Powieści z 1001 nocy opracowane dla dzieci/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Bracia Grimm
Tytuł Powieści z 1001 nocy opracowane dla dzieci
Data wydania 1928
Wydawnictwo Księgarnia Popularna
Drukarz S. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Źródło Skany na Commons
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii
Galeria grafik w Wikimedia Commons Galeria grafik w Wikimedia Commons


POWIEŚCI


Z Tysiąca i jednej nocy



DLA MŁODZIEŻY


Przekład polski podług GRIMMA.

Z KOLOR. ILUSTRACJAMI.


Adam Asnyk grafika 3.png




NAKŁADEM „KSIĘGARNI POPULARNEJ“
W WARSZAWIE





Printed in Poland
Druk. S. Sikora, Warszawa







Historja o niewidomym Babie Abdalla.

W Bagdadzie żył i mieszkał Baba Abdalla. Był młodym człowiekiem; rodzice umarli mu wcześnie i pozostawili duży majątek, tak, iż mógł żyć spokojnie i szczęśliwie. Baba Abdalla był bardzo oszczędnym i majątku owego, jak to często u młodych ludzi się zdarza, nie marnotrawił, lecz przeciwnie mając osiemdziesiąt wielbłądów wysyłał zawsze karawany z Bagdadu do Bassory, handlując towarami i tem się wzbogacając. Pewnego razu, gdy powracał z pustymi wielbłądami z Bassory do Bagdadu, chcąc wypocząć przy drodze i wielbłądom dać się nakarmić, spotkał przy drodze Derwisza.
Derwisz poznawszy w nim zamożnego kupca tak się do niego odezwał:
— Oto widzicie człowieku, wielbłądy wasze musiały przewozić na swych grzbietach nieraz wielkie już skarby, ale ja biedny człowiek znam tu w niedalekiej okolicy jedno miejsce, gdzie znajdują się tak wielkie skarby, iż wszystkie twoje wielbłądy kilka razy objuczane jeszcze, by ich nie zabrały.
Słysząc to Baba Abdalla, że był chciwym człowiekiem, tak się do tego zapalił, iż zaczął błagać Derwisza, by mu miejsce to wskazał.
— Kochany Derwiszu — mówił — tobie jako człowiekowi małych wymagań, żyjącemu więcej w pobożności i bogobojności, skarby takie nie są potrzebne, a gdy mi wskażesz to miejsce i ja obładuję swoje wielbłądy, wtedy gotów będę nawet jednego wielbłąda obładowanego odstąpić.
Derwisz pomyślał i rzekł:
— A, to ty obładowawszy wszystkie wielbłądy mnie tylko jednego ofiarowujesz. Nie kochany Babo Abdalla; my zrobimy inną umowę: oto naładowawszy wszystkie wielbłądy, rozdzielimy je porówno i wtedy rozlosujemy komu jaka część wypadnie.
Trudno było Babie Abdalli pogodzić się z myślą, iż będzie musiał czterdziestu swoich wielbłądów ofiarować, lecz w końcu doszedł do przekonania, że lepiej mieć czterdzieści wielbłądów obładowanych złotem i drogiemi kamieniami, gdyż takie skarby ów miał zawierać, aniżeli osiemdziesiąt pusto idących; więc się zgodził.
Wtedy Derwisz poprowadził go w bok od drogi w dolinę, która coraz bardziej zwężała się, aż wreszcie przez wązką szczelinę wyszli na trochę szersze miejsce, gdzie z jednej strony podnosiła się prostopadła i gładka, jak lustro skała. Tu zatrzymali się.
Derwisz zaś ułożył chróst zbierany po drodze pod skałę i zapalił; buchnęło silne ognisko i czarne kłęby dymu wzbijały się w powietrze. Do ognia nasypał zaś Derwisz jakiegoś czarnego proszku. Gdy dym opadł, oczom Baby Abdalli przedstawiła się w skale ogromna cienka, żelazna brama, spojona dwoma skrzydłami. Lecz Derwisz z łatwością otworzył ją naciskając w spojeniu między skrzydłami, jakąś sprężynkę. Oczom obydwóch przedstawiło się wspaniałe pałacowe wnętrze. Na lewo w murze były wgłębienia wypełnione sztabami złota, wszędzie w bogatych naczyniach leżały bogate kamienie: dyamenty i perły.
Baba Abdala osłupiał:
— Czy wszystko to można zabrać?zapytał.
— Co tylko zechcesz — odparł Derwisz.
Wtedy Baba Abdalla rzucił się chciwie na te skarby i wspólnie z Derwiszem ładowali ciężkie wory na wielbłądów, przyczem Baba Abdalla był wiele więcej niezmordowanym, aniżeli Derwisz, który spokojnie się zachowywał. Naładowawszy wszystkie wielbłądy i konie swoje z żalem opuszczał Baba Abdalla to miejsce. Gdy wychodzili zauważył on, iż Derwisz wziął z sobą jeszcze jakąś niepozorną drewnianą szkatułkę.
Wyszedłszy Derwisz, zamknął bramę, a napaliwszy znów ognisko, ujrzeli po opadnięciu dymu tę samą prostopadłą ścianę. Poczem rozdzielili wielbłądów na dwie partje po czterdzieści w każdej, rozlosowali i doszedłszy do drogi Baba Abdalla ruszył w stronę Bagdadu, Derwisz zaś w stronę Bassory.
Lecz po jakimś czasie Baba Abdalla pozazdrościł Derwiszowi tamtych czterdziestu wielbłądów i pomyślał sobie, że może mu on dziesięć odstąpi. Wrócił się więc i rzekł do Derwisza:
— Mój kochany Derwiszu, ty zapewne nie umiesz się z wielbłądami obchodzić i bogactw ci nie potrzeba, odstąp mi jeszcze 10 wielbłądów, a tobie 30 wystarczy.
Derwisz zgodził się. Potem Baba Abdalla dwa razy go jeszcze prosił, aż wreszcie i ostatnie 10 wielbłądów mu Derwisz odstąpił. Lecz wtedy Baba Abdalla podejrzewając, a Derwisz dla tego tak się chętnie zgodził na oddanie, w owej szkatułce drewnianej musi posiadać skarb, zapragnął koniecznie dowiedzieć się, co mieści owa szkatułka. Derwisz objaśnił go, iż jest tam tylko maść, którą jeżeli posmarować lewe oko, to człowiek zobaczy zaraz wszelkie ukryte w ziemi skarby, lecz posmarowanie prawego oka grozi oślepnięciem.
Na żądanie Baby Abdalli posmarował mu Derwisz lewe oko i rzeczywiście odrazu ujrzał Baba Abdalla moc ukrytych pod ziemią skarbów, wejść tajemnych, pałaców ukrytych; lecz nie wierząc Derwiszowi, iżby posmarowanie drugiego miało zgubne skutki, natomiast przypuszczając, iż obdarza ono nową jakąś właściwością, mimo silnego oporu Derwisza, nalegał ciągle, by mu ten i prawe oko posmarował. Wtedy Derwisz posmarował mu je, Baba Abdalla z chciwością oczy otworzył i... O! zgrozo — ciemności ogarnęły go. Derwisz nie kłamał. Posmarowanie prawego oka miało fatalne skutki. Wtedy zaczął błagać Derwisza, czy nie zna środków na odwołanie tej ślepoty, lecz Derwisz nie znał takich środków.
I odtąd, gdy chciwość niebywała zrobiła z niego kalekę, siadywał Baba Abdalla na murawie nad Tygrem w Bagdadzie i żebrał, a żebrząc o pieniądze, prosił również by mu dawano policzek, chcąc w ten sposób zadać sobie jeszcze większą pokutę. Zwróciło to uwagę Kalifa Haruna Alraszyda, który raz przechodził koło niego i kazał go sprowadzić do swego pałacu i spytał o powód takiej pokuty. Gdy Baba Abdalla opowiedział mu, nakazał mu od tej pory już w cichości pokutę odbywać i wypłacał mu ze swego skarbu 4 drachmy dziennie. Wreszcie Baba Abdalla w bogobojności i pokucie zakończył życie.





Historja Kogii Hassan Alhabbala.

W dużem mieście, zwanem Bagdadem, żyło dwóch przyjaciół: Saad i Meram. Pewnego wieczoru przechadzali się razem w ogrodach tego miasta i rozprawiali o tem, jakby tu najlepiej zaradzić na świecie nędzy, która tak często się szerzy. Saad był zdania, iż najlepiej by było ubogim ludziom rozdać po pewnej sumie pieniędzy, która by im pozwoliła odrazu stanąć na nogach, zakupić potrzebne do pracy materjały i pracując nadal uczciwie pozbyć się nędzy. Meram zaś był zdania, iż same pieniądze, aczkolwiek dużo pomagają, jednakże nie wystarczą, i trzeba również by los poszczęścił; gdyż czasem i bez pieniędzy zawdzięczając jedynie przypadkowi jakiemuś, do dużego dobrobytu dojść można.
— Co tu długo mówić — odparł Saad — najlepiej uwidocznić to można na przykładzie. Dzięki Niebu, jestem dość zamożny i mogę pozwolić sobie na taką próbę. Dam jakiemu ubogiemu człowiekowi pewną sumę, a zobaczysz Meramie, iż postawi go to zaraz na nogi.
To mówiąc wyszli właśnie na plac podmiejski nad rzeką Tygrem, gdzie pracował w oddali jakiś powroźnik.
— Oto widzę tam jakiegoś ubogiego człowieka — rzekł Saad — zróbmy z nim próbę.
— Poczekaj — odparł Meram — trzeba najpierw upewnić się, czy człowiek ów godzien jest zapomogi. Tam widzę stragan jakiejś przekupki, spytajmy jej się, co to za człowiek.
To mówiąc podeszli do owej przekupki, która objaśniała ich, że powroźnik ten imieniem Hassan Alhabbal, jest najpoczciwszym człowiekiem w świecie, tylko ogromnie ubogim.
Saad zadowolony, że znalazł odrazu właściwego człowieka, podszedł razem z Meramem do Hassana, zapytując go jak mu się powodzi.
— O, nie bardzo dobrze mój panie — odparł Hassan — pracuję cały dzień bez wytchnienia, chcąc sobie jakikolkolwiek zapasik na większy zakup konopi uciułać, lecz zawsze kiedy jestem już na najlepszej drodze do zebrania, wypadną w domu jakieś większe koszta, czy to choroba, czy kupno czegoś większego i wszystko zaoszczędzone — rozbiega się.
— Więc by wam się jakaś zapomoga stanowczo przydała — rzekł Saad. — Oto widzicie — rzekł wyjmując z kieszeni dość gruby worek, w tym worku jest 200 cekinów; jest to dług odebrany prze ze mnie, którego się już mało spodziewałem. Postanowiłem to komuś ubogiemu ofiarować.
Hassan z początku wahał się, czy mu to przyjąć wypada, lecz gdy Saad nalegał, ze łzami w oczach przyjął ów worek i z radości zapomniał nawet podziękować.
Przyszedłszy do domu, nie chciał Hassan żonie, ani nikomu pieniędzy tych pokazywać, z obawy, by zaprędko się na niepotrzebne rzeczy nie rozeszły. 10 cekinów pozostawił tylko sobie w worku, a resztę 190 cekinów zaszył w turbanie, będąc pewnym, iż tam nikt ich chyba nie wykryje.
Potem wyszedł na miasto, by kupić konopi. Przechodząc koło jatki z mięsem, przypomniał sobie, iż bardzo dawno nie było u nich w domu mięsa, kupił więc kawał mięsa i wracał uszczęśliwiony do domu. Naraz zleciał sęp zgłodniały widocznie i chciał Hassanowi koniecznie wydrzeć z ręki ów kawałek mięsa. Przy odpędzaniu ptaka Hassanowi zleciał z głowy turban. Widząc to sęp pochwycił turban w swoje szpony i zanim się Hassan spostrzegł, uleciał z nim w powietrze. Hassan oniemiał z rozpaczy — nie mogąc sobie darować, iż pozwolił na porwanie turbanu; lecz w końcu widząc, iż już nic nie poradzi, wrócił do domu i nie mówiąc nic żonie, udał się na spoczynek by nazajutrz znów w nędzy życie zaczynać.



Minęło od tego czasu blizko pół roku, a Saad z Meramem znów przechadzali się po ogrodach.
— Ciekawym — rzekł Meram — jak tam naszemu Hassanowi się powodzi.
— A przypuszczam, iż mu się powodzi — odparł Saad — zresztą zdaje mi się, że nie daleko jesteśmy od tego miejsca gdzieśmy go wtedy spotkali, moglibyśmy się wybrać, zobaczyć go. Zapewne nie pracuje już sam, lecz najął sobie pomocników.
Meram chętnie się zgodził i razem z Saadem wybrali się w stronę, gdzie Hassan dawniej pracował. Jakoż ujrzeli go, lecz nie zdradzał bynajmniej zamożniejszego stanu jak przedtem; przeciwnie suknie jego były jeszcze więcej wyniszczone.
— Nie zdaje mi się, by pieniądze twoje pomogły mu, rzekł Meram.
Gdy podeszli do niego, spytał go Saad o powody takiego wyglądu. Gdy Hassan opowiedział mu przygodę z sępem, nie chciał Saad temu wierzyć; lecz Meram dawał Hassanowi zupełną wiarę i twierdził, iż sępy przeważnie rzucają się na to, co upadnie. Saad niezadowolony, iż próba mu się nie udała, postanowił przyjść Hassanowi jeszcze raz z pomocą, zwłaszcza, iż znający go ludzie zeznawali, że Hassan przez ten czas bynajmniej nie hulał, lecz tak jak zawsze ciężko codzień pracował. Dał mu więc znów worek z 200 cekinami, upominając, by był tym razem ostrożniejszy.
Hassan nie posiadał się z radości. Odliczył znów 10 cekinów i schował je do woreczka, zaś ze 190 ma chodził po mieszkaniu, poszukując, gdzieby je tu w ukryciu przechować. W w końcu zaszedł na strych i znalazł tam stary popękany garnek ze słodzinami. Schował owe 190 cekinów pod słodziny, pewien, iż nikt chyba napewno takiej kryjówki nie odkryje.
Poczem wyszedł na miasto po zakupy. Powróciwszy spostrzegł, iż żona szykuje się do prania i porozkładała świeże kawałki mydła na stole.
— Skądże ty wzięłaś to mydło — spytał — skoro w domu nie było pieniędzy.
— A, przejeżdżał tu koło domu mydlarz na osiołku, więc dałam mu garnek ze słodzinami, co stał na strychu, a on mi za to ofiarował mydło — odparła.
— A może mu i garnek ofiarowałaś — wykrzyknął Hassan.
— Właśnie, a cóż może przepłaciłam to mydło. Garnek był stary i popękany i ledwie się trzymał.
Hassan z rozpaczą złapał się za głowę i opowiedział żonie, jak to drogo za owe mydło zapłaciła. Oboje byli zrozpaczeni przyczem żona gderała, iż to zawsze tak bywa, gdy mąż coś ukrywa przed żoną. I znów Hassan w biedzie pracował dalej.
Minęło od tej pory znów pewnie kilka miesięcy, kiedy Saad z Meramem znowuż się w tych stronach znaleźli. Saadowi przyszedł na myśl Hassan i zaprojektował odwiedzić go. Gdy podchodzili do placu, na którym pracował Hassan, oczom swoim nie chciał wierzyć Saad, iż Hassan jeszcze nędzniej niż przedtem wyglądał.
— A widzisz — rzekł Meram — mówiłem ci, że nie zawsze pieniądze skutkują. Temu biednemu człowiekowi znów się coś przytrafić musiało.
— Masz rację — odparł Saad — ale tylko dlatego, iż do próby mej wybrałem niewłaściwego człowieka. Hassan jest oszustem, który rozmyślnie udaje przed nami ubóstwo, przypuszczając, iż go ciągle wspomagać będę.
Gdy doszli do Hassana i ten ze łzami w oczach opowiadał im zdarzenie z owym garnkiem, Saad ironicznie się uśmiechnął. Widząc to Hassan, rzekł:
— Macie panie wszelkie prawo nie wierzyć mi, lecz nie myślcie, bym był zdolny kiedykolwiek przyjąć od was więcej pieniądze — to mówiąc szedł, kręcąc powróz.
Saad i Meram szli obok niego. Naraz Meram potknął się o coś, podniósł z ziemi kawałek ołowiu. Obracając się do Hassana rzekł:
— Ode mnie Hassanie, nigdy nic jeszcze nie otrzymałeś, więc oto teraz ofiarowuję ci ten kawałek ołowiu, a jestem przekonany, iż jeżeli los będzie chciał, to i on ci szczęście przynieść może.
Saad śmiał się z tego, by kawałek ołowiu mógł szczęście przynieść, Hassan zaś podziękował grzecznie, lecz obojętnie wsadził go do kieszeni.
W sąsiedztwie Hassana mieszkał pewien rybak. W kilka dni potem spotkaniu z Saadera i Meramem, już późno w nocy, usłyszał Hassan pukanie do okna. Gdy wstał i otworzył okiennicę, zobaczył pod oknem żonę owego rybaka, która objaśniła, iż mąż jej udaje się jutro rano na połów, zapomniał sobie kupić ołowiu, który mu jest niezbędny do przyrządzenia sieci i wysłał żonę, by poszukała u sąsiadów ołowiu. Wszyscy zaś już przeważnie spali i nie chciało im się szukać ołowiu.
— Wiem ja dobrze — mówiła — iż nie macie go pewnie, lecz chcąc męża zadowolnić, chciałam i do was zapukać.
To mówiąc zabierała się do odejścia. Lecz Hassan zatrzymał ją, mówiąc, iż omyliła się myśląc, iż on nie ma ołowiu i wręczył jej ofiarowany przez Merama kawałek ołowiu.
Rybak gdy dowiedział się, że wszędzie odprawiono ją z kwitkiem, dopiero Hassan obdarzył ją dużym kawałkiem ołowiu, taką poczuł dla niego wdzięczność, iż zaprzysiągł ofiarować mu cały jutrzejszy pierwszy połów.
I rzeczywiście nazajutrz pod wieczór zaszedł do Hassana rybak, przynosząc mu piękną dużą rybę i mówiąc.
— Oto, proszą was Hassanie, przyjmijcie ode mnie tę rybę, ze wszystkiem, co się w niej znajduje. Postanowiłem ofiarować wam cały połów pierwszy, lecz tylko tę rybę wyciągnąłem.
Hassan podziękował mu serdecznie. Poczem żona wzięła się do rozkrajania jej, by przygotować rybę na wieczerzę. Gdy rozkrajała ją, wyleciał ze środka kamień duży i niezwykle świecący. Dzieci Hassana zaczęły odrazu nim się bawić i narobiły takiego krzyku, iż Hassanowa musiała im go odebrać i położyła wysoko na półce. Wieczorem kamień zajaśniał tak, iż nie potrzeba było lampy zapalać.
Na drugi dzień przyszła sąsiadka Hassanów żydówka, żona jubilera i pytała o powód takiego hałasu wczorajszego. Gdy dowiedziała się o przyczynie, chciała kamień zobaczyć. Gdy zobaczyła — chciała kamień koniecznie nabyć. Z początku dawała 2 cekiny, lecz przy ciągłych targach, kiedy Hassan zauważył, że jest to jakiś drogi kamień i zażądał 100 tysięcy cekinów, żydówka obiecała przysłać swego męża. Znów po długich targach żyd zgodził się dać 100 tysięcy.
Hassan czuł się w obowiązku odniesienia tych pieniędzy rybakowi. Lecz ten ani chciał słyszeć o tem, cieszył się bardzo, iż Hassanowi zdarzyło się takie szczęście.
Hassanom zaś od tego czasu inaczej życie płynąć zaczęło. Hassan skupywał towary wszystkich powroźników bagdadzkich, a sam wybudował olbrzymie składy pięknie urządzone.
Posiadał również ładny pałac. Wreszcie kupił sobie dobra ziemskie z pięknym zamkiem w okolicy.
Zdarzyło się znów w jakiś czas potem, iż Saad z Meramem przez Bagdad przejeżdżali. Nie zapomnieli wypytać się o Hassanie; gdy dowiedzieli się, jak on teraz żyje, Saad rzekł:
— Oto napewno z moich pieniędzy Hassan tak się wzbogacił, a oszukiwał nas temi przypowieściami o sępie i garnku.
Nie omieszkali odwiedzić go. Hassan ogromnie się ucieszył i pokazywał im wszystkie bogactwa, a także opowiedział im ową historję z djamentem w brzuchu rybim. Saad ciągle nie chciał wierzyć, lecz przypisywał to swoim pieniądzom. Gdy po obiedzie siedzieli u Hassana w ogrodzie, naraz synowie Hassana spostrzegli na drzewie gniazdo sępie w turbanie, które zdjęli z drzewa i pokazywali gościom. Hassan rozpoznał w tem swój porwany przez sępa turban i rzeczywiście po rozpruciu okazało się w środku 190 cekinów zaszytych. Saad zaczął się powoli przekonywać. Wracając zaś od Hassana, który ich od prowadzał, zechcieli napoić konie przed jednym domem, w którym mieszkał ubogi mydlarz, żona mydlarza wyniesła garnek ze słodzinami, by wyjąwszy słodziny, nalać w niego wody. I znów Hassan rozpoznał w nim swój garnek. Po wyjęciu słodzin, na spodzie okazało się 190 cekinów. Wtedy Saad zaczął przepraszać Hassana — przekonany już najzupełniej. Wkrótce potem kalif Bagdadu zasłyszawszy o dziwnych przygodach Hassana, zaprosił go do siebie i kazał je sobie opowiadać. A potem zwiedzali razem skarbiec kalifa, gdzie uwagę zwracał olbrzymi djament, ten właśnie, który Hassan sprzedał żydowi jubilerowi, a który potem nabył kalif.





Historja o przeobrażonym Sidi Numanie.

W Bagdadzie żył raz pewien człowiek, nazwiskiem Sidi Numan. Rodzice jego umarli, a on sam mając duży majątek, zażywał go oszczędnie i oględnie, ile, że marnotrawnym nie był. Lecz po jakimś czasie znudziła mu się samotność i zapragnął się ożenić. Powstrzymywało go przed ożenkiem tylko to, że nie mógł widzieć twarzy swojej narzeczonej, gdyż w kraju tym kobiety noszą na twarzach zasłony, a oblubieniec dopiero w dzień zaślubin przy błogosławieństwie oglądać je może.
Wreszcie zdecydował się na pewną młodą panienkę imieniem Amina, o której powszechnie mówiono, iż jest bardzo piękna. W dzień zaślubin ujrzał Sidi Numan jej twarz i przekonał się, iż była nawet piękniejszą, niż mówiono, lecz miała w twarzy jakiś wyraz, który go napawał strachem. Przypisując to jednakże przywidzeniu nie zrażał się tem bardzo.
Nazajutrz po ślubie, załatwiwszy swoje sprawy, wrócił Sidi Numan po południu do domu na obiad, lecz żony swojej nie zastał. Trochę go to zdziwiło, lecz nie robił jej wyrzutów, tylko kazał podawać i zasiedli razem do stołu pokrytego potrawami. Najpierw jedzono ryż. Lecz jakie było zdumienie Numana, gdy zobaczył, iż żona jego wzięła jedno ziarnko ryżu, nakrajała je nożykiem małym na 4 części i malutkim widelczykiem jadła.
— Kochana Aminko — zapytał — czy u rodziców twoich tak ryż jadali?
Lecz Amina nic nie odpowiadała; następnych potraw nie ruszyła wcale.
— Pewnie zjadła jakie obfite śniadanie i dlatego nic nie jadła — pomyślał sobie Sidi Numan. Następnych dni powtórzyło się to samo.
Pewnej nocy leżał Sidi Numan w łóżku, lecz nie mógł spać. Leżał jednak cicho, nie chcąc budzić żony. Około północy zauważył, iż żona jego wstała i spoglądając ciągle na niego, zaczęła się ubierać. Udał więc, że śpi i czekał aż wyjdzie. Gdy wyszła, wybiegł za nią i szedł krok w krok. Wreszcie weszła na cmentarz za miastem. Gdy Numan wszedł za nią, zobaczył, iż siedziała przy jakimś grobie, a koło niej stworzenie jakieś nieludzkie, lecz do człowieka podobne, tylko pysk miało zwierzęcy i olbrzymie uszyska.
— Sądziłem przedtem — pomyślał Numan — iż opowieści o stworzeniach zwanych Gulami, które zjadają trupy, odkopując je — były bajką, a teraz widzę, że taki właśnie Gul siedzi koło mojej żony. I rzeczywiście po jakimś czasie Gul odgrzebał trupa i skinąwszy przyjaźnie Aminie, zaczął go jeść razem z nią.
Przejęty grozą i wstrętem Numan, uciekł do domu. Na drugi dzień, wiedząc jak żona jego przy obiedzie znów nic nie je, rzekł:
— Kochana Aminko, wiem dlaczego nie masz apetytu, ale czyż potrawy te nie lepsze są od trupów, a towarzystwo moje nie przyjemniejsze od Gula.
Gdy powiedział to, Amina zapłonęła strasznym gniewem, wymówiła jakieś słowa nad szklanką wody i wylawszy mu ją na twarz, krzyknęła:
— „Nędzniku, niech ciekawość twoja ukaraną będzie; stań się psem.“
I Sidi Numan stał się psem. A wtedy zaczęła go strasznie bić, póki nie wybiegł na ulicę.
Po długich wałęsaniach przygarnął go wreszcie jakiś poczciwy piekarz. Raz, gdy piekarzowi owemu kobieta jakaś dawała zły pieniądz i sprzeczała się, że dobry, piekarz rzekł; — A toć pies by się poznał, że zły. — I krzyknął na Numana. Numan oparł łapy o stół i zły pieniądz zmięszany z innymi oddzielił. Rozeszło się po całym mieście, iż piekarz posiada takiego dziwnego psa. Raz przyszła jakaś staruszka do piekarni i nachyliwszy się do ucha Numana, rzekła: chodź ze mną. Długo go prowadziła, aż w końcu stanęli przed jakąś chatą. Gdy weszli do środka, przy stole siedziała młoda i ładna kobieta. Staruszka rzekła:
— Patrz córko, oto ten pies, o którym powzięłam przekonanie, iż jest zaczarowanym człowiekiem. Wtedy młoda umaczała palec w wodzie i kropnąwszy na Sidi Numana wyrzekła: „Dwoiste jakoweś stworzenie — czem będzie w to cię przemienię“. I wnet Sidi Numan z psa stał się znów człowiekiem. Kobieta owa dała mu jeszcze flaszeczkę z poleceniem, by wylał ją na żonę swoją ze słowami: „Sama wartość swoją znasz — na co zasłużyłaś, to i masz“.
Gdy Numan powrócił do domu, żony nie było. Po jakimś czasie przyszła, zobaczywszy Sidi Numana, przelękła się strasznie i zaczęła uciekać; lecz Sidi Numan ją dogonił i wylał na nią ową flaszkę, powtarzając te słowa, a wnet Amina zamieniła się w konia czarnego.
I codzień ujeżdżał ją Numan, bijąc okrutnie kańczugiem do krwi, aż zwróciło to uwagę kalifa Bagdadu, który go do siebie przywołał. Numan opowiedział mu przyczynę takiego obchodzenia się z koniem. Kalif odrzekł, że dosyć już tego bicia, gdyż Numan z doświadczenia wiedzieć powinien, jak to nie miło być bezbronnym zwierzęciem; natomiast nie polecił jej odczarowywać, by ludziom nadal nie szkodziła.





Historja o Ali Babie i czterdziestu rozbójnikach.

W jednym z miast wielkiego perskiego państwa mieszkał człowiek Ali Babą zwany. Był on ubogim i trudnił się handlem drzewa. Codzień rano udawał się z trzema osłami do pobliskiego lasu, tam zbierał chrust i z tak naładowanemi osłami udawał się do miasta, by drzewo owo rozprzedać.
Pewnego razu, gdy jak zwykle zbierał chrust w lesie, ujrzał w oddali przybliżającą się kurzawę jakąś. Potem dostrzegł kilkudziesięciu jeźdźców. Aczkolwiek wiedział iż w okolicy nigdzie zbójców nie ma, jednakże uznał za najstosowniejsze schować się na drzewo i osły swoje ukryć.
Wkrótce jeźdźcy nadjechali, a było ich czterdziestu. Po ich groźnych twarzach i uzbrojeniu poznał, iż byli to zbójcy. Dowódca ich pierwszy zszedł z konia i podszedłszy do przybocznej skały, na której żadnego otworu znać nie było i wyrzekł:
— Sezamie otwórz się.
I w tej chwili ukryte wrota jakieś rozwarły się. Dowódca pierwszy, a za nim wszyscy zbójcy weszli. Po niedługim czasie wyszli z próżnymi torbami; widocznie łupy swe składali w owej kryjówce. Po załatwieniu tego dosiadli znów koni, dowódzca wyrzekł: „Sezamie zamknij się“ i wrota znów się zamknęły, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.
Gdy Ali Baba upewnił się, iż rozbójnicy napewno oddalili się, nie tak prędko już powrócą, zszedł z drzewa i chciał spróbować, czy i na jego słowa, ukryte wrota owe również się roztworzą. Podszedłszy tedy do skały — wyrzekł:
— Sezamie otwórz się.
I rzeczywiście wrota otwarły się i oczom zdumionego Ali Baby ukazały się nieprzebrane skarby, gromadzone zapewne z rozbojów zbójeckich. Naładowawszy tedy osły swoje kilkoma worami złota i przykrywszy je chróstem, wyruszył z powrotem do miasta. Wrota owe miały tę właściwość, iż gdy się weszło do środka zamykały się odrazu, lecz po wymówieniu z wewnątrz tego samego: Sezamie otwórz się, otwierały się.
Gdy przyjechał Ali Baba do domu i wniósł do pokoju owe wory złota, żona jego przelękła się ogromnie, sądząc, że z nieczystej jakiejś sprawy zarobił je Ali Baba. Lecz ten opowiedział jej całe zdarzenie i nakazał milczenie ze względu na okoliczności.
Postanowili oni złoto owe zakopać, lecz Ali Baba chciał koniecznie przedtem policzyć je. A że złota tego było ogromnie dużo, więc przeliczyć można było najlepiej miarką je odmierzając. Lecz w domu nie było miarki. Wtedy Ali Baba polecił swej żonie, by postarała się o miarkę u sąsiadów. Nikt z sąsiadów nie posiadał miarki pod ręką, więc chcąc nie chcąc poszła żona Ali Baby do sklepu brata Ali Baby — Kassinia, człowieka bardzo chciwego, skąpego, a zamożnego, który wiedząc o wielkiem ubóstwie brata swego, nigdy mu w niczem nie pomógł i nie chciał go znać nawet.
Żona Kassima, która była w sklepie pożyczyła miarkę, lecz będąc ciekawą ogromnie, coby też żona Ali Baby mierzyć chciała, posmarowała spód miarki miodem, by po przylepieniu się, poznać, co tą miarką było mierzone.
Gdy żona Ali Baby odniosła potem miarkę, Kassimowa dostrzegła na spodzie przylepioną sztukę złota. Wieczorem gdy przyszedł Kassin, zwierzyła mu się ze swego spostrzeżenia. Ogromnie zdziwiony tem Kassim, wybrał się do dawno nieodwiedzanego już brata, zaciekawiony skąd ten wziął tyle pieniędzy.
— Cóż to Ali Babo — rzekł Kassim na wstępie — widzę, że oszukiwaliście wszystkich, pokazując się takim ubogim, gdy tymczasem wy tyle złota posiadacie, iż nie mogąc policzyć, miarką aż odmierzać musicie.
I opowiedział mu jakim sposobem żona jego wykryła, co miarką było mierzone.
Ali Baba przez życzliwość opowiedział bratu o całem zdarzeniu. Kassim postanowił nazajutrz wybrać się z licznymi mułami do jaskini, by je obładować złotem.
— Nie zapomnij tylko zaklęcia: Sezamie otwórz się — mówił mu na pożegnaniu Ali Baba.
Nazajutrz Kassim wybrał się z 20 ma mułami do lasu. Miejsce owe odkrył według podanych przez Ali Babę informacji i doszedłszy do skały wyrzekł:
— Sezamie otwórz się.
Ku zadowoleniu Kassima drzwi otwarły się i chciwy Kassim oniemiał z zachwytu, widząc tyle kosztowności. Gdy wszedł do jaskini, wrota jak zwykle zamknęły się za nim. Kassim z chciwości poodkładał do zabrania u wrót tyle kosztowności, iż i 100 mułów nie byłoby w stanie nigdy tego zabrać.
Gdy już odłożył wszystko godne zabrania, podszedł do drzwi i chcąc wymówić zaklęcie, o zgrozo! zapomniał go. Próbował różnie, łamał sobie głowę, lecz żadnym sposobem nie mógł sobie przypomnieć, co właściwie wyrzec potrzeba.
Tymczasem nadeszła noc i Kassim usłyszał jak nadjechali zbójcy. Z rozpaczy postanowił przy otwarciu wrót wymknąć się. Zbójcy zaś ujrzawszy tyle worów stojących u wrót domyślili się, iż ktoś musiał być w środku; stanęli więc z szablami przy samych wrotach, a dowódzca wymówił: Sezamie otwórz się. W tej samej chwili Kassim wyskoczył, lecz natknął się na dowódzcę i ten rozpłatał mu szablą głowę. Kassim padł nieżywy i zbójcy zaś rozćwiertowali go do reszty i dla postrachu położyli przed bramę. Poczem odjechali znowu.
Gdy dzień cały przeminął, a Kassim nie wracał, żona jego udała się do Ali Baby z prośbą, by zechciał zobaczyć, co to się ma znaczyć.
Ali Baba wziął znów osły swoje i wyruszył do lasu. Ujrzawszy poćwiartowane zwłoki Kassima, zrozumiał, iż musieli go zbójcy zdybać i zabić. Zabrawszy znów z jaskini trochę złota, powrócił do miasta. Gdy zaś żona Kassima dowiedziała się o śmierci męża, zawodziła ogromnie, lecz cicho, by nie wydać, jakim to sposobem mąż jej zginął. Zamówiono nawet szewca jednego, którego z zawiązanemi oczyma przyprowadzono, by nie widział gdzie idzie, aby zeszył zwłoki zmarłego dratwą. Ten wywiązał się dobrze z zadania, wówczas udano, iż Kassim zasłabł i umarł, wtedy dopiero zawezwano ludzi, by wzięli miarę na trumnę.
Pogrzeb odbył się świetnie. Ali Baba zaś, ile, że to u Persów w zwyczaju, kilka żon posiadać było, pojął żonę Kassima za swoją i u niej w domu zamieszkał.
Tymczasem zbójcy, powróciwszy, spostrzegli brak zwłok Kassima, które były wewnątrz położone i domyślili się, iż ktoś tajemnicę ich poznać musiał, więc postanowili odkryć kto.
— Najpewniej musi to być ktoś z pobliskiego miasta — mówił dowódzca — tedy najlepiej będzie, jeżeli któryś z nas przebrawszy się za zwykłego podróżnego, wybierze się do miasta i wykryje owego człowieka. Wykryć można będzie, dowiedziawszy się, gdzie chowali owego poćwiertowanego trupa. Dowiedziawszy się choćby w którym domu, zabiwszy wszystkich jego mieszkańców, pozbędziemy się właściciela naszej tajemnicy.
Jeden ze zbójców ofiarował się odrazu.
Udał się w przebraniu za podróżnego do miasta i dowiedział się w przypadkowej rozmowie z szewcem, iż tenże zszywał jakiegoś trupa. Gdy zbójca wręczył mu kilka sztuk złota, szewc potrafił przypomnieć sobie gdzie to było, mimo, że miał oczy zawiązane, ale liczył kroki — i nocą zaprowadził przed dom Ali Baby zbójcę, który na nim znak kredką zrobił. Poczem udał się do zbójców i opowiedział dowódzcy, iż dom ten wykrył. Zbójcy postanowili nazajutrz nocą do miasta wtargnąć i w domu tym ludzi pozabijać.
Rano na drugi dzień Marjanna, służąca Ali Baby wychodząc z domu, dostrzegła biały znak kredą na drzwiach nie wiedząc, coby to znaczyć miało z psoty naznaczyła i sąsiednie drzwi innych domów kredką. Gdy zbójcy nocą przyszli, oburzeni byli na tego, który ich tu przyprowadził, iż taki żart z nich zrobił. Ścięto mu głowę; oraz dowódzca sam iść postanowił. Z ust zabitego wiedział, który to szewc udzielił mu wiadomości.
Przyszedłszy do miasta kazał się szewcu owemu prowadzić, poczem udawszy podróżnego, poprosił o przyjęcie go na wieczerzę Ali Babę, powołując się na to, iż idąc drogą, tak się zmęczył, iż dalej iść nie może. Ali Baba, że był gościnny, zaprosił go zaraz i sutą wieczerzą uczęstował. Jakież było jednakże zdziwienie Ali Baby, gdy naraz po wieczerzy niewolnica jego — Maryanna rzuciła się na mniemanego podróżnego ze sztyletem i uderzeniem w serce zabiła go na miejscu. Potem dopiero wyjaśniła, iż dojrzała pod ubraniem jego nóż zbójecki i zauważyła, iż ciągle był jakiś niespokojny i dziwnie na Ali Babę spoglądał.
Wtedy to Ali Baba poznał w nim dowódzcę bandy zbójeckiej, którego niegdyś w lesie z drzewa oglądał. Wzruszony takiem oddaniem się niewolnicy swej, obdarzył ją wolnością i synowi swojemu poślubić doradzał. Syn z wdzięcznością przyjął tę propozycję i odtąd Ali Baba żył spokojnie i szczęśliwie w rodzinie swojej, ciesząc się bogactwami, które z jaskini owej czerpał.





Siedm podróży Sindbada żeglarza.

Sindbad był młodym jeszcze, gdy obumarli go rodzice jego, zostawiając mu piękne dziedzictwo. Lecz Sindbad za bardzo nadużywał majątku swego, sądząc, iż to na bardzo długo starczy, tymczasem po pewnym czasie hulaszczego życia, rządca majątków Sindbada objawił mu kiedyś, iż stan majątkowy jego bardzo źle się przedstawia, i że trzeba stanowczo tryb życia odmienić.
Wtedy Sindbad postanowił rzeczywiście odmienić tryb życia swego. Zebrał resztki wszelkich majętności swoich — spieniężył wszystko to, za pieniądze owe, nabył towarów różnych i udał się z tem do portu, chcąc przysiąść się gdzieś na okręt i razem z innymi kupcami–żeglarzami towary swoje na wyspach okolicznych zbywać.
I rzeczywiście przyjechawszy do miasta portowego, wsiadł na okręt i odpłynął wraz z innymi kupcami. Po drodze zbywał towary swoje na różnych spotykanych wyspach i w miastach portowych, zamieniał je na tameczne produkty.
Powoli zasób jego i majątek w tej podróży rósł dostatnio.
Kiedyś, gdy już dość długo byli w podróży, ujrzeli jakąś wyspę obok okrętu. Chcąc nieco lądu zażyć, zatrzymano okręt i kilku z podróżnych wysiadło na ową wyspę. Wyspa ta miała oryginalną powierzchnię. Grunt był miękki i grzęski, a jednakże nogi w nim nie grzęzły i nie walały się. Nie było na niej żadnych roślin.
Po jakimś czasie wyspa zaczęła jakby drgać trochę. Wtedy usłyszeli z okrętu wołanie kapitana:
— Śpieszcie się, ratujcie się, ta wyspa, na której stoicie, to Krak.
Zdumiony Sindbad; nie wiedząc, coby to być miało nie śpieszył się zanadto.
Tymczasem reszta tłoczyła się zawzięcie do wysłanej przez okręt szalupy. Sindbad wypytywał się najbliżej stojących, co by to miało być ów Krak. Naprędce objaśniono go, iż jest to olbrzymie zwierzę morskie, które czasami wychyla po nad wodę swój olbrzymi grzbiet tworząc tym sposobem jakby wyspę. Kiedy zaś poczuje, że na nim ktoś jest, zanurza się tedy tak raptownie, powodując oczywiście zatonięcie wszystkich na owej domniemanej wyspie znajdujących się. Tak się działo i teraz.
Krak szybko zanurzał się pod wodę. Wszyscy ratowali się prędko; tak, iż cała szalupa zapełnioną została i odbiła od brzegu, a Sindbad pozostał. Wkrótce Krak kompletnie schował się pod wodę, zaś biedny Sindbad byłby utonął, gdyby nie to, iż złapał się za wielkie polano, jedno z tych, które przyniesiono na wyspę dla napalenia ogniska.
Tak trzymając się tego polana, płynął Sindbad po przestworzach morskich, będąc igraszką fal i oczekiwał zmiłowania Boskiego.
Po jakimś czasie dostał się na brzeg wyspy nieznanej. Morze wyrzuciło go na wyspę, której Sindbad przyglądał się z ciekawością. Po pewnym czasie nadeszli jacyś ludzie i powiadomili, iż jest to wyspa, na której jest państwo króla Miraża. Następnie Sindbad był zaprowadzony do owego króla i przedstawiony. Król przyjął go bardzo życzliwie i utrzymywał na swoim dworze. Po jakimś czasie nadeszły do portów okręty, które prowadziły handel z państwem króla Mirażu. W jednym z nich poznał Sindbad, na którym był z ojczyzny swojej wyjechał. Zobaczył, że z tego okrętu zdejmują jakieś paki z jego napisem. Przypomniał sobie, iż zostawił był na nim swój towar. Wielka była radość kapitana, gdy poznał Sindbada. Poczem wyruszono w stronę kraju. Sindbad po drodze towary swoje zbywał i dość duży zysk otrzymał, z którym to do Bagdadu, swego rodzinnego miasta powrócił.




Druga podróż Sindbada.

Przyzwyczajony już trochę do życia podróżniczego, nie mógł Sindbad długo w Bagdadzie wysiedzieć, lecz znów się do podróży szykował. Tym razem również do portu pojechał i tam przysiadł się na okręt idący z towarami na ocean indyjski.
Po drodze również jak i inne kupcy towary zbywał, lub zamieniał w okolicznych wyspach. Po dość długiej już podróży, gdy wracali już do kraju, zatrzymali się byli przy jednej z wysp nieznanych, która wabiła podróżnych wielką obfitością zieleni i kwiecia.
Kilku podróżnych wysiadło i rozeszło się po wyspie, Sindbad również wysiadł, chodząc długi czas po wyspie, zmęczył się wreszcie i usiadłszy w ogromnie wysokiej trawie zamknął powieki i usnął. Gdy się obudził spostrzegł, że musiał długo spać. Podniósłszy się zobaczył ku swej rozpaczy, że okręt jest już daleko na pełnem morzu.
Nie posiadał się Sindbad ze zmartwienia, lecz cóż było robić. Udał się w głąb wyspy i natrafił wreszcie na jakąś olbrzymią budowlę w kształcie kuli, o zupełnie gładkiej powierzchni. Po jakimś czasie niezmiernie olbrzymi ptak zaczął opuszczać się na dół nad ową budowlą.
Wtedy Sindbad domyślił się, iż musiał to być olbrzymi ptak zwany Roku, a owa przypuszczalna budowla jajkiem ptaka Roku, którą on raz na rok znosi i czeka aż się ulęgnie. Wtedy przyszło Sindbadowi do głowy, iż ptak taki posiada zupełnie wytwarzającą siłę, by go przenieść gdzieś na inną wyspę, gdzie może już prędzej na ludzi natrafić. Przywiązał się tedy do nogi ptaka Roku, który po jakimś czasie pofrunąwszy, poniósł i Sindbada z sobą. Ogłuszony przez szybki bieg Sindbad nie wiedział z początku, co się z nim dzieje, w końcu Roku opuścił się i Sindbad znalazł się na jakiejś wyspie, a właściwie polanie, otocznej wysokiemi skałami i całej pokrytej mnóstwem olbrzymiej wielkości djamentów. Nabrał tedy djamentów owych do torby i czekał aż się jaki okręt na horyzoncie pojawi.
Po jakimś czasie dostrzegł rzeczywiście zdala okręt. Zaczął dawać znaki turbanem.
W końcu dostrzeżono go i wysłano szalupę. Na tej szalupie dopłynął Sindbad do okrętu i był na nim przez uprzejmego kapitana przyjęty. Diamenty owe przemieniał potem w podróży na inne towary, które znów z olbrzymim zyskiem sprzedawał i znów powrócił do rodzinnego miasta Bagdadu, dziesiątą część zarobku dał dla ubogich, a za resztę uświetniał sobie życie.




Trzecia podróż Sindbada.

Lecz jak przedtem tak i teraz dawne wspomnienia z podróży, a szczególnie dawne zyski nie dawały Sindbadowi spokoju i zapragnął znów koniecznie wybrać się w podróż.
A więc pojechał znów do miasta portowego i wybrawszy sobie tam okręt, który już z kupcami odchodził, wpakował na niego swoje towary i wyruszyli.
W drodze znów dojeżdżali do portów w okolicznych wyspach i zbywali swoje towary. Pewnego razu silna burza rozszalała na morzu i rozbiła im okręt. Szczęściem, że było to niedaleko od jakiejś wyspy i prawie na szalupach dostali się na wyspę.
Tylko podjechali, gdy wyleciał rój jakiś dziwnych stworzeń odebrał szalupy. Podróżni poszli tedy w głąb wyspy. Po pewnym czasie dojrzeli przed sobą jakieś ogrodzenie z wielką bramą kutą w żelazie. Sindbad roztworzył tę bramę i wszyscy weszli do środka, gdzie o zgrozo na wielkiem podwórku ujrzeli w rogu kupę kości ludzkich. Przestraszyło ich to niezmiernie, tembardziej, gdy obok tego ujrzeli masę rożnów i spalone ognisko. Po jakimś czasie z domu wyszedł straszny potwór olbrzymiej wielkości o kształtach ludzkich, tylko ze zwierzęcym olbrzymim pyskiem: Potwór ten miał jedno wielkie krwawe ślepię pośrodku czoła.
Dojrzawszy podróżnych, wybrał z nich najgrubszego, pochwycił go za nogi, przyjrzał mu się chciwie i nasadziwszy go na rożen upiekł przy ogniu, a potem ze smakiem wsuwał. Widząc to reszta z Sindbadem przeraziła się okrutnie.
Po zjedzeniu tego, olbrzym ułożył się na spoczynek i chrapał tak strasznie, iż góry się trzęsły.
Nazajutrz obudziwszy się wybrał sobie znowu najtłuściejszego z podróżnych i upiekłszy go zjadł z obrzydliwym smakiem.
Tedy Sindbad powziął śmiały plan zabójstwa potwora; zwierzył się z nim pozostałymi towarzyszom i polecił im by jak potwór pójdzie spać, wszyscy wzięli rożny przygotowali się i rozpalili je w ogniu. Rzeczywiście, gdy potwór położył się spać, wtedy Sindbad dał znak, porwał rożen, rozpalił go do czerwoności i przytknął do do oka potwora, to zaskwiercało i wypłynęło zupełnie. Wtedy potwór z przeraźliwym krzykiem rzucił się z miejsca, chcąc gonić uciekających; lecz ponieważ nie widział nic, więc udało im się uciec na brzeg, a wtedy siedli na przygotowane przez siebie zawczasu tratwy i odpłynęli.
Lecz wkrótce olbrzym prowadzony przez dwóch takich i kilku innych jeszcze, nadbiegło nad brzeg i zaczęło olbrzymiemi skałami rzucać na tratwy; porozbijali wszystkie tratwy, tylko tratwa, na której Sindbad z 3-ema towarzyszami siedział, ocalała. Wkrótce podpłynął do nich jakiś okręt, w którym Sindbad poznał ten, na którym II-ej podróży płynął. Tym sposobem odzyskał swoje towary, które szczęśliwie po drodze zbywał, i znów z pieniędzmi wrócił do Bagdadu.




Czwarta podróż Sindbada.

Jakiś czas przesiedział Sindbad w Bagdadzie, lecz wkrótce zapragnął znów odbyć jakąś podróż. Mimo nalegań rodziny, która przedstawiała mu różne fatalne przygody poprzednich wycieczek, Sindbad postanowił wyruszyć znowu.
Przyjechawszy do portowego miasta, zabrał się z towarami na okręt odpływający znów do portu sąsiednich wysp.
Długi czas jeździli tak i zbywali swe towary, aż znów burza ich spotkała, popsuła im żagle i okręt popłynął do jakieś nieznanej wyspy.
Tutaj otoczyli okręt czarni ludzie jacyś i zmusili ich do wysiadania. Poczem zagnali wszystkich do wsi swojej i dali im do jedzenia jakichś liści. Sindbad ostrzegał towarzyszy, by nie jedli owych liści, lecz napróżno. Zaś po zjedzeniu wszyscy dostali obłąkania. Sindbad również udawał obłąkanego, by go dzicy nie zmusili do jedzenia. Potem dzicy dawali obłąkanym ryż i olej i ci go chciwie połykali.
Gdy byli już dobrze najedzeni, dzicy zaczęli ich obmacywać i tłustszych wybrali i zjedli i tak ciągle aż tylko jeden Sindbad, który nie jedząc prawie nic schódł ogromnie — pozostał. Pewnego razu zbiegł im, a dzicy nawet za takim chudym nie oglądali się.
Sindbad szedł długo po wyspie, aż w końcu doszedł do jakichś ludzi, którzy zbierali pieprz z liści drzewa pieprzowego. Byli to biali i mówili po arabsku. Ogromnie ucieszył się Sindbad, iż spotkał rodaków. Ci wytłómaczyli mu, iż jest on na gruntach wielkiego państwa i zaprowadzili go do króla. Król, gdy mu Sindbad opowiedział, jak ratował się w różnych podróżach od niebezpieczeństw, bardzo go za taką śmiałość i spryt polubił.
Dał mu do zamieszkiwania jeden z najwspanialszych pałacy i ożenił go z damą ze swojej świty. Lecz w państwie tem był taki zwyczaj, iż męża chowano żywcem z żoną po jej śmierci. A tu akurat żona Sindbada zachorowała i umarła. Mimo wszelkich narzekań i rozpaczy, był Sindbad żywcem z nią pogrzebany w ogromnym lochu.
Lecz z tego lochu znalazł wyjście potajemne; tedy zabrał wszystkie kosztowności olbrzymie, jakie przechowane były w trumnach pochowanych kobiet, i wyszedłszy udał się nad morze. Tam spostrzegł okręt, który go zabrał i dowiózł do kraju. Po drodze udało mu się ogromnie bogato zbyć swoje kosztowności i znów z wielkiemi pieniędzmi i zarobkiem powrócił do Bagdadu, gdzie przemieszkując w wspaniałym pałacu zażywał rozkoszy bogactwa.




Piąta podróż Sindbada.

Nie mógł Sindbad długo w Bagdadzie wytrzymać. Znów dawne wspomnienia o podróży i przygód nie dawały mu spokoju i ciągnęły go na morze.
Tak też niedługo zrobił. Tylko tym razem chcąc być swobodniejszym więcej, kazał zbudować sobie swój okręt. Niebawem opuścił Sindbad port na swoim własnym okręcie. Z początku szła mu droga bardzo dobrze. Zawijał również jak poprzednio do portów w okolicznych wyspach i handlował towarami zabranymi na swój okręt. Lecz po kilku tygodniach szczęśliwej podróży, zerwała się nagle straszna burza. Wszystkie maszty zostały podruzgotane i okręt strzaskany. Sindbad i załoga powpadali do morza. Co się stało z tamtymi ludźmi Sindbad nie wiedział, lecz jego samego fala, po jakimś czasie szczęśliwie na brzeg wyspy wyrzuciła.
Wyspa ta była mu zupełnie nieznaną. Poszedłszy wgłąb ujrzał ładny rwący strumyczek, a nad strumyczkiem siedzącego starca jakiegoś, który widocznie nie mógł o własnych siłach strumyka owego przejść i pokazywał na niego ciągle, iż prosi, by go przenieść.
Tedy Sindbad nachylił się, by starzec mógł mu się zawiesić na szyi i chciał go tym sposobem przenieść przez wodę; lecz jakie było jego zdumienie, gdy, jak tylko się nachylił, starzec z zwinnością tygrysa, skoczył mu na ramiona, jedną stanął na prawem, drugą na lewem ramieniu i ścisnął go tak mocno nogami w szyi, iż Sindbad ledwo mógł oddychać.
Póty go ściskał nogami, póki Sindbad nie przeszedł przez wodę i nie poleciał dalej. I odtąd używał go starzec jak swojego konia. Uderzeniami ręki i kopnięciami dawał mu znać w którą stronę ma się udawać. Gdy zatrzymywali się na spoczynek i Sindbad kładł się na ziemi, wtedy nawet starzec nie rozluźniał mu nóg; a gdy raz spostrzegł; że Sindbad chce się wyślizgnąć, tak mu nogami przygniótł brzuch i ścisnął szyję, iż Sindbad mało nie wyzionął.
Kiedyś w tej swojej przymusowej podróży zobaczył Sindbad piękne winogrona. Podszedł, by zerwać jej wycisnąwszy sok wlał go do rozkrojonej bani i tak zostawił, by naciągnęło.
Gdy w kilka przyszli w to miejsce, było to już świetne wino i dobrze mocne. Napiwszy się go Sindbad zapomniał troski i stał się wesołym, zaczął skakać, jak szalony ze swoim starcem. Starzec chciał się też napić tego wina, Sindbad podał mu banię i starzec wysączył ją do dna. Lecz tak silnie się upił, iż po paru chwilach szalonych skoków starzec zleciał mu z ramion. Sindbad pozostawił go tak, zabiwszy go uderzeniem ciężkiego kamienia w głowę. Poczem udał się na brzeg i oczekiwał pojawienia się jakiego okrętu. Wkrótce dojrzał go; zaczął dawać znaki. Okręt zbliżył się, zabrał Sindbada i odwiózł go do portu. Po drodze dziwiono się bardzo, iż Sindbad wyszedł żywy z tej przygody, gdyż morski starzec dotychczas wszystkich na śmierć zamęczał. Ogromnie zdumiewano się nad tem, iż to Sindbad starca uśmiercił, a nie na odwrót. Z portu Sindbad udał się z powrotem do Bagdadu.




Szósta podróż Sindbada.

Przez jakiś czas siedział Sindbad w Bagdadzie. Zdawało się, że już mu się wszelkie trudy przygód i podróżowania sprzykrzyły. Lecz oto po jakimś czasie znów do drogi zaczął się szykować. Rodzina odradzała mu, lecz on nie zwracał na to uwagi i udawszy się do portu, przysiadł na okręt, który akurat w morze wyruszał. Wsadził nań swoje towary i pojechał. Przez długi czas płynęli szczęśliwie i Sindbad bardzo dobre interesa robił, zamieniając swoje towary na wyspach okolicznych.
Aż pewnego razu kapitan oświadczył podróżnym, że dostali się w okropny wir, z którego nie ma wyjścia zupełnie. Obok nich była jakaś nieznana nikomu skalista wyspa, z dziwną pieczarą i otworem do niej. Aż raz okręt uderzył ogromnie silnie o tę skałę i rozbił się cały; wszyscy potonęli, tylko Sindbad ocalał.
Zrobił on sobie z desek po rozbitym okręcie tratwę i na niej udał się w głąb pieczary. Długi czas płynął. Pieczara zwężała się coraz bardziej, aż w końcu zwęziła się tak, iż łódka z trudem się przeciskała. Wreszcie i Sindbad nie mógł się już siedzący pomieścić i wkrótce uderzył silnie głową o głaz. Stracił przytomność. Gdy się obudził, leżał na murawie, na jakimś brzegu, a obok niego uwijało się moc czarnych postaci.
Dowiedział się od nich, iż jest na wyspie i w państwie ogromnie bogatego króla Seradyby. Zaprowadzono go do króla i gdy Sindbad rzucił się na ziemię, ten podnieść mu się kazał i bardzo uprzejmie go przyjął.
Kazał sobie opowiedzieć wszystkie przygody i ogromnie mu się Sindbad podobał. Następnie Sindbad opowiedział skąd pochodzi, opowiadał mu o swoim kraju, o Kalifie, tedy król Seradyba obdarzywszy najpierw Sindbada sowicie, wręczył mu list do Kalifa Harema Alraszyda i ogromnie bogate podarki dla niego i wysłał go ze świtą do Bagdadu na swoich własnych okrętach.
Kalif przyjął Sindbada bardzo uprzejmie, dziwował się tak cennym podarkom i kazał sobie o przygodach Sindbada, a także o bogactwie państwa króla Seradyby opowiadać i również Sindbada sowicie wynagrodził.




Siódma podróż Sindbada.

Ostatecznie już po tych wszystkich podróżach i przygodach nie miał Sindbad zamiaru więcej już z Bagdadu wyruszać. Skarbów zebrało mu się już bardzo wiele. Stał się człowiekiem prawie najbogatszym w Bagdadzie; mieszkał w wspaniałych pałacach. Raz, gdy właśnie w jednym ze swoich pałaców, otoczony rodziną i przyjaciołmi przy wieczerzy siedział, przyszedł do niego goniec z wiadomością, iż kalif Bagdadu Haru Alraszyd wzywa go do siebie.
Sindbad pośpieszył do kalifa, nie wiedząc, co by za przyczyna tego wezwania być mogła. Gdy przyszedł, kalif oznajmił mu, iż chciałby odwdzięczyć się królowi Serendybie i za jego piękne dary też mu coś przesłać wraz z błogosławieństwem. Wybrał zaś na poselstwo Sindbada, dlatego, iż najpierw on jeden zna Serendybę, najlepiej i był u niego już gościem, a następnie, iż na tak wysoką godność tylko Sindbada uważał za odpowiedniego.
Sindbad z początku wymawiał się, mówiąc, iż mu się ogromnie podróże już znudziły, lecz w końcu musiał przystać, gdyż trudno było kalifowi odmawiać.
Do króla Serenadyby dotarł Sindbad szczęśliwie; wręczył mu dary i listy kalifa i nagrodzony znów i obdarowany sowicie, powracał na okręcie do Bagdadu. Gdy tymczasem po drodze napadli na okręt rozbójnicy morscy, korsarze i zabrali Sindbada wraz z innymi na swój okręt i zawieźli na jakąś wyspę do miasta i posprzedawali jako niewolników.
Sindbad dostał się do jakiegoś kupca, który polował na słonie i handlował kością słoniową.
Brał on Sindbada ze sobą zwykle na polowania. Odbywało się to tak, kazał mu siadać na drzewie i czekać, aż słonie będą przychodzić do jeziora pić wodę, a potem z łuku zastrzelić jednego. Sindbad tak też i zrobił. Pierwszy raz udało mu się bardzo prędko zabić słonia. Na drugi dzień, gdy siedział na drzewie, podleciało kilkanaście słoni i zamiast przelatywać, to one stanęły wszystkie pod jego drzewem i wyciągały trąby w górę. W końcu jeden z nich wyrwał trąbą drzewo i Sindbad zleciał na ziemię. Już był przekonany, że ostatnia jego godzina wybiła, tymczasem słoń jeden uchwycił go trąbą w pół i zarzucił sobie na grzbiet.
Potem całe stado poleciało, a słoń z Sindbadem na czele. Wreszcie przylecieli na mały pagórek, na którym leżały stare kości słoniowe. Ach jakież to mądre zwierzęta, pomyślał Sindbad, to on mnie umyślnie tu przyciągnął, żeby nam pokazać, gdzie są kości ich nieżywych braci, abyśmy już mieli dosyć kości i by nie zabijać nowych słoni. I rzeczywiście słoń nic Sindbadowi nie zrobiwszy, zrzucił go na tym pagórku na ziemię i całe stado poleciało dalej.
Pan Sindbada ogromnie ucieszył się, gdyż tym sposobem miał odrazu zapewnioną bez żadnych kosztów i niebezpieczeństw ogromną ilość kości słoniowej i stał się odrazu bogaczem. W nagrodę uwolnił Sindbada i obdarował go dużą ilością kości słoniowej.
Sindbad z tem wszystkiem wsiadł na okręt i powrócił do Bagdadu, gdzie odtąd już żył spokojnie i szczęśliwie wśród olbrzymich bogactw, jakie w czasie swych podróży i przygód nagromadził.




Historja o księciu Achmedzie i wróżce Pari-Baru.

Pewien bogaty ogromnie sułtan indyjski, władca rozległego ogromnie państwa, posiadał trzech synów: najstarszy Hussaim, średni Ali i najmłodszy Achmed.
Prócz nich wychowywała się na dworze jego córka brata królewskiego, imieniem Nurunnichara — co po polsku znaczy światło dzienne i słusznie się tak nazywała, gdyż urodą, pogodnością charakteru i wszystkiemi cnotliwemi zaletami światła przypominała.
Pewnego razu, król ów, który wychowanicy swej ogromnie dobrze życzył i niezmiernie ją kochał, rzekł do swych synów:
— Słuchajcie synowie, jesteście wszyscy trzej już dość dorośli, by założyć rodzinę i ożenić się. Również przekonany jestem, że wszyscy trzej uznajecie to dobrze, iż trudno o lepszą towarzyszkę życia, o piękniejszą, cnotliwą niewiastę, jak Nurunnichara, przeto obiecuję, iż temu, który rzuci mi się do nóg i poprosi o błogosławieństwo, ofiaruję ją za żonę.
Tedy wszyscy trzej książęta rzucili się do nóg ojcu i prosili o błogosławieństwo ślubu z Nurunnicharą.
Król na to rzekł:
— Nie może to być, byście wszyscy trzej takiemi gorącemi uczuciami dla Nurunnichary przejęci byli. Niechże reszta ustanie, a tylko ten, który gorąco i prawdziwie pragnie ją poślubić pozostanie na klęczkach.
Lecz znów wszyscy trzej książęta nie wstawali i oświadczali, iż każdy z nich najświętszem dla Nurunnichary uczuciem ożywiony jest, i że nie był to tylko zwykły dowód posłuszeństwa, i ojcu do nóg padli.
Tym razem rzekł król:
— Będąc zatem o niezłomności waszych uczuć przeświadczony, i życząc każdemu z was jednakowo dobrze, nie jestem w stanie na razie rozstrzygnąć, któremu z was Nurunnicharę oddać; postanowiłem zatem tak; iż ten otrzyma Nurunnicharę, któremu losy jego sprzyjać będą. A więc dziś jeszcze dosiądziecie rumaków i udajcie się w podróż, która rok trwać powinna — należy w ten sposób trwałość swoją wypróbować.
Po za tem, kto mi z podróży owej najwspanialszą i najrzadszą rzecz jakąś przywiezie, ten otrzyma rękę Nurunnichary. O rzadkości tych przedmiotów sami rozstrzygać będziecie.
I tego dnia jeszcze otrzymał każdy z książąt służącego jednego, dwa konie i sporo pieniędzy, a pożegnawszy się z ojcem ruszyli w drogę.
Po drodze zatrzymali się wszyscy trzej w karczmie przydrożnej i rozsądzili, iż w tej oto karczmie spotkają się za rok. Postanowili również, iż przy pierwszych krzyżujących się drogach – rozstaną się. Ponieważ byli przebrani za kupców, więc uwagi na siebie nie zwracali niczyjej.
Wyjechawszy z karczmy, ujrzeli przed sobą słup, a przy nim drogi w trzy strony się rozchodzące. Tedy wybrali po starszeństwie: Hussaim skręcił na prawo, Ali pojechał prosto, zaś Achmed skręcił na lewo.




Hussaim długo, długo jeżdżąc dotarł wreszcie do wielkiego miasta nad zatoką perską, zwanego Bisnagar.
Miasto to było niezwykle bogate i handlowe. Ogromna moc kramów i sklepów pokrywała ulice. Ruch był wszędzie ogromnie ożywiony. Ludność była tu bogata i wszyscy mieli drogie kamienie i kosztowności na sobie.
Hussaim był podróżą zmęczony, podszedł do jednego z kramów i spytał siedzącego kupca, czy pozwoli mu na pewien czas spocząć przy swoim kramie. Ten był bardzo uprzejmy i z chęcią zgodził się na to.
Hussaim tymczasem przyglądał się ruchowi i ożywieniu miasta i ulic.
Wreszcie zwrócił jego uwagę, jakiś handlarz, który trzymając w ręku wytarty jakiś dywanik, krzyczał:
— Dywan sprzedaję, dają mi już trzydzieści sakw złota, kto da więcej!
Hussaima zdziwiło to niezmiernie, iż za przedmiot tak marny, żąda ktoś tyle, więc zawołał krzyczącego i spytał go się o powód tego.
— A bo nie jest to zwykły dywan — odrzekł zapytany — ma on tę właściwość, iż jeżeli stanąć na nim i zapragnąć być gdzieś, choćby w najodleglejszym miejscu świata, to wnet się człowiek tam znajdzie.
Hussaim ucieszony niezmiernie takim wynalazkiem po wypróbowaniu tego dywanu, gdy stanęli nań razem z przekupniem i odrazu się w żądanym miejscu znaleźli, ofiarował mu mu 40 sakw złota i jeszcze mu 20 sztuk złota dołożył i wracał uradowany do karczmy, przy krzyżujących się drogach, pewnym będąc, iż żaden z jego braci przedmiotu takiego nie znajdzie.




Książę Ali, również długo jechał, aż w końcu dotarł do miasta Szyrazu.
Miasto to było niezwykle bogate, ludzie ogromnie zamożni. Na ulicach moc kupców i kramów.
Idąc tak przez ulicę, spostrzegł między innymi, wykrzykującemi towary, pewnego człowieka, który trzymał w ręku lornetkę zwykłą i wykrzykiwał:
— 30 sakw złota za tę lornetkę, kto da więcej!
Zdumiał się ogromnie Ali, czyżby lornetka tak drogocenną być mogła, więc spytał tego człowieka, co to ma znaczyć. Ten zaś wytłómaczył mu, iż lornetka ta posiada taką właściwość; gdy popatrzywszy w nią pomyślimy sobie, co chcemy zobaczyć, to nam się w tej chwili ukaże.
Ali wziął w tej chwili lornetkę, by ją wypróbować. Spojrzawszy życzył sobie ujrzeć ojca swego. I w tej chwili ukazał mu się przez szkła ojciec jego, jak w gabinecie swym sprawował urzędy.
Niezmiernie ucieszony Ali z takiego przedmiotu, nabył go, dając odrazu 40 sakw złota i dodawszy przekupniowi jeszcze 20 sztuk złota powracał uszczęśliwiony do karczmy na rozdrożu, pewnym będąc, iż nikt z jego braci przedmiotu takiego posiadać nie będzie.




Książę Achmed w podróży swej zajechał do miast Samarkandu.
Też odrazu wszedł między kupców i zastawione kramy i przyglądał się kosztownościom różnym. Uwagę jego zwrócił człowiek pewien, który trzymał w ręku zwykłe jabłko niedużej wielkości i wykrzykiwał:
30 sakw złota za to jabłko ofiarują mi już, kto da, więcej, ten posiądzie go.
Zdumiony Achmed taką ceną zwyczajnego jabłka spytał się przekupnia, dlaczego taką sumę zabawną wykrzykuje.
— Gdybyście znali, panie właściwości tego jabłka — odparł tenże — nie myślelibyście, że cena jest za dużą. Jabłko to, ma tę właściwość, iż chory na jakąkolwiek chorobę, a nawet umierający, gdy powącha je, zupełnie wyleczonym i zdrowym wstaje. Właściciel jego, uczony znany w całym Samarkandzie, spreparował go z ziół wszystkich możliwych, z których każde poszczególnie jakąś chorobę leczy.
— Achmed postawił mu warunek, iż na jakimś chorym spróbować tego jabłka musi, i jeżeli okaże się skutecznem, to ofiaruje mu 40 sakw złota, jeżeli zaś będzie bezskuteczne, to go jako oszusta aresztować każe.
Ów sprzedający zgodził się na ten warunek i nawet wskazał pewnego znajomego chorego obłożnie. Udano się do niego z tym jabłkiem i rzeczywiście po przewąchaniu jabłka, chory wstał zdrowym zupełnie.
Tedy Achmed wypłacił sprzedawcy obiecaną kwotę, i powracał do karczmy, uradowany w przeświadczeniu, że on ojcu najlepszą rzecz przywiezie.




Gdy zjechali się trzej bracia w karczmie, uściskali się ogromnie serdecznie, lecz każdy spoglądał na braci z politowaniem, gdyż przeświadczonym był, iż on ma najdrogocenniejszy przedmiot.
Wreszcie Hussaim zaproponował, by nie czekając przyjechali do pałacu ojca, obejrzeli teraz swoje przedmioty, które nabyli.
Gdy Hussaim pokazał mu swój wytarty dywanik, omal nie śmieli się bracia, iż tak lichą rzecz wiezie, to samo było z lornetką Alego i z jabłkiem Achmuda. Wreszcie Ali chciał zobaczyć, co porabia obecnie Nurunnichara. Spojrzał tedy przez lornetkę i wykrzyknął zrozpaczony:
— Patrzcie, patrzcie, Nurunnichara jest umierającą.
Wytłómaczył potem braciom właściwości tej lornetki, i tak wszyscy zajęci byli Nurunnicharą, że nawet nie podziwiali tej lornetki.
— Ach gdybym mógł być teraz przy niej, ze swoim jabłkiem — wzdychał Achmud. I opowiedział im, jakie to właściwości posiada owe jabłko.
— Nie jest to nic trudnego — odparł Hussaim — możemy tam wnet stawić. Stańcie tu koło mnie na tym dywaniku i w tej chwili będziemy w pokoju Nurunnichary.
I rzeczywiście odrazu znaleźli się w pokoju Nurunnichary. Wtedy Achmed podleciał do łóżka jej i dał jej jabłko do powąchania.
Umierająca, aczkolwiek z trudem oddychała, jednakże westchnęła w siebie kilka razy zapach jabłka; i w tej chwili powstała zupełnie zdrową. Radość z powodu tego była ogromna.
Ojciec powitał serdecznie wszystkich synów i z ciekawością wysłuchał ich przygód, przybycia tutaj i obejrzał przedmioty.
Wreszcie rzekł król:
— Kochani synowie. Przyznać muszę, że przedmioty wasze, każdy na swój sposób, równie drogocenną wartość posiadają. Trudno rozstrzygnąć, który jest cenniejszym. Wszyscyście się jednakowo Nurunnichanie przysłużyli, gdyż gdyby nie lornetka Alego, nie wiedzielibyście, iż jest chora, gdyby nie dywanik Hussaima, nie moglibyście się do niej dostać odrazu, a gdyby wreszcie nie jabłko Achmeda, to zapewneby już w tej chwili nie żyła. Widzicie więc, że trudny jest sąd. Uważam przeto, że jeszcze raz musicie do konkursu stanąć.
Mianowicie, będziecie strzelać z łuków i kto dalej trafi, ten uzyska Nurunnicharę za żonę.
Ustawiono tedy książąt w jeden rząd, dano im jednakowe łuki i zaczęli strzelać. Strzała Hussaima bardzo daleko upadła. Naznaczono to miejsce żerdzią. Strzała Alego jeszcze dalej upadła. Strzały zaś Achmeda w żaden sposób znaleźć nie można było. Długo stukali jej służący i lud i zupełnie jej znaleźć nie mogli. Wtedy król orzekł, że zaginiona strzała nie liczy się i Nurunnicharę postanowił Alemu oddać.
Hassaim zmartwiony, udał się do pewnego mędrca, by go na Derwisza wyrobił, chcąc w zapomnieniu od świata i ludzi życie spędzać.
Achmeda nieobecność również zauważono, lecz nikt nie wiedział w którą stronę i po co się udał. Ojciec nawet opłakiwał go, jako umarłego. Zarządzono ogromne poszukiwania w okolicy, rozesłano moc sług i wojska, lecz nigdzie go nie znaleziono.
Tymczasem Achmed, ogromnie zaciekawiony, gdzie się jego strzała podziać mogła, gdyż widział ją dobrze jak leciała prosto, po wypuszczeniu z łuku, udał się w prostym kierunku od miejsca strzelania, rozglądając się ciągle, czyby jej nie dojrzał.
Po długiej wreszcie wycieczce dojrzał ją o 3 mile od miejsca strzelaniny, leżała pod ogromną skałą.
Podniósł ją i dojrzał tuż koło niej olbrzymie drzwi żelazne w skale.
Pchnął je nogą silnie, a otwarły się wnet.
Achmed ujrzał się w długim korytarzu wąskim. Szedł przez niego pewien czas, aż wreszcie korytarz zaczął się rozszerzać i wkońcu wyszedł Achmed na olbrzymi plac, na którym stał piękny, bogaty ogromnie pałac. Z pałacu wyszła urocza jak zjawisko kobieta i powitała Achmeda:
— Jak się masz Achmedzie. Wiedziałam dobrze, że tu przyjdziesz, jak również znam całą twoją historię i twoich braci, wasze podróże i konkury, gdyż jestem wszechwiedzącą wróżką Pari-Banu zwaną. Otaczają mnie tu olbrzymie bogactwa w tym pałacu, po za tem posiadam dużą władzę, jako czarodziejka.
Achmed przepraszał bardzo piękną wróżkę Pari-Banu, iż tak niebacznie wtargnął do jej królestwa, lecz ta nie gniewała się wcale.
Achmedowi ogromnie podobała się wróżka i zakochał się w niej odrazu; ta zgodziła się oddać mu swoją rękę, lecz z warunkiem, iż nigdy nikomu nie wyjawi z kim się ożenił.
I odtąd żyli we dwoje i na niczem im nie zbywało, gdyż wróżka była ogromnie bogata i posiadała tak wielkie skarby, iż wobec niej ojciec Achmeda był jeszcze ubogim człowiekiem.
Lecz po jakimś czasie Achmed zaczął ogromnie tęsknić za ojcem swoim. Nie mógł już dłużej wytrzymać, nie wiedząc, co się dzieje z ojcem, z braćmi i z rodziną całą.
Wreszcie Pari-Banu zgodziła się na jego wyjazd i dodała mu dla orszaku 20 rycerzy na koniach, w rynsztunkach i zbroi tak bogatej, iż żaden król świata orszaku takiego nie posiadał jeszcze.
Gdy Achmed przybył do stolicy, radość z powrotu jego była niezmierna. Stary sułtan o mal zmysłów nie stracił, gdyż uważał był syna swego już za nieżyjącego.
Dziwiono się wielce jego bogatym szatom, perłom, kamieniom drogocennym i orszakowi. Achmed opowiedział ojcu wreszcie tajemnicę swego ślubu. Ojciec uradował się tem bardzo i prosił, by i Pari-Banu przyjechała do niego. Achmed wrócił do pałacu wróżki i wreszcie namówił ją na złożenie wizyty staremu sułtanowi. Pari-Banu podobała się sułtanowi i błogosławił synowi serdecznie.
Wkrótce potem, stary sułtan, złożony niemocą życie zakończył, zaś naród obrał Achmeda i odtąd Achmed rządził państwem szczęśliwie, mając przy boku żonę swą piękną i bogatą.





Historja o rybaku i genjuszu.

Był razu pewnego rybak, ubogi ogromnie, do tego stopnia, iż nie miał za co utrzymywać żonę i dzieci.
Pewnego razu stał on jak zwykle nad wodą, do której sieci zarzucał i myślał, wiele mu się też dzisiaj z połowu da zarobić.
Zarzucił pierwszy raz sieć; gdy ją wyciągnął była strasznie ciężką. Cieszył się ogromnie, iż tak dużo ryb w niej być musi; lecz jakżeż było jego zdumienie i rozpacz, kiedy zamiast ryb, po wyciągnięciu szkielet osła dojrzał w sieci, który w dodatku popadł mu sieci tak, iż je długo naprawiać musiał.
Za drugim razem, gdy wyciągał, sieć była również ciężką, lecz też ryb w niej nie było, lecz jakieś dosyć duże naczynie miedziane. Oczywiście było to już lepsze, jak ów szkielet, gdyż można to było sprzedać blacharzowi i coś nie coś za to uzyskać. Zainteresował go tylko dziwny wygląd tego naczynia.
Wyglądało ono na ogromnie stare naczynie i zapieczętowane było dużą pieczęcią ołowianą. Rybak ciekawy był, co by też w środku być mogło; wyjął nóż odciął pieczęć i ujrzał zupełnie puste wnętrze.
Lecz po jakimś czasie zaczął unosić się z naczynia cienki dymek, który powoli grubiejąc, zmieniał się w dość duży obłok.
Wreszcie obłok ten zamienił się w ogromną postać z siwą brodą w popielatym płaszczu. Z wyglądu wydawał się to być genjusz.
Genjusz wyprostował się i rzekł do rybaka:
— Cóż ty tu robisz człowieku:
Rybak, który był ogromnie dobrodusznym człowiekiem i miał czyste sumienie, a więc nie przerażało go, rzekł:
— A no jak widzisz mój genjuszu, wyciągnąłem cię oto z tej wody, gdzieś długo pewnie przesiedzieć musiał.
— Tak, ale też za to zginiesz teraz. Bo wiedz o tem, że ja przeleżałem w tym naczyniu 800 lat. Źli ludzie zaklęli mnie i wrzucili do tej wody. Ja zaś z początku ofiarowywałem w duszy największe skarby temu, kto mnie z wody wyciągnie. Potem zaś po pięciuset latach, gdy nikt mnie nie wyciągał, poprzysiągłem naprzekór losowi, że zabiję tego, który mnie wyciągnie. I zakląwszy się na Boga, więc muszę spełnić to zaklęcie. To jedynie tylko zostawiam ci, iż możesz sobie rodzaj śmierci wybrać.
— Ależ to niemożliwe mój dobry panie — mówił rybak — byście mnie zabijać chcieli za to, że was oswobodziłem z tej strasznej uwięzi. To byłoby nieszlachetnie.
— Powiedziałam ci już — odparł genjusz — iż tak postanowiłem i próżne jest twoje gadanie — musisz zginąć.
Tedy rybak naprawdę przeraził się i zaczął bardzo zawodzić, aż wreszcie, naglony ciągle przez genjusza chwycił się chytrej myśli.
— No dobrze już — rzekł — cóż mam robić, w życiu cierpiałem tylko nędzę, niechże mnie śmierć od niej uwolni Ale mam przed śmiercią jedną prośbę do was. Powiedz mi proszę, czy to możliwe, byś ty, tak ogromny człowiek, zmieścił się rzeczywiście w tym naczyniu.
Genjusz zapewniał rybaka, że cały się zmieścił, lecz ten nie wierzył, tedy genjusz, rzekł mu:
— Więc patrz.
I cały zamienił się znów w obłok, który zaczął powoli wpływać do niszy miedzianej, aż wreszcie cały tam spłynął. Wtedy genjusz odezwał się z urny:
— No cóż teraz wierzysz, iż cały jestem w urnie.
— Tak wierzę — odparł rybak — zostaniesz tam też na zawsze — to mówiąc przykrył naczynie znów ową ołowianą pokrywą.
Napróżno genjusz kołatał się w środku i chciał wydostać. Rybak dogadywał mu:
— Widzisz, chciałeś mnie zabić, a teraz ja ciebie do wody wrzucę, a na naczyniu jeszcze napiszę ostrzeżenie by nikt z rybaków nie odkrywał tego naczynia.
Genjusz zaryczał mu, iż go nie zabije już, błagał, jak tylko umiał o otworzenie naczynia, lecz rybak niewzruszony był. W końcu genjusz obiecał mu, iż zrobi go najbogatszym człowiekiem, pokaże mu skarby ogromne. Rybak zawachał się, lecz gdy odebrał od genjusza przysięgę, tedy odemknął znów naczynie. Genjusz wyskoczył szybko i kopnął naczynie nogą, iż potoczyło się odrazu do morza.
Przestraszonego rybaka uspokoił, iż nic mu już po przysiędze nie zrobi i zaprowadził go nad wspaniałe jezioro otoczone czterema górami i kazał mu w tej wodzie ryby wyłowić, lecz nigdy więcej, jak raz na dzień tu przychodzić. Rybak zarzucił sieci i po pewnym czasie wyciągnął cztery piękne złotawe rybki, ogromnie dziwnego wyglądu.
Zaniósł je sułtanowi do miasta i otrzymał po 100 sztuk złota za każdą. Niezmiernie był ucieszony, gdyż nigdy tyle pieniędzy naraz nie miał.
Sułtan tymczasem kazał ryby te specjalnie usmażyć. Lecz gdy kucharka je na drugą stronę po przypieczeniu przewrócić chciała, rozstąpiła się w kuchni ściana, wyszła z niej piękna jakaś kobieta w królewskim stroju i wrzuciła do ognia. To samo powtórzyło się i drugi raz z rybkami przyniesionemi przez rybaka przyniesionemi już w obecności sułtana, którego fakt ten ogromnie zaciekawił.
Sułtan domyślał się w tem jakichś czarów i postanowił to wykryć.
Rybak zaprowadził go do tego jeziora, lecz go już tam nie zastali, tymczasem idąc dalej natrafił sułtan na wspaniały pałac, ogromnie bogaty w środku pełny pereł, złota z niezmiernymi skarbami wszędzie. Gdy wreszcie do największej sali wszedł, dojrzał w niej tron i na tronie siedzącą postać męską w koronie.
— Niech cię nie dziwi cudzoziemcze, iż nie wstaję na twe przybycie, lecz jestem od pasa skamieniały i ruszać się nie mogę — rzekł mu siedzący na tronie.
Sułtan zaczął wypytywać o powody tego i dowiedział się od siedzącego na tronie mężczyzny, iż był on niegdyś królem rozległego ogromnie państwa, które składało się z czterech wysp, na których stały piękne miasta. Żona zaś jego, bardzo zła kobieta, postanowiła go kiedyś zakląć i zamieniła go w ów posąg o żyjącej głowie, zaś państwo jego w jezioro, a wyspy w góry; ludzi zaś w złote ryby, które postanowiła jeszcze wrzucać do ognia sama przy smażeniu.
Przychodziła też do niego codzień i trzciną, którą trzymała w swej pięknej ręce, okładała go też niemiłosiernie po plecach.
Sułtan oburzony był tą opowieścią ogromnie. Wyczekał takiej chwili, aż żona owego nieszczęsnego króla przyszła do pałacu, zabił ją uderzeniem szabli i krwią jej prysnął na skamieniałego króla, który w tejże chwili życie odzyskał.
Radował się on teraz ogromnie i dziękował sułtanowi, poczem wyszli oni przed zamek i ujrzeli, iż całe państwo również odżyło i piękny widok na olbrzymią i bogatą stolicę ukazywał się z okien pałacu.
Sułtan przesiedział kilka tygodni u owego króla, poczem wraz z nim udał się do swego państwa, gdzie go dawno już z niecierpliwością oczekiwano.
Tłumy wyległy na spotkanie sułtana, a stary wezyr aż się popłakał z radości.
Sułtan opowiedział wszystkim swoje przygody i przedstawił im owego króla. Król ten okazał się tak dobrym i mądrym człowiekiem, iż po śmierci sułtana, naród obrał go jego zastępcą i sułtanem, on zaś połączył oba państwa i rządził niemi długo i szczęśliwie.





Przygody perskiego księcia Firuz-Szacha, czyli koń czarodziejski.

W stolicy Persji – Syrazie, odbywały się wielkie uroczystości z powodu święta noworocznego.
Był zwyczaj, że w dzień ten wszyscy przed sułtanem pokazywali sztuki i wynalazki. Już przedstawienie miało się ku końcowi, gdy wyszedł pewien Indjanin, prowadząc sztucznie podrobionego wspaniałego konia, bogato przybranego. Gdy ukazał go sułtanowi perskiemu, ten rzekł:
— Rzeczywiście koń jest świetnie podrobiony — i nigdy w życiu nie widziałem tak świetnie podrobionego konia sztucznego.
— Tak, prześwietny sułtanie — odparł Indjanin — lecz wygląd jego jest niczem jeszcze w porównaniu z zaletami ukrytemi.
Posiada on mianowicie zalety takie, iż w przeciągu kilku minut można na nim odbyć najodleglejszą drogę i powrócić.
— Nie może to być — odparł sułtan — zresztą zrobić musimy próbę. Oto widzisz tam w oddali ten szczyt górski. Będzie do niego jakieś 3 mile. Spróbujmy w jakim czasie tam dolecisz i wrócisz.
A na dowód, że tam będziesz, przynieś nam liście palmy na wierzchołku rosnącej.
Indjanin dosiadł konia; zakręcił u szyi znajdującą się śrubkę i wzniósł się w górę. Momentalnie znikł z oczu zebranych. Po kilku minutach, nim sułtan jeszcze ochłonął, był już z powrotem i położył liść palmy u stóp sułtana.
— Tak w istocie jest to drogocenny przedmiot — rzekł sułtan — ile też za niego żądasz, bym go mógł nabyć do skarbca swego.
Lecz Indjanin odparł, że wynalazca wziął od niego przysięgę, iż nigdy za pieniądze konia tego nie sprzeda. Natomiast musiał wynalazcy oddać córkę swoją za żonę i tylko na równoznaczną zamianę się zgodzić; to znaczy się o ile mu król perski, księżniczkę za żonę odda.
Zdumiał się szach za taką zuchwałość, lecz namyślał się, gdyż koń czarodziejski ogromnie mu się podobał.
Wtedy podszedł do niego syn książę Firuz-Szach i tłómaczył ojcu, iż niepodobna jest nigdy w życiu ofiarę taką popełnić dla jakiegoś awanturnika.
Więc król odpowiedział mu, iż zobaczy, jak się sprawy ułożą, a najpierw musi Indjanin oddać konia na wypróbowanie, czy on każdemu posłuszny będzie.
Indjanin zgodził się na to, a książę Firuz-Szach ofiarował się spróbować tego rumaka. Gdy wsiadał indjanin, chciał mu dać jeszcze pewno wskazówki, lecz książę zawołał:
— Wiem już, wiem, widziałem jakeś ty to robił.
Zakręcił śrubkę na szyi konia i wzbił się w przestworza.
Lecz indjanin pobladły podszedł do króla i rzekł:
— Panie prześwietny, wiedz, iż ja nie odpowiadam za nieszczęście, jakie się stać może, gdyż syn twój nie chciał słuchać moich rad, a tymczasem, nie będzie on wiedział, co czynić należy, by spuścić się z koniem na ziemię.
Do tego przekręcić trzeba inną śrubkę, którą nie tak łatwo dostrzedz.
Rozgniewał się wtedy sułtan bardzo i kazał indjanina wtrącić do więzienia.
Książę Firuz-Szach zaś wzbił się ogromnie wysoko w górę tak, że nic już na ziemi nie rozróżniał.
Po ciemnościach zalegających horyzont, domyślał się, że noc już nastać musiała.
Wreszcie zapragnął spuścić się na ziemię. Myślał, że wystarczy do tego przekręcić śrubkę w odwrotną stronę.
Lecz to nie pomogło!
Wtedy zaczął szukać na całym ciele konia jakiej innej śrubki i wreszcie znalazł u prawego ucha drugą mniejszą śrubkę.
Przekręcił ją i wnet zaczął opuszczać się na dół.
Opuściwszy się, spadł na jakiś dach pięknego, jak się zdawało pałacu.
Zeszedł na balkon i przez drzwi wszedł do pięknego niezwykle bogato urządzonego pokoju, w którym na bogatej otomanie leżała piękna królewna.
Firuz-Szach przedstawił się, a ta była niezmiernie zdziwiona, skąd on się tu wziąść mógł.
Wtedy Firuz-Szach wytłómaczył pięknej królewnie, jakim to sposobem dostał się do jej apartamentów.
Odrazu pokochali się tak ogromnie księżniczka i książę Firuz-Szach, iż bez siebie żyć nie potrafili.
Lecz książę Firuz-Szach obawiał się, iż gdy tak bez orszaku przed ojcem księżniczki, królem Bengalu stanie, to ten nie zgodzi się na ich ślub.
Chciał więc wrócić najprzód do siebie, by powrócić z orszakiem godnym i należycie przybranym.
Lecz wreszcie rzekł raz do księżniczki:
— Wiesz co księżniczko, w takim razie, ja uwiozę cię na swym koniu czarodziejskim.
— Ależ ojciec mój będzie zmartwiony ogromnie — odparła.
— Do ojca przyślemy z Persji posłów o błogosławieństwo dla nas.
— Wreszcie zgodzę się, ale pod tym warunkiem, że posłowie zaraz wysłani będą.
Tak się też stało, że wsiadł Firuz-Szach z księżniczką razem na konia i uwiózł ją do Persji.
Gdy książę Firuz-Szach przybył, sułtan tak się ucieszył, iż kazał uroczystość w mieście wielką poczynić.
Indjanina wypuszczono też na wolność.
Do ojca zaś księżniczki, króla Bengalu, wysłane było poselstwo o błogosławieństwo.
Miesiąc trwała podróż posłów tam i z powrotem.
Wreszcie powrócili posłowie i błogosławieństwo od króla bengalskiego przywieźli.
Firuz-Szach pojął za żonę księżniczkę i kochali się ogromnie.
Po bardzo długich latach życia starego sułtana perskiego, książę Firuz Szach, obrany został jego zastępcą i osiadł na tronie.
Młoda i piękna żona uprzyjemniała mu rządy i zawsze wspominali sobie swoją przypadkową, a tajemniczą znajomość.
Konia czarodziejskiego przechowywał Firuz-Szach w skarbcu królewskim, jako pamiątkę tej całej przygody.
Wreszcie po długich, długich latach rządzenia, zmarł Firuz Szach i żona jego zostawiając syna swego młodego Ali-Szacha na tronie, który w mądrości i sztuce rządzenia, nie ustępował swemu ojcu.





Powieść o gadającym ptaku, śpiewającem drzewie i źródle złocistem.

Przed wielu, wielu laty żył w Persji sułtan zwany Hosrusza; miał ten sam, co Harun Alraszyd, kalif Bagdadu, zwyczaj, iż często wieczorem w przebraniu spacerował po ulicach swej stolicy z wielkim wezyrem i lubiał różne podczas takich spacerów przygody.
Pewnego razu, gdy tak z wezyrem swoim się przechadzał, zwróciły ich uwagę w jednym domu śmiechy kobiece w jednym z domów. Podeszli do tego domu i sułtan przez szparę w okiennicy spojrzał do wnętrza.
Siedziały tu przy stole, po wieczerzy trzy bardzo piękne kobiety i rozmawiały:
— Patrzcie — mówiła jedna — nasz czarny chlebek, który trzymam w ręku, smakował nam dziś bardzo dobrze, jednakże jabym chciała być żoną nadwornego piekarza, by módz jadać taki wspaniały chleb, jaki tylko samemu sułtanowi podają.
— No tobym wolała zostać już żoną nadwornego kucharza — odparła druga — ten by mi chyba najlepszych przysmaków już dostarczał. A ty kogo byś sobie wybrała za męża — rzekła zwracając się do najmłodszej:
— Ano, kiedy tak o życzeniach już mowa — odparła ta z miłym uśmiechem — to ja chciałabym zostać żoną sułtana.
Ubawił się sułtan ogromnie z tych życzeń.
— Proszę cię, przyprowadź mi je jutro do pałacu — rzekł do wezyra.
Nazajutrz wezyr stawił się z trzema siostrami przed sułtanem.
Sułtan zapytał je o jakich to życzeniach one wczoraj wieczorem rozmawiały. Wszystkie trzy dziewczęta zawstydzone były ogromnie. A najmłodsza rzuciła się do nóg sułtana i prosiła go o przebaczenie, że mogła takie niedorzeczne życzenie wyrazić.
Lecz sułtan; nic nie mówiąc, kazał przywołać nadwornego piekarza i zwracając się do najstarszej siostry rzekł:
— No, życzeniu twemu stanie się zadość. Oto twój przyszły małżonek.
Drugiej siostrze przedstawił nadwornego kucharza. Obie były zadowolone niezmiernie, a i kucharz i piekarz również ucieszeni byli z wyboru, gdyż sułtan obiecał dać im jeszcze posagi.
Wreszcie zwracając się do najmłodszej, która zapłoniona i zawstydzona stała, rzekł sułtan:
— Teraz na ciebie kolej. Otóż jeżeli taka wola twoja, zostaniesz żoną sułtana.
Oniemiała z radości dziewczyna, rzuciła się do nóg sułtanowi. Sułtan zaś kazał odrazu ogłosić wszędzie, iż żeni się dzisiaj, rozkazał urządzić uroczystości, a oprowadzając małżonkę swoją przyszłą po salonach pałacu, wszędzie ją urzędnikom swoim przedstawiał. I wszędzie rozlegały się okrzyki:
— Niech żyje Sułtan i jego nadobna małżonka.
I rzeczywiście nie omylono się; gdyż nowa małżonka sułtana odznaczała się urodą niezwykłą i trudno było w całem państwie o piękniejszą kobietę.
Minął już jakiś czas po ślubie i weselu, a sułtan zadowolony był z małżeństwa ogromnie, żona jego prócz zalet piękności, posiadała jeszcze niezwykle dobry charakter i serce.
Siostry jej starsze; z początku zadowolone były z obrotu swej sprawy, lecz po jakimś czasie zazdrość straszna poczęła ich gnić, jakim to prawem siostra ich tak wywyższoną została. Nie mogły ścierpieć w żaden sposób, że takim przypadkiem tylko stała się ona ich panią, a żoną sułtana. Postanowiły w jakikolwiek sposób szkodzić jej i opiniję u sułtana popsuć.
Zdarzyło się akurat, iż pewnego dnia żona sułtana, spotkawszy się ze swemi siostrami, objawiła im z niezmierną radością, iż miała dziś cudny sen: iż aniołowie z nieba zstąpili i położyli jej na łóżku dziecinę małą więc przypuszcza, że naprawdę w tych dniach Pan Bóg ją dzieckiem obdarzy.
Siostry jej postanowiły tedy pielęgnować jej tej nocy, a zarazem uplanowały skorzystać z tej sposobności, by jej u sułtana zaszkodzić.
I rzeczywiście tej nocy ujrzały na jej łóżku małą dziecinę.
Wtedy jedna z nich wzięła to dziecko, owinęła w prześcieradło i wyniosła, na łóżku zaś podłożono małe szczenię.
Nazajutrz, gdy żona sułtana przebudziła się ze strasznym strachem, zobaczyła, że na łóżku jej spoczywa małe szczenię. Gdy sułtan przyszedł i zobaczył jej zmartwienie spytał o powód tego, tedy opowiedziała mu całą sprawę.
Zmartwił się i sułtan bardzo, przewidując w tem jakieś czary, lecz wreszcie pocieszał ją, że przecież jeszcze dostaną i prawdziwą dziecinę.
Siostry zaś dziecko owinięte w prześcieradło wsadziły do kosza i puściły w nocy w ogrodzie sułtańskim na rzekę.
Drugi raz, tak samo siedziały przy siostrze i gdy Pan Bóg obdarzył ją w nocy dzieciną, podstawiły małe kocię, dziecko zaś puściły znów na wodę.
Tym razem sułtan rozsrożył się już więcej i wykrzykiwał:
— Cóż to żona moja ma mnie obdarzać samemi psami i kotami, to ładnych następców mieć będę i ładnie o mnie mówić będą.
Lecz potrafił go wezyr wielki ułaskawić, twierdząc, iż żona sułtana jest tak dobrą kobietą, iż trudno przypuścić, by używała tu jakichś czarów, prędzej przypuścić można, iż jest ofiarą niewinną.
Lecz gdy za trzecim razem siostry podłożyły kawałek drzewa, tak się już sułtan rozsierdził, że stanowczo skazał żonę swą na śmierć i nie chciał jej nawet oglądać.
Nie pomogły żadne błagania wezyra i innych dworzan, sułtan był niewzruszony.
Wreszcie zgodzi się karę śmierci zamienić na dożywotnie więzienie, w specjalnie budowanej na placu, zakratowanej kaplicy; przyczem każden muzułmanin przechodzący nakazane miał plunąć jej w twarz, pod groźbą, iż w przeciwnym razie sam uwięzionym zostanie.
Wiedziano dobrze, iż tego postanowienia sułtana nic już zmienić nie potrafi, więc zadawano tylko okrutnie biednej, nieszczęśliwej kobiety; siostry jej zaś tryumfowały, że udało im się siostrę z najwyższej chwały do najgorszego upodlenia strącić.
W ogrodach sułtana mieszkał jego ogrodnik, człowiek bardzo dawno już na służbie u sułtana będący. Miał żonę bardzo poczciwą i żyli sobie razem dobrze i szczęśliwie. Jedno tylko im brakowało, że nie mieli dzieci i dawno już myśleli o przygarnięciu do siebie jakich sierot, by w ten sposób brak własnych dzieci sobie wynagrodzić.
Pewngo razu ogrodnik idąc już do domu, zauważył na rzece przepływającej przez ogród sułtana jakiś duży przedmiot płynący. Przygarnął go do brzegu i ze zdumieniem ujrzał kosz, a w nim zawinięte dziecko.
Zaniósł je do domu i pokazał żonie. Oboje widzieli w tem jakieś zrządzenie Boskie i przygarnęli dziecinę do siebie.
W jakiś czas potem ogrodnik przyniósł drugiego chłopczyka. Przyjęli go również, jak i pierwszego. Za trzecim razem losy obdarzyły ich dziewczynką.
Dziwili się bardzo tym wypadkom, lecz wkrótce zapomnieli.
Dzieci chowały się w dobrym zdrowiu, wszystkie były bardzo ładne i zdradzały jakieś lepsze pochodzenie. Chłopców nazwano: starszego — Baman, młodszego — Perwis, dziewczynkę — Paryzada. Po wielu latach, kiedy starszy chłopiec dosięgnął już 20-go roku życia, stary ogrodnik zachorował i zmarł, a po niejakim czasie i żona jego, majątek zaś cały, który sobie po długiej służbie u sułtana zebrali, zostawili dzieciom swoim.
Dzieci długi czas opłakiwały śmierć swych przybranych rodziców, w końcu pogodziły się z losem i zaczęli sobie sami radzić. Nie było im to trudno, gdyż ogrodnik zostawił im dużo pieniędzy i ładny domek z ogrodem.
Bracia cały czas albo polowali, albo ćwiczyli się na przyszłych rycerzy. Siostra zaś przez ten czas oczekiwała ich w domu. Pewnego razu, gdy tak siedziała, oczekując ich, zajrzała do domu jakaś stara kobiecina i prosiła o chwilowy przytułek i strawę. Paryzada z wielką uprzejmością udzieliła jej wszystkiego i pytała się starej, jak się jej u nich podoba.
— Bardzo tu przyjemnie u was jest, ale brakuje wam trzech rzeczy: ptaka gadającego, drzewa grającego i źródła złocistego.
Zdumiała się ogromnie na takie słowa Paryzada i spytała gdzieby to takie cuda dostać można. Wówczas stara opowiedziała jej, iż należy się obrócić na Zachód i 19 dni ciągle jechać; zaś 20-go zatrzymać się i pierwszego spotkanego człowieka o drogę spytać, to on już resztę wskaże. Powiedziawszy to, kobieta znikła.
Gdy bracia powrócili, opowiedziała im Paryzada o tem wszystkiem. Widząc ogromną chęć siostry posiadać te cuda, postanowili bracia, że ją ogromnie lubili, po cuda te udać się.
Najpierw wyruszyć miał najstarszy brat. Lecz ponieważ droga była daleka i niebezpieczna, siostra błagała go, by zaniechał zamiaru, lecz nie dał się odwieść i wyruszył Baman; zostawił zaś siostrze nóż duży, który miał jej wskazać, co się z nim dzieje, więc jeżeli się pokryje krwią, to znaczy, że umarł, jeżeli rdzą, to go oczarowali, zaś jeżeli będzie czysty, to znaczy, że w zdrowiu zupełnem przeżywa.
Dziewiętnaście dni jechał Baman, na 20-ty ujrzał przy drodze starego jakiegoś człeka, na Derwisza wyglądającego. Spytał go się, czy nie wie, gdzie się znajdują owe trzy cuda.
Wtedy Derwisz pokiwał głową i zaczął mu odradzać dalszej wycieczki, twierdząc, iż tylko nieszczęście go spotkać może, gdyż takich przejeżdżających były już setki, mimo to wszyscy poginęli. Przestrzegał go, lecz napróżno. Wreszcie wyjął z torby kamienną kartę i opowiedział, iż trzeba za nią jechać, a ona doprowadzi go do góry, przy której zsiędzie z konia i pójdzie dalej pieszo.
Gdy będziesz szedł pod górę, moc głosów będzie go wabić, by się odwrócił, lecz właściwie nie należy się odwracać, gdyż inaczej odrazu zamieni się w kamienną figurę.
Gdy dojdziesz zaś do samej góry, znajdziesz na wierzchołku dużą płytę kamienną, a na niej klatkę z ptakiem gadającem, a ten objaśni mu już, gdzie są pozostałe rzeczy.
Baman podziękował starcowi i rzucił kulę kamienną przed siebie. Tak jadąc za nią, dojechał do owej góry. Zsiadł z konia i zaczął iść pieszo pod górę, lecz jak tylko zaczął iść, wnet tysięczne głosy zaczęły go wabić, by się obejrzał, wreszcie nie wytrzymał, obejrzał się i momentalnie zamienionym został w kamienną figurę.
Tymczasem Paryzada oglądała codzień ów nóż, i z przerażeniem 20 go dnia ujrzała, iż nóż pokrył się cały rdzą.
— Biedny Baman — wykrzyknęła — musiał uledz jakiejś sile czarownej.
Ubolewali nad tem oboje z Perwisem ogromnie, wreszcie Perwis postanowił wyruszyć w ślady brata. Na odjezdnem rzekł do Paryzady:
— Kochana Paryzado, zostawiam ci tu ów naszyjnik, jako sprawdzanie pomyślności mojej podróży. Gdy kółka przesuwać się będą swobodnie, znaczy się, że jestem w jaknajlepszym zdrowiu. Jeśli zaś naszyjnik pęknie, znaczy, że mnie śmierć spotkała. Jeżeli znów kółka zatrzymają się na miejscu, tak, iż nie będzie ich można przesuwać, znaczyć to będzie, że mnie jakaś moc czarodziejska opanowała.
Perwis jechał pierwsze 19-e dni, nie spotykając nikogo. Dopiero w 20-ym dniu ujrzał siedzącego przy drodze starca, którego wypytywać się zaczął o drogę ku swym cudom.
Na to starzec odparł mu:
— Bój się Boga rycerzu, toć niedalej, jak 3 tygodnie temu, jechał tu rycerz podobny do ciebie — i nie wrócił. Widocznie tak, jak i z setkami rycerzy przed nim udających się miało miejsce — zginął.
— A to był brat mój — odparł Perwis — lecz to nie odwiedzie mnie od zamiaru i proszę powiedzieć mi, co mam czynić.
Tedy stary Derwisz dał mu te same wskazówki, co Bamanowi i wręczył mu kulę kamienną.
Udał się Perwis w dalszą drogę. Stanął pod górę, zaczął wchodzić na nią, lecz również nie wytrzymał tych wszystkich wołających głosów: O patrz, co za tobą idzie, a uważaj, bo cię wąż w kark ugryzie, i t. p., obejrzał się i został zamieniony w kamienną figurę, jakich przy drodze setki całe stały. Byli to ci wszyscy rycerze, którzy tak, jak Baman i Perwis — poginęli.
Paryzada zaś codzień przesuwała kółka w naszyjniku, lecz zawsze swobodnie to można było uczynić, i naszyjnik nie pękał, znaczy się, iż Perwis w zupełnym był zdrowiu. Dopiero 20-go dnia naraz kółka stanęły na miejscu.
— Ach Boże, Boże — wykrzyknęła Paryzada — więc Perwis również, jak Baman padł ofiarą jakiejś czarodziejskiej siły.
Od czasu wyjazdu Perwisa, Paryzada nie rozstawała się z perłami, które poruszane przez nią, lekko się toczyły. Dwudziestego dnia Paryzada poruszała niemi co chwila, chcąc się przekonać, czy Perwis żyje. Próba udawała się pomyślnie aż do wieczora.
Gdy słońce zaszło, perły zsunąć się już nie dały Paryzadę ogarnęła rozpacz, gdyż zrozumiała, że brat jej zginął.
Nazajutrz z samego rana siadła na swego białego konia, na którym zwykle jeździła na polowanie; ubrana była po męsku.
Zanim odjechała przywołała do siebie starego sługę któremu oddała klucze od domu i rzekła:
— Przechowaj starannie te klucze, aż do mego powrotu i czuwaj nad wszystkiem. Jeżeli druga pełnia księżyca nadejdzie, a mnie jeszcze nie będzie pomyśl, żem umarła i rozdziel mój majątek pomiędzy wierne sługi.
Stary sługa był tak przerażony, że nie był w stanie słowa przemówić, Paryzada tymczasem dawszy koniowi ostrogę, szybko odjechała.
Przez wiele dni, a nawet nocy była w drodze; dwudziestego dnia stawiła się u derwisza. Zsiadła z konia i pozdrowiwszy Derwisza, zapytała go, czy pozwoli jej odpocząć.
— Owszem — odrzekł Derwisz — siądźcie przy mnie i powiedzcie dokąd jechać chcecie.
— Dokąd jadę nie wiem jeszcze, mam nadzieję, że wy mi wskazać będziecie mogli, gdzie znajdę gadającego ptaka, śpiewające drzewo i źródło złociste.
— Pocóż chcecie znać drogę do tych cudów prowadzącą?
— Bo chcę je znaleźć i zabrać — odrzekła Paryzada z uśmiechem.
Derwisz zaczął się śmiać.
— Dlaczegóż śmiejecie się ze mnie?
— Pomimo stroju męskiego poznaję, że jesteście kobietą, i chcecie się podjąć wyprawy, która się tylu dzielnym młodzieńcom nie powiodła. Czyś nie słyszała o nieszczęściach, jakie spotykają tych, którzy chcą posiąść te cuda? Nie, dziecko, ja ci nie wskażę drogi do twego nieszczęścia. Powróć do domu i przestań myśleć o tem.
Paryzada jednak nie dała się odstraszyć i tak długo błagała staruszka, dopokąd jej nie wskazał drogi na górę.
Mówił jej o zwodniczych głosach, którym uwierzyć niebezpiecznie.
— Dobrze! — zawołała Paryzada, gdy Derwisz skończył. — Ale co czynić, by głosów tych nie słyszeć.
— Najlepiej, córko, radzę ci wrócić do domu, lecz jeśli nie chcesz, to pamiętaj, żebyś się nie odwracała.
— O, nie, drogi ojcze, zanadto pragnę ujrzeć te cuda, bym się miała cofać. Jeśli jesteście dla mnie tak dobrzy, to pozwólcie, bym wam trochę włosów ucięła.
Nie czekając odpowiedzi podeszła do starca, ucięła mu kilka loków i schowała do siebie.
Derwisz zapytał, co z tem robić zamyśla, odrzekła, że sobie bransoletkę uplecie i będzie zawsze na ręku nosiła.
Poczem tak się zaczęła mu przymilać, że w końcu wyjął srebrną kulę i objaśnił, jak ją ma użyć.
Słońce było jeszcze wysoko, gdy Paryzada stanęła u stóp góry. Zsiadła z konika, rozdzieliła włosy starca na dwie części i zatkała sobie niemi uszy, Zwolna wchodziła na górę. Słyszała wprawdzie rozmaite głosy, ale wyrazów nie rozróżniała.
— Wołaj, groź, wymyślaj, ale nic mi zrobić nie możesz, bo się nie obejrzę.
Nagle zatrzymała się; wzrok jej padł na dwa kamienie z napisem perskim: „Żegnaj mi bracie Perwisie, żegnaj mi Paryzado!“ brzmiał pierwszy napis, a drugi: „Jesteś tu także droga siostro Paryzado?“ Objęła oba kamienie i zawołała z płaczem:
— O bracia moi Bamanie i Perwisie.
Wtem usłyszała wyraźnie głosy braci:
— Czego płaczesz droga siostro? Jesteśmy tu, obejrzyj się tylko!
— Nie — zawołała — nie dam się oszukać, może przez to was, drodzy bracia, ocalę.
Odważnie szła w dalszą drogę, nie dając się nastraszyć, coraz głośniejszym i przeraźliwszym głosom.
Gdy doszła na szczyt góry, ujrzała tam na pięknie rzeźbionej podstawie z czarnego marmuru, śród czterech palm wysokich stojącą klatkę srebrną z ptakiem gadającym. Ptak krzyczał i groził piorunującym głosem, że trudno było uwierzyć, ażeby ten głos mógł się wydobyć z tak małego gardziołka. Nieustraszona Paryzada uchwyciła za kółko i podniosła klatkę w górę.
W tej chwili wszystkie głosy ucichły. Wyjęła włosy z uszu i przyjrzała się ptakowi wielkości szpaka o jasnem mądrem spojrzeniu.
— A co, szkaradny ptaku — rzekła — mam cię nareszcie! Nie puszczę cię więcej.
— Jestem twoim niewolnikiem — odrzekł ptak i już nim pozostanę. Może być, że ci się czem przysłużyć będę mógł — wiem o tobie coś takiego, o czem ty sama nie wiesz.
— Dobrze mój ptaku — mówiła uradowana Paryzada — jeżeli jesteś istotnie tak bardzo mi oddany, to wskaż mi drogę do złocistego źródła.
— Idź na prawo w las tą ścieżką, a zaraz je ujrzysz.
Paryzada zabrała ptaka i zaledwie uszła kilka kroków, stanęła zdumiona, na widok złocistego źródła.
Z cudnego białego kielicha marmurowego wytryskał słup promiennej wody, złożony z tysiąca mniejszych promyczków, jakgdyby piasek złoty unosił się w powietrzu a potem nie uroniwszy ani jednej kropelki, napowrót w marmurowy wielki kielich wpadał deszczem najpiękniejszych pereł.
Paryzada przyglądała się ze zdumieniem temu bajecznemu widokowi i pytała ptaka, jakim sposobem przenieść ma to źródło do swego ogrodu.
— Napełnij flaszeczkę wodą z tego źródła i przenieś do swego ogrodu, a wytryśnie tam wielkie źródło złociste.
— A teraz powiedz mi, gdzie się znajduje śpiewające drzewo?
— Zanieś mnie na lewo w zarośla — odrzekł ptak.
Paryzada poszła wskazaną drogą i w samym środku lasu ujrzała grube drzewo. Z każdego listka wydobywał się tak dźwięczny ton, jakby tysiące fletów połączone było w jedną harmonję. I znowu zapytała ptaka:
— Jakże ja potrafię przenieść to drzewo do mojego ogrodu?
Ptak odrzekł:
— Urwij gałązkę i zasadź ją w swoim ogrodzie a wyrośnie z niej olbrzymie drzewo.
— A teraz mój ptaszku, powiedz mi w jaki sposób odczarować zamienionych w kamienie braci moich i innych bohaterów, którzy cię chcieli posiąść?
A gdy ptak nie spieszył się z odpowiedzią, rzekła rozkazującym tonem:
— Czy nie wiesz, żeś moim niewolnikiem, i że życie twoje spoczywa w moim ręku?
— Będę ci posłuszny — odrzekł ptak — pomimo, że sam przez to stracę nadzieję uratowania się kiedykolwiek.
Podstawa mojej klatki jest wewnątrz wydrążona, a w niej znajduje się urna napełniona wodą. Pokropisz nią kamienie, a przybiorą natychmiast dawną postać.
— A dlaczego wolności nie będziesz mógł odzyskać; gdy ja wykonam to, o czem mówisz.
— Bo ja muszę na tym marmurowym kamieniu czekać wybawienia, a gdy go stłuczesz, bo chcesz się dostać do urny, musisz to uczynić, przeto nadzieja moja przepadła.
Nie zważając na mowę ptaka, Paryzada pośpieszyła nazad tą samą drogą, którą przyszła i przystanąwszy między palmami, wyciągnęła miecz i rękojeścią uderzyła tak mocno w klatkę, że podstawa marmurowa rozprysła się w kawałki.
Idąc dalej rzuciła kilka kropel wody na pierwszy spotkany kamień. Po chwili zamiast kamienia stanął przed nią uzbrojony młodzieniec jeszcze na wpół senny. Paryzada pobiegła dalej i każdy kamień, noszący perski napis kropiła. Perwis pierwszy odzyskał przytomność i rzekł:
— Więc to rzeczywiście ty jesteś naprawdę. Patrz, siostrzyczko, radość mnie ogłuszyła.
— Czy to sen, czy rzeczywistość? — zawołał Baman.
Paryzada opowiedziała im, co ich spotkało.
Nie chcieli wierzyć, że były czary dopiero, gdy zaczęła kropić wszystkie kamienie, przekonali się, że to prawda. Wkrótce cała góra zaludniła się młodszymi i starszymi bohaterami, przywróconymi do życia.
Bracia chcieli potrzymać klatkę, ale Paryzada odrzekła, że ten ptak jest jej niewolnikiem.
Wówczas jeden z nieznajomych młodzieńców się odezwał, że nie tylko ten ptak, lecz i oni wszyscy są jej niewolnikami.
Pożegnali się z sobą wszyscy i rozeszli się w różne strony.
Nad ranem doszli do domu Derwisza, lecz go nie zastali. Natomiast za chatą był jego grób z napisem „Dość długo żyłem“.
Co miały znaczyć te słowa, czy, że już syt był życia, czy też zadanie swoje spełnił teraz, gdy go się nikt więcej o drogę do gadającego ptaka pytać nie będzie.
Po przybyciu do domu, zasadzili gałąź śpiewającego drzewa i natychmiast cudna odezwała się melodja.
Na samym środku ogrodu, kazała Paryzada ustawić artyście wspaniały kielich i wylała weń zawartość flaszeczki i natychmiast wytrysnęło źródło złociste.
Klatkę z ptakiem gadającym powiesiła Paryzada w oknie salonu na ogród wychodzącego.
Zaczął tak pięknie śpiewać, że żaden artysta podobnego głosu nie odda, ani żaden poeta takiej piosenki nie ułoży.
Baman, Perwis i Paryzada byli najszczęśliwszymi ludźmi na świecie.
Wielu ludzi przybywało z dalekich stron oglądać te cuda, a że ogród był dla wszystkich przystępny, przeto zawsze się ktoś w nim znajdował.
Gdy się już oswoili ze swojemi cudami, zaczęli braterstwo wychodzić na polowania. Otóż, gdy pewnego dnia gonili za lwem, zapędzili się w dalekie gęstwiny. Z przeciwnej strony nadjeżdżał orszak łowiecki, pośród którego jechał na pysznym rumaku sam sułtan Horusza.
Haman i Perwis zeskoczyli z koni i obyczajem tamtejszym czołem uderzyli o ziemię.
Król zapytał się ich kim są, a gdy odrzekli, że są synami nadzorcy ogrodów, kazał im powstać.
— Jak widzę, lubicie polowanie — rzekł sułtan.
— Kto zamyśla, tak, jak my oddać się na usługi króla swego i ojczyzny, ten i polowaniem, jako dobrem przygotowaniem wojennem nie pogardza.
Sułtan odrzekł, że chciałby zobaczyć sam ich zręczność w polowaniu na dzikie zwierzęta.
Skoro wiec Baman spostrzegł lwa, strzała jego przeszyła powietrze, a wymierzona była tak celnie, że przez grzbiet do serca się dostała.
Perwis zaś zeskoczył z konia, na widok niedźwiedzia i szedł ku niemu. Niedźwiedź na tylnych stanął łapach i chciał go objąć, gdy Perwis szybko miecz swój wyciągnął i przeszył mu piersi na wylot. Tak więc lew i niedźwiedź jednocześnie padli z rąk zwinnych młodzieńców. Sułtan zdumiony ich odwagą, pochwałami ich obsypał. Tymczasem wysunęły się z lasu lwica z jednej, niedźwiedzica z drugiej strony.
— Zamieńmy się bracie! — zawołał Perwis — i swym skrwawionym mieczem uderzył na lwicę, wpakowawszy w rozdrażnioną ku sobie paszczę ostrze aż po same płuca, tak, że martwa u nóg jego padła; również niedźwiedzica strzałą Bamana przeszyta legła trupem.
— Po raz pierwszy w życiu widzę tyle odwagi — zawołał sułtan — ale zakazuję wam młodzi bohaterowie na podobne narażać się walki. Upewniam was, że więcej, niż na polowaniu, zależy mi na waszem życiu, które narażacie na poważne niebezpieczeństwo. Musicie mi w wojnie oddać dzielne usługi. Zapraszam was tedy do zamku, gdzie was dostojnikom państwa przedstawię.
Baman i Perwis podziękowali uniżenie za to zaproszenie, wymawiając się, że w żaden sposób przyjąć go nie mogą.
— I dlaczegóż to? — spytał sułtan zdziwiony.
— Panie — odrzekł Baman — mamy siostrę, która, jest wprawdzie młodsza od nas, ale o wiele mędrsza i rozumniejsza; dlatego też postanowiliśmy radzić się jej w każdej takiej sprawie, któraby jakiś wpływ istotny na życie nasze mieć mogła. Pozwól, byśmy się jej zapytali czy powinniśmy się na dwór twój udać.
Ta miłość i zgoda w rodzeństwie podobała się sułtanowi, zezwolił więc, by rady siostry zasięgnąć, a jeśli zechcą, jutro o tymże samym czasie, w lesie z nim spotkać się mogą. To powiedziawszy, pożegnał ich i pojechał do domu. Wieczorem opowiadali wprawdzie siostrze o spotkaniu z sułtanem, o szczęśliwem polowaniu, zdając sprawę z wszelkich wydarzeń dnia, ale o tem, że sułtanowi do zamku towarzyszyć mieli, zapomnieli całkowicie. Nazajutrz stawili się na polowanie, wkrótce i sułtan ze swoim orszakiem nadciągnął. Spytał ich natychmiast, czy mówili z siostrą, a oni zawstydzeni, spojrzeli po sobie, lecz rzekli szczerze pomimo zakłopotania, że zapomnieli o tem.
— No, to przynajmniej dziś pamiętajcie o tem — odezwał się sułtan z łagodnym uśmiechem — i jutro znów się tu stawcie.
Nazajutrz, gdy sułtan ich spotkał, okazało się, że obaj bracia znów o tem zapomnieli. Sułtan bez najmniejszego zniecierpliwienia odezwał się tylko:
— A to widzę, będzie trzeba wam ucho nakłuć trochę, byście w przyszłości pamiętali lepiej. Wolę jednak dać wam inny znak dla przypomnienia.
I przy tych słowach każdemu z nich trzy małe kule pod suknie włożył.
— Gdy dziś wieczorem odepniecie pasy wasze — zauważył — kule potoczą się na podłogę, wówczas pomyślcie o waszem przyrzeczeniu.
I rzeczywiście dopiero przy rozbieraniu się i odjęciu pasa przez Bamana, gdy trzy kule potoczyły się na podłogę, przypomnieli sobie o danem przyrzeczeniu. Baman pobiegł więc do pokoju siostry i powiedział jej o zaproszeniu.
— O drodzy bracia — zawołała Paryzada — lękam się, ze to już koniec naszego wspólnego pożycia. Spytajmy ptaka o radę.
I znów zgromadzili się wszyscy w górnej sali, gdzie ptak zazwyczaj w swoim domku noc spędzał.
— Powiedz nam ptaku — rzekła Paryzada — czy bracia moi mają przyjąć zaprosiny sułtana?
— Naturalnie! — odpowiada ptak. — Powinni iść z sułtanem i następnie zaprosić go do siebie. Sułtan powinien tu być koniecznie.
Paryzada wyraziła ptakowi swoje obawy, by sułtan nie zabrał jej braci do swojej służby, a w takim razie nie mogliby już żyć tak szczęśliwie jak obecnie.
— Przeciwnie! — odrzekł ptak. — Róbcie to, co wam każę. Idźcie do sułtana, a przy pożegnaniu zaproście go do siebie.
Gdy nazajutrz rano spotkali się z sułtanem na polowaniu, pierwszem zapytaniem, jakie im uczynił, było:
— No i cóż, panowie o krótkiej pamięci, czyście znów zapomnieli o waszem przyrzeczeniu?
Baman i Perwis odrzekli, że są gotowi mu towarzyszyć. Sułtan kazał im jechać przy swoim boku. Gdy ciągnęli ulicami, przechodnie pozdrawiali urodziwych młodzieńców, a niejeden mówił:
— Synowie sułtana właśnieby w tym byli wieku, gdyby wszystkie dzieci jego nie były w psy i koty poprzemieniane.
Sułtan oprowadzał ich po swoim zamku, zasiadł z nimi przy jednym stole, rozmawiał o różnych rzeczach i dziwił się ich gruntownym wiadomościom. Przed odejściem obaj bracia rzucili się do nóg sułtana, dziękując mu za wyświadczoną łaskę.
— Idźcie w pokoju — rzekł im — ale wrócicie tu wkrótce. Będziecie zawsze pożądanymi moimi gośćmi.
Ośmielony zaproszeniem tem Baman zwrócił się do sułtana z prośbą o łaskawe odwiedzenie ich skromnej chatki, gdy w czasie polowania koło niej wypadnie droga, jakkolwiek niegodna ona tak dostojnego podejmować gościa.
— Słyszałem — odparł sułtan — że mieszkacie w nędznej jakiejś chatce, lecz to bynajmniej wcale nie przeszkadza, że stawię się tam osobiście, by się o tem przekonać i zarazem poznać siostrę waszą, o której tyle dobrego opowiadacie. Czekajcie więc na mnie pojutrze w tym lesie, w tem samem miejscu, w którem was po raz pierwszy w czasie polowania spotkałem.
Baman i Perwis raz jeszcze podziękowali za wszystkie wyświadczone im łaski i powrócili do domu. Paryzada zmieszała się bardzo, usłyszawszy, że sułtan tak rychło już przyjechać przyrzekł. Zakłopotana pobiegła spytać się ptaka, który nieraz udzielał jej dobrych rad, czemby przyjąć tak dostojnego gościa.
— Przecież masz kucharza — rzekł ptak — który zna dobrze swoją sztukę. Otóż przedewszystkiem trzeba podać sułtanowi salaterkę ogórków nadzianych perłami.
— O takiej potrawie — zawołała Paryzada — nigdy w życiu nie słyszałam. Ciekawam kto może perły łykać!
— Każdy kto ma zdrowy żołądek — zawołał figlarnie ptak.
— Ale zkądże wziąć tyle pereł? — zapytała Paryzada.
— Masz pereł dużo — odparł ptak. — Idź tylko jutro rano przed wschodem słońca do ogrodu, a gdy w główną wejdziesz aleję, każ przy pierwszem drzewie na prawo kopać, a pereł znajdziesz poddostatkiem.
Paryzada wykonała polecenie i podczas kopania przy wskazanem drzewie znalazła tam złotą szkatułkę. Gdy ją do swego pokoju przyniosła, zapytała ptaka, jak się otwiera.
— Przyciśnij palcem wyrzeźbioną z jednej strony różę — odpowiedział.
Przycisnęła — otworzyło się wieko i oto szkatułka była pełna najpiękniejszych pereł. Przywołała braci, którzy nic a nic o tem jeszcze nie wiedzieli. Zdumieli na widok tak wielkiego skarbu, a więcej ich jeszcze zdziwił opis potrawy, która miała być przyrządzona dla sułtana.
Kucharz dowiedziawszy się o tem, łamał ręce, wołając:
— Niejedną już w życiu przysposabiałem potrawę, ale o czemś podobnem nigdy nie słyszałem!
— Nic nie szkodzi — rzekła Paryzada — staraj się tylko dobrze to przyrządzić i perłami nadziać.
Tego samego dnia dom i ogród przyozdobiono na przyjęcie dostojnego gościa.
Nazajutrz rano Baman i Perwis wyjechali do lasu by w oznaczonem stawić się miejscu.
Wkrótce sułtan ze swoim orszakiem nadjechał i zwracając się do obu braci, powiedział:
— Jeśli chcecie w waszym domku dać mi schronienie, doprowadźcie mnie do niego. Jestem na dziś waszym gościem.
Paryzada, w najpiękniejszym stroju swoim, stała przed domem w wierzbowej alei. Gdy sułtan zsiadał z konia i prowadzony przez braci po schodach wstępował, rzuciła się przed nim na ziemię, witając go zwyczajem tamecznym. Sułtan podniósł ją szybko, podziwiając cudną jej urodę. Nareszcie rzekł:
— Jesteś godną braci twoich siostrą. Widok twój, szlachetna dziewico, przywodzi mi na pamięć obraz niemal zapomniany i przenosi mnie mimowolnie do dawnych czasów, gdy znacznie czułem się szczęśliwszy, niż teraz. I zaznajomienie się z wami, dzielni, odważni młodzieńcy, również jest sercu mojemu miłe i drogie — dodał, do Bamana i Perwisa zwracając mowę. — Pragnę przepędzić z wami dzień dzisiejszy bardzo wesoło.
— Dworek wasz bardzo mi się podoba — zauważył sułtan. — A teraz pokażcie mi, proszę, wasz ogród, który zapewne piękniejszy jest od moich ogrodów, gdyż ojciec wasz był mistrzem w tym zawodzie i niemało trudu i starania dołożył na jego utrzymanie.
I rzeczywiście na pierwszy rzut oka ogród zachwycił sułtana; najbardziej zaś zastanowiła go ognista jasność na końcu szpaleru świecąca.
— Muszę się zbliska temu przypatrzeć — rzekł sułtan.
Rodzeństwo postępowało za nim i orszak także w pewnem oddaleniu. Gdy weszli do szpaleru, sułtan zatrzymał się nagle, nasłuchując z boku — Jakież to głosy nas dochodzą, niby tysiącznych fletów dźwięki? — zapytał.
— To śpiewające drzewo sułtańskie — odpowiedział Perwis.
— Podejdźmy najpierw ku niemu — zawołał sułtan. — Ileż tu macie pięknych i cudownych rzeczy!
Słodka melodja, unosząca się z liści śpiewającego drzewa w doskonałej zgodzie tonów, zachwyciła sułtana i cały orszak jego do najwyższego stopnia. W milczeniu zwrócili swe kroki ku złocistemu źródłu. Przepyszny widok tej osobliwości w nowy ich podziw wprawił, zewsząd odezwały się okrzyki radosnego zdumienia.
Sułtan, zwracając się do Paryzady i jej braci, rzekł:
— Powiedźcie mi, jakim sposobem doszliście do takich nieocenionych skarbów? Przyznaję, że nic podobnego nie widziałem w całym świecie.
— Królu mój i panie — odrzekł Baman — zawdzięczamy cudowne te skarby mądrości i bohaterskiej odwadze naszej siostry. A teraz radzibyśmy pokazać trzecią i największą osobliwość, jaką posiadamy.
— Jakto? macie jeszcze większą od tych dwóch osobliwość, kiedy one już przechodzą moje oczekiwanie i pojęcie. Czy coś cudowniejszego jeszcze istnieć może!...
Paryzada wprowadziła wówczas sułtana do skrzydła dworu, gdzie gadający ptak wisiał w oknie salonu. Zdaleka posłyszał sułtan śpiew i szczebiotanie najróżnorodniejszego ptactwa. Wszystkim jednak przewodniczył głos gadającego ptaka, do którego zbliżył się sułtan. Na jego widok ptak przerwał rozpoczętą piosenkę i zanucił nową, w której zaznaczył, że króla wśród bezsennej nocy dręczyły bóle rozpaczy, o czem nikt na świecie nie wiedział. Wkrótce jeszcze większe cierpienia nawiedzić mają króla, lecz król nie powinien upaść na duchu, gdyż i jemu zabłyśnie lepsza przyszłość.
Sułtan zdziwiony ręką potarł czoło.
— Cóż to takiego? Kto mógł przeniknąć nawskroś moje serce? Komu są sny moje wiadome?
Posłucham cię jednak głosie wieszczy i spróbuję mieć nadzieję i wierzyć w lepszą przyszłość, ale ją spełnij.
I z temi słowy wszedł do domu, gdzie w altanie był już nakryty stół dla Sułtana, Paryzady, Hamana i Perwisa. W ślicznych donicach i wazonach woniejące i najrzadsze kwitły krzewy, a gadający ptak z rozkazu Paryzady postawiony został na drugim stole, by jak zwykle z rąk swojej pani dostać pożywienie.
Sułtan siadł z dwoma młodzieńcami i ich siostrą do stołu; ogórki podano nasamprzód. Sułtan wziął ogórek i chciał go pokrajać na mizerję, lecz jakże się zdziwił, gdy po rozkrajaniu posypały się perły.
— Cóż to ma znaczyć? — rzekł sułtan — ogórki napełnione perłami? O ile wiem, perły z trudnością strawić się dały przy moim słabym żołądku.
Rodzeństwo nie umiało na razie wytłómaczyć królowi tej zagadki, lecz ptak je wyręczył i odrzekł:
— Łzy niewinne wylane zamieniają się w perły. To są łzy twojej małżonki ukaranej niewinnie. Zazdrosne jej siostry wrzuciły twe dziatki do wody, lecz wierny sługa wyratował je i wychował. Wszystkie jeszcze są przy życiu:
— Co ty mówisz? Więc moje dzieci żyją? — zawołał sułtan. — Powiedz mi, błagam się, gdzie się znajdują?
— Czy ci własne serce tego nie powiada? — zapytał ptak.
Sułtan tknięty przeczuciem objął wzrokiem siedzące w niemem zdumieniu rodzeństwo. Otworzył ramiona, wołając:
— O tak? serce moje mi mówi, że to wy jesteście mojemi dziećmi.
I w objęciach uszczęśliwionego ojca spoczęły odnalezione jego dzieci, które sułtan następnie swemu orszakowi przedstawił. Gdy sułtan z pierwszego wrażenia ochłonął, najpierwszą jego czynnością było uwolnienie ciągle jeszcze zamkniętej żony, zamiast której siostry zamurowane zostały.
Po kilku więc dniach nastąpił uroczysty wjazd żony wraz z mężem do miasta i na zamek, a lud witał ją wśród radosnych okrzyków.


KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Bracia Grimm.