Powrót (Marcinowska, 1911)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jadwiga Marcinowska
Tytuł Powrót
Pochodzenie Z głosów lądu i morza
Data wydania 1911
Wydawnictwo Towarzystwo Akcyjne S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część II
Pobierz jako: Pobierz Cała część II jako ePub Pobierz Cała część II jako PDF Pobierz Cała część II jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
POWRÓT.

Pociąg idący z Alphos do Patras dociera do stacyi, kresu podróży. Zapadła przedwczesna, jesienna noc. Jedzie się już od pewnego czasu bardzo powoli wzdłuż oświetlonego rzęsiście bulwaru. Widać szereg kawiarni, przed każdą powystawiane na ulicę stoliki i krzesła, a publiczności tłumy.Hałas, charakter ruchu wschodni.
I możnaby tak w migotaniu świateł wieczornych doznać chwilowego złudzenia, że oto jakoweś wielkie miasto.
Aliści tam zaraz po za linią domów, po za wrzaskiem handlującego i bawiącego się tłumu, nie złudzenie, a rzecz naprawdę piękna i wielka.
W porcie na ciemnej tafli wód rozsypane ogniki, a iskrzą się wszystkie w niejakiem oddaleniu, bowiem tu statki nie przychodzą do lądu.
Świecą się, odbijają smugami na wodzie, większe i mniejsze, rozmaite.
A w tem wszystkiem pospołu jakby jakiś ruch przyczajony, gotowość odpłynięcia. I to naprawdę piękne.
A zaś rzecz wielka to przychodzący tutaj w cichym poszepcie oddech morza.
Noc bardzo ciepła. W powietrzu zdają się jeszcze unosić wspomnienia przesłodkich żarów dnia... A oto chwilami nadciąga wilgotny, słonawy wiew.
Bo przecież tam, za owym pierścieniem światełek zamykającym widnokrąg portu, jest ono, które nie odpoczywa, wieczyście bezsenne, pełne morze.
Cicho pomyka barka, wioząca podróżnych do statku.
Patrzy się na tę ciemną, niemal że czarną wodę, słyszy się jej szept lekki o dalekich, przedziwnych nad odmętami sprawach.
Chwilami wynurza się nam na drodze wysoki zrąb, ściana. Opływamy ją, spoglądając do góry na wyniośle sterczący pokład.
I znowu przestrzeń czarniawa a po niej smugi złote.
Tak się porzuca brzegi Grecyi.
W myśli zarysował się moment przybycia.
Nietylko się zarysował, ale przecudownie zagrał kolorem.
Było wczesne, świeże, nieco chłodnawe rano; jeszcze się rozpraszały ostatki zmierzchu. Powietrze lekko błękitne, niebo głębokie, jasne, niczem niezachmurzone. Od fal wstająca ogromna, jakby radosna świeżość.
A przed nami owo skaliste i przedziwne w rysunku wybrzeże.
Są miejscowości, są kraje, na których pierwszy widok powstaje wrażenie:„piękne!” „wielkie!“„ciekawe!“
Ale o brzegach greckich mówi się odrazu, a z głębi duszy:„Niewysłowione i drogie”.
Nadmorskie skały greckie nie piętrzą się nigdzie w jeden pospólny wał, jak się to np. napotyka po drodze w Albanii.
O każdej skale greckiej można powiedzieć, że się z pośród łańcucha ostro wydziela i zachowuje odrębny kształt wyrazisty, jest sobą.
Na takiem tle oczom przybysza pojawione zdaleka portowe miasto Patras.
Jak smuga wstęgi pomiędzy spięciem przez dwie rozmaite a przedziwne klamry, tak w granicach owych dwóch chwil odmiennych wyrasta w pamięci, odtwarza się i drga życiem niedawny pobyt w cudownym kraju.
Onego rana, wylądowując na greckiej ziemi, poszło się nie w przeszłość, ale w świat jakiś jedyny, bo miniony, a przecież nieskończenie obecny.
Napotykane w dzisiejszej Grecyi zwaliska i ślady działają na otwartą duszę, jak potrącenie mocniejsze strun. Nastaje oddźwięk i tworzy się rzeczywistość czyli pieśń.
Tak w każdym z nas tkwi poczucie żywej ongi Hellady; tak cała ludzkość nosi w piersiach i wielbi relikwię swoją, obraz i woń młodości.
A przytem... Wszakże niebo jest, jakiem było, i morze, i powietrze, i mieniące się w słońcu skały. Nieopisany urok wieje w tym razie z krótkiego słówka:„to samo”. Zaczarowuje całą, nieporównaną z innemi, wędrówkę.
Stanąwszy na ziemi greckiej, w onem zaczarowaniu, człowiek odwiązuje się od danego współczesnego momentu, i od jednodziennej troski swojej, i od pokolenia, w którem ograniczać się musiał. A jest to wielkiem zaprawdę dobrodziejstwem. Niejednokrotnie tak nam tęskno żyć w czasie — wprost przypadkowym-naszego urodzenia... Tak ciasno... Każda dusza ma chwile, w którychby chciała pożywać z rzeczy, co zawsze sycą i pić ze zdrojów płynących wszystkim latom i wszystkim pokoleniom.
Przeto odczuwamy z rozkoszą, że otworzyła się głębia wielkiego zapamiętania...
Czemu jednakże to nagłe, przelotne, dziwne wrażenie? Czemu owego rana, najpierwszego na drogiej ziemi greckiej, stanęło za nami jakby widmo? Co prawda, tylko na mgnienie oka.
Było smutne i miało w sobie jakowąś bezbrzeżną melancholię nieuleczalnej pamięci,
Rozwiało się w przejrzystości powietrza w radosnym przypływie słońca.
A może...
Te rzeczy umieją wchodzić w człowieka, że nie dostrzeże sposobu i chwili.
Ale nie pora o tem, nie pora! Otworzyły się takie błękitne, słoneczne, niewysłowione głębie! Jeszcze raz zanurzyć się w to wszystko myślą i sercem...
Jeszcze raz — przed powrotem...
Widzę ciebie, Eleuzis...
Jakże pluszcze i śpiewa u podnóża kamienistych pagórków szafirowa fala zatoki.
Koniec półwyspu wrzyna się tutaj klinem tak, że z wyniosłości współcześnie dojrzeć można oba ramiona obejmujących go wód. Wzgórza są nagie, skaliste i w wielkiem iskrzącem się słońcu ciche.
Taka sama cichość rozciągnęła się nad miasteczkiem. Jest skwar południa i ludzie tylko zrzadka tu i owdzie się snują.
Ubogie, szare, kamienne domki wcisnęły się aż pomiędzy ruiny, wkraczają na obszar.zasłany rumowiskiem z marmurów... Z jednej strony, północno-zachodniej, wzgórze, na którego szczycie wznosiła się niegdyś akropolis miasta, a zaś o zbocze wspierała się wielka, częściowo w łono skalne wprowadzona, świątynia.
Olbrzymie cmentarzysko lśni się pod słońcem niepokalaną bielą marmuru.
Można wstępować na stopnie, które już do żadnych podwojów nie prowadzą. Można dotykać się podstaw, z których runęły kolumny.
A krok mimowoli potrąca o rozsypane tu wszędy obłamki cudownych ongi kapitelów.
W cichości, której nie mącą żadne mizerne głosy, dochodzi radosny, tryumfujący śpiew morza.
Tak samo grało ono niegdyś, niewyczerpane i łaskawe, na cześć wielkiego symbolu bogini, wieczyście żywiącej ziemi.
O, matko płodna! Demeter!
Wzrok topi się z rozkoszą w błękitach tego nieba! słuch utonął w spokoju tak pełnym wieczystych ech; dusza istotnie i całko wicie odeszła w promienne kędyś zaranie.
Jeśli coś pozostało z drobniejszych i osobistych cech, to chyba pragnienie, ażeby się chwila taka przedłużyła aż w nieskończoność...
Przesuwa się wejrzenie okólne w zachwycie czci. Zaprawdę, to miejsce godnem było stać się kolebką i domem rodzinnym Ajschylosa.
Przedziwna rzecz! Nie zgiełk oceanu i nie ponurość olbrzymich gór, ale właśnie to, wśród bajecznie zębionych brzegów grające, młodzieńcze morze i ta kraina wszystka migotliwa od wdzierania się szafirowych wód, wytworzyły największą siłę...
O! jeszcze raz obrócić się ku temu myślą i sercem — przed powrotem...
Jak dobrze jest przebywać w szczęśliwe go piękna zenicie!
W Atenach, za miastem, pomiędzy pagórkiem Muz i wzgórzem Pnyxu, można znaleźć kotlinkę, wgłębienie, zkąd widzi się jedynie wyniesiony na jasnem tle nieba Akropol.
Nic więcej. Nic z tegoczesnych, natrętnych i przykrych ulic miasta.
W przejrzystem powietrzu z nieporównaną plastyką występuje rysunek tej wyniosłości: Propylejów przepych królewski i dziewicze zjawisko Partenonu.
Zaprawdę koronne jest to wzgórze.
Słońce zachodzi; tam gdzieś za nami zwolna nachyla głowę; do błękitu pirejskich fal.
Zaś przed nami powietrzne tło Akropolu uczyniło się prawie srebrne. I ona sama, Akropolis niepokalana, zdaje się rosnąć w przedziwnej lekkości linji swoich, unosi się w górę, nie porzucając podnóża...
Zdaje się mówić wpatrzonym i zapatrzonym oczom:„Któż, jako ja, ma w sobie radość doskonałego piękna? Ześrodkowaniem jestem, i najsilniejszym wyrazem, i wszystkiem“.
Duszę człowieka ogarnęła srebrzystość spokoju. Zatraciły się granice krajów i epok, w świetle nieskończonego przestworza duch nieśmiertelny czci nieśmiertelną piękność i czuje się szczęśliwy.
Zaliż widmo-pamięć może pojawić się w takiej chwili?
Gdy tak odtwarzaniem w sobie wędrujesz, człowieku, po drogiej ziemi greckiej, godzinę masz jedną niepodobną do innych, jak przymglona purpura niepodobna jest do błękitu.
Pociąg zatrzymał się przed jakąś budką w obszernem polu. Sapnął i poleciał dalej.
Malutka stacyjka „Fichtia“. Ocienia ją kilka wysokich akacyi.
Obróćmy się ku północy. Płaszczyzna wydyma się przed nami i stopniowo podnosi aż do podstawy dwu wzgórz skalistych i surowych. Dalsze z nich jest ostro ścięte u wierzchołka; zaś oba w oświetleniu słonecznem przesłaniają się od czasu do czasu barwą leciuchno czerwonawą i chciałoby się o nich powiedzieć, że są smutne.
Idzie się drogą prostą i zrazu dosyć nieznacznie pod górę. Słońce pali, miejscowość jest bezdrzewna.
Upływa jakieś pół godziny.Po lewej stronie pozostała mizerna wioska „Charitzi.” Droga coraz bardziej górzysta i zwraca się także na lewo.
Na zakręcie pojawił się, jakby z pod ziemi wyrósł, przewodnik. Stary Greczyn, dosyć obdarty, na chudym, nędznym koniu. Obie nogi ma przewieszone na jedną stronę, a koniowi umotał u pyska torbę płócienną z odrobiną jakiegoś obroku.
Z nieba leje się roztopione złoto.
Droga idzie teraz wzdłuż wyniosłości oddzielającej od Charitzi. Jałowy grunt; pagór jest polem kamienistem, a obecnie spiekłem do skwaru.
Po pewnym czasie trzeba, zeszedłszy z drogi, ścieżyną wspiąć się na zbocze owego pagórka.
Tu nieproszony przewodnik okazuje się przecież niezbędnym. W zboczu jest otwór zamknięty żelazną kratą, którą ten jegomość otwiera.
Dosyć długi, niesklepiony, ziemny korytarz; ściany podtrzymywane obmurowaniem na końcu czernieje wnijście do podziemia, dawniej zwanego mylnie — grobem Agamemnona.
Powiał chłód. Ciemno. Przy zaświeceniu świeczki można dopatrzeć, że jest to wnętrze całe okrągłe i zwężające się u góry na podobieństwo słomianego ula.
W prawej ścianie otwór do przyległej czworokątnej komory.
Ale nam lepiej jest zagasić świeczkę.
Inne światło zrodziło się tutaj nagle...
„I wbiegło złote i do nóg upadło... “
Bo cóż nam do tego, że w 1877 roku Schliemann odkrył gdzieindziej istotne, autentyczne królewskie groby?
Wszakże dla nas jak — wtedy „cząbry smutne gór spalonych pachną“ i wiatr „obiegłszy górę ruin siwą, napędza nasion kwiatów, a te puchy chodzą i w grobie latają jak duchy“.
A gdy się powraca z podziemia znowu na świat, — cóż to? i jakże się to dzieje, że stoki Mykeńskich wzgórz przysłonił na chwilę cień „Krzemienieckiej góry“?...
Idźmy dalej.
Droga skierowała się teraz na prawo i, zda się, okalać będzie wzgórze. Wznosimy się ciągle, aczkolwiek stopniowo. Wszędzie odłamki i zsypy kamieni.
Oto już zakręt i nagle-nie podziw, ale wstrząśnienie całej istoty.
Droga się rozdwoiła. Jedno ramię gościńca idzie naprzód, w świat, w kamienistą jakąś i smutną krainę; a zaś drugie na prawo, wspinając się cokolwiek po zboczu, wędrownika przywodzi-do wrót.
Stoi Mykeńska lwia brama.
Wrażenie jest poprostu nadmierne.
Do tych wrót droga skręca gościnna i szeroka, jak ongi w przedhomerowych czasach.
Te wrota stoją nienaruszone, jakby za niemi było grodzisko wrzące barbarzyńskim jeszcze przepychem uczt, i szczękiem broni i twardą pieśnią..
A przecież od tysięcy, tysięcy lat ściele się tam jedynie, w znoju słonecznym cicha, obłamów i żwirów kamiennych chusta.
Potężny wał z szarych głazów półkręgiem idzie i przypiera do stromego zbocza. Brama znajduje się właśnie w pobliżu tego miejsca.
Czasu wojny niełatwy był przystęp w dom Atrydów.
A dzisiaj, wszedłszy, widzimy zaraz na prawo przestrzeń niewielką, okrągłą, podwójnym rzędem stojących, ale nizkich, kamiennych płyt obwiedzioną. A z wnętrza tego pierścienia spogląda ku nam sześć kutych w skale i podłużnych czeluści. Zieją pustką po wydarciu swej zawartości, bowiem to są, gwoli nauce złupione, nieszczęsne i chwalebne groby potomków Atreusa.
Grodzisko było rozlegle; składało się z dwu części: dolnej i górnej; ta ostatnia pono starożytniejsza.
Cały świat zwalisk, a raczej szarego kamiennego gruzu. Fundamenty i ślady ścian. Dziwnie smutno wśród tego wyglądają dobrze zachowane schody.
Z wyniosłości starszego grodziska widok na wszystką przestrzeń Argolidy aż do morza.
Morze bowiem w tym kraju prawie wszędy obecne, a nigdzie bardzo dalekie.
Nie wynijdzie król Agamemnon do progów swego dwora...
Siedząc u bramy, słucha się wiatru, który tam pośród gruzów przechadza się i wzdycha, jedyny teraz gospodarz.
Ale chociaż się rozsypisko widziało na własne oczy, oto siedząc u wrót, nie wierzy się temu, przedziwnie się nie wierzy...
Król Agamemnon wynijdzie na groźny próg swego dwora...
Wielki i świecący orężnie, rozradowany, a dziki, jak kiedy się sposobił na zgubę Ilionu.
Ale oto rozdzierający powietrze krzyk wściekłości i bólu. To, tam w grodzisku król Agamemnon, zdobywca iliońskich murów, pada haniebnie uwikłany w purpurowym zwycięzkim płaszczu i ugodzon toporem wiarołomnej żony.
A teraz w cichem niebieskawem świtaniu Orestes przychodzi pokryjomu obcinać pukle sieroce na grobie ojca...
Żadne inne zwaliska nie sprawiają podobnego wstrząśnienia, bowiem tu już nie przeszłość, ale zamierzchłość staje się obecną.
I znowu spoglądamy okolnie, pytając tego widnokręgu, czem był, że wykołysał w obrębie swoim straszne i nieprześnione sny purpurowe, do których zawsze powraca najgłębsza pamięć ludzkości.
Niema kształtów olbrzymich; nie strzelają nad chmurami lodowce, nie leją się kaskady. Ale prostota tych czerwieniejących w zmierzchu pagórków posępniejsza jest ponad wszelką grozę. Z umiarkowanych zarysów tych linji wyłania się tajemnica nieśmiertelnej wielkości greckiej.
Nadciągnął wieczór. Dusza wglębiła się w jakoweś zamierzchłe przepaści, odświecające barwą szkarłatu. Tam złożone są pierwowzory tragizmu; tam ziarna poruszeń przyszłych, surowe, płodne ziarna... Jak czerwony kamień połyska wrażenie tej godziny; we smudze wspomnień rozpala się i gra.
Więc oto całą wstęgę tęczową uwozimy w sobie dla siebie, płynąc z powrotem po cichej, ciemnej, nieprzenikliwej wodzie.
Już widać statek, już pokład zamigotał światłami.
Lecz teraz się coś dokonywa w tym przedostatnim momencie. Pozornie z uprzedniemi to niezwiązane, a jednak...
Bo wstało uczucie dojmującego poznania.
Tak, było widmo...
W ono cudowne rano przyjazdu było, które opuścić nie może, widmo nieprzebolałych nigdy rzeczy. I chadzało za tobą, człowieku, nieutrudzonym krokiem.
W przeradosnem olśnieniu słonecznem nie obróciłeś się, ażeby spojrzeć; w szumie myśli szczęśliwych nie usłyszałeś stąpania.
Ale teraz, gdy wracasz, płynąc po cichej, ciemnej, nieprzenikliwej wodzie, ono ci mówi:„Byłem... Bo kędy jesteś, być muszę”.
Zali spytam: dlaczego? Wszakże wiem, że to moje uczucie pierworodzone. Zali spytam o nazwę.
Może mi pocznie odpowiadać słowami:

„Na Termopilach... nie, na Cheronei
„trzeba się memu załamać koniowi
„bo jestem z kraju...“

I dalszy ciąg załamuje się krzykiem w sercu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jadwiga Marcinowska.