Powrót (Sieroszewski, 1914)/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Powrót |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
Pani Matrona, otyła gospodyni tak zwanej „wspólnej kwatery wygnańców“, oblała przybyłych potokami słów, pełnemi współczucia. Zwykle wszystkich swych gości topiła w powodzi „współczucia“, poczym zwolna przechodziła na własne „ciężkie położenie“, i kończyła tym, że zmuszała słuchaczów litować się nad sobą, a więc — traktować z wyrozumiałością brud, liche pożywienie, nieścisłe rachunki i inne usterki powierzonego sobie gospodarstwa. Na panią Annę napadła odrazu, wyrzucając jej złe traktowanie Olesia.
— Co to jest, proszę pani? Czy to się godzi?... Bóg pani dał takiego ślicznego chłopaczka, a pani co z nim robi?!... Pani go marnuje!... Trzeba go hartować, puścić na ulicę na słońce, na powietrze... Niech się przyzwyczaja!... Niech sobie lata!... A to wciąż w pokoju i w pokoju... w śmieciach, które sam tutaj robi!... To na nic! Tosamo z pokarmem: najzdrowsze, co najprostsze! Niech mi pani wierzy!... Nasze chłopskie dzieci, z przeproszeniem, wszystko jedzą, a czy to źle wyrastają? Mój mąż nieboszczyk, Bazyli, był, z przeproszeniem pani, jak dąb, a pamiętam, jak opowiadał, że najlepiej mu smakowała rzodkiew z olejem...
W Stefana usiłowała pani Matrona wmówić, że nietylko nie stracił, spóźniwszy się na parostatek, ale nawet zyskał.
— Bo to, proszę pana, ja wiem dobrze, jak to na parostatku: ciągły turkot, hałas, ani to się wyspać, ani zjeść... A głównie drożyzna. I nareszcie... może się zdarzyć rozbicie okrętu. Niech mi pan wierzy: niema to, jak z holownikami, po staremu, wolno, poważnie, bezpiecznie, tuż u lądu... Zechce pan, to pana zaraz na brzeg wysadzą; idzie pan sobie spacerem, jagody zbiera, szyszki cedrowe... A chce pan, to pan siedzi w łodzi i spokojnie, powolutku sobie jedzie. Utonąć niepodobna, bo płyną tuż przy brzegu, nieledwie po ziemi. Jeżeli pan się namyśli, to mój Andrzej poszuka panu holowników, niech go pan tylko ładnie poprosi. Choć on czasu ma mało, ale to człowiek uczynny... Czego dla swych panów nie zrobi?! Prawda, Andrzeju?...
Z poza drzwi wychylała się zwykle naówczas konopiasta, rozczochrana głowa Andrzeja z twarzą uśmiechniętą szeroko, aż po sine dziąsła.
— Mało zostało holowników. Już odjechali, ale... może się znajdzie. Trzeba poszukać. Pewnie, że się znajdą! Za pieniądze i djabli tańczą!
Stefan po całych dniach błąkał się posępny po mieście, zbierając wiadomości o parowcu, o holownikach, o poczcie... Nie wiedział, co robić. Każdy mu radził co innego, a wszystkie projekty rozbijały się o brak pieniędzy. Leon radził jechać pocztą.
— Najkosztowniejsza droga, ale najprędsza! W rezultacie zrobisz oszczędności na jedzeniu, gdyż spędzisz w drodze nie miesiąc, lecz dwa tygodnie...
— Ależ zrozum, człowieku, że ja wprost nie mam na opłacenie nawet przejazdu... Nie mówię o strawnym. Zresztą nie śpieszy mi się znów tak bardzo.
Leon gwizdał i chodził po pokoju z miną obrażonego.
— Pieniądze furda! Zawsze można... pożyczyć! — wyrzekł stanowczo, biorąc za czapkę.
Uciekał, gdyż sam właśnie nie miał ani grosza, a kredyt swój dawno wyczerpał. Ale że był chłopakiem dobrym, „znanym ekonomistą teoretykiem“, nawet po trochu „pisarzem“, więc robił usilne poszukiwania „marnej mamony“ lub nowych „kombinacji“ kredytu. Tymczasem pani Anna co wieczór błagała męża:
— Jedźmy, jedźmy gdziekolwiek... Brud, zaduch, kurz tego miasta przerażają mnie... Oleś blednie... W dodatku grasuje epidemja... Chwilami wierzyć przestaję, że ujrzę swoich. Wydaje mi się to dalekim... dalekim... niedościgłym marzeniem. Czas uchodzi, a co niesie najbliższa przyszłość... niewiadomo. W nocy, gdy coś stuknie lub brzęknie na ulicy, już spać nie mogę, myślę, że idą odebrać nam pozwolenie na wyjazd Czy zaręczysz, że tak nie będzie? Czy nie było podobnych wypadków? Jedźmy, jedźmy byle jak, byle dalej, byle nie siedzieć na miejscu...
Stefan podzielał jej obawy, choć nie dawał tego po sobie poznać; nieraz jednak bladł, spotrzegszy zdaleka osobnika w mundurze, idącego w kierunku „wygnańczej kwatery“, i chwytał się nieznacznie za pierś, gdzie miał schowany paszport. Zgodził się więc po paru dniach na projekt Matrony porozumienia się z holownikami barek towarowych, wracających w górę rzeki na południe; obiecał rubla uczynnemu Andrzejowi i tegoż dnia pod wieczór udał się wraz z nim na miejską przystań berlinek i łodzi.
Przystań mieściła się tuż pod miastem, u wybrzeża zabudowanego ogromnemi hurtownemi składami o szerokich drzwiach i małych okienkach. Była to mała, płytka, spokojna zatoka, służąca zwykle za śmietnik nadrzecznym mieszkańcom. Obecnie statki gęsto ją wypełniały. Ogromne „pauzki“, przybyłe z wiosennym rozlewem, zbite według prastarych kozackich wzorów z prostych desek sosnowych — ciężkie, niezgrabne, żółto-białe — wyglądały w zmielałej zatoce, jak trupy mamutów, wyrzucone przez powódź i ugrzęzłe beznadziejnie w mułach. Woda już nie rządziła niemi, a szeroko otwarte niestrzeżone drzwi, okna i luki świadczyły o opróżnionym od towarów wnętrzu. Obok stały lżejsze i zgrabniejsze kajuki, kryte i niekryte galary, szkuty, baty, to próżne, to pełne pak, beczek, worów, pęków żelastwa, stosów skór, zwojów sznurów... Tu i owdzie szary łańcuch statków roboczych przerywała elegancka, spacerowa barka kupiecka, biało malowana, z czerwonemi lub niebieskiemi szlakami na burtach, z kotwicą u dzioba, z mostkiem u rudla i malowanym masztem pośrodku, zdradzająca względną czystością zupełną swą bezużyteczność. Wszędzie roił się tłum ludzi, barwnie ubranych w kolorowe, perkalowe koszule, w szerokie manszestrowe rajtuzy, w kurtki kortowe, aksamitne lub „szwedzkie“ skórzane, z malinową podszewką; w czapkach, w kapeluszach, w bermycach, zwykle zawadjacko naciśniętych na bok albo zepchniętych na tył głów kosmatych i nieczesanych. Były to przeważnie postacie rosłe, zamaszyste, podpasane powrozami lub pasami, czasem bose, ale zawsze z nożami u bioder, z szorstkiemi, opiłemi rysami, ze spojrzeniem mętnym, tajemniczym, jak zamknięte drzwi więzienia. Czasem przewinęła się wśród nich oliwkowa twarz Jakuta ze świecącemi, wązkiemi oczkami lub rumiane i białe, jak „pszenna bułka“, oblicze miejskiego kupca w meloniku na głowie i „cywilizowanym“ paltocie na szerokim grzbiecie. Wszyscy ruszali się, gadali i przedewszystkim... klęli... klęli zajadle, z upodobaniem i fantazją. Jednocześnie brzeg jęczał pod kołami wozów, rozwożących towary, dudniał pod stukotem przetaczanych skrzyń i okseftów. We wnętrzu statków huczało, jakby tam tłukły się roje zamkniętych trzmieli i bąków olbrzymich. Obdzierane z desek „pauzki“ huczały pod uderzeniami młotów i siekier, jak kotły bojowe olbrzymów... Warczały zgrzytliwie sztaby i blachy przerzucanego żelastwa... I co chwila ponad ten wielogłosy koncert buchały to tu, to tam, zbiorowe, głuche jęki gromad ludzkich, dźwigających lub zrzucających z siebie nadmierne ciężary. W powietrzu rozchodziła się woń rzecznego mułu, smoły, schnącego drzewa i potu ludzkiego. A dalej już poza tym rozpościerał się błękit nieba i modra płachta potężnej rzeki, oddzielona od zatoczki niziutką i wązką strzałką żółtego piasku. Rzeka mknęła szybko, obojętna na kłopoty ludzkiego roju, zajęta wyłącznie własnym celem, majaczącym niewyraźnie w odległych błękitach. Po jej zwierciadle, wysrebrzonym bruzdami nurtów, pocętkowanym łuskami świerzy, dążyły na ukos, ku miastu, od mglistych brzegów przeciwnych nieliczne, wiotkie, podobne do szklarek łódeczki krajowców, lub sunęły ciężkie „karbasy“, chlupiąc niezgrabnie szerokiemi jak płetwy wiosłami. Niekiedy „kajuk“ z wydętym, białym żaglem przepływał lekko w podmuchach niedostrzegalnych na lądzie wiatrów.
Krok w krok za Andrzejem przepchnął się Stefan przez tłum i wszedł na pomost statków, połączonych z sobą wąziuchnemi kładkami. Musieli przebyć cały szereg pokładów i schodni, zanim dostali się na półobdartą z obszycia „pauzkę“, świecącą żebrami szkieletu, niby oprawiony wieloryb. We wnętrzu pauzki uwijali się ludzie z siekierami, dłutami, obcęgami. Gromadka ich siedziała u ognia, płonącego pośrodku na ceglanej platformie. Były to te same postacie w kolorowych koszulach, w futrzanych czapach, w szerokich szarawarach, z nożami u pasów. Nie obejrzeli się nawet na przychodniów, grzejąc dalej z niezmąconą powagą u ogniska spracowane ręce i wyglądające z dziur niezmiernie brudne kolana. Kiedy Andrzej spytał, gdzie jest „szypeł“ Damjan, któryś z nich odburknął półgębkiem, że Damjana niema... ale jest Koźma. Wyglądało to na żart wobec nierozłącznych imion dwuch „świętych“, więc Karski się zawahał, ale Andrzej spokojnie udał się we wskazanym kierunku i spytał mężczyznę, czerpiącego kociołkiem wodę z rzeki:
— Gdzie tu jest Czernych, przezywany Damjanem?
Mężczyzna zwrócił ku nim smutną, podłużną, zawiędłą twarz pustelnika, zakończoną długą, rozdwojoną brodą.
— Nie wiem! — wyrzekł głucho.
— Bo to jest właśnie ten pan, który chce z nim jechać... — ciągnął niezrażony Andrzej.
Nieznajomy zajął się przedewszystkim wyławianiem palcami z kociołka zaczerpniętych z wodą wiórów i kolorowych papierków.
— A wiem!... Słyszałem... Niewiadomo, czy co z tego będzie... — bąknął niespodzianie po długim milczeniu.
— Jak to? Dla czego?
— Oni podobno jadą... z panią... Więc kupcy, co przedtym wynajęli już miejsca, nie zgadzają się... Mówią, że to się nie nadaje, że będzie im... tęskno!
— A wy kim jesteście? — spytał Stefan.
— Jestem wspólnikiem Damjana, Koźmą niby jestem... Ale ja co? — ja nic... Ja się zgodzę, byle bez to nie było gorzej!...
— Co to za kupcy? Może trzeba, żebym się z niemi zobaczył, pogadał?...
Koźma znowu zwrócił ku nim swą twarz pustelniczą.
— To już... jak powie Damjan! — Byle bez to nie było gorzej... Oj, grzechy, przewinienia nasze...
Westchnął, wstał i poniósł kociołek do ogniska. Stefan z Andrzejem pozostali na miejscu.
— Cóżeś mówił, że zgadzają się — wyrzucał chłopu Karski.
— Niech pan poczeka! Co on wie?... Nie wiedziałem nawet, że istnieje taki jakiś Koźma... Może on łże!...
Ale Koźma nie kłamał. Gruby, tęgi, czerwony Damjan, który wkrótce nadszedł, potwierdził wieść o oporze kupców i zawołał Koźmę do wspólnej narady. Ten smętnie stanął w milczeniu obok wspólnika.
— Jeżeli kupcy się zgodzą, to lepszego nie mogło nawet być skutku dla pana. To lepiej, że się pan na parostatek spóźnił, niech pan będzie pewien, nic nie przyjdzie panu żałować. Oni muszą już gdzieś do tej pory na mieliźnie siedzieć, a my zwolna, ale ciągle posuwać się będziemy naprzód... A bo to raz zdarzało się parostatki wyprzedzać, czy nieprawda, Koźma?... Pamiętasz w przeszłym roku u „Pijanego Byka“. Rozpuściliśmy żagle i jazda, panie gwiazda... A oni siedzą na rafie, jak na tronie! Co, nie prawda? Ha?!...
Koźma głową kiwał, lecz niewiadomo było, czy przeczył, czy przyświadczał.
— Aby się jeno kupcy zgodzili! — westchnął wreszcie.
— A ileż będzie mnie ta awantura kosztowała? — spytał Karski.
— Niech się pan wpierw z kupcami ułoży! Co zawczasu gadać? Prawda, Koźma? Hę! Kupcy szanowni, powszechnie znani ludzie, panowie Bryłkin, Gubkin i Tereszkin!
Karski musiał udać się do miasta, do gospody, gdzie mieszkali kupcy. Zastał ich w grubym negliżu, pijących herbatę przy otwartym oknie. Było ich trzech: dwuch tłustych, jeden chudy. Bryłkin był najstarszy, średni Gubkin miał i tuszę średnią, a najmłodszy Tereszkin wyglądał, jak nabity sadłem pęcherz. Po wielu namowach, ceregielach, prośbach, zgodzili się na podróż z Karskim i jego żoną, wymówiwszy sobie, że im będzie wolno śpiewać, o jakiej im się porze podoba.
— To błahostka! O to niech się pan nie spiera! Spać na łodzi można choć dzień cały. To nie parowiec — nie ryczy, nie gwiżdże. Posuwa się leciuchno, jak łabędź, kołysze się słodziuchno, jak paw! — dowodził Damjan.
— Ileż weźmiecie za miejsce?
— Trzydzieści rubli.
— Co?! Trzy razy tyle, co na parostatku?!
— Niech mi pan parostatkiem oczów nie wykłuwa! Co on jest, ten parostatek?... Co za taka osobliwość?! Jeżeli go pan tak ubóstwia, to niech pan czeka nań do przyszłego roku... a my popłyniemy!... My po staremu, jak ojcowie nasi: wolniutko, statecznie, na pewniaka! Czy to parostatek, na ten przykład, wysadzi pana, gdzie pan sobie upodoba, albo zatrzyma się na żądanie, albo zwolni, albo przyśpieszy... Gdzie zaś — leci jak szalony, kołysze się, burzy wodę i robi wiatr. Parostatek dogodny tylko dla kapitana, co siedzi sobie spokojnie w budce i komenderuje... Pasażery — w zaduchu, w błocie, w ciasnocie!... My co innego: my na wolnym, otwartym powietrzu podróżujemy, na słoneczku, wszyscy we przyjaźni wielkiej i zgodzie, w kompanji wesołej i znajomości, niby goście na majówce... Parostatek sobie, a my sobie!... Co on jest, kto on jest, ten parostatek!... Pluję ja na parostatek... — perzył się oryl.
Po długich korowodach zgodził się kilka rubli opuścić.
— Darmobym pana powiózł, jak Boga kocham, lecz ten Koźma... mój wspólnik... twardy jest człowiek. Milczy, ale nigdy się nie zgadza!... — zwierzał się poufnie Karskiemu.
Ten zgodził się, gdyż nie miał wyboru. Inne łodzie odpływały znacznie później. Coby więc mógł zyskać na tańszym przejeździe, to straciłby przez dłuższy pobyt w mieście.
— Bardzo dobrze!... Zupełnie dostatecznie dobrze! — mówił Damjan, chowając do kieszeni zadatek. — Szkoda jednak, że pan nie pogadał z kupcami o ich odziewku. Ludzie są otyli, lubujący się w chłodzie... Trzeba było wymówić sobie odzienie!
— Jakie odzienie?... Cóż znowu takiego?...
— Jakie odzienie... pyta pan? Niechby choć portki zawsze mieli... na kuprach! To starczy, myślę, co?
— Dla czegóżeście przedtym nie powiedzieli mi tego?... Nie wiedziałem, że wolno im chodzić nago?!
Damjan nadął policzki.
— Nago całkiem może i nie będą chodzić, ale... w blizkości wody zdarzają się natchnienia rozmaitemi myślami...
Odjazd wyznaczono nazajutrz rano. Dzień zszedł na pakowaniu rzeczy, zakupywaniu prowizji, sucharów, konserw, cukru, herbaty...
Wieczorem wpadł rozpromieniony Leon.
— Wiesz co, znalazłem kupca, który zgadza się zdyskontować wszystkie moje weksle, pod warunkiem, że mu wydam nowy... ogólny. Obiecał nawet dopożyczyć jeszcze trochę herbaty i perkalów. Chodzi jedynie o pewnego żyranta...
— Dziękuję ci. Już zawarłem umowę z holownikami. Jutro jadę. Zresztą twoja herbata i perkale niewiele przyniosą ci gotówki, nawet gdybyś... znalazł żyrantów!...
Leon posmutniał pod wiewem „tego pesymizmu“, ale że nie mógł długo pozostać bezczynnym i zrozpaczonym, więc wziął wkrótce żywy udział w nieskończonym jeszcze pakowaniu rzeczy.