Powrót (Sieroszewski, 1914)/I
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Powrót |
| Pochodzenie | Nowele |
| Wydawca | Spółka nakładowa »Książka« |
| Data wyd. | 1914 |
| Druk | Drukarnia Narodowa |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały zbiór |
| Indeks stron | |
— Anno, są!... Nareszcie przyszły... Jedziemy! Doprawdy przyszły... Jedziemy!... Rozumiesz? — wołał pobladły od wzruszenia mężczyzna, wpadając z papierami do jurty.
Młoda kobieta zerwała się z ławy i pochwyciła stojące obok dziecko.
— Kto przyszedł? Co takiego!? — pytała z wyrazem bolesnej trwogi.
— Pozwolenie... — szeptał mąż. — Rozumiesz: pozwolenie!...
Podsuwał jej blizko papiery, ale ona nie widziała ich, zapatrzona szeroko otwartemi oczami gdzieś w głąb swego lęku, w przeszłość czy przyszłość, aż nagle świadomość mignęła w jej źrenicach i wtedy pośpiesznie zakryła ręką twarz, nabrzmiewającą łzami.
Zdziwione dziecko zwróciło ku niej szafirowe oczy i zaczęło poważnie świdrować paluszkami w szczelinach kurczowo zaciśniętych palców. Mężczyzna objął oboje, przytulił do siebie i mówił dalej głosem przyduszonym:
— Gołąbko moja... kochana moja... uspokój się!... Wszak to już koniec, już wszystko minęło... Wolni...
— I cóż? Kiedyż?! — spytała, wycierając łzy.
— Zaraz, dziś... Leo pisze, że parowiec odchodzi jutro wieczorem. Musimy dziś na noc wyruszyć; inaczej nie zdążymy. Już kazałem Betiugetowi konie z pługa wyprząc i wóz oporządzić... Chwili nie mamy do stracenia... Rzuć wszystko i zaraz bierz się do pakowania.
— Ach, Stefku, tak nagle?! Wszystko w życiu naszym dzieje się takiemi skokami!... — westchnęła pani Anna.
— Cóż robić?! Taka niesie nas fala... Dobrze przynajmniej, że tym razem szczęśliwa! Trzeba korzystać z odpływu... Śpiesz się...
Pani Anna postawiła dziecko na ziemi.
— Niech Oleś będzie grzeczny i nie przeszkadza mamie.
W odpowiedzi na to Oleś wetknął głowę między jej kolana i uczepił się fałdów sukni z wielce obiecującym bąkaniem.
— Tylko niech Oleś nie płacze, bo to będzie bardzo brzydko z jego strony. Tatuś zajęty, a mamusia musi rzeczy pakować!... Ach, Boże, co za chaos! Doprawdy, nie wiem od czego zacząć. Czyżbyś miał serce, Stefanie, opuścić nas w tej potrzebie — dodała z uśmiechem, spoglądając na męża, który jak stał, w czarnym filcowym kapeluszu na głowie, przysiadł u stołu i szybko list kreślił.
— Hej, Betiuget!...
W otwartych drzwiach, na tle błękitu i dalekich, wyzłoconych słońcem lasów modrzewiowych, pojawiła się oliwkowa twarz młodego Jakuta.
— Odnieś list do pana nad Białe jezioro — rzekł po jakucku. — Żywo! Uwijaj się!... Dałeś koniom jęczmienia?
— Dałem, panie. Zrobiłem wszystko, co pan kazał...
— Ruszaj z kopyta! Pytasz, od czego zaczniemy? — zwrócił się do żony. — Przedewszystkim przyniosę ze śpichrza kufry i skrzynki, a ty tymczasem wybieraj odzież oraz rzeczy niezbędne i składaj na jedno miejsce... Ale nie bierz za dużo, bo nie starczy nam pieniędzy na opłacenie frachtu.
Pani Anna aż w ręce klasnęła.
— Za dużo?! Zdaje się, że nigdy nie mieliśmy ich za dużo... A co zrobimy z resztą?
— Resztę... podarujemy sąsiadom! — odrzekł Stefan po chwili namysłu.
Chciała zrobić uwagę, ale był już za drzwiami i ze zgrzytem obracał klucz w zamku maluchnej śpiżarki; pocieszyła się więc jedynie giestem wymownym i, nucąc piosenkę, zaczęła zbierać rzeczy.
Pracowali pilnie, bez wytchnienia, otoczeni kurzawą starych rupieci. Oleś, uszczęśliwiony widokiem tylu nieznanych przedmiotów, leżących na ziemi, zachowywał się nadspodziewanie cicho, zato co chwila niósł coś do ust lub wlókł do kąta.
Wieczór zapadał. Z otwartych drzwi powiało chłodem. Złoty, słoneczny blask na dalekich modrzewiowych lasach zamienił się w blask miedziany. Zmrok w chacie nasiąkł jego czerwienią. Anna rozpaliła ogień na kominku i nastawiła wieczerzę. Z dziwną tkliwością dotykała prostych i grubych naczyń, które tak długo służyły im w doli i niedoli. Stefan wiązał mocno sznurami skrzynie i pakunki.
— Betiuget! już wróciłeś? — krzyknął, spostrzegszy na popielatej ziemi podwórka wydłużony, popielaty cień człowieka.
— To ja! Chłopak został w tyle! — odpowiedział wysoki, barczysty przybysz, pochylając się w nizkim wejściu. Zdjął z łysawej głowy wytartą, futrzaną czapkę, a dubeltówkę, którą miał w ręku, powiesił na kołku.
— Poczciwy jesteś, żeś przyszedł — witali go, ściskając mocno za rękę. — Jedziemy... zaraz... za chwilę...
— A wiem, pisałeś, ale czemu tak nagle?
— Musimy się śpieszyć. Parostatek odchodzi jutro wieczorem. Mamy więc przebyć sto wiorst w dwadzieścia cztery godzin. Jeżeli nie zdążymy, będę musiał czekać drogi zimowej, gdyż nie mogę żony i dziecka wieźć konno. Zresztą na podróż parostatkiem pieniędzy nam starczy, ale na podróż końmi — żadną miarą...
— Gdybyście się wstrzymali z wyjazdem, możeby wam się udało sprzedać chatę, spieniężyć coś z gospodarstwa, możeby kto nabył podorane grunta!...
Stefan roześmiał się.
— Grunta wracają do gminy. A co do sprzedaży rzeczy, to wiesz dobrze, że skoro sąsiedzi dowiedzą się, iż niedługo wyjeżdżam, nikt nic nie kupi. Oni już teraz uważają wszystko za swoją własność. „Żyłeś wśród nas — powiadają — korzystałeś z naszej ziemi i opieki, powinieneś nas uszanować!“ Onegdaj kazałem rozebrać kawałek własnego płotu na ogień, to mi robili wymówki, że psuję ogrodzenie pola. Przyznać należy, że mają do pewnego stopnia rację. Podstawą własności jest jedynie istotne władanie, istotne użytkowanie i istotna potrzeba... Nic nie będę sprzedawał. Część podaruję sąsiadom, a co lepsze wybiorę i oddam Betiugetowi. Pracował razem ze mną lat kilka. Przyjemnie pomyśleć, że przez to chłopak może się dźwignie i zostanie samodzielnym gospodarzem... Tu na to potrzeba tak mało...
— Hm! Co słyszę? Popieramy stan trzeci z ujmą czwartego? Prędko jadą... powracający! — żartował gość, śledząc z zaciekawieniem manewry Olesia, który kręcił się koło komina z widocznym zamiarem pomieszania brudnym kijem w gotującej się zupie.
Pani Anna wzięła syna na ręce.
— Nie! — ciągnął poważnie Stefan. — Ale chciałbym zostawić tu właśnie, gdziem tyle lat spędził, widomy znak mej życzliwości... Zrobić coś dobrego komuś, kto czuje, płacze i śmieje się... A że dla tego wybrałem mego robotnika, to rzecz zrozumiała. Społeczeństwo rzecz szanowna, ale dokuczyły mi abstrakcje... strasznie mi dokuczyły! Nigdy nie czułem tak trawiącej tęsknoty do czynów realnych, jak w tym roku ostatnim... Rozumie się, że mówię to nie z powodu podarunku Betiugetowi, lecz ot, tak sobie... wogóle! — mówił Stefan szybko i bezładnie.
— Rozumiem cię. Marudzę też, ot tak sobie... Chciałem usłyszeć twe gorące, namiętne dowodzenia, twój ostatni spór... Po prostu nie mogę pogodzić się z myślą, że... za parę godzin... już was tu... nie będzie... Nie będzie nikogo...
Głos mu się z lekka załamał. Stefan zaprzestał naciągać sznur wkoło skrzyni i spojrzał bystro na mówiącego.
— Daruj, Karolu! — rzekł serdecznie. — Ale ja ani na chwilę nie wątpię, że się spotkamy na południu...
— Nie wiem. Ta straszna czczość życia i pustka, którą chwilami nieledwie fizycznie odczuwam, wydaje mi się nie do wytrzymania... Jest gorszą od mogiły! Gdy nadchodzi, ogarnia mię paniczny przed nią strach... Przedtym biegłem do was... Dokąd teraz ucieknę?...
Anna z dzieckiem przysiadła obok niego na ławie.
— Doprawdy, podli jesteśmy, przyjacielu — podli, bo tacy... strasznie szczęśliwi! Gdybyś choć chciał nas skrzywdzić... coś okrutnego powiedzieć!
Karol wzruszył ramionami.
— Będziemy pisywali — mówił Stefan, siadając z drugiej jego strony, ale wnet zerwał się i spojrzał na zegarek. — Czas, czas... Anno, dawaj kolację i ubieraj dziecko... Hej, Betiuget, zaprzęgaj!
W godzinę potym ładowny wóz toczył się wartko po szerokiej, ubitej drodze, stwardniałej od letniej spiekoty. Koła lekko obracały się na suto posmarowanych osiach żelaznych, konie, wstrzymywane przez Betiugeta, biegły równo, raźno, radośnie. Rudy kurz wzlatał kłębami z pod kół i kopyt i rozwłóczył się po gościńcu. Na wozie siedziała rodzina Karskich i Karol z dubeltówką na plecach.
Milczeli.
Milczały również po bokach nieprzejrzane modrzewiowe lasy, nagrzane w czasie dnia a obecnie jakby omdlewające od mocnych smolnych zapachów, z zielenią poblakłą, poszarzałą, nasiąkłe różowym zmrokiem wieczoru. Milczały śródleśne trawiaste doliny i lśniące krwawo wśród nich jeziora pod cieniuchnym muślinem oparu. Milczały mijane chaty, z ich kominów nie snuły się już dymy, w oknach nie błyskało światło. Spały stada, układszy się pstremi gromadkami na osędziałych od rosy pastwiskach. Usnął wiatr wśród zwichrzonych przez się za dnia badyli, kwiatów i traw. Umilkł pogwar fal. Nie szemrały liście, nie szumiały niwy... Na wszystkim leżała pieczęć majestatycznego spokoju i... obojętności. Jakby cały ten kraj chciał dobitnie raz jeszcze powtórzyć odjeżdżającym, że nikt tutaj po nich nie zatęskni, nawet nie westchnie, chyba ten ich towarzysz, bolejący nad tym głównie, że musi tu zostać...
A nad wszystkim płynęła górą spokojnie biała, z bladym rumieńcem na zachodzie, bezgwiezdna, letnia noc podbiegunowa, rozpuściwszy szeroko przejrzysty swój welon.
— Poco ja jadę? przecie... nie dojadę! — odezwał się wreszcie Karol. — Stań, Betiuget! Żegnajcie!...
Uściskali się krótko, mocno, mężnie, poczym wóz zaturkotał dalej, a myśliwy zawrócił na boczną drożynę i utonął w zaroślach. Gdy chwilę potym Anna obejrzała się za siebie, już nikogo nie było na drodze.
— Ach, jestem niegodziwa egoistka, ale... nie mogę, nie mogę teraz się smucić! — rzekła kobieta, opierając głowę na ramieniu męża. — W duszy gra, śpiewa... jakiś hymn potężny, jakiś tryumf!... Gdyby nie wstyd i nie obawa, że obudzę Olesia, krzyczałabym w głos, piałabym, śpiewała... Do życia, do ludzi!... Nareszcie, nareszcie!... Jakieś zorze wstają po długiej nocy... I smutno mi, i wesoło, i jakoś straszno... ale słodko, ale upajająco... Serce mi drży w takt warkotu kół i konie wydają mi się naszemi skrzydłami...
— Betiuget, puść konie, za mocno je zdzierasz. Niech cokolwiek pobiegną! — rzekł Karski.
— Obżarte są, zapalą się odrazu...
— Puść, puść, nic im nie będzie, dalej znowu wstrzymasz!
Droga staczała się po łagodnej pochyłości. Można było nie obawiać się ani wybojów, ani korzeni, gdyż las odstąpił daleko od przydroża, otwierając rozległy widok na spuszczające się coraz bledszemi smugami ku rzece zielone łąki, na sinawe góry, zamykające widnokrąg.
Jakut popuścił lejce, pochylił się nad końmi i krzyknął dziko. Zwierzęta drgnęły, skuliły się, potym zachrapały, rozpuściły ogony i grzywy, szarpnęły jak obłąkane i poniosły jak wicher. Koła zafurkotały, jak loty jastrzębie, wóz zadrżał rozpaczliwie, a na podróżnych ten pęd, odpowiadający ich uczuciom, podziałał, jak wino. Oczy ich zabłysły, rysy zaostrzyły się, na licach zapaliła się łuna; przyciśnięci do siebie, pochyleni, lecieli naprzód, jak dwugłowy gryf, tuląc do piersi śpiące spokojnie dziecię. Lecieliby tak nieustannie, aż do samego kraju!
Lecz pod górą woźnica konie zatrzymał, stanął, zszedł z kozła, wytarł rozhukanym zwierzętom nozdrza i boki sianem, dał im chwilkę wytchnąć, przegryźć po garści suchej trawy i ruszył ku szczytowi piechotą. Karski też z siedzenia zeskoczył i poszedł po drugiej stronie wozu.
Po stromym wjeździe dostali się na dziką, lesistą płaskowyżynę. Stąd droga wszywała się w samo serce ciemnej, niezamieszkanej tajgi. Tu i owdzie rozświetlały las obszerne błota, porosłe kępami i szuwarem. Czarne jeziora błyskały w cieniu zarośli. Ale ryba nie pluskała się w nich; nigdzie nie było widać ptaszka, ani zwierzęcia i żaden dźwięk nie naruszał ciszy. Tylko koła wozu stukotały po siatce żylastych korzeni, obnażonych na gliniastej drodze, lub grały przykrego marsza na dylach grobel, ułożonych niedbale, wpoprzek moczarów. Podróżni tańczyli wówczas na siedzeniach bolesny, przymusowy taniec, a znudzone konie wlokły się leniwo, wyszukując starannie wśród wybojów miejsc dogodnych do postawienia kopyta.
W południe dotarli do sadyby jakuckiej, jedynego przystanku w tej części drogi.
Karski niepokoił się i rwał naprzód, ale trzeba się było posilić i koniom dać wypocząć.
— Stąd droga dobra, pojedziemy! — pocieszał go Betiuget.
Karski znał doskonale drogę i wiedział, że ta dobroć polegała na dodaniu lotnych piasków do poprzedniej kombinacji stwardniałej gliny i cuchnących bagien.
Gdy stanęli wreszcie na urwistym zjeździe, wiodącym znowu do doliny rzeki, słońce już zniżało się ku zachodowi. Ponad czubami drzew, gwałtownie opadających na dół, otwierał się widok rozległy na pola, łąki, wsie i oddzielne sadyby z bladą wstęgą drogi, wijącej się wśród nich.
Karski chciwie zapuścił oczy daleko, daleko w stronę, gdzie nad srebrzystą smugą wody skrzyły się w promieniach zachodu nikłe iskierki miejskich wieżyc złoconych. Szukał dymu na przystani, ale zostało jeszcze prawie cztery mile do przebycia i dymy nikły we mgle odległości.
Zjechali ze spadzistości z szaloną szybkością przyzwyczajonych do takiej jazdy Syberyjczyków. Konie znów rozgrzały się i rozszalały.
— Puść je, puść! Droga dobra!
— Daleko!... — odrzekł niechętnie Betiuget, który miał obiecanego jednego z koni.
Ale ponieważ obietnica była warunkową, więc chłopak też z trwogą spoglądał na słońce i nawet popędzał chwilami zwierzęta.
Pod koniec mknęli pełnym, wyciągniętym kłusem. Karski lubił konie i znał się na nich. W czasie długiego w tym kraju pobytu dobrał był sobie słynną na całą okolicę parę. Teraz zwierzęta, jakby chcąc mu się odpłacić za pieczołowitość, grzmiały po ubitej drodze, jak lecąca burza, aż echo odbijało się w górach. Mijali szumiące kłosami niwy w opłotkach, mijali otwarte pastwiska, skąd stada już wracały do domów, odrapane jurty jakuckie, gdzie zwykle z ujadaniem witały ich psy kudłate; przelatywali błyskawicą przez bogate, dobrze zabudowane wsie „skopców“[1], wywołując zdziwienie na obrzękłych, kobiecych twarzach spotykanych kastratów.
Niektórzy poznawali Karskiego, kłaniali się mu i wołali nań, ale nie miał czasu na rozmowy. Raz tylko zatrzymał konie i zapytał jadącego z miasta przekupnia, czy jest tam jeszcze parowiec.
— A no jest, ale miał iść!...
— Pędź, pędź, Betiuget!... choćby konie paść miały! — krzyknął Stefan.
— Padną, to zupełnie staniemy!.... — odrzekł flegmatycznie Jakut.
Karski skoczył na kozieł i odebrał Betiugetowi lejce. Konie poczuły pana i czas jakiś biegły po dawnemu, ale siły ich widocznie topniały. Starszy, siwy — wierny towarzysz pierwszych, najcięższych czasów pobytu tutaj Karskiego — bardzo osłabł. Stefan z bólem serca musiał go smagać. Szlachetne, nie bite nigdy zwierzę za każdym razem szarpało rozpaczliwie postronki, lecz nie mogło już zdążyć za młodszym towarzyszem; uprząż na nim wkrótce znowu wolniała. Drugi, wrony, z „rybiemi oczyma“, brzydki i zły, ale niezmiernie wytrwały, biegł z tymsamym rozmachem i energją, co i pierwszą wiorstę, kąsał jedynie przy lada sposobności swego towarzysza i chudł w oczach.
— Ten, siragiaś, padnie, a biegu nie zwolni!... — wołał z zachwytem Betiuget.
Co pięć wiorst stawali, aby konie wytchnęły, i karmili je suchym jęczmieniem. Pomimo takich wysiłków dostali się do miasta dopiero o północy.
— Jest parostatek? — spytali pierwszego przechodnia.
— Jest! — odparł ten.
Karski odetchnął z głębi piersi, otarł znój z zakurzonej, poczerniałej twarzy i oddał lejce niemniej odeń uradowanemu Betiugetowi.
— Zawracaj na przystań!
Minęli biały, murowany klasztor i wyjechali nad rzekę. Potężna, szaro-srebrna wstęga wody, różowa od blasków różowej nocy, spokojnie płynęła w pociemniałych brzegach. Blado odbijały się w niej wiejskie budowle, stosy belek, białe obłoki i niebo pobladłe. U przystani, skleconej z desek, stały rzędy statków, umocowanych na grubych, napiętych i wciąż drżących cymach, ale parostatku nigdzie nie było widać...
Karski nie chciał wierzyć swym oczom. Zeskoczył z wozu i pobiegł wzdłuż wybrzeża, aż tam gdzie ono skręcało za biały klasztor. Rozwarło się przed nim wodne roztocze jeszcze gładsze, jaśniejsze, szersze i bardziej puste. Jedynie gdzieś daleko, na skraju horyzontu majaczył nizko nad wodą mały, zwiewny obłoczek, czy dymek...
— Stefanie, właśnie cię szukam! Czemuś się spóźnił?!... Odszedł przed godziną! — wołał nań zbliżający się od strony miasta mężczyzna.
Stefan obrócił się ku niemu, ale nie zaraz mu odpowiedział. Stał, jak skamieniały. W oddali Betiuget oprowadzał wolno po łące wycieńczone konie wraz z wozem, na którym siedziała Anna.
- ↑ Skopcy jest to sekta wielkoruska, kastrująca z pobudek religijnych kobiety i mężczyzn do niej należących.