wiarusie... poświadczcie!... Dam wszystko, co obiecałem, jak Boga kocham, ale na pierwszej dopiero wyspie!... Tutaj nic dać nie mogę. Już i tak, przepiliście połowę zarobku. Gdy przepijecie wszystko, gdzie was wtedy będę szukał? Stracicie wszelką do roboty ochotę, jak nic już do odebrania za nią wam nie zostanie!... Wniknijcie i w moje położenie! — dowodził pojednawczo Damjan.
— A co, bracia! Niechby dał na wyspie! Na to się można zgodzić!... Niech da wszystko na wyspie, a teraz... po dziesiątce na głowę, albo po półkwaterku i w drogę!... Co, hę?! — krzyknął piskliwie wysoki, szary i wyblakły, z długą szyją i wystającą grdyką robotnik.
— Niech da po piętnaście kopiejek! — podpowiedział stojący obok niego równie szary i pomięty oryl.
— Szpanka! Żygany! Podła kobyłka!...[1] Wybyście i Chrystusa za grosz sprzedali, bo srebrnik to wam już za dużo!... — splunął w ich stronę Indor. — Wierzcie mu, słodko-głosemu słowikowi! — zwrócił się w głąb szopy. — Wywiedzie was na wyspę bezludną, jak Mojżesz na puszczę, i będziecie musieli tańczyć, jak zagwiżdże. Nie znacie żółtobrzuchych czełdonów?...[2]. Przed robotą łydki lizać wam gotowi, a po skończonej potrzebie w odmętach rzecznych was dla zdeptanych onucz utopią... Słyszana rzecz, żeby kto od nich z pieniędzmi odszedł? Nawet ten, co z pieniędzmi przyjdzie, goły odejdzie!...
— Oj, ludzie! Nie słuchajcie go, pustomieli — bałałajkina! Toć przecie tam na rzece cała łódź w waszej będzie mocy... Czy mógłbym, nawet gdybym chciał, nie dotrzymać wam słowa... Nie na wiatr daję obietnicę, lecz aby ją spełnić!... Nie pierwszy i nie ostatni rok tutaj się znajduję, nie z wiatru jestem, a z nad rzeki!... Zgódźcie się — przekładał Damjan.
— Zresztą dla pewności i ja mogę z wami do pierwszej wyspy pojechać! — wstawił politycznie strażnik.
Ale obecni pominęli propozycję rządową milczeniem; nawet Damjanowi widocznie nie przypadła ona do smaku. Natomiast zwrócił się gorąco o poparcie do Karskiego i Leona. Źle jednak trafił, gdyż Leon bardzo poważnie mu odpowiedział.
— Nie, nie mogę was podtrzymać!... Oni mają rację. Bo że w Europie robotnicy kredytują swym trudem pracodawców, to nie widzę w tym nic dobrego i nie wiem, dla czegoby robotnicy mieli i tutaj ten zgubny zwyczaj wprowadzać, skoro istnieje już dla nich dogodniejszy...
— A widzicie, chłopcy!... Chodźcie więc użyć kredytu gdzieindziej!... A może i pan z nami pójdzie, dobre paniątko!... — zapraszał Leona Indor.
Wśród robotników wszczął się gwar i ruch; niektórzy sunęli do wyjścia, ale tam stał Damjan z rozpostartemi rękami i krzyczał: — Oddajcie zadatek!... Panie strażniku, nie puszczaj ich pan!...
— Ho! ho!... A jakże!... Dawaj obutki! Tyś zerwał umowę, a nie my!... — krzyczeli robotnicy, napierając coraz tłumniej. W tyle gwizdano, miauczano, gdakano. Ktoś udawał płaczące niemowlę, inny — piejącego koguta...
Scena nabierała burzliwo-żartobliwego charakteru. Ten tłum rozswawolonych włóczęgów gotów był lada chwila pochwycić na ręce i strażnika i grubego Damjana i zacząć podrzucać niemi, jak piłkami. Policjant cofał się przezornie. Karski silił się, aby uprowadzić Leona. Nagle w ten rozgardjasz wpadł Bryłkin z butelką w ręku, powiódł przekrwionemi oczami po zebranych i obwieścił poważnie, że funduje wszystkim z dobrej, nieprzymuszonej woli... wiadro spirytusu.
— Oto pieniądze! Ale musicie zaraz wyruszać... Wypijemy je na wyspie... Starosta niech biegnie do szynku, a wy... do wioseł!... Kogoście na starostę wybrali?... Obucha pewnie?
— Nie. Ja nim jestem! — odrzekł ciemny i posępny mężczyzna, wysuwając się na czoło.
— Aha!... Majdaniarz![3] Bardzo dobrze... Masz w tym wprawę!... — żartował kupiec. Wręczył mu pieniądze i wyszedł z szopy, a robotnicy za nim. Damjan biegł obok, gotów nieledwie „polizać dobroczyńcę“... w łokieć.
— Aby tylko ruszyć... aby krok... Oj, grzechy, grzechy!... — mruczał idący na ostatku Koźma.
— Faraony... Wyzyskiwacze... Obedrzyjcie ze skóry i dobrze całą tę nikczemną kobyłkę!... Pokażcie im, gdzie pieprz rośnie!... Nauczcie rozumu obmierzłych żyganów... Nasypcie im węgli w spodnie!... Idźcie, idźcie, głupie obdartusy, bogaćcie ich własną pracą... Zbierajcie własną krwawicą „kapitały“!... Gotujcie nożyczki do obcinania zarobionych kuponów u wystrzępionych spodni! Ale ja nie pójdę z wami... Niema głupich... Chodziłem ja dość!... Nie sprzedam wolnej mej woli i ochrzczonej duszy za spleśniałego suchara!... — krzyczał Indor, wymachując rękami za odchodzącemi towarzyszami. — Co innego za kieliszek wódki... Prawda, panowie szlachta?!
Mrugnął filuternie na przechodzących mimo Karskiego i Leona, czapę futrzaną głęboko na uszy nasadził i nawrócił w stronę poblizkiego szynku.
— Co ci przyszło do głowy wtrącać się?... I wcale nie miałeś racji!... — wyrzucał Karski przyjacielowi.
— Jak to nie miałem racji? — oburzył się ten i przytoczył cały szereg niezmiernie logicznie zbudowanych dowodów.
— Nie znasz tych ludzi i nie liczysz się z niczym... To zupełnie inne środowisko! — przerwał mu niecierpliwie Karski.
— Nie potrzebuję ich znać... Albo mam rację w zasadzie, albo nie mam racji!... Wartość rozumowania leży w sprawiedliwości jego głównej przesłanki, a nią jest wyzysk pracy przez kapitał!
— Doktryner! — syknął Karski.
— Oportunista... Zawsześ był skłonny do ustępstw!...
Szli obok siebie chwil kilka, bladzi od gniewu, nie patrząc na siebie. Wreszcie Karski opamiętał się, stanął przed towarzyszem i ręce mu na ramionach położył.
— Kłócimy się... a przecież... przecież za chwil kilka rozstaniemy się... może na wieki!...
Łzy zamgliły źrenice obu.
— Widzisz, gdybym tak jak ty rozumował, nigdybym stąd... nie wyjechał!... — szepnął Karski. — Czasem masz rację, a czasem jej nie masz... Pewność siebie jest wielką zaletą, ale... niezawsze można walić obuchem... Cierpię, Leonie, nie uwierzysz, jak cierpię! — dodał ciszej — gdyż pojmuję, że początek takich rozumowań, to początek słabości, ale pomyśl, coby się stało, gdyby teraz wybuchła tutaj... awantura. Przypisanoby ją nam. Zatrzymanoby mię, a dla mnie zostać tu, znaczy tosamo, co skazać na śmierć... moją żonę. W dodatku, myślę, że byłaby to zupełnie bezużyteczna ofiara. Niktby w tym wypadku nie wygrał. Nawet ty, pewny jestem, nie tak przecie pojmujesz poprawę tych stosunków! Więc po co?...
— Dosyć, już dosyć!... Nigdy nie wybrniemy z tego labiryntu!... — przerwał Leon z resztką niechęci. — Skuci ludzie zawsze się szarpią za swe łańcuchy.
Spojrzeli sobie w oczy i uścisnęli się długo i mocno.
- ↑ Pogardliwe przezwiska, dawane w więzieniach sybirskich drobnym złodziejom, oszustom, graczom, całej czerni zbrodniczej, za której arystokrację uważani są włóczędzy, mordercy, rozbójnicy, przemytnicy spirytusu i fałszerze pieniędzy.
- ↑ Przezwisko, dawane przez włóczęgów i osiedleńców chłopom sybirskim.
- ↑ Majdan — prawo wyłącznego handlu chlebem, herbatą, cukrem, wódką, tytuniem, kartami, nabywane w sybirskich więzieniach za pewną opłatą od aresztantów przez jednego z nich, zwanego stąd „majdaniarzem“ (majdanszczyk). Majdaniarz pobiera również pewien procent z wygranej od graczów więziennych.