Powieści Kantorberyjskie (Chaucer, 1907)/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Geoffrey Chaucer
Tytuł Prolog
Pochodzenie Poeci angielscy
Powieści Kantorberyjskie
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wydania 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały cykl
Pobierz jako: Pobierz Cały cykl jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały cykl jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
I. PROLOG.
Poeta przedstawia grono pielgrzymów, idących do Canterbury, z których każdy ma opowiedzieć jakąś historyjkę.

Rycerz był godnym i szacownym mężem.
Od pierwszej chwili, gdy wyszedł z orężem,
Serce mu biło dla rycerskiej sprawy,
Wolności, prawdy, dworności i sławy.
Wielce był czczony w wojsku swego księcia
I na wojenne chadzał przedsięwzięcia
W ziemice chrześcian i między pogany,
Wszędzie z odwagi oraz siły znany.
Widział upadek Aleksandryi;[1] w kole
Rycerskich mężów siadywał przy stole
Na pierwszem miejscu w krainie Prusaków;
Był pośród ruskich i litewskich szlaków —
O wiele częściej, niż inni rycerze;
W Grenadzie walił Algeziry[2] wieże,
Walczył pod Lajas,[3] Belmarją[4] zdobywał
I pod Satalją[5] chwałą się okrywał,
Nawet na wodzie dokazywał cudów —
Na Wielkiem Morzu[6] śród znoju i trudów.
W piętnastu krwawych a rycerskich bitwach
I na rycerskich trzykrotnie gonitwach —

Pod Tramisseną[7] — bronił chrześcian sławy,
Z władzcą Palacyi[8] urządzał wyprawy
Przeciwko innym tam, w Turczech, niewiernym:
Plon jego męstwa był zawsze niezmiernym.
Mimo tej chwały, był człekiem rozumnym
I, jak dziewica, łagodnym, nie dumnym,
Zawsze wybredną była jego mowa,
Nigdy grubego nie użył on słowa
Przeciw nikomu: był to w każdej porze
Rycerz szlachetny, jak tylko być może.
Coś o rynsztunku powiedzieć należy;
Na dzielnym koniu, sam w skromnej odzieży,
Z zwykłej kuczbai miał kubrak wytarty,
Stary, zbrudzony, rdzą kolczugi zżarty.
W drogę na odpust, nie czekając dłużej,
Wybrał się, właśnie wróciwszy z podróży.

A był z nim także junak urodziwy,
Syn jego, młodzian wesoły, kochliwy:
Gęsto miał krętych, jak palonych, loczków,
I liczył sobie ze dwadzieścia roczków.
Z figury smukły, wytworny, wysoki,
Wielką miał siłę, chyże stawiał kroki;
Służąc przy jeździe, walczył z poczty swymi
W Flandryi, Artoa, w pikardyjskiej ziemi,
A takie zdobył imię, chociaż młody,
Że się spodziewał już u dam nagrody.

Zawsze się stroił, niby łączka w lecie,
W przeróżne — białe i czerwone — kwiecie.
Świstał i śpiewał, gdzie tylko się zjawił,
W zdrowej świeżości, jak ten maj, się pławił,
Kubrak miał krótki, szerokie rękawy,
Na koniu jeździł zręcznie, pełen wprawy;
Umiał malować, pisać, wiersze składać
I deklamować, szyku w tańcu zadać;
Na złość słowikom umiał czuwać w nocy:
Takiej gorącej był w kochaniu mocy!
Lecz zawsze skromny, usłużną miał wolę,
Kąski dla ojca zwykł krajać przy stole.

Giermek to jego towarzysz jedyny —
W drodze liczniejszej nie lubił drużyny —;
Był w kapeluszu, zielonym kaftanie,
Pęk strzał świecących nosił w swym kołczanie,
Pięknie pawiemi ozdobionych pióry,
A zawsze zręcznie trzymanych do góry,
By się piórami na dół nie spuszczały.
W ręku łuk dzierżył, potężny, wspaniały.
Ciemny na twarzy, włos miał krągło ścięty —
Był to myśliwy od czubka do pięty.
Miał w zarękawia lśniące uzbrojony
Łokieć; miał tarczę i miecz z jednej strony,
Z drugiego boku gładki nóż się mieści
O ostrzu dzidy, pięknej rękojeści;
Święty się Krzysztof[9] w srebrnej błyszczał krasie

Na jego piersiach, a zaś róg przy pasie
Wisiał zielonym; wyglądał z postaci
Na leśniczego.

Do pątniczej braci
Także się mniszka, przeorysza, liczy.
Uprzejma, pełna prostoty dziewiczej.
Cną Eglantyną zwala się ta pani,
A święty Ludwik był wezwaniem dla niej,
Ilekroć ręce do przysięgi złoży.
Nie było nad nią lepszej w służbie bożej:
Przez nos śpiewała mile nad pojęcie;
Francuskim ślicznie mówiła — w akcencie,
Jaki w Stratfordzie wbijają do głowy,
Paryskiej bowiem nie znała wymowy.
Wiedziała, jak się zachować przy stole:
Nigdy paluszka nie moczy w rosole,
A każdy kąsek tak podnosi składnie,
Że ani krzta jej z gęby nie wypadnie,
Ani na piersi nie spłynie kropelka;
Dworski obyczaj to jej troska wielka.
Wargę też górną tak zawsze obciera,
Że na kielichu, jeśli chęć ją zbiera
Napić się czego, ni ślad nie zostaje
Żadnej tłustości: gładkie obyczaje
Umie przy całej zachować biesiadzie;

Zawsze starała się o wdzięk w układzie,
Zawsze wesoła, nigdy w złym humorze,
Mile widziana była w każdej porze;
Zawsze dworskiemi przejęta maniery,
Szacunek k’sobie rozbudzała szczery.
Pytacie teraz, jak tam z jej sumieniem?
Litości była ożywiona tchnieniem,
Wielce łagodna, miłosierna w duszy.
Nieraz, bywało, do łez ją poruszy
Myszka w pułapce, ranna lub zabita;
Nieraz widziano, jak psinki do syta
Mlekiem, pieczenią, kromką chleba raczy.
A zdechła która, to była w rozpaczy;
Ba! gdy kto psince nieco bolu sprawi,
Już się jej serce litościwie krwawi.
Nadzwyczaj wdzięcznie miała welon spięty,
Oczy szarawe, nosek wyciągnięty,
Usteczka małe, różowe, łagodne,
Czoło przed wszystkiem piękne a swobodne —
Na piędź szeroką miała skroń nadobną;
Wogóle w wzroście swym nie była drobną.
W chędogiej wielce chodziła sukience,
Z parą różańców z korali na ręce,
Poprzekładanych tu ówdzie zielenią,
Z złotem zamknięciem, na którem się mienią
Pod A, wyrytem u góry z koroną,
Słowa, że «Amor vincit omnia».
Z oną
Szła przeoryszą jeszcze mniszka druga
I ich kapelan, ksiądz, ołtarza sługa.

Był i mnich także, wielce urodziwy,
Szykowny jeździec, namiętny myśliwy;
Męskiej postawy, a godnej opata!
Miał nie jednego w swej stajni bachmata;
A kiedy pędził, jak szalony, błonią,
Tak uździenice na wietrze mu dzwonią,
Jak gdyby były dzwonkami w kościele,
Przy którym pan ten miał w zarządzie cele.[10]
Na Benedykta świętego regułę
Czy też Maurusa miał serce nieczułe;
Sprawy to stare, a on stare sprawy
Zawsze zostawiał w spokoju, łaskawy;
Za to hołdować nowym prądom raczył:
U niego przepis nie wiele tam znaczył,
Jeśli łowiectwo między grzechy składa;
A już za słowo, które wręcz powiada,
Że mnich, jak ryba bez wody, się stawa,
Jeśli odbiegnie od mniszego prawa —
To jest, gdy nie chce wciąż siedzieć za kratą, —
Pusta łupina byłaby dlań stratą.
I słusznie myślał. Cóż? Jak oszalały
Miał się zagrzebać w klasztorne szpargały?
Miał się mozolić, jak gdyby najęty,
By od tej pracy — jak Augustyn święty
Radzi nam ludziom — aż dostać pęcherzy?
I światu jakiś wzgląd się przynależy —
I cóż natenczas ze światem się stanie?
Haruj, kto lubi takie harowanie!

Tak to był z niego junak nad junaki!
Chart jego gonił, niby ptak, przez szlaki;
Wyprawiać harce, w polu szczwać zwierzynę —
To dlań jest rozkosz, to szczęście jedyne!
Najcudowniejsze w kraju popielice
Miał u rękawów; pod brodą kapicę
Złocistą szpilką zawsze spinał sobie;
Węzeł miłości nosił ku ozdobie[11];
Głowę miał łysą, szklącą jak zwierciadło.
I na policzkach tak się szkliło sadło,
Jak gdyby były maczane w oleju,
I brzuch tłuściuchny był na dobrodzieju;
Z gęby mu para buchała, jak z pieca,
Źrenica w głębi, z pod skroni, prześwieca.
Koń w pięknym rzędzie, eleganckie buty —
Ksiądz to, w istocie, jak gdyby wykuty:
Ot, męczennikiem nie był w żadnym względzie;
Najbardziej lubił pieczone łabędzie.
Koń jego ciemny, jak w lesie jagoda.

Był tam braciszek, filut, paliwoda,
Kwestarz, zapewne najlepszy z kwestarzy.
Nie wiem, czy w czterech zakonach się zdarzy
Mąż równie gładkiej i pięknej wymowy.
W wielkich go łaskach miały białogłowy;
Przezeń niejedna ślub zawarła para,
Zakon lepszego nie posiadł filara.
Na okolicę — pomiędzy włościany[12])
Był on ogółem bardzo dobrze znany —

I w mieście znały go niejedne panie:
W konfesyonale miał on zaufanie
Większe, jak sam to zwykł mawiać przed światem,
Od wikarego[13], gdyż licencyatem
Był w swym zakonie. Nikt go nie wyprzedzi
W uprzejmem wielce słuchaniu spowiedzi:
Nikt też od niego grzeczniej nie rozgrzeszy.
A już gdy grzesznik z jałmużną pospieszy,
To i nie wielką pokutę odbiera,
Bo jużci taki, co ubóstwo wspiera,
Nie może wiele na sumieniu nosić.
Z tej on przyczyny mógł już naprzód głosić:
Grzechów żałuje zawsze ten, kto daje;
Gdyż człek niejeden, choć się serce kraje,
Płakać nie umie — i to jest boleśniej!
Stąd mu też płacze i pobożne pieśni
Zastąpi srebro dla braci ubogiej.
W kołnierzu zawsze nosił zapas mnogi
Miłych drobnostek; śpileczki, nożyki
Któremi piękne obdarzał podwiki.
Głos miał przyjemny i dźwięczny, grał ładnie
I zacnie śpiewał, a jeśli wypadnie
Coś opowiadać, nikt go nie pobije.
Karku białego, jak szczere lilije,
Mógł był swej siły wojakom użyczyć!
A w każdem mieście umiał ci wyliczyć
Szynki, znał wokół kiprów i szafarzy
Lepiej, niż ślepych i chromych nędzarzy;
Zresztą — przystoi-ż wielebnej osobie

Częściej, niż można uniknąć w złej dobie,
Walać się w takiem towarzystwie brzydkiem?
To nie zaszczytnie ani też z pożytkiem!
Lepszy już zawsze, ma biedna hołota,
Ten komu w worku nie zabraknie złota.
Wszędzie, gdzie skutek widział pożyteczny,
Odrazu bywał pokorny i grzeczny.
Pośród braciszków — w nikim cnota taka —
Za najlepszego uchodził żebraka.
Czynsz klasztorowi, bywało, wciąż płaci,
By mu w okręgu nie żebrał nikt z braci.
Choć biednej wdowie nie stało trzewika,
Swem «in principio» tak jej w duszę wnika,
Że grosz ostatni daje mu niezwłocznie —
Więcej, niż z pensyi, miał z tych targów rocznie.
Jak psiak, tak szczekał, gdy był rozsierdzony;
Stąd powaśnione umiał godzić strony;
Przy takich sprawach któż w nim poznał wtedy
Tego braciszka, żebrzącego z biedy?
Istny kanonik, papież oczywisty,
Ornat na siebie brał gruby, wełnisty,
Sterczący wokół niby dzwon — prawdziwie!
Coś też pod nosem mruczał pożądliwie, —
Tak, że w nim były te angielskie dźwięki
Szczególnie słodkie. A gdy brał do ręki
Harfę po śpiewie, zwykł przymrużać oczy,
Jak drgają gwiazdy śród zimowej mroczy.
Hubertus zwał się ten mnich przewielebny.

Nie brakło również poczciwej kobiety
Z pod Bath, a tylko coś głuchej, niestety!

Fabryką sukna był jej dom, miał sławę,
Cypr swym towarem obsyłał, Gandawę.
Żadna w parafii na mszę białogłowa
Nie śmie iść przed nią; a gdy pójść gotowa,
Wnet ona z gniewu tak się trzęsła cała,
Że o mszy w złości tej zapominała.
W czepcu jej było nadzwyczaj wspaniale:
Pewnie z funt jaki ważył, nie mniej wcale,
A zwłaszcza czepiec, noszony od święta.
Pończoszka na niej szkarłatna, opięta,
I nowy bucik jak ulany, leży.
Kolor jej liczka rumiany i świeży,
Wzrok rezolutny. Wszystkie dni żywota
Tak się sprawiała, jak nam każe cnota.
Z pięciu mężami szła już do ołtarza,
A jak, bywało, żyć się jej wydarza
W latach młodości, powiem, w innej dobie.
Trzykrotnie była już przy Świętym Grobie,
Nieraz rzek obcych przepłynęła tonie,
I Rzym widziała święty i Bolonię,
W tumie bolońskim i w Sankt Jago była
I niejednego w drodze doświadczyła.
Lecz, prawdę mówiąc, lubiła łakocie[14],
Na koniu dobrze jeździła, w istocie,
I lekko — w pięknym welonie. Szeroki,
Jak tarczę, miała kapelusz, a boki
Płaszcz jej okrywał dostatni; u nogi,
Jednej i drugiej, nosiła ostrogi.

Zaledwie ją kto pozdrowił, w tej chwili
Zaraz szczebioce, śmieje się i mili,
Jak to się napój sporządza miłosny, —
Sztukę tę znała jeszcze z lat swych wiosny.

Był tam i młynarz, chłop krzepki i zdarny,
O tęgich kościach, jędrny, muskularny,
Siłę w niejednym udowodnił czasie:
Skopa w nagrodę w każdym brał zapasie.
Krótki a gruby, barczysty okrutnie,
Z wielką łatwością mógł wysadzić wrótnie,
Albo też łbem je rozbijał na wiory.
Brodę miał rudą, a jak u maciory,
Twardą, szeroko niby rydel ściętą,
Na czubku nosa krostę, porośniętą
Kilkoma włosy, równymi szczecinie,
Z jaką na uszach paradują świnie;
Nozdrza miał czarne i dzikie: u boku
Tarcz i miecz nosił, pyskował co kroku,
A przytem gębę, niby piec rozdziawiał;
W cnotę się, grzesznik, wcale nie zabawiał.
Brał po trzy garnce, kradł zboże z ochotą,
A jednak rękę miał czystą, jak złotą[15].
W niebieskiej czapce a w białym kaftanie
Chodził, do kobzy miał zamiłowanie,

Tylko że nieraz tą swoją muzyką
W nas wszystkich razem budził wściekłość dziką.





Przypisy

  1. W r. 1365 przez Piotra Luzytańskiego, króla Cypru.
  2. 1344 r.
  3. W Armenii.
  4. Prawdopodobnie w Afryce.
  5. W Pamfilli, starożytna Attalia.
  6. Morze Śródziemne.
  7. Miasto Maurytańskie w Marokko.
  8. Palathia w Anatolii.
  9. Tyrwhitt, komentator Chaucera powiada: Nie rozumiem znaczenia tej ozdoby. Giermkom zakazanem było noszenie ozdób srebrnych lub złotych. — Inni twierdzą natomiast, że święty Krzysztof, wyobrażony na blasze, noszony był przez wszystkie stany jako ozdoba lub amulet. Roach Smith w «Journal of the Britisch Archeologicul Association». Vol. I Str. 200.
  10. Ther as this lord was keper of the celle. Ustęp niezrozumiały. Ponieważ w średnich wiekach cella oznaczała także folwark kościelny, być więc może iż mnich, o którym mowa, był zarządcą folwarku. Chaucer nazywa go panem (lordem), gdyż miał on własne konie i t. d.
  11. Kokardka.
  12. Wolarzy? Frankeleins.
  13. Curat — na Szlązku słyszalem wyraz «kuratus», oznaczający zarządców kościoła, więc może zamiast wikarego — kuratus?
  14. Gat-tothed was she... Tyrwhitt przyznaje się, że wyrażenia tego nie rozumie. Poszedłem za przekładem niemieckim (Hertzberga): «sie war leckerhaft».
  15. Zapewne aluzya do istniejącego dziś jeszcze przysłowia: Every honest miller has a thumb of gold (każdy uczciwy młynarz ma paluch złoty), co znaczy, że młynarz ten choć kradł, był uczciwym młynarzem (Tyrwhitt).


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Geoffrey Chaucer i tłumacza: Jan Kasprowicz.