Posiadacz/Część I/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor John Galsworthy
Tytuł Posiadacz
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój“
Data wyd. 1930
Druk Karol Prochaska
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Róża Centnerszwerowa
Tytuł orygin. The Man of Property
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ IX.
ŚMIERĆ CIOTKI ANNY

Ku końcowi września przyszedł ranek, w którym ciotka Anna nie mogła już wziąć z rąk wiernej swojej Smithers oznak osobistego swojego dostojeństwa. Doktór, po którego pośpiesznie posłano, spojrzawszy na nią, oświadczył, że panna Forsyte umarła we śnie.
Ciotki Jula i Hester zdruzgotane były tym ciosem. Nie wyobrażały sobie nigdy podobnego końca. Wątpliwem było właściwie, czy wogóle wyobrażały sobie, że koniec musi nastąpić. W głębi duszy uważały za nierozważne ze strony Anny, że odeszła od nich tak bez pożegnania, bez walki nawet. Niepodobne to do niej.
Kto wie, czy nie najgłębiej dotknęła je myśl, że członek rodu Forsytów mógł pozwolić, aby wydarta mu została z ręki władza nad życiem. Skoro mogło to zdarzyć się jednemu, dlaczego nie ma zdarzyć się wszystkim?!
Upłynęła cała godzina, zanim zdobyły się na odwagę powiedzenia o tem Tymowi. Gdyby można było zataić to przed nim! Gdyby przynajmniej można było przygotować go do tej wieści stopniowo!
Długo stały przed drzwiami jego pokoju, naradzając się szeptem. A kiedy było już po wszystkiem, naradzały się szeptem w dalszym ciągu.
Odczuje to dotkliwie w następstwie — wyrażały obawę. — Przyjął jednakże na razie wieść tę spokojniej, aniżeli można się było spodziewać. Pozostanie w łóżku, oczywiście!
Wyszły, popłakując zcicha.
Ciotka Jula nie opuszczała swojego pokoju, złamana ciosem. Twarz jej, pobladła z płaczu, podzielona była na przegródki linjami drobnych fałdek obrzmiałego ze wzruszenia ciała. Niepodobna było wyobrazić sobie życia bez Anny, która współżyła z nią przez siedemdziesiąt trzy lata. W ich przebiegu jedyną przerwą był krótki przejściowy okres jej małżeństwa, dzisiaj już wydający się snem nieledwie. Co pewien czas zbliżała się do komody i wyjmowała z szuflady z pod woreczków z lawendą świeżą chustkę do nosa. Jej tkliwe serce nie mogło znieść myśli, że Anna leży w drugim pokoju zimna i sztywna.
Ciotka Hester, zawsze cierpliwa i milcząca, wcielenie energji rodzinnej, siedziała w salonie, w którym rolety były pospuszczane. I ona także płakała z początku, ale w sobie raczej, niedostrzeżenie. Główna zasada jej życia, zachowanie energji we wszelkich okolicznościach, nie opuściła jej nawet w smutku. Siedziała, cienka, prosta, nieporuszona, wpatrzona tępo w palenisko kominka, opuściwszy ręce bezradnie na kolana, okryte fałdami ciężkiej czarnej jedwabnej sukni. Zechcą zapewnie niepokoić ją, zaprządz ją do pracy. Jakgdyby to zdało się na coś! Cokolwiekby się zrobiło, nie powróci to już Anny. Pocóż więc dręczyć ją niepotrzebnie?
O piątej przybyli trzej bracia: Jolyon, James i Swithin. Mikołaj był w Yarmouth, a Roger zapadł na ciężki atak podagry. Pani Haymans przyszła sama poprzednio jeszcze i, po odwiedzeniu ciała Anny, wróciła do domu, pozostawiwszy kartkę do Tyma — którą notabene ukryto przed nim —, że należało ją zawiadomić odrazu. W rzeczywistości, wszyscy mieli to uczucie, że powinni byli być zawiadomieni wcześniej, jakgdyby wskutek spóźnionego zawiadomienia zaniedbali coś, czy niedopatrzyli czegoś ważnego. James odezwał się:
— Wiedziałem, że tak się stanie; przepowiadałem przecież, że nie przeżyje lata.
Ciotka Hester nie odpowiedziała, że jest już październik prawie. Czy opłaci się swarzyć? Są ludzie, którzy zawsze muszą upierać się przy swojem.
Posłała na górę powiedzieć siostrze, że przyszli bracia. Pani Smali zeszła odrazu. Umyła zapuchniętą wciąż jeszcze twarz i jakkolwiek z surowym wyrzutem spojrzała na jasno-granatowe spodnie Swithina — przyjechał wprost z klubu, gdzie dano mu znać o śmierci Anny — miała wyraz twarzy pogodniejszy niż zwykle: instynkt wyczuwania rzeczy niewłaściwej i w tym momencie nawet górował u niej nad wszystkiem.
Wszyscy pięcioro poszli na górę odwiedzić ciało. Pod śnieżnie białe prześcieradło podłożono watowaną kołdrę, teraz bowiem, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebne było ciotce Annie ciepło; usunięto poduszki; plecy i głowa leżały płasko, przypominając nieruchomością tą sztywność swoją przez całe życie; czepek, wieńczący wierzchołek głowy, ściągnięty był po obu stronach do wysokości uszu; pomiędzy obramowaniem jego a prześcieradłem twarz zmarłej, równie prawie jak ono biała, zwrócona była z zamkniętemi oczami ku twarzom braci i sióstr. Niezwykły spokój czynił ją surowszą jeszcze niż zazwyczaj; wszystkie kości jej zarysowywały się wyraźnie pod wyschłą jak pergamin, zrzadka tylko zmarszczoną skórą — kwadratowy podbródek, wystające kości policzkowe, czoło z zapadniętemi skroniami, subtelnie wyrzeźbiony nos, cała ta twarz — twierdza niepokonanego ducha, który uległ śmierci, teraz zwrócona niewidzącemi oczami wgórę, zdawała się usiłować odzyskać owego ducha, odzyskać władzę opiekuńczą, świeżo jej wydartą.
Swithin spojrzał przelotnie tylko na twarz zmarłej i wyszedł z pokoju; widok jej, jak przyznawał później, wywarł na nim wstrząsające wrażenie. Zeszedł nadół, poruszył cały dom, i, chwyciwszy swój kapelusz, wgramolił się na siedzenie czekającego powozika, zapomniawszy podać adres woźnicy, który zawiózł go do domu, gdzie przez cały wieczór siedział nieruchomo na krześle.
Przy obiedzie nie mógł przełknąć nic prócz kuropatwy i szklanki szampana...
Stary Jolyon stał w nogach łóżka ze złożonemi modlitewnie rękami. On jeden ze wszystkich obecnych zapamiętał śmierć matki i teraz — patrząc na Annę, myślał o tamtej. Anna była starą kobietą, ale śmierć przyszła po nią wkońcu — śmierć przychodzi po wszystkich! Twarz Jolyona była nieporuszona, oczy jego zdawały się błąkać gdzieś bardzo daleko.
Ciotka Hester stała przy nim. Nie płakała już teraz, źródło łez wyschło — natura jej nie pozwalała na dalsze trwonienie sił; splotła ręce, patrząc nie na Annę, ale w bok, starając się uniknąć bolesnego wysiłku zdawania sobie sprawy z rzeczywistości.
Ze wszystkich braci i sióstr zdradzał James najsilniejsze wzruszenie. Łzy spływały wzdłuż równoległych bruzd wychudzonej jego twarzy; przed kim będzie teraz zwierzał się ze wszystkich swoich trosk? Jula nie zdała się na powiernicę, Hester jeszcze mniej. Odczuł śmierć Anny bardziej, aniżeli mógł przypuszczać, że ją odczuje; zgnębi go ten cios na tygodnie całe.
Wreszcie ciotka Hester wymknęła się z pokoju, a ciotka Jula zaczęła krzątać się, czyniąc „co było potrzebne“, tak że dwa razy niezręcznie potrąciła o jakiś sprzęt. Stary Jolyon, zbudzony z zadumy, z rozpamiętywania dawno minionej przeszłości, spojrzał na nią ponuro i wyszedł także. James sam jeden pozostał przy łóżku. Rozejrzawszy się ukradkiem dokoła, aby upewnić się, że nie jest obserwowany, pochylił nad zmarłą długi swój korpus i złożył na jej czole pocałunek, poczem i on także pośpiesznie wyszedł z pokoju. Spotkawszy Smither w hallu, zaczął rozpytywać ją o szczegóły pogrzebu, przekonawszy się jednak, że i ona sama nic nie wie, jął jękliwie utyskiwać przed nią, że jeśli nie będzie zwrócona dostateczna uwaga, wszystko pójdzie naopak. Lepiej byłoby posłać po pana Soamesa, który zna się dobrze na tych rzeczach; pan jej, Tym, zanadto jest zgnębiony — należałoby troskliwie zająć się nim; co się zaś tyczy jej pań, nie przydadzą się na nic, nie mają dość sprytu na to! Zresztą gotowe się pochorować, nie byłoby w tem nic dziwnego. Najlepiej zrobi, posyłając po doktora; należy w porę zaradzić złemu... Nie sądzi, ażeby jego siostra Anna dobry zrobiła wybór; gdyby radziła się Blanka, żyłaby teraz jeszcze napewno. Smither może posyłać zawsze do Park Lane, ilekroć będzie potrzebowała porady. Oczywiście, jego powóz będzie do ich dyspozycji w dniu pogrzebu. Wreszcie wyraził powątpiewanie, aby mogła znaleźć się w jej kredensie szklanka wina i parę biszkoptów — nie jadł dzisiaj śniadania!
Dni, pozostające do pogrzebu, minęły bez wstrząśnień. Oddawna było wiadomo, że ciotka Anna zostawiła niewielką swoją fortunkę Tymowi, nie było zatem powodu do żadnych wątpliwości i niepokoju. Soames, który, jako notarjusz z zawodu, był jedynym wykonawcą woli zmarłej, zajął się wszystkiemi przygotowaniami, we właściwym też czasie rozesłał do wszystkich męskich członków rodziny następujące zaproszenia:

„Do...
Proszony pan jest o uczestniczenie w obrzędzie złożenia do grobu zwłok panny Anny Forsyte na cmentarzu Highgate, w południe I-go października. Powozy będą czekały przy, Altanie“, na Bayswater Road, o 10.45. Uprasza się o nieskladanie wieńców.“

Nadszedł ranek, zimny, z Wysokiem, szarem londyńskiem niebem. O wpół do jedenastej zajechał pierwszy powóz Jamesa. Siedział w nim James i zięć jego, Dartie, piękny, barczysty mężczyzna szczelnie opięty surdutem, z bladą, tłustą twarzą, ozdobioną ciemnym, umiejętnie zakręconym wąsem i niedającym się usunąć zarysem bokobrodów, które, urągając wszelkim usiłowaniom golenia, zdają się być oznaką czegoś nieodłącznego od osoby golącego się, czegoś, często zwłaszcza dającego się spostrzegać u ludzi, którzy zwykli spekulować na giełdzie.
Soames w charakterze wykonawcy ostatniej woli zmarłej, przyjmował gości, jako że gospodarz domu, Tym, pozostawał wciąż jeszcze w łóżku — wstać miał dopiero po pogrzebie. Ciotki Jula i Hester zejść miały nadół dopiero po wszystkiem, wiadomo bowiem było, że przygotowane ma być śniadanie dla tych, którzy zechcą jeszcze powrócić. Drugi zkolei przybył Roger, utykający wciąż jeszcze z powodu przebytego świeżo ataku podagry, a wraz z nim trzej jego synowie: Roger junior, Eustachy i Tomasz. George, ostatni z synów, przybył prawie bezpośrednio po nich własnym powozikiem i zatrzymał się w hallu, aby zapytać Soamesa, czy przedsiębiorstwo pogrzebowe opłaca mu się.
Nie lubili się wzajem.
Potem przybyli dwaj Haymansowie — Giles i Jesse — uroczyście milczący, doskonale ubrani, z świeżo zaprasowanemi fałdami czarnych wieczorowych spodni. Jolyon senior przyjechał sam. Po nim Mikołaj, wyróżniający się czerstwym kolorytem twarzy i starannie ukrywaną ruchliwością głowy i ciała. Towarzyszył mu jeden z jego synów, potulny i jakgdyby zgaszony. Swithin Forsyte i Bosinney przybyli równocześnie i stali w drzwiach wejściowych, ceremonjalnie ustępując jeden drugiemu pierwszeństwa. Kiedy jednak drzwi otworzyły się, usiłowali przepchnąć się obaj razem, poczem odbyły się w hallu już ceremonjalne wzajemne przeprosiny i Swithin, doprowadziwszy do porządku swoje ubranie, nieco zdefasonowane podczas utarczki, powoli wszedł po schodach na górę. Za nimi przybyła reszta towarzystwa, którą stanowili: drugi Haymans, dwaj żonaci synowie Mikołaja i wreszcie Tweetyman, Spender i Warry, dwaj mężowie Forsytówien i mąż Haymansówny. Teraz już orszak żałobny był w komplecie, w liczbie dwudziestu i jednej osoby. Z całej męskiej połowy członków rodu Forsytów brakło dwóch tylko: chorego Tyma i Jolyona juniora.
Wszedłszy do szkarłatno-zielonego salonu, którego barwy tak żywy stanowiły kontrast z niezwykłością ubrań żałobników, nerwowo szukał każdy miejsca do siedzenia celem możliwego ukrycia rażącej czerni swoich spodni. Czarność ta, zarówno jak niezwykła barwa ich rękawiczek, wydawała im się nieprzyzwoitą nieledwie jako rodzaj przesadnego uzewnętrzniania ich uczuć. Niejeden też, że zgorszeniem wprawdzie ale i z pewną zazdrością zarazem, rzucał okiem na „Pirata“, który przyszedł bez rękawiczek i nosił, jak zawsze szare spodnie. Przyciszony gwar rozmów ożywiał się chwilami, nikt jednak nie mówił bezpośrednio o zmarłej, czyniąc to jedynie w sposób pośredni przez dopytywanie się wzajemne jeden o drugiego, jakgdyby w związku z wydarzeniem rodzinnem, dla którego uczczenia zebrali się tutaj wszyscy.
Wreszcie odezwał się James:
— I cóż, myślę, że czas, abyśmy ruszyli? Zeszli nadół parami, jak ich pouczono bezpośrednio przed ceremonją, i, ściśle pilnując kolejności starszeństwa, powsiadali do powozów.
Karawan ruszył stępa; powozy potoczyły się zwolna za nim. W pierwszym jechał stary Jolyon z Mikołajem; w następnym — bliźniacy: James i Swithin; w trzecim Roger ojciec i Roger syn; Soames, Mikołaj junior, George i Rosinney wsiedli do czwartego. W każdym z dalszych powozów, w ogólnej liczbie ośmiu, znalazło pomieszczenie trzech albo czterech członków rodziny, a dopiero za niemi jechał powozik doktora i jeszcze potem, w przyzwoitej odległości, dorożki, któremi jechali domownicy i służba, wreszcie, na samym końcu, pusty powóz, zaokrąglający właściwy orszak do tradycyjnej liczby trzynastu pojazdów.
Dopóki orszak posuwał się wzdłuż głównej ulicy Bayswater Road, utrzymał pochód stępem, z chwilą wszelako kiedy skręcał w mniej ważną bocznicę, przyśpieszał nieco kroku, aby znów zwolnić tempo, ilekroć przechodził elegantszemi ulicami, i tak aż do samego miejsca. W pierwszym powozie stary Jolyon i Mikołaj rozmawiali o swoich testamentach. W drugim bracia bliźniacy, po pierwszej nieudatnej próbie, nie przerywali milczenia; obaj byli nieco przygłusi, dlatego też zbyt uciążliwym był dla nich wysiłek mówienia dostatecznie głośno, aby się wzajem usłyszeć. Raz jeden tylko odezwał się James:
— Będę musiał rozejrzeć się i dla siebie o kawałek ziemi. A jak ty się urządziłeś, Swithinie?
Swithin, utkwiwszy w nim przerażony wzrok, odparł:
— Nie mów ze mną o takich rzeczach! W trzecim powozie prowadzona była rozmowa, przerywana wyglądaniem z powozów, jak daleko już ujechali. W pewnym momencie rzucił George zdanie:
— Tak, tak, czas już był najwyższy na starą naszą ciotkę.
Nie uznawał ludzi, przekraczających siedemdziesiątkę.
Na odnośną jego uwagę odpowiedział mu Mikołaj junior łagodnie, że reguła ta nie zdaje się dotyczyć Forsytów. Na to zapewnił George, że on sam zamierza popełnić samobójstwo z chwilą dożycia sześćdziesięciu lat. Mikołaj junior, uśmiechając się i gładząc długi swój podbródek, wyraził przypuszczenie, że ojcu jego nie podobałaby się ta teorja; zaokrąglił on znacznie swój majątek już po sześćdziesiątce. Siedemdziesiąt — to co innego, to najdalszy kres; z chwilą kiedy dożyją tego wieku, czas będzie na nich odejść i zostawić majątek dzieciom. Milczący dotychczas Soames wtrącił się w tym momencie do rozmowy; nie zapomniał uwagi George’a o zyskowności roli wykonawcy testamentu, zaledwie dostrzegalnie też tylko podnosząc powieki, zauważył, że tak mogą mówić jedynie ludzie, którzy nigdy nie potrafili zebrać pieniędzy. Co się jego samego tyczy, zamierza żyć tak długo, jak będzie mógł. Powiedzenie to było daniem po nosie George’owi, o którego złem położeniu materjalnem wiedziano powszechnie. Bosinney zadowolnił się powtórzeniem dwukrotnie w roztargnieniu:
— Tak, tak!
George ziewnął głośno i na tem urwała się cała rozmowa.
Kiedy wreszcie stanął karawan u celu, zaniesiono trumnę do kaplicy i znów wszedł cały orszak parami we właściwym porządku do głównej nawy. Ta męska gwardja przyboczna, której wszyscy członkowie związani byli ze zmarłą węzłami pokrewieństwa, szczególnie imponujący stanowiła widok w wielkiej stolicy z jej pstrą różnorodnością życia, z jej niezliczonemi zajęciami zawodowemi, z jej przyjemnościami, obowiązkami, z jej straszliwemi trudnościami i udrękami, a nadewszystko z jej nieubłaganem dążeniem do indywidualnego traktowania spraw.
Tutaj wszelako zgromadziła się rodzina, przełamując wszelkie przeszkody, dając przykład niezachwianej jedności, służąc jako świetna ilustracja prawa własności. Stanowiło ono źródło wspaniałego rozrostu ich drzewa rodzinnego, które wszystkie swoje soki, zasilające pień, liczne odnogi i ulistwienie, czerpało z podstawy tej, niezawodzącej od początku aż do zupełnego jego rozkwitu. Duch starej kobiety, utulonej tutaj do ostatniego snu, zgromadził ich wszystkich na tej demonstracji. Było to jej ostatnie wezwanie, skierowane do tej jedności, która stanowiła ich siłę — ostatecznym też było tryumfem jej, że umarła, kiedy drzewo pozostawało w największym jeszcze rozroście, nienaruszone.
Los zaoszczędził jej widoku gałęzi, wybujałych poza punkt równowagi. Nie mogła zajrzeć w głąb serc następnych pokoleń. To samo prawo, któremu poporządkowana była ona sama i które stale kierowało jej rozwojem i stopniowem przeistaczaniem się jej ze smukłej, przyuczanej do prostego, sztywnego trzymania się dziewczynki w silną, rosłą kobietę, a potem w staruszkę kanciatą, słabą, podobną już raczej do czarownicy, z coraz ostrzej zaznaczającą się indywidualnością w miarę, jak odpadały z niej ostatnie ślady ścierania się ostrości kantów przez zetknięcie ze światem — to samo prawo nie przestawało w dalszym ciągu wywierać przemożnego swojego wpływu na rodzinę, nad którą czuwała z macierzyńską troskliwością.
Widziała rodzinę tę młodą i dorastającą, widziała ją potem silną i dojrzałą i, zanim starcze jej oczy miały czas czy silę oglądania dalszego, nieuniknionego ciągu, umarła. A byłaby napewno próbowała i kto wie, może byłoby się jej udało utrzymać ją młodą i silną starczemi swojemi palcami i dygotliwemi pocałunkami; niestety, jednak, nawet ciotka Anna bezsilną była wobec natury.
„Duma przychodzi przed upadkiem!“ — Zgodnie z tą największą z ironij natury rodzina Forsytów zgromadziła się w komplecie na uroczystym, dumnym tym obchodzie, zanim nastąpił jej upadek. Większość twarzy, zarówno tych, którzy stali na lewo, jak i tych na prawo, skierowana była obojętnie ku ziemi, co umożliwiało im ukrywanie swoich myśli; tu i ówdzie jednak któryś z nich, odrywający przypadkiem wzrok od ziemi i spoglądający wgórę z pionową zmarszczką na czole, zdawał się widzieć przerażające go widocznie znaki na ścianach kaplicy, czy też słyszeć głosy zdejmujące go trwogą. Chóralne zwroty, wymrukiwane przyciszonemi głosami, w których górował jednak ten sam nieuchwytny ton rodzinny, brzmiały dziwnie, jakgdyby szeptane w pośpiesznem powtarzaniu przez jedną tylko osobę.
Po skończonym obrzędzie w kaplicy orszak żałobników ustawił się znów w szereg, aby odprowadzić ciało do grobu. Sklepiona mogiła była otwarta i otaczający ją wieńcem ludzie w żałobnej czerni stali w oczekiwaniu.
Z wzniesionego, uświęconego tego miejsca, na którem spoczywały złożone do snu wiecznego tysiące przedstawicieli wyższej klasy średniej, szły oczy Forsytów, poprzez nieskończone szeregi mogił, wdał, gdzie poniżej poziomu cmentarza rozciągał się Londyn pod rozpiętem bezsłonecznem niebem, zdającem się opłakiwać łącznie z rodziną utratę tej, która była jej matką i strażniczką jej cnót. Sto tysięcy wież i domów, pstrzących niebo przeogromnym szarym splotem posiadłości, słało się, niby przypadli do ziemi czciciele, do stóp tej mogiły, kryjącej śmiertelne szczątki najstarszej z nich wszystkich Forsytówny.
Kilka słów, garść ziemi, opuszczenie trumny do dołu, i ciotka Anna znalazła się na miejscu wiecznego swojego spoczynku.
Dokoła mogiły stali świadkowie obrzędu złożenia do grobu, bracia w liczbie pięciu, z opuszczonemi na pierś siwemi głowami, pilnując, czy wygodnie ułożono Annę na ostatniem jej posłaniu. Poza skromną jej własnością, której nie mogła zabrać z sobą i musiała pozostawić na tym świecie, należało zrobić dla niej wszystko, co się tylko dało.

Potem każdy oddzielnie, odstąpiwszy na bok, wkładał kapelusz i zawracał zpowrotem, aby obejrzeć nowy napis na marmurowej płycie familijnego grobu:
TU SPOCZYWA ŚWIĘTEJ PAMIĘCI

ANNA FORSYTE,
CÓRKA JOLYONA I ANNY FORSYTÓW,

KTÓRA ROZSTAŁA SIĘ Z TYM ŚWIATEM
27-go września 1886-go r.
PRZEŻYWSZY OSIEMDZIESIĄT SIEDEM LAT
I CZTERY DNI.

Wkrótce może komuś innemu wypadnie położyć napis. Była to myśl dziwna, nie do zniesienia, dotychczas bowiem nie przychodziło im jakoś do głowy, że Forsytowie mogą umierać. Każdy tedy zosobna i wszyscy razem poczuli tęsknotę za wydostaniem się stąd i uwolnieniem się od udręki tej ceremonji, przypominającej im o rzeczach, z myślą o których nie mogli się pogodzić. Spieszno im było odejść, powrócić do swoich zajęć i zapomnieć.
Zrobiło się też chłodno; dmący z wzgórza ponad grobami wiatr zmroził ich lodowatem swojem tchnieniem, niby siła zwolna rozczłonkowująca; zaczęli rozdzielać się na grupy i w największym pośpiechu wsiadać do oczekujących powozów.
Swithin oświadczył, że powróci do Tyma na śniadanie, proponował też każdemu zosobna, że zabierze go do swojego powozika. Niezbyt jednak uśmiechała się im perspektywa powrotu w powoziku Swithina, jako że nie był on dość obszerny; nikt też nie przyjął propozycji i Swithin pojechał sam. Bezpośrednio po nim wyruszyli James i Roger; i oni także zamierzali wpaść do Tyma na lunch. Inni stopniowo znikali z cmentarza. Stary Jolyon zabrał trzech bratanków, którym i zapełnił wszystkie wolne miejsca w swoim powozie — ciągnęło go do otoczenia się młodemi twarzami.
Soames, mając jeszcze do załatwienia jakieś szczegóły w biurze cmentarnem, poszedł pieszo z Bosinney’em. Miał z nim wiele rzeczy do obgadania, po załatwieniu więc swoich spraw zabrał go do Hampstead, gdzie spożyli lunch w Hiszpańskiej Gospodzie i spędzili dłuższy czas na omawianiu praktycznych szczegółów, związanych z budową domu. Skończywszy z tem, pojechali tramwajem aż do Marmurowego Łuku, skąd Bosinney poszedł do Stanhope Gate, aby zobaczyć się z Juną.
Soames powrócił do domu doskonale usposobiony i zwierzył się Irenie przy obiedzie, że bardzo jest rad z rozmowy z Bosinney’em, który wydaje mu się w istocie bardzo rozsądnym chłopcem; porządny też odbyli spacer, co przyda mu się bardzo na jego wątrobę, jako że nie miał oddawna już okazji użycia ruchu. Wogóle uważać może dzień za udatny. Gdyby nie wzgląd na świeżą żałobę po biednej ciotce Annie, zabrałby żonę do teatru; w danych warunkach wszelako muszą spędzić, jak potrafią najlepiej, wieczór ten w domu.
— „Pirat“ bardzo się o ciebie dopytywał — przypomniał sobie nagle, i, pociągnięty niewytłumaczonym popędem do dania wyrazu swojemu poczuciu własności wstał z krzesła i wycisnął pocałunek na obnażonych plecach żony.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: John Galsworthy i tłumacza: Róża Centnerszwerowa.