Portret młodzieńca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Lucjan Szenwald
Tytuł Portret młodzieńca
Pochodzenie Utwory poetyckie
Wydawca Spółdzielnia Wydawnicza „Książka”
Data wydania 1946
Druk Zakłady Graficzne „Książka”
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Portret młodzieńca


Tłumnie wychodzą z westibulu goście.
Dozorcy senni,
przynoszą mi herbatę, koc i pościel:
szumiący siennik.
Po salonach przeciąga mroźny wiew północny:
błękitna pustosz!
Jesteśmy senni: ty, monarcha nocy,
i ja — twój kustosz.
Otwieram flakon, w płuca wdycham eter,
i mgły się kleją
do szyb kwiecistych. Czekaj, włożę sweter,
bo dreszcz mnie przejął...
Ta makabryczna galeria obrazów
jest oranżerią
zlodowaciałą, kolorowych gazów
zamarłą prerią.
Tu śmierć. Tu blade, bezcielesne dłonie
tańczą z klarnetem.
Umarły światła, tylko jedno płonie
przed twym portretem.
Przed twym portretem w ramach czarnych, wąskich
(passe-partout srebrne)
Światło rozlewa się w kałużach grząskich,
przez które przebrnę.

I światło wsącza się w twą nikłą cerę.
Twych oczu ołów,
jak przetopiony w błyszczącą literę,
lśni z oczodołów.
Myślę, że drgnęła twoja dumna głowa,
wargi spalone
tylko drżą; słyszę sercem twoje słowa
niewymówione.
Po co tłumaczysz się? Ja znam dokładnie
ten słodki nałóg,
płynący z głębin, których nie odgadnie
potęga nauk.
Ja wierzę, ja rozumiem, ja nie żądam
rejestru przeżyć.
Fale ku strasznym zaniosły cię lądom!
Pozwól mi wierzyć!
Ja sam to wszystko wyrażę i powiem:
im słuchać rozkaż!
Toś ty, pod wonnym uśpiony listowiem,
wymyślił rozkosz
tak wielką, że pokrewna jest rozpaczy,
i odtąd płonąc
szedłeś drogami, które pożar znaczy,
po ziemi wionąc.
Palcami błądzić po wypukłych domach
piersi kobiecych,
w zatoki wpływać; czaić się w załomach,
pełnych obietnic. —
To nie zabiło straszliwego głodu!
Wśród tylu kobiet,
pięknych, rozumnych, kochających, młodych,
ni jeden obiekt
tej fantastycznej nie dał ci rozkoszy,
bez której marłeś.

Więc, oplątany stosem srebrnych koszul
sam się pożarłeś!
Teraz w galerii portretów zastygłych,
w lodowej pustce,
krew twoja marznie w krystalicznych igłach
na białej chustce.

Kwadryga, 1929 r.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Lucjan Szenwald.